Nadal Pod górkę

      Gdy tydzień temu w niedzielę w Zbuczynie udało mi się przetrwać ekstremalne warunki i tropikalny upał sięgający czterdziestu stopnii to wydawało się, że na kolejnych zawodach powinno być już dużo zdecydowanie z górki. Upały w końcu zelżały, przyszło ochłodzenie, a i sam bieg miał się przecież odbyć dopiero po zmroku. Tymczasem kolejne trudności czaiły się już „tuż za rogiem”. W poniedziałek wieczorem poczułem się źle. We wtorek było jeszcze gorzej. Dopadła mnie wirusowa grypa żołądkowa. Rozpoczęła się walka z czasem i choć każdego kolejnego dnia było coraz lepiej to jednak nadal nie czułem się na siłach, by mierzyć się z tak długim dystansem. Rzeczywista poprawa przyszła w czwartek i choć nadal nie było idealnie to na szczęście w piątek mogłem uznać, że planów nie zmieniam i mogę rozpocząć pakowanie plecaka. W sobotnie popołudnie siedziałem już w pociągu najpierw do Warszawy, potem do Kalisza, a koło dziewiętnastej byłem już na miejscu gotowy na kolejne półmaratońskie wyzwanie.

      W Kaliszu na Nocnym Półmaratonie Bursztynowa Hellena biegałem już rok temu na jego siódmej edycji. Wówczas zapisałem się dość spontanicznie i w sumie spodobało mi się na tyle, że w tym roku postanowiłem tam wrócić. Nie pamiętałem za bardzo trasy, co wydawało mi się, że jest dowodem na to, że jakoś strasznie wymagająco nie było. Gdy jednak zacznie się rywalizacja szybko sobie przypomnę, że będzie jednak pare miejsc, które mogą okazać się być większym wyzwaniem, jak na przykład stromy podbieg na trzynastym kilometrze z  różnicą wzniesień około czterdziestu metrów.

      Na trasę ruszamy punktualnie o 22:00 z okolic hali sportowej Kalisz Arena. Zacząłem tak, jak zwykle ostatnio w tempie pięć minut na kilometr, ale biegnie mi się od samego początku bardzo trudno. Czuję się nadal osłabiony i niepewny swojego żołądka, po którym nie wiadomo czego się tak naprawdę mogę spodziewać, ale raczej na pewno niczego dobrego. Mimo, że pogoda do biegania tym razem idealna, to jest mi ciężko i brakuje mi sił. Nie ma to ciągle przełożenia na tempo biegu, ale w głowie już pojawiają się pierwsze myśli, że wcześniej czy póżniej kryzys przyjdzie. Mijają kolejne kilometry: piaty, szósty, siódmy… Trudy biegu umila doping kibiców. Doskonale pamietałem, że i rok wcześniej atmosfera na trasie była bardzo fajna i bardzo mi się podobała. Na półmetku dobiegliśmy do muralu, który przypomina o tym, że Kalisz to najstarsze miasto w Polsce. Przyciągnął moje oko i na chwilę pomógł zapomnieć o biegowych zmaganiach. Paradoksalnie z każdym kolejnym kilometrem biegnie mi się coraz lepiej. Oczywiście doszła kwestia zmęczenia, ale dolegliwości związane przebytą chorobą jakby przeszkadzają mniej. Pojawiło się też od razu więcej optymizmu. Od tej pory, choć po pierwszych kilometrach trochę straciłem na to nadzieję, powrócił plan złamania 1:50, zwłaszcza, że w zasadzie niewiele zwolniłem nawet na wspomnianym już stromym podbiegu. Gdy do mety pozostawało pięć kilometrów jestem już w zasadzie przekonany, że mimo kłopotów zdrowotnych ostatnich dni uda mi się ukończyć ten bieg z satysfakcjonującym wynikiem. W końcówce udaje się utrzymać tempo i do mety dobiegam w czasie 1:47:34. Tylko pół minuty wolniej,  niż rok temu, w pełni sił.  Cieszę się, że choć znowu pojawiły się nieprzewidziane trudności, to i tym razem się nie wycofałem i doprowadziłem sprawę do końca. Dało mi to naprawdę dużo satysfakcji. Po biegu jeszcze przygotowany przez organizatorów dla biegaczy wyjątkowo obfity posiłek, miłe rozmowy i można kierować się na dworzec. Noc minie w podróży. W domu będę dopiero 9 rano, ale było warto.

  

2026.07.04 Kalisz Półmaraton: 8 KALISKI PÓŁMARATON NOCNY BURSZTYNOWA HELLENA – 1:47:34