Trzynaście sekund

          Sezon moich startów w tym roku zbliża się już powoli do końca.  Został mi jeszcze jeden bieg za granicą, ale co by się tam nie wydarzyło to już dziś mogę powiedzieć, że ten 2026 był dla mnie wyjątkowo udany. Zaplanowałem w nim aż osiemnaście półmaratonów. Zwłaszcza te wiosenne starty dały mi wiele sportowej satysfakcji i bardzo dobrych, jednych z lepszych w moim życiu wyników. Czując się w tym roku już w pełni spełnionym jesień od pewnego momentu traktowałem zdecydowanie bardziej ulgowo zarówno w treningach, jak i startach i nie dało się nie zauważyć spadku formy. Po zdobyciu tydzień temu drugiej Korony Półmaratonów Polski w Krakowie, gdzie pobiegłem bez żadnej presji na wynik ten kolejny w tym roku bieg 10 STOKROTKA PÓŁMARATON LUBELSKI też chciałem potraktować raczej jedynie jako test i rozbieganie nowych butów na kolejny sezon. Miał to być też trochę wyjazd integracyjny. Do Lublina wybrałem się bowiem w towarzystwie kolegów i koleżanek z kilku zaprzyjaźnionych podsiedleckich klubów biegowych: Grupy Biegaczy Skórzec Biega, Parkrun Skórzec oraz Wiśniew Biega i Maszeruje. Liczyłem więc bardziej na miło spędzony czas, niż na spektakularne sukcesy.

      Na bieg postanowiliśmy pojechać samochodem od razu w dniu zawodów. W końcu nie jest aż tak bardzo daleko. Oczywiście i tak trzeba było wyjechać bardzo wcześnie, a brak snu mógł się przełożyć na nienajlepsze samopoczucie, no ale skoro nie nastawiałem się na żaden wynik to akurat dla mnie nie powinno mieć to większego znaczenia. Mimo dużej mgły po dwóch godzinach jazdy dotarliśmy na stadion lekkoatletyczny Start, gdzie podobnie jak rok temu, tak i tym razem zlokalizowane było biuro zawodów oraz start i meta. Dobre humory i pozytywne nastawienie mieszały się z małą niepewnością. Organizatorzy zapowiadali nową, zmienioną bardzo trudną trasę i choć czułem, że trochę przesadzają, to byliśmy ciekawi co dla nas przygotowano. Wielką niewiadomą były też dla mnie buty. Kupiłem je już z myślą o kolejnym sezonie i chciałem je po prostu przetestować. Biegałem w nich już dwa razy na treningu i miałem mieszane uczucia. Po pierwsze od samego początku dało się zauważyć, że są wyjątkowo sprężyste, co miało spore przełożenie na tempo na każdym pokonywanym kilometrze. W porównaniu do butów, w których biegałem do tej pory naprawdę od razu poczułem ogromną różnicę. Z drugiej strony wydawały się bardzo niestabilne, w dodatku niewygodne. Pierwsze moje doświadczenia z nimi związane zakończyły się mocno obtartym palcem u stopy. Mocno obciążały też dokuczające mi ostatnio trochę ścięgno Achillesa. Jeszcze na rozgrzewce biegnąc po bieżni stadionu czułem spory dyskomfort i trochę bałem się, czy ból nie okaże się być nie do zniesienia i czy w pewnym momencie nie uniemożliwi mi w ogóle dotarcie do mety. Dobra rozgrzewka w połączeniu z adrenaliną na szczęście pomogły. Gdy wybrzmiał wystrzał startera i ruszyliśmy na trasę o bólu po prostu zapomniałem.

      Zegarek tym razem ustawiłem sobie, aby poprowadził mnie spokojnie na czas godzinę i pięćdziesiąt, czyli powinienem biec trochę powyżej pięciu minut na kilometr. Od samego początku jak tylko opuściliśmy stadion jest jednak zdecydowanie szybciej. Czuję, że nogi mnie po prostu niosą. Mimo, że pierwsze kilometry przyniosły nam kilka stromych wzniesień to biegnie mi się naprawdę rewelacyjnie. Co kilometr zerkam na zegarek i z każdym kolejnym mój zapas w stosunku do pierwotnego planu robi się coraz większy. Dychę przebiegłem w czterdzieści siedem minut z małym hakiem. Dawno już tak szybko nie biegałem. Boję się więc trochę, że lada moment może nadejść jakiś kryzys. Ten jednak nie nadchodzi. Delikatnie zaczyna przeszkadzać wiatr, ale nie na tyle istotnie, by całkowicie zaprzepaścić dotychczasowy wysiłek. Akurat biegnę w jakiejś małej grupce, ale nawet nie próbuję się chować za czyimiś plecami, by unikać podmuchów. Nie czuję takiej potrzeby. Ktoś z naszej grupki krzyknął, że biegniemy w tempie na wynik godzina i czterdzieści minut. Nawet do końca tego nie weryfikowałem, ale podziałało to na mnie bardzo motywująco. Do tej pory miałem przecież tylko jeden wynik poniżej tego poziomu, a dziś mimo pokonanych już kilkunastu kilometrów czuję się nadal naprawdę świetnie. Perspektywa, że może mi się to udać po raz drugi dodaje mi animuszu. Przyda się ten zastrzyk dodatkowej energii i motywacji zwłaszcza, że przed nami akurat dwunasty kilometr i najtrudniejszy fragment tego biegu z długim i stromym podbiegiem. Pamiętam go doskonale. Rok temu dał mi się mocno we znaki. Tym razem poszło dość gładko, a gdy dotarliśmy do jego szczytu i skręciliśmy w prawo wiedziałem, że wszystko, co najtrudniejsze jest już w zasadzie za nami. Wiatr od tego momentu wieje już jedynie w plecy, a ostatnie kilometry miały być przecież z górki. Coraz częściej zerkam na zegarek i zaczynam kontrolować czas. Z każdym kolejnym kilometrem wypracowany względem pierwotnego planu zapas stawał się coraz większy. Siedem minut, osiem, potem już nawet dziewięć…  W końcu w ogóle przestaję już kalkulować i gnam po prostu przed siebie ile sił. Wiem już, że prawdopodobnie drugi raz w życiu złamię godzinę i czterdzieści minut, ale nie do końca mnie to urządza. Chcę więcej. Widać już stadion. Wbiegając na niego zerkam ostatni raz na zegarek. Mam około minuty na to, by pokonać niemalże całe okrążenie po bieżni i dotrzeć do mety bijąc swój dotychczasowy rekord. Czy wystarczy? Nie wiem. Czuję jednak ogromną determinację. Długo czekałem na taką chwilę nie wiedząc tak naprawdę czy kiedykolwiek ona jeszcze w ogóle nadejdzie. Tymczasem pojawiła się w najmniej oczekiwanym momencie. Kolejna szansa może się już nie powtórzyć. Zacisnąłem więc zęby i wyprzedzając na ostatniej prostej kilka kolejnych osób gnam do mety po niebieskiej bieżni stadionu. Mijając metę wyciągam dłonie w górę w geście triumfu. „Udało się! Nie wiem jak, ale się udało!” – pomyślałem czując ogromną dumę i jeszcze większe zaskoczenie. Nawet nie jestem jakoś wyjątkowo zmęczony. Delikatnie pochylony opierając dłonie na udach niczym po dobrze wykonanej ciężkiej robocie z niedowierzaniem zerkam jeszcze raz na zegarek i zastygam tak przez chwilę w bezruchu. Nadal jestem w szoku, nadal nie mogę w to uwierzyć. Trzynaście sekund, o tyle poprawiłem swój rekord życiowy. Trzynaście sekund! Cztery i pół roku oraz sześćdziesiąt osiem półmaratonów – tyle potrzebowałem, aby znowu zmierzyć się ze swoją życiówką i poprawić ją o trzynaście sekund. Chyba nie wierzyłem, że jeszcze kiedykolwiek mi się to uda. Nadal nie mogę w to uwierzyć, mimo, że to się właśnie stało. Z tego oszołomienia wyrywa mnie dopiero widok koleżanek i kolegów, którzy albo już dotarli, albo właśnie docierali do mety i od tego momentu możemy cieszyć się już wszyscy razem, wspólnie. Zdecydowana większość z nas zabiera do domu rekordy życiowe, wszyscy miłe wspomnienia. Powrót minie więc nam w znakomitych nastrojach.   

      Tego dnia jeszcze długo myślałem o tym biegu i o tym co się stało. W najśmielszych przypuszczeniach nie sądziłem, że może się to wydarzyć. Były różne momenty, były różne sukcesy, ale to chyba największe zaskoczenie w kikunastoletniej historii mojego biegania. Miałem świadomość, że nie jestem w szczytowej formie i w jakim tempie ostatnio biegałem. Znałem też trasę lubelskiego biegu i choć w tym roku się trochę zmieniła to od samego początku było wiadomo, że nie jest łatwa i górki wyżyny lubelskiej potrafią dać się mocno we znaki. Sprzymierzeńcem miała być za to pogoda. Jedynie kilka stopni podczas startu, niewiele więcej w dalszej części dystansu i zachmurzone niebo to warunki, które lubię. Generalnie dobrze mi się biega o tej porze roku. Przed startem też czułem się dziś znakomicie. Była więc szansa, że osiągnę dobry wynik. Zresztą w zasadzie większość naszej grupki też pobiegła jak na swoje możliwości rewelacyjnie. Być może więc nie powinienem zbytnio deprecjonować tego swojego ogromnego sukcesu, bo dało się dziś biegać szybko i być może naprawdę na niego zasłużyłem. Myślę jednak, że mimo wszystko ogromną rolę w tym wypadku, być może nawet najważniejszą odegrały buty. W zasadzie nigdy w swoim bieganiu nie przywiązywałem do nich szczególnej uwagi. Na początku w ogóle biegałem przecież jedynie w zwykłym sportowym obuwiu i dopiero przed pierwszym w swoim życiu półmaratonem kupiłem sobie prawdziwe buty do biegania. Przez kolejne długie lata też wybierałem raczej tańsze modele nie czując potrzeby na nic więcej i nie sądząc, że może mieć na moje wyniki to jakieś ogromne przełożenie. Dziś mimo, że nadal pobiegłem jedynie w butach ze średniej półki to przekonałem się jak bardzo może to być istotne, może nawet bardziej niż treningi, poświęcenie i forma. I mimo całej tej mojej dzisiejszej radości jest to dla mnie trochę rozczarowujące. 

2026.10.18 Lublin 10 STOKROTKA PÓŁMARATON LUBELSKI – 1:38:15


Fabryka śmierci

      Poza możliwością odkrywania nowych, coraz to dalszych zakątków świata i biegania tam kolejnych zawodów ważną rolę w moim podróżowaniu zajmuje historia. Bardzo się nią interesuję, często oglądam filmy dokumentalne, dużo czytam i z chęcią odwiedzam miejsca z nią związane. Nie wiem dlaczego tak się stało, ale szczególną rolę wśród moich zainteresowań odgrywają przede wszystkim te współczesne, nie aż tak bardzo odległe dzieje, a zwłaszcza II Wojna Światowa. Mówiąc o niej nie sposób zapomnieć o ważnej jej części, czyli holocauście i fabrykach śmierci, w których przez lata dokonywano eksterminacji i zgładzono miliony niewinnych ludzi. Dlatego też od dawna zależało mi na tym, aby kiedyś odwiedzić ten największy, najbardziej znany i najbardziej okrutny, będący świadkiem największego w dziejach ludzkości masowego mordu niemiecki obóz koncentracyjny Auschwitz-Birkenau. Kolejny trzeci już mój start w CRACOVIA KRÓLEWSKI PÓŁMARATON wydawał się być, co do tego okazją idealną.  

      Do Krakowa wybrałem się pociągiem w sobotę rano. Ponieważ to już moja kolejna wizyta w tym mieście nie planowałem tym razem żadnego zwiedzania i prosto z dworca udałem się tramwajem do znanej mi już bardzo dobrze hali Tauron Arena, gdzie podobnie, jak podczas poprzednich edycji tego biegu zlokalizowane było Expo. Po odebraniu pakietu i zrobieniu kilku pamiątkowych zdjęć skierowałem się w stronę hostelu, by w końcu odpocząć po podróży. Niewątpliwie zaletą hostelu była lokalizacja. Dwieście metrów od Starego Rynku z dogodnym dojazdem na miejsce startu to fakt, którego nie można nie docenić. Zresztą w środku też niczego mu nie brakowało i było tam wszystko, co było mi na te krótkie dwa dni tego pobytu niezbędne. Trochę zaskoczył mnie fakt, że na recepcji przywitał mnie niemowiący ani słowa po polsku Latynos. Wkrótce okazało się jednak, że może nie powinienem się, aż tak bardzo dziwić, gdyż gośćmi tego hostelu są i tak w zasadzie sami obcokrajowcy, zwłaszcza hiszpańskojęzyczni, więc znajomość polskiego i tak niewiele tu wnosi. Generalnie muszę przyznać, że mimo, że przecież tym razem nie opuszczałem kraju, to miałem trochę wrażenie jakbym był na kolejnym wyjeździe zagranicznym. Pokój tym razem przyszło mi dzielić między innymi z chłopakiem z Izraela Davidem, kontynuującym swoją podróż po Europie zaczętą w Warszawie, a którą zakończy we Włoszech. Drugim współmieszkańcem był Mauro, młody chłopak z Hiszpanii studiujący w ramach Erazmusa w Opolu, a który do Krakowa przybył podobnie jak ja, na półmaraton. To jego pierwszy. Ten zawsze wspomina się najmilej. W niedzielę już po biegu dołączy do nas Ivan, kolejny Hiszpan, który odwiedził Polskę turystycznie. Porozmawialiśmy sobie trochę o naszym kraju, trochę o Hiszpanii. Ucieszył mnie fakt, że mu się u nas w Polsce bardzo spodobało.

      W Krakowie już w sobotę przywitała mnie piękna pogoda i wyższa temperatura, niż w Siedlcach. Choć w nocy trochę popadało w niedzielę było podobnie i jeśli miałem jakiekolwiek wątpliwości, czy pobiec w koszulce z krótkim, czy długim rękawem to szybko zostały one rozwiane. Stojąc na starcie szczególnych oczekiwań, co do wyniku nie mam. Najważniejsze w tym roku były dla mnie biegi na wiosnę, w tym ten w Delhi i Melbourne. Po Melbourne pobiegłem jeszcze pięć kolejnych półmaratonów, ale latem nie trenowałem już tak intensywnie, nie miałem już tak dużej motywacji i z każdym kolejnym startem czułem postępujący spadek formy. Byłem tego w pełni świadomy i taki stan rzeczy akceptowałem. Tym razem cele stawiałem sobie zupełnie inne, niż bieg na jakiś szczególny rezultat i najważniejsze było dla mnie po prostu ukończyć.  Wiiedziałem, że nie tylko zrobię tym kolejny krok do swojego setnego półmaratonu, ale zagwarantuje mi to także moją drugą w życiu Koronę Półmaratonów Polski. Podobnie, jak tej pierwszej, cztery lata temu, tej również nie planowałem, ale biegając kilkanaście półmaratonów rocznie szanse, że takie osiągnięcie i tak się mimowolnie przydarzy są zawsze spore. Gdy kilka tygodni wcześniej przejrzałem listę okazało się, że kończąc bieg w Krakowie, na który już przecież i tak od dawna byłem zapisany zaliczę ten piąty, decydujący, a co za tym idzie druga Korona trafi w moje ręce i to właśnie to było tym razem dla mnie najważniejsze.

      Tuż po godzinie 10:00 ruszyliśmy na trasę. Biegnie mi się od samego poczatku dość ciężko, ale udaje mi się utrzymywać tempo w okolicach pięciu minut na kilometr. Po pewnym czasie dobiegliśmy do Starego Rynku. Zebrało się tu sporo kibiców. Ich żywiołowy doping pozwala trochę zapomnieć o trudach biegu. Zresztą to dopiero początek. Na tym etapie nie jest jeszcze aż tak ciężko. Minęliśmy dobrze mi już znane Bazylikę Mariacką, Pomnik Mickiewicza oraz Sukiennice. Pewną niedogodnością jest fakt, że ten odcinek trzeba pobiec po bruku. Po kolejnych kilku kilometrach dobiegamy do Zamku na Wawelu. Tutaj czeka na nas podbieg. Mimo, że jest dość stromy to jednak udaje mi się utrzymywać tempo, w którym zacząłem i pokonuję go w całości bez większych strat. Równy rytm biegu uda mi się bez problemu zachować w zasadzie do półmetka. Niedługo potem docieramy pod Muzeum Narodowe i skręcamy w stronę krakowskich Błoni. Otwarta przestrzeń w tym miejscu sprawia, że przeszkadza trochę wiatr, ale jestem w stanie sobie z tym ciągle poradzić. Minęliśmy właśnie oba krakowskie stadiony piłkarskie. Najpierw był ten Wisły, potem Cracovii. Zawsze chętnie rzucę okiem na tego typu obiekty, mimo, że przecież już je znam. Po trzynastu kilometrach przebiegamy przez rzekę. Stromy podbieg na most sprawia, że pierwszy raz od startu tracę trochę kontrolę nad tempem i robi się tu zdecydowanie trudniej. Potem na szczeście udaje się ustabilizować sytuację i dopiero na ostatnich kilometrach, gdy mam już pewność, że złamię godzinę pięćdziesiąt minut to moje tempo znowu trochę spadnie. Finisz zlokalizowany wewnątrz Tauron Areny pokonuję po czerwonym dywanie w blasku laserów, przy głośnej muzyce i aplauzie zgromadzonych na hali kibiców. Na ostatnich metrach trochę przyspieszam, ale bez szczególnej determinacji. Czas poniżej godziny i czterdziestu ośmiu minut w pełni mnie satysfakcjonuje. Druga Korona zdobyta! Niewąpliwie cieszy, choć ta pierwsza smakowała chyba bardziej.

      W poniedziałek rano czekała na mnie zorganizowana wycieczka autokarem do Auschwitz-Birkenau. Jeszcze przed wyjazdem zastanawiałem się nad tym, co przyjdzie mi tam zobaczyć i jak ogromne zrobi to na mnie wrażenie. Byłem kiedyś bardzo dawno temu na wycieczce szkolnej w Muzeum na Majdanku koło Lublina, ale po pierwsze to dużo mniejszy obóz, w znacznej mierze zniszczony, a ponadto miałem wtedy z jedenaście lat i mam wrażenie, że ze względu na młody wiek nie pokazano nam wówczas wszystkiego. Tym razem moja świadomość i rozumienie tego, gdzie jadę były na zupełnie innym poziomie. Szczerze mówiąc liczyłem, że pojedziemy tam z samego rana. Niestety, jakiś czas temu zmieniono mi godzinę na późniejszą. No trudno. Nie miałem już za bardzo wyboru i punktualnie o 10:00 stawiłem się w położonym nieopodal mojego hostelu miejscu zbiórki. Po półtorej godziny jazdy byliśmy na miejscu. Na teren Muzeum weszliśmy w towarzystwie naszej przewodniczki Pani Gosi podziemnym tunelem, w którym z głośników wyczytywane były po kolei imiona i nazwiska ofiar tego obozu. Już to robiło ogromne wrażenie, a był to przecież dopiero początek. Po wejściu na teren kompleksu i pokonaniu alejkami kilkuset metrów dotarliśmy do symbolicznej bramy z niemieckim napisem „Arbeit macht frei”. Wiedziełem doskonale co to znaczy. Chyba trudno wyobrazić sobie bardziej cyniczny napis, który mógł się pojawić właśnie w tym miejscu.

      Całość terenu, a także poszczególne jego sektory ogrodzone były wysokim zbudowanym z masywnych betonowych słupów i drutów kolczastych płotem, do którego podłączono wysokie napięcie. Dla wielu więźniów, którzy nie potrafili poradzić sobie w trudnych obozowych warunkach i którzy stracili nadzieję na przetrwanie, była to jedyna ucieczka i ulga w cierpieniu. Rzucali się oni w desperacji na druty tragicznie kończąć swoje życie. Podążając dalej w głąb kompleksu minęliśmy miejsce, gdzie zwykle grała obozowa orkiestra. Nie była to jednak forma kultury, czy umilania życia obozowej społeczności, a raczej narzędzie kontroli i dyscypliny. Jej zadaniem było przede wszystkim usprawniać przejście i przeliczanie więźniów wychodzących do pracy, a następnie wracających z niej do obozu. Tuż nieopodal mój wzrok przykuła pewna tablica. Można z niej było wyczytać, że jeśli ktoś uciekł to Niemcy aresztowali jego bliskich, a następnie ustawiano ich w tym miejscu z napisem, że będą stali tu tak długo, dopóki uciekinier nie zostanie ujęty. Miała to być przestroga dla innych więźniów.

      Niebawem dotarliśmy do Bloku 4. Na ścianie przy wejściu można od razu przeczytać cytat z George’a Santayany: „Kto nie pamięta historii skazany jest na jej ponowne przeżycie”. Przygotowane wewnątrz ekspozycje przedstawiają początki obozu, deportacje, proces selekcji i dowody masowej eksterminacji. Ściany zdobią zdjęcia przybywających do obozu i prowadzonych na śmierć ludzi, często w kilka godzin od momentu przybycia transportu. Ogromne wrażenie robią przede wszystkim stosy zużytych puszek po gazie Cyklon B i włosy, tony ludzkich włosów… Pokój w którym zostały one zgromadzone ze względu na szacunek dla ofiar jest obok celi głodowej jednym z dwóch pomieszczeń, w których nie można robić zdjęć. Wsłuchując się w milczeniu w tragiczne opowieści Pani Przewodnik poruszeni przemaszerowaliśmy do Bloku numer 5. W tym miejscu zgromadzono przede wszystkim mienie odebrane ofiarom, w tym setki walizek, tysiące butów, okularów, dziesiątki kul i protez ludzkich kończyn. Szczególne wrażenie robią rzeczy należące do najmłodszych mieszkańców obozu… dzieci. Kolejnymi blokami, które przyszło nam odwiedzić były te oznaczone numerami 8 i 9. Tutaj zgromadzono wszystko to, co przypominało, jak wyglądało codzienne życie więźniów. Można tu zobaczyć warunki sanitarne w jakich mieszkali osadzeni, jak wyglądał proces Ich rejestracji, tatuowanie numerów, czy golenie głów. Ściany korytarzy zdobią setki, a może i tysiące zdjęć więzniów, karty ich zdrowia, oraz listy i spisywane relacje. Szczególne wrażenie robi stos obozowych garnków i naczyń. Podążając dalej dotarliśmy do Bloku 10. W tym budynku można zobaczyć jak wyglądały narzędzia tortur, a także sale więźniów funkcyjnych, ich wyposażenie, pomieszczenie dyżurne, w którym służbę pełnił esesman, sala sądu doraźnego gestapo, gdzie wymierzano kary śmierci, a także pomieszczenia, gdzie przed rozstrzelaniem rozbierano więźniów. Do dziś wiszą tam pozostawione obozowe ubrania, jakby nadal czekały na swoich właścicieli.

      Sąsiedni Blok 11 to tak zwany „Blok śmierci”. Właśnie w jednym z jego sal w styczniu 1945 roku żołnierze radzieccy znaleźli stos ciał więźniów zamordowanych w ostatnich dniach istnienia obozu, tuż przed jego wyzwoleniem. Są tu też cele stojące oraz cela głodowa, w której umierali więźniowie skazani na śmierć głodową, w rezultacie stosowania odpowiedzialności zbiorowej za ucieczkę innych. W podziemiach tego bloku we wrześniu 1941 przeprowadzono także pierwszą próbę masowego zabiajnia ludzi przy użyciu gazu Cyklon B. Zginęło wówczas sześciuset radzieckich jeńców wojennych i dwustu pięćdziesieciu Polaków wyselekcjonowanych z obozowego szpitala. Przed bydynkiem znajdowała się również ściana śmierci, pod którą rostrzeliwano więźniów. Ginęli tu przede wszystkim polscy więźniowie polityczni, członkowie i przywódcy organizacji konspiracyjnych oraz ruchu oporu. Wykonywano tu także karę chłosty, czy karę słupka polegajacą na wieszaniu więzniów za wykręcone do tyłu ręce. Podążając dalej dotarliśmy pod plac apelowy. W tym miejscu esesman prowadzący apel przyjmował meldunki o stanie liczbowym więzniów. W przypadku stwierdzenia braku któregoś z nich pozostali byli karani długotrwałym, często kilkunastogodzinnym staniem na baczność niezależnie od warunków atmosferycznych. To w tym miejscu podczas apelu wystąpił z szeregu ojciec Maksymilian Kolbe, by zamienić się z innym więźniem i potem oddać za niego życie w celi głodowej, o czym przypomina stosowna tablica. Tuż obok placu stoi długa szubiennica dla więźniów, na której wykonywano publiczne egzekucje w celu zastraszania innych. Największa z nich miała miejsce w lipcu 1943, gdy powieszono dwunastu Polaków podejrzanych o udzielenie pomocy w zorganizownaiu ucieczki trzech innych więźniów oraz utrzymywanie kontaktów z okoliczną ludnością. Kierując się już powoli w stronę wyjścia dotarliśmy do krematorium. Gdy palenie zwłok przeniesiono do Brzezinki Niemcy rozebrali piece oraz kominy i przerobili na magazyn, a otwory, przez które wrzucano wcześniej gaz po prostu zamurowano. Po wojnie konstrukcję odtworzono z oryginalnych elementów i można ją oglądać w pierwotnym kształcie do dziś. Wizytę w Auschwitz zakończyliśmy przed budynkiem, w którym wraz z żoną i pięciorgiem dzieci mieszkał główny komendant obozu Rudolf Hess. Przed budynkiem w miejscu, gdzie był barak obozowego gestapo stoi szubiennica. Dwa lata po wojnie został na niej powieszony. To tu zakończyła się też pierwsza część naszej wycieczki po fabryce śmierci.

      Na drugą część pojechaliśmy naszym autokarem do położonej kilka kilometrów dalej Brzezinki. Przed wojną na tym terenie były wsie, ale niemieccy okupanci wypędzili stąd Polaków, a w miejscu zburzonych  lub zajętych budynków założyli obóz zagłady Birkenau. Główną bramę do której prowadziły tory dostrzec można było już z daleka. Po jej przekroczeniu naszym oczom ukazała się rampa kolejowa. Po jednej stronie niekończące się murowane baraki, po drugiej wystające z ziemii setki kominów. To pozostałości po barakach drewnianych. Po wojnie rozberano je. Powody były różne: stan techniczny i zniszczenia, warunki sanitarne, a także ze względu na materiał, który później wykorzystywano do odbudowy powojennej Polski. Obie strony od rampy odziela sznur wieżyczek strażniczych, w których zwykle siedzieli esesmani z bronią. Na środku rampy stał wagon. W każdym z takich bydlęcych wagonów przewożono nawet do osiemdziesięciu osób. Wiele z nich nie było w stanie przetrwać w takich warunkach często nawet kilkunastogodzinnej podróży i umierali w środku zanim dotarli do obozu. Ci, którym się to udawało byli często mordowani w komorach gazowych w ciągu kilku najbliższych godzin od transportu. Na końcu linii kolejowej znajdują się ruiny dwóch krematoriów. Pod koniec wojny probując zacierać ślady władze obozowe zarządziły ich rozbiorkę. To, czego nie zdążono rozebrać zostało wysadzone w powietrze. W miejscu, gdzie wysypywano prochy spalonych ciał znajdują się pamiątkowe tablice. Koniec tej swoistej ścieżki śmierci wieńczy imponujący kamienny pomnik z ułożonymi u jego stóp płytami z przesłaniem dla kolejnych pokoleń: „Niechaj na wieki będzie krzykiem rozpaczy i przestrogą dla ludzkości to miejsce, w którym hitlerowcy wymordowali około półtora miliona mężczyzn, kobiet i dzieci, głównie Żydów z różnych krajów Europy, Auschwitz‑Birkenau  1940-1945” . Płyty wykonano w 23 językach. Dokładnie w tylu językach mówiły ofiary tego obozu.

      Nie ukrywam, że ta wycieczka zrobiła na mnie ogromne wrażenie i mocno mną poruszyła. Wydawało mi się, że jestem na taką wizytę gotowy, ale normalny człowiek chyba nigdy na takie miejsca nie jest w pełni przygotowany. Cztery godziny spacerów, opowieści i widoków, które poruszają serca i duszę potrafi dotknąć każdego, nawet największego twardziela i trudno wyobrazić sobie, że te wszystkie okrucieństwa mogły wydarzyć się naprawdę i człowiek człowiekowi mógł zgotować tak okrutny los. Większe wrażenie, mimo mniejszej skali zrobiło na mnie chyba Auschwitz. Tragiczna historia tego miejsca poprzez fotografie, zdjęcia, dokumenty często sprowadzona jest  do historii  pojedynczego człowieka i rzeczy, które towarzyszą mu na codzień, co sprawia, że dokonane tu okrucieństwo i tragicze losy tych ludzi łatwiej sobie zobrazować. Birkenau pokazuje raczej ogromną skalę. Niekończące się tereny, przestrzenie, setki baraków, w których żyli i ginęli masowo ludzie… niczym w fabryce śmierci. Ta perspektywa jest już zupełnie inna, chyba mniej dla człowieka wyobrażalna. Na koniec chciałbym zostawić tylko taką refleksję, że nie możemy dać sobie wmówić, że histora nie ma znaczenia i powinno liczyć się tylko to, co przed nami, gdyż trudno budować dobrą przyszłość nie mając rozliczonej przeszłości i Ci  co jej nie pamiętają skazani są w przyszłości na popełnianie ciągle tych samych błędów.

2026.10.11 Kraków 12 CRACOVIA KRÓLEWSKI PÓŁMARATON – 1:47:47

Więcej zdjęć z Auschwitz-Birkenau


Z wizytą u Neptuna

      Kontynuując letnio-jesienną serię zaplanowanych półmaratonów tym razem dotarłem do Gdańska. To mój drugi start w tym mieście. Ten pierwszy miał miejsce w 2024 roku, a że byłem wówczas naprawdę w wysokiej formie to udało mi się pobiec jeden ze swoich najszybszych na tamtą chwilę biegów na tym dystansie (1:43:58) i do domu zabrałem bardzo dobre wspomnienia – zarówno turystyczne jak i sportowe. W tym roku szczyt mojej formy przypadł raczej na wiosnę. Oczekiwania były więc zdecydowanie mniejsze i z domu wyjeżdzałem z zamiarem złamania po prostu 1:50, co jest już od dawna dla mnie taką granicą minimalnej satysfakcji.

      Podobnie, jak dwa lata temu do Gdańska wybrałem się pociągiem. Kilka godzin podróży minęło zaskakująco szybko i zaraz po wyjściu z dworca  siedziałem już w tramwaju jadącym w okolice stadionu Polsat Arena, na którym zlokalizowane miało być całe miasteczko biegowe. O ile poprzednim razem Expo mnie trochę rozczarowało to w tym roku działo się tu już naprawdę całkiem sporo. Poza wieloma stoiskami wystawienniczymi można było spotkać także legendę polskich biegów długodystansowaych Pana Jerzego Skarżyńskiego. Pan Jerzy reklamował swoje książki. Widać, że przez ten czas impreza się troszkę rozwinęła organizacyjnie i wcale nie mam tu na myśli jedynie faktu, że liczba uczestników podwoiła się (tym razem miało pobiec, aż 15000 biegaczy). Pokręciłem się trochę po stadionie zrobiłem kilka zdjęć i z nowopoznanym kolegą Marcinem z Krakowa udałem się tramwajem do centrum, gdzie miałem zarezerowany nocleg. Przeszedłem się jeszcze dobrze znanym mi już szlakiem koło Starej Zbrojowni, Bazyliki Mariackiej i Długim Targiem dotarłem do symbolu Gdańska – Neptuna, a potem wzdłuż Motławy udałem się już do hostelu na zasłużony odpoczynek. W hostelu dominowali oczywiście biegacze, choć najlepszy kontakt złapałem z Michałem spod Krakowa, który kończył w Gdańsku swoją pieszą i autostopową wędrówkę po Polsce. Kiedyś też biegał, jednak kontuzja narciarska przerwała jego starty. Może kiedyś wróci do tego. Wieczór minął nam na bardzo miłych i ciekawych rozmowach.

      Następnego ranka na start dotarłem tramwajem w towarzystwie koleżanek z podsiedleckiego klubu Wiśniew Biega i Maszeruje Pauliny i Gosi. Miło porozmawialiśmy. Wkrótce trzeba było jednak się rozdzielić i zacząć przygotowania do startu. Od rana nie czułem się najlepiej. Pogoda też raczej nie sprzyjała. Już poprzedniego dnia przywitało mnie w Gdańsku piękne słońce, a w dniu biegu świeciło jeszcze bardziej. Zacząłem w tempie po 5:00 na kilometr. To moje standardowe ostatnio tempo. Biegło mi się jednak ciężko w zasadzie od samego początku. Nie pomogła nawet przybita piątka z Norbim, który na trzecim kilometrze dopingował biegaczy swoimi utworami. Trafiłem akurat na znany hit „Kobiety są gorące”. Po pięciu kilometrach dobiegliśmy do Stoczni Gdańskiej. Znaczna część początku trasy była pod górkę. Na drugiej piątce podbiegów było jeszcze więcej. Dychę przebiegłem w czasie powyżej pięćdziesięciu minut. To wolniej o około dwie minuty, niż regularnie biegałem podczas półmaratonów w tym roku, a wcale nie czułem, że jest lekko. W zasadzie już od trzeciego kilometra myślałem o tym, że skoro nogi w ogóle nie niosą to może tym razem warto odpuścić i zwolnić. Podjąłem jednak walkę i w sumie opłacało się, bo choć niewiele, to potem komfort biegu się trochę poprawił. Już w domu, gdy sprawdziłem profil trasy okazało się, że być może dlatego, że w tym miejscu zaczęło być więcej z górki. Kilka kilometrów przed metą już w zasadzie wiem, że plan prawdopodobnie uda mi się zrealizować, a szyki pokrzyżować mi już może jedynie podbieg na wiadukt. Doskonale pamiętałem go sprzed dwóch lat, bo to najtrudniejszy moment tego półmaratonu. Na szczęście i tym razem straty były tu niewielkie. Chwilę wcześniej minąłem klubowego kolegę Leszka. Nie wiedziałem, że się wybierał na ten bieg. Miło było zobaczyć znajomą twarz. Na ostatnim kilometrze przebiegliśmy przez stadion Polsat Arena. Dwa lata temu to tu był start i meta. W tym roku zaczynaliśmy i kończyliśmy obok stadionu.

      Ostatecznie udało mi się dowieźć do mety wynik taki, jaki chciałem, choć przyznam szczerze kosztowało mnie to trochę energii. 1:48:29 w takich okolicznościach szanuję i jestem zadowolony. Czasem tak jest, że jak nie idzie to nie idzie. Tymbardziej cieszy, gdy udaje się to jakoś przezwycieżyć. Najważniejsze dla mnie jest i tak, że nadal mam tyle samo startów co met i kolejny 92 już półmaraton zaliczony w zdrowiu. Gratulacje dla Elżbiety Glinki, która w tym biegu pobiła rekord Polski kobiet. Jak widać mimo wszystko dało się biegać szybko. Na koniec jeszcze krótki spacer przez Stare Miasto i można wracać do domu. Kolejny półmaraton już za dwa tygodnie.

2026.09.27 Gdańsk GARMIN PÓŁMARATON GDAŃSK  – 1:48:29


Zakończenie lata

      Już się trochę przyzwyczaiłem, że koniec wakacji to dla mnie początek intensywnych startów. Podobnie jest i w tym roku i na kolejny swój półmaraton, czyli Wizzair Warsaw Praski Night Halfmarathon musiałem czekać jedynie sześć dni. O ile po biegu w Siedlcach wiedziałem już coś, czego wcześniej mogłem się jedynie domyślać, czyli, że po lecie w szczytowej formie to ja nie jestem, o tyle teraz przekonałem się, że jest lepiej, niż by się mogło wydawać. Zanim jednak do tego doszło czekało mnie kilka dni niepewności i niepokoju. Dwa dni przed zawodami pojawił się ból stopy w okolicach ścięgna Achillesa, a im było bliżej zawodów tym bolało coraz bardziej. Było to o tyle niezrozumiałe i niepokojące, że w zasadzie przez cały tydzień w ogóle nie biegałem i jedynie regenerowałem się po biegu w Siedlcach. Pozostało mieć nadzieję, że ból nie przeszkodzi i uda się dotrzeć do mety, najlepiej w czasie przynajmniej zbliżonym do tego sprzed tygodnia.

     Tym razem sprzymierzeńcem miała być w miarę szybka trasa i pogoda. Wieczorna pora, kilka stopni Celsjusza mniej to na pewno handicap. Z drugiej strony pokrzyżować plany mógł zapowiadany deszcz i dość silny wiatr. Do Warszawy wybrałem się pociągiem, po odebraniu pakietu w centrum Warszawy, wróciłem w okolice Stadionu Narodowego, gdzie od lat organizowane jest miasteczko biegowe tego wydarzenia. Długi czas oczekiwania na start minął pod znakiem spotkań i rozmów z wieloma napotykanymi biegowymi znajomymi.

      Gdy na zegarze wybiła 20:30 rozległ się wystrzał startera. Mam w sobie mały niepokój. Jeszcze na rozgrzewce próbowałem rozbiegać bolącą stopę, ale nadal czułem pewien dyskomfort. Dlatego też zaczynam bardzo ostrożnie. Pierwszy kilometr będzie najwolniejszy z całego biegu. Potem trochę przyspieszam. Po dwóch, trzech kilometrach zapominam o bólu. Najwyraźniej adrenalina zrobiła swoje. To najlepszy środek przeciwbólowy. Od tej pory staram się trzymać tempo poniżej 5 min na kilometr. Na trasie jest wielu kibiców. Przyzwyczaiłem się już do tego, że atmosfera na tym biegu należy do najlepszych w Polsce. Być może to dzięki temu kilometry mijają bardzo szybko. Dziesięć pokonałem w niespełna 49 minut. To dobry wynik.  Miało trochę popadać. Na szczęście poza kilkoma kroplami deszcz chyba przeszedł bokiem. Wiatr w gęstym tłumie biegaczy też raczej nie przeszkadza.

      W drugiej części biegnie mi się już dużo mniej swobodnie. Najważniejsze jednak, że nie boli i nie ma żadnych poważnych kryzysów. Na szesnastym i siedemnastym kilometrze tradycyjnie jest długa prosta z nawrotką. Lubię to miejsce, bo wypatrując znajomych twarzy z naprzeciwka można choć trochę zapomnieć o zmęczeniu. Niedługo potem dobiegamy już do błoni stadionu. Tego miejsca dla odmiany nie lubię, gdyż wydaje się już, że meta jest na wyciągnięcie ręki, a tak naprawdę to zawijas o długości prawie dwóch kilometrów. Strasznie się tu dłuży. Na szczęście udaje się utrzymać tempo w zasadzie do samej mety i ostatecznie docieram tam z czasem 1:44:09. Niewątpliwie cieszy mnie ten rezultat. Nie spodziewałem się, że w ciągu tygodnia uda mi się urwać, aż cztery minuty, zwłaszcza biorąc pod uwagę kłopoty ze stopą. W dodatku to 21 rezultat na 91 oficjalnych półmaratonów, które do tej pory ukończyłem. Cieszę się, że mimo niepewności, niepokoju i dyskomfortu na starcie udało się zaliczyć ten bieg i zrobić kolejny krok do swojego celu. Następny półmaraton dopiero za trzy tygodnie. Mam więc nadzieję, że do tego czasu wszystko już wróci do normy.

     Do domu wróciłem nie pociągiem jak planowałem, ale samochodem wraz z klubowymi przyjaciółmi Krzyśkiem i Basią. Spotkaliśmy się jeszcze na trasie, odnaleźliśmy się także na mecie. Droga do Siedlec minęła nam na miłych rozmowach.

2026.09.05 Warszawa WIZZAIR WARSAW PRASKI NIGHT HALFMARATHON  – 1:44:09


Powrót do korzeni

      Tak się złożyło, że swój 90 półmaraton pobiegłem w rodzinnych Siedlcach podczas Biegu Jacka i śmiało można powiedzieć, że to taki trochę powrót do korzeni, bo przecież to te zawody w 2010 roku były mój pierwszym oficjalnym biegiem w życiu, dwa lata później drugim. Tu też w 2013 przebiegłem swój pierwszy w życiu oficjalny półmaraton. W sumie zaliczonych mam trzynaście z siedemnastu dotychczasowych edycji. Lata mijają i tylko jedno pozostaje tutaj  bez zmian… to, że udział traktuje najbardziej jako okazję do miłego spędzenia czasu i spotkania z biegowymi przyjaciółmi, niż zmaganie się z czasem i pogoń za wynikami. Nie inaczej było i w tym roku, a dodatkowy fakt, że latem jakoś szczególnie nie trenowałem i poza bieganiem więcej jeździłem rowerem jedynie utwierdzał mnie w przekonaniu, że każdy wynik poniżej godziny i pięćdziesięciu minut trzeba będzie szanować i traktować jako mały to mały…, ale sukces.

      Wiele mogło zależeć od pogody. Na przestrzeni lat zdarzały się różne warunki atmosferyczne. O ile mój debiut z 2013 roku na zawsze pozostał w pamięci jako ten, w którym lał deszcz i zwłaszcza na początku zmagań było przenikliwie zimno, o tyle w ostatnich latach zawody te kojarzyły mi się już raczej z upałem. W tym roku wydawało się, że pogoda może być dużym sprzymierzeńcem. Ostatecznie jednak, choć daleko było od upałów, to jednak trzeba było zmierzyć się ze słońcem i dość wysoką temperaturą.

      Start i metę już tradycyjnie zaplanowano na siedleckim stadionie lekkoatletycznym. Czas przed startem mijał bardzo miło na spotkaniach i rozmowach z licznie zgromadzonymi biegowymi kolegami poznanymi na różnych etapach mojej biegowej przygody, a którzy tego dnia postanowili pojawić się w moim rodzinnym mieście. W końcu jednak trzeba było zająć miejsce na starcie. Wystartowałem dość szybko. Pierwszy kilometr pokonałem w czasie 4:40. Tak szybko ostatnio biegałem jedynie na skórzeckich parkrunach, ale tam dystans jest pięcokilometrowy. Czułem się dość dobrze, może więc dlatego tak mocne otwracie. Wkrótce jednak dotarło do mnie, że w tym tempie będzie za szybko i zwolniłem do około pięciu minut na kilometr. Tak pokonałem pierwszą siedmiokilometrową pętlę. Na tym etapie miałem zapasu minutę i czterdziestu pięciu sekund by na mecie złamać godzinę i pięćdziesiąt minut, czyli do wyniku, który generalnie by mnie satysfakcjonował.

      Potem zwolniłem o kolejnych kilka sekund, ale miałem pełną kontrolę i kontynując bieg tym tempem cały czas utrzymywałem wypracowany na dotychczasowym dystansie zapas na poziomie prawie dwóch minut. Powoli traciłem jednak motywację i determinację. Na trasie było około dwustu półmaratończyków. Stawka jednak dość szybko się rozciągnęła. Grupa za pacemakerem na 1:45 była tego dnia dla mnie za szybka, za to 1:50 było dla mnie zbyt wolno. Większość dystansu musiałem więc pokonywać samotnie. Dało się to we znaki zwłaszcza na ostatniej pętli, gdy zmęczenie narastało. Mimo, że trudy biegu z każdym kolejnym kilometrem stawały się coraz wieksze to jednak udawało mi się trzymać swoje tempo. Jedynie piętnasty kilometr był trochę wolniejszy. Ostatecznie do mety docieram z wynikiem 1:48:18. To około dwudziestu sekund szybciej, niż dwa lata temu (w zeszłym roku w Biegu Jacka nie startowałem, bo biegałem półmaraton w Sztokholmie)  i ciągle ponad pięć minut szybciej, niż podczas debiutu w 2013.

 

      No cóż… Mimo, że plan i cel udało się w pełni zrealizować, to jednak uczciwie muszę przyznać, że kosztowało mnie to więcej energii, niż się spodziewałem. Na tym dystansie i w moim wieku żadnego wyniku nie dostaje się już „za darmo” i na treningach trzeba się jednak pomęczyć i swoje przepracować. Czasem o tym zapominam, ale potem na zawodach szybko sobie przypominam. Na szczęście nie była to, aż tak bolesna lekcja i choć po drodze komfortu nie było to wychodzę z niej i tak z pełną satysfakcją.

 

2026.08.30 Siedlce 17 BIEG SIEDLECKIEGO JACKA – 1:48:18


Nocne Bieganie

      Mam już trochę tych półmaratonów na koncie i niewątpliwie zasadą, która towarzyszy mi w zaliczaniu kolejnych jest to, że wybieram jedynie te asfaltowe z atestowaną trasą. Do tej pory zrobiłem tylko jeden wyjątek, gdy w 2019 roku wraz z kolegami z nowej pracy w ramach integracji postanowiłem pobiec Półmaraton Puszczy Kampinoskiej. Teraz pojawiło się co najmniej kilka powodów by zrobić odstępstwo od tej zasady ponownie. Po pierwsze to jubileuszowy, urodzinowy półmaraton organizowany przez mojego wieloletniego kolegę Tomka, który postanowił sobie zrobić prezent na swoje pięćdziesiąte urodziny i pobiec pięćdziesiąty półmaraton. Po drugie mam wiele sentymentu do miejscowości Skórzec, w której mam wielu bliższych lub dalszych kolegów i koleżanek, i w której to często bywałem na różnych zawodach. Po trzecie byłby to dobry trening i przetarcie przed sześcioma innymi, tym razem już asfaltowymi półmaratonami, które czekają mnie jeszcze w tym roku na przełomie lata i jesieni. Wszystko to złożyło się na decyzję o tym, by moim 89 półmaratonem stał się SKÓRZECKIE NOCNE BIEGANIE – 50 PÓŁMARATON TOMKA SKÓRY. Tymi zawodami rozpocząłem także czwartą setkę swoich biegów w życiu, bo to moje zawody numer 301.

      Start tym razem dopiero wieczorem. Do Skórca wybrałem się rowerem. Ode mnie z domu w Siedlcach to raptem piętnaście kilometrów. Gdy na zegarze wybiła 18:30 wystartowaliśmy. Szczególnych oczekiwań co do rezultatu nie miałem. Bieg urodzinowy to i oczekiwania bardziej towarzysko-imprezowe. Zaczałem jednak dość szybko w tempie poniżej pięciu minut na kilometr. Biegliśmy wówczas w kilkuosobowej grupie. Wkrótce jednak dotarło do mnie, że na tej naprawdę trudnej wymagającej piaszczystej trasie w takim tempie będzie dla mnie zbyt szybko. Od trzeciego kilometra zwolniłem, a i tak biegło mi się już ciężko. Na piątym kilometrze zaliczyłem upadek. Na polnej piaszczystej drodze zagapiłem się i zaczepiłem o wystajacy z ziemii kamień i tylko poczułem jak nakrywam się nogami. Liczyłem się z tym, że może mi się to przydarzyć, ale spodziewałem się tego raczej pod koniec biegu, gdy zmęczenie będzie już naprawde duże, a na niebie zapanuje zmrok.

      No cóż.. szybko przypomniałem sobie, że na takiej trudnej polnej i leśnej nierównej nawierzchni trzeba być bardziej czujnym i wyżej podnosić nogi, choć niewiele brakowało, aby na kolejnych kilometrach historia znowu się powtórzyła. Po pięciu kilometrach miałem minutę zapasu względem wyniku 1:50. Po dziesięciu było to ciagle jeszcze czterdzieści pięć sekund. Od tej pory jednak było już jednak jedynie  kwestią czasu, że i ten zapas zostanie przez mnie wkrótce roztrwoniony. Stało się to po trzynastym kilometrze. Choć zrobiło się juz trochę chłodniej to biegło mi się coraz ciężej. Wyprzedziło mnie kilka osób. Przez chwilę starałem się dotrzymywać im kroku, ale generalnie brakowało mi determinacji, sił i ostatecznie w zasadzie cały dystans musiałem już biec samotnie. Wkrótce zrobiło się ciemno, a do mety zostało mi jeszcze ze dwa kilometry. Na szczęście mimo zmroku i ograniczonej widoczności nie przydarzyło się już nic nieoczekiwanego i do mety dotarłem z wynikiem 1:52:34. Potem już tylko miłe rozmowy, tort, życzenia i powrót do domu. Kolejny półmaraton zaliczony. To najważniejsze. 

      Tomku, stu półmaratonów Ci nie życzę, bo nie wiem czy sam byś sobie tego życzył i masz w ogóle takie plany, ale na pewno mogę życzyć Ci zdrowia, niekończącej się energii i wytrwałości w Twojej działalności i coraz to ciekawszych pomysłów do realizacji. Sto lat!

2026.08.14 Skórzec SKÓRZECKIE NOCNE BIEGANIE – 50 PÓŁMARATON TOMKA SKÓRY – 1:52:34


Biegowy Szlem

      Na początku była oczywiście Europa. Wiadomo. Przez pierwsze lata podróżowałem jedynie po naszym kontynencie. Powodem były głównie ograniczone finanse, brak doświadczenia i chyba trochę lęk przed dalekimi wyprawami. Potem zupełnie niespodziewanie pojawiła się Afryka. Na kolejne kontynenty, czyli Azję, Amerykę Południową i Północną musiałem trochę poczekać, ale udało się dotrzeć także i tam. Aż w końcu przyszedł czas na Australię, gdzie postanowiłem zaliczyć swój osiemdziesiąty ósmy półmaraton, a jako wydarzenie, na którym miało się to dokonać wybrałem ASICS RUN MELBOURNE. Specjalnych przygotowań nie było. Od czasu kwietniowego wyjazdu do Kapsztadu startowałem jednak nadal całkiem sporo. Jeszcze w kwietniu pobiegłem w Poznaniu i Gdyni, gdzie udało mi się osiągnąć jedne z lepszych wyników w życiu. Potem na kolejnych półmaratonach zarówno w maju w Białymstoku i Swarzędzu, a zwłaszcza na tych na przełomie czerwca i lipca w Piasecznie, podsiedleckim Zbuczynie oraz w Kaliszu widać już było gorszą dyspozycję, no ale miałem wrażenie, że głównym powodem tego stanu rzeczy były przede wszystkim upały, a w Australli jest przecież teraz zima… Dlatego też mimo wszystko liczyłem na stosunkowo przyzwoity wynik, zwłaszcza, że miał to być pierwszy, ale prawdopodobnie także ostatni mój półmaraton na tym, tak bardzo odległym dla nas przecież kontynencie. Szansy więc na poprawkę raczej nie będzie.

       Długo zastanawiałem się czy ten wyjazd dojdzie w ogóle do skutku. Wiosenny konflikt militarny między Stanami Zjednoczonymi, a Iranem rozlewał się także na sąsiednie kraje. Od czasu do czasu atakowane były nawet cywilne lotniska w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, w tym także to w Abu Dhabi, gdzie miałem mieć międzylądowanie. Przez ostatnie miesiące z pewnym napięciem nasłuchiwałem wieści z tamtego rejonu świata i z nadzieją oczekiwałem, że nic nie będzie w stanie mi przeszkodzić. Na szczęście z czasem sytuacja uspokoiła się się na tyle, że wyleciałem zgodnie z planem i wkrótce mogłem zacząć cieszyć się kolejną turystyczno-biegową przygodą.

      W Melbourne wylądowałem w piątek po południu po blisko dwudziestu czterech godzinach w podróży, by potem autobusem dotrzeć do centrum miasta. Tego dnia niczego już nie planowałem i udałem się prosto do hostelu. Trzeba było przecież w końcu trochę odpocząć i się wyspać. Hostel nie był tani, ale jego zdecydowanie najmocniejszą stroną była lokalizacja. Znajdował się tuż obok historycznego dworca na Flinders Street z powieszonymi nad wejściem legendarnymi zegarami. Przez dziesięciolecia stały się one nie tylko źródłem informacji o czasie, ale także symbolem miasta, popularnym punktem orientacyjnym i miejscem spotkań mieszkańców. Stąd miałem też blisko po pakiet startowy, na start i metę oraz wielu ciekawych atrakcji miasta, które zamierzałem podczas swojego pobytu koniecznie zobaczyć.

      Sobotę rozpocząłem od porannego spaceru do położonego niedaleko Melbourne Park. To nowoczesny kompleks sportowy składający się z kilkudziesięciu kortów tenisowych, na których co roku rozgrywany jest jeden z najważniejszych na świecie tenisowy turniej wielkiego szlema Australian Open. W centralnym jego punkcie znajduje się też miejsce, na którym ustawione są popiersia kilkudzesięciu najwybitniejszych tenisistów tego kraju. To właśnie w Melbourne Park na jednym z obiektów wydawano pakiety startowe. W tej okolicy następnego dnia będzie też start i meta oraz całe miasteczko wydarzenia. Podążając tam wzdłuż przepływającej przez miasto rzeki Yarra miałem okazję widzieć dziesiątki biegaczy, rowerzystów, czy nawet kajakarzy, którzy swój sobotni poranek postanowili zacząć od aktywności sportowych.

      Po odebraniu numeru startowego zostawiłem tylko rzeczy w hostelu i wybrałem się na Federation Square, gdzie czekała na mnie jedna z organizowanych specjalnie dla turystów darmowych wycieczek po głównych atrakcjach centrum miasta. Co ciekawe plac nazywany jest przez niektórych najbrzydszym placem na świecie, a to ze względu na jego dość awangardową architekturę. Mówi się, że można go albo kochać, albo nienawidzić. Na mnie ten artystyczny nieład faktycznie chyba nie zrobił jakiegoś niesamowitego wrażenia, ale generalnie moim zdaniem nie jest tak źle. Ponieważ miałem jeszcze trochę czasu postanowiłem zacząć zwiedzanie samemu i odwiedzić miejsca, na których mi zależało najbardziej, a które były zlokalizowane tuż obok mojego hostelu. Pierwszym takim miejscem była Hozier Lane. Ta znana z kolorowych graffiti i street artu uliczka podobno przyciąga rzesze turystów i rzeczywiście, gdy tam dotarłem mimo wczesnej pory było sporo ludzi. Ulica stała się sławna, gdy w 1998 roku władze miasta dały zielone światło dla legalnego graffiti i zapyziała do tego momentu alejka zaczęła być atrakcją turystyczną. Każdego dnia powstają tu nowe dzieła, a stare przykrywane są kolejnymi warstwami farby. Przyznam się szczerze miejsce to kompletnie mnie nie urzekło. Ot takie tam bazgroły bez ładu i składu. Znacznie bardziej spodobała się mi natomiast kolejna artystyczna alejka, tym razem poświęcona i oddająca hołd jednemu z najsłynniejszych zespołów hard rockowych na świecie, a mianowicie zespołowi AC/DC. Trzecim i ostatnim miejscem była chatka znanego żeglarza, odkrywcy i podróżnika Johna Cooka. Domek został wybudowowany w połowie XVIII wieku w jednej z angielskich wiosek przez jego rodziców, a około stu lat temu został zakupiony przez australijskiego filantropa i przetransportowany do Melbourne. Każda cegła i każdy inny element konstrukcyjny budynku podczas rozbiórki został ponumerowany i zapakowany w dwieście pięćdziesiąt trzy skrzynie oraz czterdzieści beczek i przewieziony do Australii, gdzie został ponownie odbudowany, a następnie przekazano go mieszkańcom Wiktorii z okazji stulecia założenia miasta. Choć James Cook prawdopodobnie nigdy w nim na stale nie mieszkał, w latach młodości na pewno go odwiedzał. Wraz z domkiem do Australii przewieziono sadzonki oryginalnego bluszczu, który posadzono w ogrodzie i rośnie tam do dziś.


      Tuż przed 11:00 zgodnie z planem stawiłem się na Federation Square. Przewodnikiem wycieczki był młody chłopak Frank. Atmosfera zrobiła się naprawdę sympatyczna i wesoła, ale ponieważ więcej było opowiadania o historii i faktach, które już znałem, niż rzeczywistego zwiedzania będąc w katedrze Św. Pawła tuż obok mojego hostelu postanowiłem się od grupy odłączyć. Zostałem w Kościele chwilkę dłużej, by się pomodlić za pomyślność w biegu i przedwcześnie wróciłem do hostelu odpocząć. Czułem się trochę zmęczony i chciało mi się spać. Generalnie na początku pobytu w Melbourne odczuwałem senność cały czas. W dzień chciało mi się spać, bo w Polsce była właśnie noc, a w nocy, bo noc była akurat w Australii. Mimo to i tak często się budziłem. Przed biegiem nastawiłem sobie budzik przed piątą, ale tak naprawdę już od trzeciej w zasadzie nie mogłem zmrużyć oka.

      Start biegu zaplanowano na Batman Avenue falami od godziny 6:30. Nazwa ulicy nie jest przypadkowa, ale nie nawiązuje do bohatera filmowego, a założyciela tego miasta – Johna Batmana. Teoretycznie to piękny letni niedzielny poranek, ale w praktyce niewiele się zgadza. W Melbourne aktualnie jest przecież zima, jest ciemno, a i w czasie, gdy zaczynamy bieg w Polsce ciągle mamy jeszcze sobotę. Dopiero finiszowe kilometry będę pokonywał, gdy w Polsce minie północ. Do ostatniej chwili zwlekam z przebraniem się. Termometr wskazuje pięć stopni i dopiero koło południa jak wyjdzie słońce temperatura wzrośnie do szesnastu. Żałuję trochę, że nie mam koszulki z długim rękawem, która po wielu wahaniach ostatecznie została w Polsce. W końcu jednak trzeba stawić czoła warunkom i się przebrać. Na szczęście, gdy stanąłem już w swojej strefie gotowy na to wyzwanie zrobiło się dużo cieplej. Adrenalina i towarzystwo tysięcy innych biegaczy wokół zrobiło swoje. W sumie nie jest tak źle.

      Już na pierwszych kilkuset metrach na biegaczy czeka podbieg. Potem będzie ich znacznie więcej. Nie sprawdzałem profilu trasy, więc w tym momencie nawet nie wiem, że będzie dość trudna. Poza wspomnianymi licznymi wzniesieniami będzie też wietrznie, miejscami tłoczno i z wieloma zakrętami. Zaczynam w tempie po pięć minut na kilometr. Czuję się zaskakująco dobrze i biegnie mi się dość swobodnie. Po siedmiu kilometrach dobiegamy do Marvel Stadium. To ogromny stadion znany z ruchomego dachu i ponad pięćdziesięciu trzech tysięcy pojemności. Gości rozgrywki footballu australijskiego, krykieta, rugby, piłki nożnej, czy żużla. Poza sportem, stadion pełni także funkcję ważnego centrum rozrywki. Swoje koncerty grali tu choćby Coldplay, Taylor Swift, Adele i Elton John. Chwilę potem dobiegamy do przystani, przy której zacumowane są dziesiątki pięknych jachtów. Tutaj najbardziej we znaki daje się wiatr. Mimo wszelkich trudności pierwsze dziesięć kilometrów pokonałem dość szybko, bo w czasie poniżej czterdziestu dziewięciu minut. Na mecie, jeśli tylko wytrzymam, powinno mi to dać wynik poniżej godziny i czterdziestu pięciu minut. Taki rezultat w pełni by mnie usatysfakcjonował. Po piętnastu kilometrach dobiegliśmy do Shrine of Resembrence. Czytałem o tym miejscu przed wyjazdem i wiedziałem, że na pewno będę chciał je odwiedzić. To monumentalny pomnik wojenny, który upamiętnia, tych którzy służyli w I wojnie światowej, a także w kolejnych. Pomnik ma formę piramidy i jest inspirowany grobowcami starożytnej Grecji. Wewnątrz znajduje się także muzeum. Na razie skupiam się jednak na biegu. Przez chwilę mam wrażenie, że wśród kibiców widzę biało-czerwoną flagę. Przyjrzałem się bliżej. To jednak nie nasza, a Indonezji, bo czerwono-biała. Generalnie, ani wśród kibiców, ani wśród biegaczy nie dostrzegłem kogoś, kto mógłby sprawić choćby najmniejsze wrażenie, że jest z Polski. Kolejne kilometry wiodą przez Królewskie Ogrody Botaniczne założone w tym miejscu sto osiemdziesiąt lat temu. Zebrało się tutaj sporo kibiców i jest dość głośno. Mimo wszystko spodziewałem się więcej ludzi na trasie. Być może wielu odstraszyła wczesna pora. W końcu to przecież niedzielny poranek. Na ostatnich kilkuset metrach między arenami Australian Open trzeba jeszcze zmierzyć się z dość stromym podbiegiem, ale ostatecznie docieram do mety. Na ostatniej prostej nawet bardzo nie walczyłem z czasem. Uśmiechnąłem się jedynie w głębi duszy, bo już wiem, że przebiegłem półmaratony na wszystkich sześciu zamieszkałych kontynentach…, w dodatku na wszystkich z przyzwoitym czasem poniżej godziny i czterdziestu pięciu minut i nikt mi już tego nigdy nie zabierze. Przez tę krótką chwilę poczułem się naprawdę z siebie dumny.

      Po biegu wróciłem do hostelu, a niedługo potem siedziałem już w tramwaju jadącym w stronę plaży St. Kilda. To jedna z najbardziej popularnych plaż w Melbourne i częste miejsce wypoczynku. Wysiadłem przy historycznym parku rozrywki z ikonicznym wejściem w kształcie paszczy postaci zwanej „Mr. Moon”. To maskotka parku, która wita gości od przeszło stu lat. Pojawia się ono często na widokówkach z Melbourne. Zrobiłem pamiątkowe zdjęcie i zahaczając o molo pomaszerowałem plażą w kierunku Parku Alberta. Położony wokół malowniczego jeziora park co roku zamienia się w tor wyścigowy, po którym pędzą bolidy Formuły 1. Niestety główny budynek, który przyjmuje rolę centrum całego wydarzenia, i w którym przygotowywane są pit stopy zespołów był akurat przebudowywany. Popatrzyłem więc jedynie przez ustawiony tymczasowo płot i poszedłem dalej w kierunku Shrine of Resembrance. Teraz w końcu mogłem wejść do środka i obejrzeć go na spokojnie. W środku znajduje się wiele wojennych pamiątek. Jest też galeria składająca się z czterech tysięcy wojskowych medali, a każdy jeden z nich reprezentuje stu australijskich żołnierzy poległych we wszystkich dotychczasowych konfliktach. Łatwo więc policzyć, że było ich już czterysta tysięcy. Biorąc pod uwagę zainteresowania historią miejsce to zrobiło na mnie spore wrażenie. Na koniec tego aktywnego dnia zostawiłem sobie jeszcze Melbourne Cricket Ground. Stadion jest miejscem, na którym swoje mecze rozgrywają lokalne drużyny rugby, krykieta i footballu australijskiego. Był także areną igrzysk olimpijskich w 1956. To tu swój jedyny wówczas polski złoty medal (w skoku w dal) zdobyła Elżbieta Krzesińska, o której podobnie jak o innych triumfatorach tamtej imprezy do dziś przypominają wmurowane pamiątkowe tablice. Pod stadionem zbierały się właśnie tłumy. Wkrótce miał się bowiem rozpocząć mecz tutejszej drużyny footballu australijskiego – Tygrysów. Naprawdę zmęczony, ale równie zadowolony i podekscytowany całym dniem wróciłem do hostelu.


      W środku nocy obudziło mnie zapalone światło i nowowprowadzający się do naszego pokoju gość. Widząc moją koszulkę z polskimi napisami zapytał mnie w naszym języku czy jestem z Polski. Przetarłem oczy upewniając się, że dobrze widzę, ale z ciemną i śniadą cerą nie wyglądał na naszego rodaka. Okazało się, że choć Sunil jest rodowitym Australijczykiem i pochodzi z oddalonego osiemdziesiąt kilometrów od melbourne Geelong to teraz od kilku już lat mieszka i studiuje medycynę w Białymstoku. Wiążę też przyszłość z naszym krajem. Trudno było uwierzyć w taki zbieg okoliczności i takie spotkanie, a jednak… W kolejnych dniach wieczory będą nam mijać na miłych rozmowach z mieszanką jezyków angielskiego i polskiego. Kto wie, może kiedyś przy okazji jakiegoś kolejnego półmaratonu w Białymstoku będzie okazja spotkać się znowu. Tym razem już na polskiej ziemii.

      Następnego dnia w poniedziałek czekała mnie wycieczka. Jeszcze długo przed wyjazdem postanowiłem, że na jeden dzień opuszczę Melbourne i poruszając się wzdłuż wybrzeża tak zwaną Great Ocean Road, czyli Wielką Drogą Oceaniczną zobaczę co do zaoferowania ma australijska natura. Wcześnie rano jedząc śniadanie i wykorzystując wolną chwilę postanowiłem zrobić przez Internet odprawę lotniskową. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że powrót mam dzień później, niż przypuszczałem. Nie mogłem uwierzyć w to, co widzę. Od listopada, gdy kupowałem bilety wiele razy zmieniali mi godziny lotu, ale zazwyczaj było to przesunięcie o kilkadziesiąt minut w jedną lub w drugą stronę. W całym tym zamieszaniu mimo, że jak zwykle skrupulatnie przygotowywałem się i analizowałem szczegóły wyjazdu kompletnie nie zauważyłem, że za którymś razem poza godziną zmieniła się też data. Wiedziałem już, że będzie czekał mnie w Australii jeden dodatkowy, nieplanowany dzień. I choć nie lubię takich niespodzianek, to teraz już z tym nic zrobić nie mogłem. Poza tym nie był to też dobry moment, aby o tym myśleć i lepiej było skupić się już na wycieczce, która wkrótce miała się rozpocząć. Za kierownicą naszego autokaru siedział sympatyczny młody Chińczyk. Kazał mówić na siebie Tony. Towarzystwo w autokarze też głównie azjatyckie, jedynie z nielicznymi wyjątkami.

      Pierwszym przystankiem było Anglesee. Samo miasteczko pewnie niewiele ma do zaoferowania, ale widoki na klify i ocean były przepiękne. Po zrobieniu kilku zdjęć ruszyliśmy w dalszą drogę i po kolejnych dwudziestu minutach dotarliśmy pod Memorial Arch, czyli historyczny łuk upamiętniający australijskich żołnierzy biorących udział w I wojnie światowej. Stanowi on symboliczną bramę wjazdową na wspomnianą już malowniczą trasę turystyczną Great Ocean Road. Podążając nią dalej dojechaliśmy do znanej ze złotego piasku plaży w turystycznym miasteczku Lorne, a potem do miejscowości przyciągającej surferów o dość intrygującej nazwie Apollo Bay. Niewątpliwie czułem się trochę zaskoczony, bo w mojej świadomości dominował głównie obraz Australii pustynnej, pełnej raczej czerwonych piaskowców przeczesywanych przez poszukiwaczy złota. Tymczasem dość szybko przekonałem się, że stan Wiktoria to także piękne zielone lasy, rozległe pastwiska kojarzone już bardziej z Nową Zelandią. Podążając trasą na wschód cały czas mieliśmy okazję podziwiać przepiękny Narodowy Park Great Otway z pięknymi bujnymi wiecznie zielonymi lasami deszczowymi, gdzie można zobaczyć jedne z najwyższych kwitnących drzew jesionu górskiego, czy też drzewa eukaliptusa, a co za tym idzie, gdzie łatwo można spotkać koale. Kierowcy zajęło dosłownie kilka minut by wypatrzeć kilka z nich i zjechać na pobocze, byśmy mogli sobie je obejrzeć na spokojnie z bliska. W końcu dotarliśmy do głównego punktu wycieczki, a mianowiecie do legendarnych Dwunastu Apostołów. To miejsce o dość intrygującej nazwie to grupa wysokich naturalnych wapiennych kolumn stojących w oceanie tuż przy brzegu. Ich powstanie było wynikiem erozji i mają one różną grubość i wysokość. Choć nazwa wskazuje co innego faktycznie dziś jest ich już tylko osiem. W 2005 roku jeden z najpiękniejszych „apostołów” zawalił się, a kilka lat później został zniszczony kolejny. Te, które przetrwały wyglądają przepięknie i nic dziwnego, że co roku przyciągają do siebie miliony turystów, bo widoki są niepowtarzalne. Po zrobieniu kilku zdjęć ruszyliśmy w kierunku kolejnego przystanku, a mianowicie w okolice wąwozu Loch Ard. On znany jest z historii związanej z katastrofą, która miała miejsce w 1878 roku. Szkocki statek o tej nazwie rozbił się tutaj pod koniec swojej trzymiesięcznej podróży z Anglii do Melbourne. Z pięćdziesięciu czterech osób na pokładzie przeżyły tylko dwie. Historyczny cmentarz ofiar tej tragedii wciąż znajduje się na szczycie klifu. Ostatnim punktem naszej wycieczki był Most Londyński. To słynny naturalny łuk wapienny, który niegdyś stanowił most o podwójnym połączonym przęśle, ale jego część upadła w 1990 roku. Mimo tego ubytku nadal prezentuje się interesująco i warto było go zobaczyć. Kto wie jak długo przetrwa to, co jeszcze z niego zostało. Wracając w końcu do Melbourne po dwunastu godzinach zwiedzania kierowca gwałtownie zaczął hamować. Na środku jezdni, którą podążaliśmy rozsiadł się kangur i przez dłuższą chwilę nie miał zamiaru się ruszyć. Ratował się ucieczką w ostatniej chwili dosłownie dwa metry przed rozpędzonym autokarem i udało mu się prawdopodobnie tylko dzięki szybkiej reakcji kierowcy i gwałtownemu wciśnięciu hamulca. Uff. Było blisko. Nie tak wyobrażałem sobie australijskie spotkanie z tym zwierzęciem.

      Wtorek, czyli nadprogramowy dzień pobytu w Melbourne postanowiłem wykorzystać na odwiedzenie kilku dodatkowych miejsc, których pierwotnie nie planowałem. Udało się zobaczyć między innymi katedrę Św. Patryka, Muzeum Sztuki i Galerię Iana Pottera, gdzie akurat prezentowano różne wystawy sztuki współczesnej poświęcone na przykład pożarom w australijskim buszu, czy Aborygenom, a także tutejszy Parlament. Była też okazja przejść się i poznać te rejony miasta, gdzie niewątpliwie nowoczesne miasto jakim jest dzisiejsze Melbourne jeszcze bardziej przenika się ze starą architektura wiktoriańską. Na sam koniec dotarłem do Queen Victoria Market. Rynek funkcjonuje nieprzerwienie od prawie stu pięćdziesięciu lat. Handluje się tu wszystkim, w dodatku w rozsądnych cenach. Uznałem, że to idealne miejsce by to właśnie tu zakończyć swoją wielką australijską przygodę. Kupiłem trochę pamiątek i wróciłem do hostelu. Następnego dnia już tylko powrót do Polski dokładnie tą samą długą i żmudną drogą, którą do Melbourne przybyłem.


      No cóż… Był to dla mnie wyjazd szczególny. Po pierwsze tak daleko od domu, czyli prawie piętnaście i pół tysiąca kilometrów jeszcze nigdy nie byłem i tym bardziej nigdy nie biegałem. Po drugie dzięki niemu ostatecznie udało mi zrealizować dwa z kilku postawionych przed samym sobą dawno temu celów. Założyłem sobie przecież, że do pięćdziesiątego roku życia chciałbym przebiec przynajmniej po jednym półmaratonie na każdym z sześciu zamieszkałych kontynentów, a także odwiedzić co najmniej sześćdziesiąt krajów. Dziś mogę w końcu powiedzieć, że Australia jest moim sześćdziesiątym odwiedzonym krajem i zarazem szóstym ostatnim zamieszkałym kontynentem, na którym udało mi się ukończyć oficjalny półmaraton. Biorąc pod uwagę okoliczności i tenisowe miejsce, w którym się to ostatecznie dokonało traktuje to w pewnym sensie jako zdobycie swojego osobistego biegowego wielkiego szlema. Oczywiście ani podróżować, ani biegać nie przestaję, bo to jedynie przystanek, a nie meta. Jest przecież jeszcze tyle miejsc i tyle innych wyzwań, które czekają na swój moment i swoją kolej…

2026.07.19 Melbourne  (Australia) ASICS RUN MELBOURNE  – 1:44:05

Więcej zdjęć z biegu:

Więcej zdjęć z Melbourne:

Więcej zdjęć z Great Ocean Road:

 


Nadal Pod górkę

      Gdy tydzień temu w niedzielę w Zbuczynie udało mi się przetrwać ekstremalne warunki i tropikalny upał sięgający czterdziestu stopnii to wydawało się, że na kolejnych zawodach powinno być już dużo zdecydowanie z górki. Upały w końcu zelżały, przyszło ochłodzenie, a i sam bieg miał się przecież odbyć dopiero po zmroku. Tymczasem kolejne trudności czaiły się już „tuż za rogiem”. W poniedziałek wieczorem poczułem się źle. We wtorek było jeszcze gorzej. Dopadła mnie wirusowa grypa żołądkowa. Rozpoczęła się walka z czasem i choć każdego kolejnego dnia było coraz lepiej to jednak nadal nie czułem się na siłach, by mierzyć się z tak długim dystansem. Rzeczywista poprawa przyszła w czwartek i choć nadal nie było idealnie to na szczęście w piątek mogłem uznać, że planów nie zmieniam i mogę rozpocząć pakowanie plecaka. W sobotnie popołudnie siedziałem już w pociągu najpierw do Warszawy, potem do Kalisza, a koło dziewiętnastej byłem już na miejscu gotowy na kolejne półmaratońskie wyzwanie.

      W Kaliszu na Nocnym Półmaratonie Bursztynowa Hellena biegałem już rok temu na jego siódmej edycji. Wówczas zapisałem się dość spontanicznie i w sumie spodobało mi się na tyle, że w tym roku postanowiłem tam wrócić. Nie pamiętałem za bardzo trasy, co wydawało mi się, że jest dowodem na to, że jakoś strasznie wymagająco nie było. Gdy jednak zacznie się rywalizacja szybko sobie przypomnę, że będzie jednak pare miejsc, które mogą okazać się być większym wyzwaniem, jak na przykład stromy podbieg na trzynastym kilometrze z  różnicą wzniesień około czterdziestu metrów.

      Na trasę ruszamy punktualnie o 22:00 z okolic hali sportowej Kalisz Arena. Zacząłem tak, jak zwykle ostatnio w tempie pięć minut na kilometr, ale biegnie mi się od samego początku bardzo trudno. Czuję się nadal osłabiony i niepewny swojego żołądka, po którym nie wiadomo czego się tak naprawdę mogę spodziewać, ale raczej na pewno niczego dobrego. Mimo, że pogoda do biegania tym razem idealna, to jest mi ciężko i brakuje mi sił. Nie ma to ciągle przełożenia na tempo biegu, ale w głowie już pojawiają się pierwsze myśli, że wcześniej czy póżniej kryzys przyjdzie. Mijają kolejne kilometry: piaty, szósty, siódmy… Trudy biegu umila doping kibiców. Doskonale pamietałem, że i rok wcześniej atmosfera na trasie była bardzo fajna i bardzo mi się podobała. Na półmetku dobiegliśmy do muralu, który przypomina o tym, że Kalisz to najstarsze miasto w Polsce. Przyciągnął moje oko i na chwilę pomógł zapomnieć o biegowych zmaganiach. Paradoksalnie z każdym kolejnym kilometrem biegnie mi się coraz lepiej. Oczywiście doszła kwestia zmęczenia, ale dolegliwości związane przebytą chorobą jakby przeszkadzają mniej. Pojawiło się też od razu więcej optymizmu. Od tej pory, choć po pierwszych kilometrach trochę straciłem na to nadzieję, powrócił plan złamania 1:50, zwłaszcza, że w zasadzie niewiele zwolniłem nawet na wspomnianym już stromym podbiegu. Gdy do mety pozostawało pięć kilometrów jestem już w zasadzie przekonany, że mimo kłopotów zdrowotnych ostatnich dni uda mi się ukończyć ten bieg z satysfakcjonującym wynikiem. W końcówce udaje się utrzymać tempo i do mety dobiegam w czasie 1:47:34. Tylko pół minuty wolniej,  niż rok temu, w pełni sił.  Cieszę się, że choć znowu pojawiły się nieprzewidziane trudności, to i tym razem się nie wycofałem i doprowadziłem sprawę do końca. Dało mi to naprawdę dużo satysfakcji. Po biegu jeszcze przygotowany przez organizatorów dla biegaczy wyjątkowo obfity posiłek, miłe rozmowy i można kierować się na dworzec. Noc minie w podróży. W domu będę dopiero 9 rano, ale było warto.

  

2026.07.04 Kalisz Półmaraton: 8 KALISKI PÓŁMARATON NOCNY BURSZTYNOWA HELLENA – 1:47:34


Piekło

      Piekło – tak mógłbym podsumować krótko swój kolejny półmaraton, który przyszło mi pobiec w podsiedleckim Zbuczynie. Od kilku dni zapowiadano nadejście fali afrykańskich upałów i tak się nieszczęścliwie złożyło, że według prognoz punkt kulminacyjny miał przypaść dokładnie na niedzielę, czyli dzień zawodów. Nie ukrywam, że wiedząc w jakich warunkami przyjdzie nam się zmierzyć czułem duży respekt i miałem w sobie przed tym startem sporo obaw. Gdybym kilka miesięcy temu mógł przewidzieć, że będzie, aż tak ekstremalnie, bo temperatura osiągnie nawet 39 stopni to pewnie bym sobie darował te zawody i się nie zapisał. No ale nie przewidziałem… i się zapisałem.

      Jeszcze w sobotę wahałem, czy jest sens stawać w ogóle na starcie, bo dla mnie bieganie jest przede wszystkim przyjemnością, a trudno o to, gdy trzeba zmierzyć się z takim upałem. Trudno też o jakąś satysfakcję, gdy wiesz, że jesteś w sumie w formie, a nawet jak jakimś ogromnym wysiłkiem ukończysz ten bieg to być może będzie to i tak najwolniejszy półmaraton ze wszystkich, które do tej pory przebiegłeś i da Ci więcej rozczarowania, niż radości. Miałem wrażenie, że co nie postanowię to na końcu i tak będę niezadowolony. Postanowiłem jednak doprowadzić sprawę do końca i wystartować licząc się z tym, że osiągnięty wynik będzie dla mnie porażką i nie spełni moich nawet najmniejszych oczekiwań ustawionych na poziomie dwóch godzin.

      Start zaplanowano na 9:30. Szkoda, że nie ze dwie godziny wcześniej, bo byłoby ciepło, ale jeszcze znośnie, ale któż mógł przewidzieć taki upał kilka miesięcy temu, a na zmianę decyzji ze względów organizacyjnych było za późno. Termometr mimo porannej godziny wskazuje już 32 stopnie, potem w ciągu dnia ma być jeszcze cieplej. Mam już trochę tych biegów na koncie, ale pierwszy raz w życiu zamierzam pobiec zaopatrzony w czapeczkę oraz wiedząc, że na trasie będą miejsca, gdzie nadarzy się okazja by je nawilżać dodatkowo gąbkę i buffa, którymi zamierzałem regularnie schładzać rozgrzaną głowę i kark. Liczyłem, że te szczególne środki ułatwią mi zmagania choć trochę. Tak bardzo skupiłem się na schładzaniu, że zapomniałem zabrać ze sobą na trasę buteleczkę z wodą z elektrolitami i powędrowała do depozytu gdzie przleżała cały bieg. Ech, jak pech to pech. No trudno.

      Planuję zacząć w tempie po 5:20 na kilometr. To prawie pół minuty wolniej, niż średnio biegałem w tym roku. Mój plan zakłada wytrzymać tak chociaż do połowy, a potem kontrolować każdy kolejny kilometr i pokonywać je w co najwyżej sześć minut każdy. Efektem ma być wynik poniżej dwóch godzin na mecie. To biorąc pod uwagę okoliczności by mnie w pełni usatysfakcjonowało. Zaczynam jednak troszkę szybciej. Punkty z wodą biorąc pod uwagę ekstremalne warunki ustawiono co dwa kilometry. Zamierzam z nich regularnie korzystać, wiem jak bardzo jest to istotne. Na początku pije w locie, ale już po pięciu kilometrach dochodzę wniosku, że to samobójstwo i w taką pogodę daleko tak nie zajadę. Od tego momentu zatrzymuje się już w każdym punkcie by nie tylko napić się trochę więcej niż dotychczas, ale także polewać wodą coraz bardziej rozgrzane ciało, nawet kosztem utraconych sekund postoju. Przyniosło to od razu efekt i biegnie się trochę lżej. Tętno jednak od samego początku bardzo wysokie. Dziesiąty kilometr według planu powinienem ukończyć po pięćdziesięciu czterech minutach, jestem tam jednak trzy minuty wcześniej. To dobra wiadomość, która tknęła we mnie trochę optymizmu. Od tego momentu plan zakłada biec po sześć minut na kilometr. Nadal udaje się jednak urywać kolejne sekundy na każdym z nich mimo, że zdecydowanie zwolniłem. Po trzynastu kilometrach jest delikatny podbieg w dodatku w słońcu. Tutaj biegnie się ciężko, ale mimo tego tempo jest nadal szybsze, niż planowałem. Robi się coraz cieplej, ale szczęśliwie jakichś dużych kryzysów nie doświadczam. Być może to efekt tego że bardzo sumiennie korzystam z punktów nadawdniania dużo pijąc i polewając ciało, a zwłaszcza głowę kark, i plecy.  O ile w pierwszej części dystansu biegłem mając w zasięgu wzroku innych biegaczy, o tyle teraz trzeba już walczyć jedynie w samotności. Po piętnastym kilometrze, gdy moje tempo cały czas jest poniżej sześciu minut na kilometr zaczynam nabierać coraz więcej optymizmu i przekonania, że plan uda się zrealizować. Trzy ostatnie czując narastające zmęczenie trochę zwalniam, ale nadal każdy kilometr jest szybszy, niż planowałem na początku. Na ostatnim z nich dogoniła mnie kilkuosobowa grupa. Ten fakt wyzwala we mnie jeszcze ostatnie pokłady energii i ochoty, by trochę się zmobilizować i powalczyć. Na finiszu ostatnimi siłami mocno przyspieszam dobiegając do mety w czasie 1:54:18.

      Taki wynik zdecydowanie spełnia moje oczekiwania i na starcie brałbym w ciemno. Cieszę się, że jednak mimo ogromnych wątpliwości zdecydowałem się na ten bieg i ukończyłem w czasie, który daje mi pełną satysfakcję. Dziś receptą na to była nawet nie wysoka forma, nie ambicja, ale po prostu doświadczenie. Tak, czy inaczej kolejny półmaraton ukończony. Myślę, że biorąc pod uwagę pogodę był to mój najtrudniejszy, a na pewno jeden z najtrudniejszych, wliczając w to te afrykańskie.

      Na koniec ogromne podziękowania dla organizatorów, lokalnej Straży Pożarnej i licznej rzeszy kibiców, którzy zrobili naprawdę dużo, aby ograniczyć trudy tych zmagań i aby udało mi się dotrzeć do mety w zdrowiu i z pełną satysfakcją. Myślę, że bez tego wsparcia dziś byłoby to niemożliwe. Doceniam.

2026.06.28 Zbuczyn Półmaraton: 5 PÓŁMARATON ZBUCKI – 1:54:18

Zdjęcia: własne / Zabłąkany Aparat – Paweł Pietruczanis


Oczywista nieoczywistość

      Kolejny swój osiemdziesiąty piąty już półmaraton postanowiłem pobiec w podwarszawskim Piasecznie. Planując swój sezon pod koniec ubiegłego roku nie zakładałem, że w moim kalendarzu znajdzie się ten bieg. Nie mogłem, gdyż na biegowej mapie ten półmaraton jeszcze nie istniał. Pojawił się dopiero w tym roku. Gdy jednak udostępniona została informacja, że takie zawody się odbędą postanowiłem się zapisać. Nie była to oczywista decyzja. Poza półmaratonami w Platerowie, czy Zbuczynie, które są blisko mojego domu i jest to zawsze wspaniała okazja by spotkać wielu znajomych staram się raczej wybierać większe imprezy w dużych miastach organizowane z rozmachem. Tym razem jednak, podobnie jak w przypadku mojego ostatniego startu w Swarzędzu postanowiłem to zmienić. Co zadecydowało? Mimo wszystko bliskość Siedlec i dobry dojazd, a także generalnie wolny termin w kalendarzu. Nocna formuła ograniczała także ryzyko związane z upałem. Liczyłem, że mimo końcówki czerwca wieczorem już bardzo gorąco nie będzie. Tymczasem pogoda zaskoczyła i po chłodnym okresie dosłownie w dniu biegu przyszło spore ocieplenie, a znacznie wyższe temperatury dawało się odczuć nawet wieczorem. No trudno, jakoś sobie trzeba będzie z tym poradzić…

      Od mojego ostatniego biegu minęło już trzy tygodnie. Po najważniejszych wiosennach startach tego roku nie trenuję już tak intensywnie i czuje, że forma już nie jest tak wysoka jak jeszcze dwa, trzy miesiące temu. W dodatku ten upał… Specjalnych oczekiwań zatem nie miałem, ale mimo wszystko wydawało się, że 1:50 powinno udać się złamać. Do Piaseczna pojechałem prosto z domu w sobotnie popołudnie. Po niespełna trzech godzinach byłem na miejscu, odebrałem pakiet w Biurze Zawodów zlokalizowanym w gmachu tutejszego Muzeum i mogłem oczekiwać na start. Oczekiwania umilały rozmowy z licznie napotykanymi biegowymi znajomymi. Zarówno tymi starymi, a także nowopoznanymi.

      Początek biegu zaplanowano na 21:00. Nie czuję się najlepiej. Mam wrażenie że od samego początku brakuje mi sił. Mimo tego zaczynam dość mocno. Wystaczyły jednak trzy kilometry by przekonać się, że dziś na wiele to mnie stać nie będzie. No cóż. Trudno. Nic na to nie poradzę. Postanowiłem delikatnie zwolnić. Już na początku biegaczy czeka pętla po bieżni kamealnego, ale bardzo ładnego tutejszego stadionu przy akompaniamencie orkiestry dętej. Wrócimy tu biegnąc w odwrotnym kierunku tuż przed metą. Niedługo potem dobiegamy do jakiegoś pięknie oświetlonego jeziorka. Po kilku kilometrach wybiegamy z Piaseczna i czeka nas dłuższy odcinek przez sąsiednie miejscowości i położone między nimi tutejsze lasy. Biegaczy na całej trasie zywiołowo dopinguje wiele grup kibiców. Ciągle jest bardzo ciepło. Zmieni się to dopiero mniej więcej w połowie dystansu, gdy zrobi się już ciemno. Trasa także jest dość nieprzyjemna. Mimo, że nie ma jakichś spektakularnych podbiegów to jest sporo różnych mniejszych wzniesień. Mniej więcej od piętnastego kilometra zaczyna dokuczać mi kolka. Od tego momentu moje tempo zaczyna spadać. Biegnie mi się naprawdę coraz trudniej. Dwa kilometry od mety zdaje sobie sprawę, że cały wypracowany od początku zapas już straciłem i prawdopodobnie na mecie będę na granicy 1:50. Próbuję zrobić wszystko, aby być poniżej. Dokuczliwa kolka skutecznie mi to jednak uniemożliwia. Ostatecznie trochę pogodzony, a trochę bezsilny do mety dobiegam z czasem 1:50:37. Jeszcze chwilę podelektuję się samą impreza, a potem droga na pociąg i podwrót do domu. Noc czeka mnie na dworcu w Warszawie. Będzie czas by sobie przeżyć wszystko jeszcze raz w swojej głowie. Jak na pierwszą edycję to była fajna impreza. Chyba przekonałem się do tych mniej oczywistych mniejszych biegów i je polubiłem. Na plus zdecydowanie atmosfera, pofalowana trasa choć bardzo malownicza dała się trochę odczuć, zwłaszcza w połączeniu z wysoką temperaturą, ale generalnie było ok. Nie ma co zresztą narzekać. Za tydzień w Zbuczynie może być jeszcze trudniej.

2026.06.20 Piaseczno Półmaraton: 1 NOCNY PÓŁMARATON PIASECZYŃSKI – 1:50:37


2014 Mariusz Ryżkowski