Zdarza się, że na naszej drodze pojawiają się pewne szanse, a my ich nie wykorzystujemy. Dzieje się tak z powodu strachu, jakichś ograniczeń, a czasami po prostu braku świadomości. Wiele lat temu w firmie, w której wówczas pracowałem dostałem propozycję wyjazdu służbowego na dwa, trzy tygodnie do Indii. Propozycję odrzuciłem. Powody swojej decyzji tłumaczyłem sobie różnie. Może trochę lękiem przed tak daleką podróżą, może trochę ograniczeniami językowymi, a najbardziej chyba po prostu nie zdawałem sobie sprawy, że ten wyjazd to dla mnie tak naprawdę nie problem, a ogromna szansa na przeżycie czegoś wyjątkowego. Wówczas jeszcze nie doceniałem podróżowania po świecie. Zagranicą byłem jedynie kilka razy. Taki wyjazd na tamtą chwilę mnie po prostu przerastał, nie byłem na niego gotowy. Choć czasu cofnąć nie mogłem, to jednak chciałem ten błąd kiedyś naprawić i do tego dalekiego kraju rzeczywiście się wybrać. Już na własnych warunkach, no i niestety tym razem już na własny koszt. Potrzebowałem blisko dekady, ale w końcu to się stało. Po tych wielu latach dojrzałem do tego, by swój sezon biegowy 2026 rozpocząć w lutym właśnie w Indiach startując w COGNIZANT NEW DELHI HALFMARATHON.

Na wyjazd czekałem z pewną ekscytacją, ale i zniecierpliwieniem. Po pierwsze od mojego ostatniego półmaratonu minęło już prawie trzy miesiące. Stęskniłem się trochę za zawodami i tym dreszczykiem sportowych emocji. Po drugie ciekawiły mnie same Indie. Wiedziałem przecież, że to niezwykle interesujący kraj pełen kontrastów i skrywający w sobie wiele tajemnic, a jego egzotyka, rozległe dziedzictwo historyczne, duchowe i kulturowe dawało mi gwarancję, że znajdę tam coś, co mnie zaciekawi i będzie to kolejna wspaniała przygoda.

Podróż zaczynałem tym razem w czwartek po popołudniu. Biorąc pod uwagę długość lotu i cztero- i półgodzinną różnicę czasu na miejscu byłem nad ranem. Po przejściu przez wszelkie przedłużające się trochę formalności i odczekaniu chwilę, aż miasto zacznie budzić się do życia odnalazłem metro i pojechałem do centrum. Przygotowując się do tej podróży wynotowałem sobie miejsca, które chciałbym zobaczyć i okazało się, że ta lista jest naprawdę długa. Co gorsza, wszystko co najciekawsze porozrzucane jest w różnych częściach miasta, a miasto jest po prostu gigantyczne. Cała aglomeracja to około trzydzieści pięć milionów ludzi, czyli niewiele mniej, niż w Polsce. W Indiach planowałem spędzić w sumie aż cztery dni, ale żeby zobaczyć to, co chciałem musiałem skrupulatnie wszystko zaplanować, naprawdę bardzo się postarać i liczyć na odrobinę szcześcia. Dlatego też nie chcąc tracić czasu odkrywanie Delhi miałem zamiar rozpocząć od razu po drodze z lotniska.

Choć oficjalnie Indie pozostają państwem świeckim to jednak charakteryzują się różnorodnością przekonań i praktyk religijnych. To tu narodziły się aż cztery duże religie: hinduizm, buddyzm, sikhizm i dżinizm. Znajduje się tu niezliczona ilość światyń religijnych różnych wyzwań, które co roku przyciagają miliony turystów z całego świata. Było więc jasne, że to właśnie miejsca kultu religijnego zdominują także plan mojego pobytu. Od nich też postanowiłem zacząć. Pierwszym punktem na mojej liście była Gurdwara Bangla Sahib, czyli świątynia sikhijska poświęcona pamięci jednego z Guru – Har Krishana, w drugiej hindusitycznej Shri Laxmi Narayan czci się boga Narayana i bogini Lakshmi – symbole dobrobytu i pomyślności. Okazalsza jest ta druga i to ona zrobiła na mnie większe wrażenie. Ciekawostką jest fakt, że nad wejściem widnieje swastyka. W Europie kojarzy nam się z nazizmem, w kulturze hindusitycznej i budyjskiej symbolizuje jednak szczęście i dostatek. Kolejnym miejscem, które odwiedziłem było obserwatorium Jantar Manar. Wzniesione na początku XVIII wieku obserwatorium astronomiczne uważane jest za najstarsze tego typu na świecie. Choć w Europie w tamtym czasie znany był już teleskop to w Jantar Manar nie ma żadnych instrumentów optycznych, a mimo to udawało się określać ruchy słońca, księżyca i planet, co świadczy o dość zaawansowanej wiedzy astronomicznej ówczesnych Indii. W otaczającym obserwatorium parku poza kamiennymi przyrządami moją uwagę zwróciły wiewiórki, setki rozbieganych, ganiających się wzajemnie po trawnikach i drzewach wiewiórek. Nie jak tych naszych rudych, ale szarych, mniejszych z charakterystycznym pasem na grzbiecie. Podobnie było zresztą w innych parkach mijanych po drodze. Od czasu do czasu miałem okazję spotykać także wolnożyjące na ulicach małpy, a czasem nawet piękne zielone papugi. Podążając dalej dotarem w okolice Rashtrapati Bhavan, czyli oficjalnej rezydencji Prezydenta Indii. Budynek z trzysta czterdziestoma pokojami rozłożonymi na czterech piętrach jest największą rezydencją prezydencką na świecie. Jego budowa rozpoczęła się na początku poprzedniego stulecia i trwała około siedemnastu lat. Odbywają się w niej uroczystości państwowe, przyjęcia zagranicznych delegacji i ceremonie. Tuż obok siedziby prezydenta znajduje się Samvidhan Sadan. Przez ponad siedemdziesiąt lat, aż do otwarcia kilka lat temu nowego gmachu budynek był główną siedzibą parlamentu Indii. To tu odbywały się kluczowe debaty, uchwalano ustawy i prowadzono dyskusje, które kształtowały współczesne państwo. Na koniec zostawiłem sobie Pura Quila. Miejsce znane również jako Stary Fort to jeden z najstarszych i najbardziej fascynujących zabytków Delhi, którego korzenie sięgają XVI wieku. Mury fortecy, wykonane z piaskowca, mają około osiemnastu metrów wysokości i rozciągają się na długości prawie dwóch kilometrów, otaczając cały kompleks pełen pałaców, meczetów i ogrodów. Było to ostatnie miejsce, które zaplanowałem odwiedzić po drodze z lotniska.

Specerując swojego pierwszego dnia po centrum Delhi co chwilę napotykałem na porozstawiane na ulicach i chodnikach barierki, a także setki policjantów z długą bronią, co mocno ograniczało mi możliwości poruszania się po mieście. Odpowiedz czym były spowodowane aż tak duże środki ostrożności znalazłem już wkrótce na billbordach. Okazało się bowiem, że w tych dniach w Delhi organizowany był międzynarodowy szczyt dotyczący sztucznej inteligencji, na który zjechało sie wiele głów państw z całego świata. Do hotelu, w którym miałem nocować przez najbliższe dni dotarłem z poczuciem nie do końca zrealizowanego planu i potrzebą wybrania się do niektórych miejsc raz jeszcze, już na spokojnie i bez ograniczeń. Mój sztywny i napięty plan pobytu w Delhi właśnie się zachwiał.

Podobnie jak podczas swoich dwóch ostatnich wyjazdów do krajów afrykańskich, tak i tym razem zdecydowałem się na cały pokój dla siebie w normalnym hotelu. Miejsce na nocleg, które wybrałem na pierwszy rzut oka wydawało się naprawdę całkiem przyzwoite. Okolica co prawda może nie była najlepsza. Znajdujący się w dość biednej muzułmańskiej części miasta otoczony bazarem, na którym handel kwitł od wczesnego rana do północy, gwar, ubrane w hijaby żebrzące kobiety, czy podejrzliwie spoglądający na obcego białego człowieka mężczyzni… budziło to pewien niepokój, ale trochę rekompensowała to wszystko bliskość metra, z którego miałem już otwartą drogę do wielu punktów docelowych swojej wycieczki oraz na start biegu. Byłem naprawdę zmęczony i nawet się do końca nie rozpakowywałem tylko postanowiłem odespać całą noc w podróży. Gdy przebudziłem się po kilku godzinach okazało się, że w łóżku mam pluskwy. Od razu przypomniały mi się nieprzespane noce w Porto przed laty. Nie zastanawiałem się więc ani chwili i poprosiłem o zamianę. Chłopaki na recepcji nie wyglądali na bardzo zdziwionych, że przychodzę z takim problemem. Spojrzeli tylko na siebie i chwilę potem wylądowałem w nowym pokoju. W tym pluskiew już nie było. Od czasu do czasu pojawiały się jedynie prusaki. Zarówno w pierwszym, jak i drugim nie było też ani obiecanego telewizora, ani ciepłej wody, ale dalej już nie wybrzydzałem. Przecież nie przyjechałem tu oglądać telewizję, a do chłodu przyzwyczaiła mnie mroźna zima.

Kilka tygodni przed wyjazdem skontaktował się ze mną pochodzący z Rumunii, a mieszkający aktualnie w niemieckim Monachium Nicolae. Widząc mój komentarz pod jednym z postów na profilu biegu postanowił się do mnie odezwać z pytaniem, czy nie pomógłbym mu odebrać pakietu. Specjalizuje się w dystansach ultra, ale w drodze na swoje zawody w Hong Kongu miał mieć akurat długie międzylądowanie w Delhi. Postanowił te dwadzieścia godzin oczekiwania na kolejny lot dobrze wykorzystać i pobiec także w stolicy Indii. Biorąc pod uwagę moje doświadczenia sprzed kilku miesięcy, gdy także byłem zdany na łaskę innego biegacza nie mogłem odmówić i oczywiście zgodziłem się mu pomóc.

Miejscem, gdzie zlokalizowano biuro zawodów, a gdzie następnego dnia miał być także start i meta okazał się imponujący stadion Jawaharlal Nehru. Został stworzony z myślą o wydarzeniach piłkarskich. Dziś odbywają się tu jednak także mecze krykieta, zawody lakkoatletyczne, a także koncerty, czy wydarzenia polityczne. Gdy stawiłem się na miejscu by odebrać pakiety okazało się, że póki co mogę dostać jedynie swój. Stanowisko z numerem startowym Nicolae ciągle nie było gotowe i miało być otwarte z półtoragodzinnym opóźnieniem. Wiedziałem więc, że będę musiał tu niestety wrócić. Na szczeście na ten dzień nie chcąc się za bardzo forsować przed biegiem nie miałem zbyt napiętych planów. Chciałem jedynie odwiedzić świątynię Lotosu. Ten znadujący się na liście światowego dziedzictwa UNESCO obiekt to największa świątynia bahaicka w Indiach. Została otwarta czterdzieści lat temu i od tego momentu odwiedziło ją wedle szacunków ponad sto milionów ludzi, co czyni ją jednym z najczęściej odwiedzanych budynków na świecie. Położony w rozległych ogrodach gmach, którego wygląd zainspirowany jest kwiatem lotosu ma wysokość około czterdziestu metrów. We wnętrzu nie ma żadnych symboli religijnych, dlatego często modlą się w niej także osoby niebędące wyznawcami bahaizmu. W świątyni mogą być czytane lub śpiewane święte pisma wszystkich religii. Nie wolno w niej jednak wygłaszać kazań lub zbierać funduszy. Mogą śpiewać w niej chóry, jednak nie można używać żadnych instrumentów muzycznych. Budynek poza tym, że jest piękny to jest także bardzo praktyczny. Zaprojektowano go tak, że wykorzystuje naturalne światło i system naturalnej wentylacji, aby utrzymać chłód, co jest istotne zwłaszcza w gorącym klimacie Delhi. Zahaczając ponownie o stadion, gdzie tym razem już wszystko poszło bez problemu wróciłem do hotelu odpocząć.

W końcu nadeszła niedziela, dzień biegu. Z Nicolae umówiłem się pod moim hotelem. Miał przyjechać taksówką prosto z lotniska zaraz po wylądowaniu, wziąć ode mnie swój numer startowy, a potem już razem mieliśmy się udać na start piechotą. Początek biegu zaplanowano o godzinie 6:15. Biorąc pod uwagę różnicę czasu dla mnie to w zasadzie środek nocy. Maratończycy są na trasie już od ponad dwóch godzin. Co do wyniku jakichś szczególnych oczekiwań nie mam. Zimą przyłożyłem się solidnie do treningów i włożyłem w nie naprawdę sporo wysiłku, ale rekordowe, największe od wielu lat mrozy i opady śniegu w Polsce nie pomagały w budowaniu formy. Trudno jest też zawsze do końca przewidzieć jak przy tak dużej i nagłej zmianie klimatu zachowa się organizm. W ostatnich tygodniach temperatury w naszym kraju spadały w nocy do -25 stopni. W Indiach zastała mnie ta sama temperatura tyle, że na plusie. Dochodziła do tego wysoka wilgotność, różnica czasu, zmęczenie podróżą i zwiedzaniem. Mimo wszystko wydawało mi się, że godzinę i pięćdziesiąt minut powinno mi się spokojnie udać złamać. Tuż przed samym biegiem czuję się jednak na tyle zaskakująco dobrze, że postanawiam spróbować zmierzyć się z wynikiem pięć minut lepszym. Na początku biegnąć w tłumie trudno jest się rozpędzić. Gdy jednak po kilku minutach stawka rozciągnęła się udaje się w końcu uzyskać odpowiednie tempo. Po dwóch kilometrach dobiegamy do Lodi Gardens. Ten ogromny park to połączenie flory i historycznych budowli z XV i XVI wieku, w tym zabytkowych grobowców i architektury sprzed kilku setek lat. Po kolejnej pół godzinie zmagań docieramy do okolicy, w której znajduje się grobowiec Humajuna, władcy Indii z dynastii Wielkich Mogołów z XVI wieku. Od przeszło trzydziestu lat grobowiec, który jest jednym z najważniejszych zabytków Indii znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Wkrótce mijam półmetek. Pierwszych dziesięć kilometrów tego biegu pokonałem w czterdzieści osiem i pół minuty. Dawno tak szybko nie biegałem, a mimo to czuję się nadal świetnie. Nie jest jeszcze gorąco. Na trasie nie brakuje też wody, którą mogę polewać coraz bardziej rozgrzane ciało. Bałem się trochę o jakość powietrza i smog. Już w piątkowy poranek, gdy tylko opuściłem lotnisko miałem okazję przekonać się, że przejrzystość powietrza jest bardzo słaba i nie widać za wiele w perspektywie nawet kilkuset metrów. O ile rano można było jeszcze przypuszczać, że to po prostu mgła to jednak utrzymujący się taki stan rzeczy przez większość słonecznego dnia sugerował, że to raczej zanieczyszczenia. Jakość powietrza nie ma na szczęście znaczącego wpływu na moje samopoczucie i oddychanie podczas biegu, a przynajmniej go nie odczuwam. Chwilę potem dobiegamy do India Gate. Byłem już tutaj w sobotę. Dostęp do tego miejsca był jednak wówczas mocno ograniczony. Wrócę tu także już po biegu, by zrobić parę pamiątkowych zdjęć, bo to jeden z najbardziej rozpoznawalnych pomników w Indiach. Brama powstała w 1931 roku jako hołd dla żołnierzy, którzy polegli w I wojnie światowej oraz wojnach afgańskich. Wysokość bramy wynosi czterdzieści metry, a jej forma inspirowana jest Łukiem Triumfalnym w Paryżu i rzeczywiście nie sposób nie zauważyć podobieństwa. Na szczycie bramy znajduje się napis „INDIA” oraz rzeźba czterystu słoni, symbolizujących siłę i potęgę kraju. Od India Gate biegniemy Karthavya Path, czyli reprezentacyjną aleją, zaprojektowaną w czasach brytyjskich, jako aleja królewska i będącą miejscem najważniejszych uroczystości państwowych. Na jej końcu znajduje się znana mi już oficjalna rezydencja Prezydenta Indii. Na czternastym kilometrze dobiegam do miejsca, gdzie na chodniku zebrało się stado kilkudziesięciu małp. Niczym grupa kibiców rozdziawiając pyszczki z zaciekawieniem przygladają się przebiegającej tuż obok rzece biegaczy nie do końca rozumiejąc co się właściwie dzieje. Kilka kilometrów dalej po nawrotce dostrzegam nadbiegającą z naprzeciwka znajomą sylwetkę biegacza. Gdy się mijamy wykrzyknął „Polska!”. Poznałem od razu. To Wojtek Machnik. Odpowiedziałem pozdrowieniem i szerokim uśmiechem. Jeśli mogę powiedzieć, że ktoś mnie w moich pasjach inspiruje to na pewno między innymi byłby to właśnie On. Kiedyś przez lata pracował w branży finansowej. Porzucił jednak karierę w korporacji na rzecz realizowania swoich marzeń i pasji. Dziś jest rekordzistą świata w ilości maratonów przebiegniętych w ciągu jednego roku w różnych zakątkach świata. Na przełomie roku 2018 i 2019 w ciagu 364 dni ukończył ich w sumie 66. Jest zdobywcą World Marathon Majors jako dwudziesty szósty Polak w historii. Realizuje także projekt polegający na ukończeniu maratonu w każdym kraju świata, wliczając w to także terytoria zależne. Jest ich w sumie 249. do tej pory pobiegł w około 180 z nich. Mam Jego książkę. Przeczytałem ją z ogromną uwagą i zaciekawieniem. Liczyłem że kiedyś na jakimś biegu w końcu się spotkamy, ale tu się Go kompletnie nie spodziewałem.

Kolejne kilometry mijają, a mnie nie tylko nie dopadają żadne kryzysy, ale wręcz czuję się coraz lepiej. Niesiony świadomością, że nie tylko biegnę na wynik poniżej godziny i czterdziestu pięciu minut, ale wręcz mogę pokusić się o pobicie swojego najlepszego wyniku uzyskanego kiedykolwiek zagranicą ostatnie kilometry pokonuję najszybciej ze wszystkich. Ostatecznie na metę wpadam wznosząc do góry w geście triumfu biało-czerwoną flagę z wynikiem 1:40:52. Nawet nie czuję się jakoś strasznie zmęczony. Spoglądam na zegarek raz jeszcze, bo nie jestem w stanie do końca uwierzyć w to co się właśnie stało. To mój piąty wynik w życiu i rekordowy poza Polską. Ten ostatni z Chicago gorszy o prawie półtorej minuty przetrwał dziewięć miesięcy. Lepszego początku sezonu naprawdę nie mogłem sobie wymarzyć.

Po biegu spotkałem Nicolae. Zjedliśmy wspólnie czekające na biegaczy typowe indyjskie śniadanie. To był ten moment, że w końcu mogłem skosztować lokalnego jedzenia. Przed biegiem unikałem tego. Nie chcąc ryzykować problemów żołądkowych zwanych tu uroczo „Delhi Belly” zabrałem ze sobą trochę żywności z Polski. Choć lubię ostre przyprawy to jednak kuchnia indyjska generalnie chyba nie do końca przypadła mi do gustu. Po śniadaniu wróciliśmy razem do mojego hotelu, a potem rozpoczeliśmy zwiedzanie kierując się metrem w stronę starej cześci Delhi. Na początek udaliśmy się w okolice Czerwonego Fortu. To wybudowany w XVII wieku, wpisany na listę UNESCO kompleks budowli obronnych. Nazwa pochodzi oczywiście od koloru ścian fortu, którego mury mają długość około dwóch i pół kilometra, a wysokość nawet trzydziestu trzech metrów. Co ciekawe kiedyś fort otaczała rzeka Jamuna, która odgrywała rolę fosy, ale zmieniła koryto i dziś znajduje się około kilometra dalej. W przeszłości fort wykorzystywany był jako kwatera wojsk brytyjskich, potem indyjskich, aż w końcu stał się prawdziwą atrakcją turystyczną, która podobno co roku przyciąga miliony turystów. Rzeczywiście, teraz też były tu tłumy. Jeszcze przed wyjazdem wyczytałem, że aby go dokładnie zwiedzić potrzeba kilku godzin. My aż tyle czasu nie mieliśmy. Ograniczyliśmy się więc do podziwiania go z zewnątrz, a chwilę potem czekał na nas już kolejny punkt na naszej mapie, czyli Chandi Chowk. Ten jeden z najstarszych i najbardziej zatłoczonych targów w Delhi ma prawie pięćset lat. Znany jest z wąskich alejek i kolorowych sklepów, co czyni go jednym z najbardziej charakterystycznych miejsc w Starym Delhi. Początkowo słynął z handlu srebrem i biżuterią, przyciągając kupców z całych Indii. Dziś handluje się tu niemalże wszystkim. Znajdują się tu także ważne świątynie i miejsca kultu różnych religii. Najbardziej znane z nich to Jamia Massid, czyli wybudowany w XVII wieku największy w mieście mieszczący nawet dwadzieścia pięć tysięcy wiernych meczet. Atmosfera tego miejsca trochę mnie przytłaczała. Gwar, ścisk, hałas, ciągłe nagabywanie przez kupców – po tych kilku dniach czułem się już tym wszystkim i całą tą atmosfera po prostu zmęczony. Kupiłem więc jedynie kilka pamiątek i poszliśmy dalej kierując się w stronę Delhi Gate. To zabytkowa brama zbudowana w połowie XVII wieku jako część murów otaczających miasto. Kiedyś było takich bram trzynaście. Do dziś zachowały się jedynie cztery. Kolejnym punktem na naszej mapie tego dnia był Raj Ghat Memorial. Jest to miejsce, w którym 30 stycznia 1948 roku skremowano jednego z najważniejszych bohaterów Indii, „Ojca Narodu” Mahatmę Gandhiego, a które to już następnego dnia stało się miejscem pielgrzymek i refleksji. Jego pamięć symbolizowana jest tu przez płytę z czarnego marmuru, na której płonie wieczny płomień. Pomnik otoczony jest parkiem pełnym klombów i drzew. Alejki zdobią tablice z wypisanymi cytatami filozofa, którego myślą przewodnią była prawda, prostota i brak przemocy. W ogrodach można odnaleźć także zasadzone przez światowych przywódców, takich jak Królowa Elżbieta II czy Dwight D. Eisenhower drzewa, co symbolizuje również międzynarodowy szacunek. Swoją wędrówkę po Delhi zakończyliśmy pod dobrze nam już znaną Bramą Indii. Tu pożegnałem Nicolae życząc mu powodzenia w wyzwaniu, które czeka na niego w Hong Kongu, a sam złapałem tuk-tuka, czyli popularną w Delhi spalinową rykszę i pojechałem w stronę hotelu.

W poniedziałek rano czekała mnie wycieczka do położonej dwieście kilometrów od Delhi Agry. To właśnie w tym mieście znaduje się Taj Mahal – wpisany na listę UNESCO jeden z siedmiu współczesnych cudów świata. Decydując się na wyjazd do Indii byłem przekonany, że będę chciał go zobaczyć i nie licząc biegu od samego początku był to najważniejszy turystyczny cel całej tej wyprawy. Pierwotnie chciałem tam dotrzeć na własną rękę. Gdy jednak okazało się znajduje się aż tak daleko od Delhi postanowiłem zmienić pierwotne plany i jeszcze przed wyjazdem wykupiłem zorganizowaną wycieczkę z przewodnikiem. W niedzielę wieczorem dostałem informację, że ze względu na brak wystarczajacej ilości uczestników status mojej wycieczki zostaje zmieniony z „grupowy” na „prywatny”. Pewnie z takiego obrotu sprawy powinienem się cieszyć, a mimo wszystko byłem trochę rozczarowany. W końcu to zawsze okazja aby poznać ciekawe osoby z całego świata, ale trudno. Taksówka, za kierownicą której siedział Bablu podjechała pod mój hotel zgodnie z planem o szóstej rano i wkrótce ruszyliśmy w stronę Agry. Dziwnie się trochę czułem. Dosłownie trzy dni wcześniej na tej trasie miał miejsce tragiczny wypadek, w którym zginął lokalny taksówkarz, młody chlopak z Polski Michał, a jego dziewczyna została poważnie ranna. Podobnie jak ja, jechali zobaczyć Taj Mahal. W ich auto wjechała ciężarowka załadowana drzewem. Sprawca odjechał z miejsca wypadku nie udzielając pomocy, szuka go policja. Trochę mnie ta tragiczna historia poruszyła. Równie dobrze to mogłem być przecież ja. Po trzech godzinach na szczęście bezpiecznej jazdy, podczas której byłem katowany tutejszymi hitami muzycznymi i z krótką przerwą na Masala Chai, czyli typową hinduską herbatę z mlekiem oraz przyprawami korzenymi dojechaliśmy na miejsce. Tam czekał już na nas przewodnik „Jelly”. Przemierzając wspólnie z Nim ulice Agry miałem okazję zobaczyć Indie trochę inne, niż te które poznałem w Delhi. Miasto choć nadal milionowe jest jednak dużo mniejsze, spokojniejsze, biedniejsze, a na ulicach można dostrzeć wałęsające się legendarne „święte krowy”. Zwierzęta te w tym kraju uważane są za szczególne stworzenia i jedną z siedmiu matek ludzkości, ponieważ dają mleko. Wkrótce jednak swoją uwagę mogłem skupić już na tym, co było głównym celem mojej podróży – Taj Mahal. To mauzoleum zostało wzniesione przez cesarza Szahdżahana na pamiątkę jego ukochanej żony Mumtaz Mahal, która zmarła przy porodzie. Budowa rozpoczęła się w połowie XVII wieku i trwała dwadzieścia dwa lata. Wnętrza pałacu, który otaczają cudowne ogrody w stylu perskim zdobiły tysiące rzemieślników z różnych krajów. Co ciekawe Taj Mahal zmienia kolor swojej kopuły w zależności od pory dnia – rano jest różowa, w południe biała, wieczorem złota. Białe kopuły odbijające się w wodzie nad brzegiem rzeki Jamuna tworzą spektakularne efekty świetlne, co czyni go jednym z najbardziej rozpoznawalnych zabytków na świecie. Nic dziwnego, że to miejsce co roku przyciąga miliony turystów z całego świata. Byłem strasznie podkescytowany i naprawdę szczęsliwy, że mogłem tu dotrzeć i zobaczyć go na własne oczy. Widok był naprawdę oszałamiający. Spacerując alejkami parku nagle ku swojemu zdziwieniu usłyszałem polskie „Dzień dobry”. W pierwszej chwili pomyślałem, że spotkałem rodaka. Chwila rozmowy ze starszym panem, który mnie zaczepił, bo zobaczył polskiego orła mojej koszulce pozwoliła mi zrozumieć, że jest Anglikiem o imieniu Stanisław, a jego ojciec jest Polakiem. Jeszcze bardziej się zdziwiłem, gdy chwilę później dokładnie z tego samego powodu podszedł do mnie pewien młody Hindus, by podzielić się informacją, że aktualnie od kilku miesięcy mieszka i pracuje w Polsce w jednym z banków w Łodzi i że bardzo mu się u nas podoba. Zawsze cieszą takie słowa i opinie o naszym kraju.

Godziny spędzone w Agrze minęły bardzo szybko i trzeba było wracać. W hotelu spakowałem się i poszedłem spać. Czekała mnie przecież pobudka w samym środku nocy. Miałem zamówiony transport na lotnisko na godzinę trzecią. Mimo ze kierowca skontaktował się ze mną dwie godziny przed przyjazdem by potwierdzić adres ostatecznie się nie pojawił i nie było z nim żadnego kontaktu. No cóż…Indie… Na szczęście z pomocą recepcji udało się zamówić taksówkę i jakoś dotarłem na lotnisko na czas. Potem już prosto do Polski bez żadnych przeszkód i dodatkowych atrakcji. Sezon 2026 można uznać za otwarty. Przede mną prawdopodobnie najciekawsze dwa lata tej mojej biegowej przygody. Przynajmniej taką mam nadzieję.

2026.02.22 Delhi (Indie) COGNIZANT NEW DELHI HALFMARATHON – 1:40:52
Więcej zdjęć z biegu:
Więcej zdjęć z Delhi:
Więcej zdjęć z Agry:






























































































































































































































































































Do pokonania było 6 kilometrów asfaltowej trasy z niespełna kilometrowym fragmentem po drodze gruntowej. Postanowiłem pobiec raczej mocno, ale bez szczególnego nastawienia na to, by dać z siebie wszystko na co mnie tego dnia stać. Pierwszy kilometr zacząłem dość szybko, chyba trochę nawet za szybko (4:10), ale tak to jest jak się biegnie w grupie. Ambicja i motywacja robią swoje. Gdy grupa rozciągnęła się na tyle, że w zasadzie zostałem sam zwolniłem do tempa mniej więcej 4:30. Takie tempo utrzymałem w zasadzie już do końca. Udało się po drodze wyprzedzić kilku rywali, jedna osoba wyprzedziła mnie i do mety dobiegłem ze średnim tempem 4:29 na kilometr w czasie 26:58. Zadowolony. Dało mi to 15 miejsce w gronie około 70 osób.
Po biegu jeszcze grochówka, makaron i trochę smakołyków przygotowanych przez organizatorów, miłe rozmowy i wymiana wrażeń ze znajomymi, a potem powrót do domu. Obowiązek spełniony z uśmiechem na twarzy. Rocznica uczczona godnie.






































































































































































































































































Do Krakowa wybrałem się w sobotni poranek pociągiem. Tym razem miałem towarzystwo. Już od kilku tygodni wiedziałem, że na ten sam bieg wybierają się moi koledzy i koleżanka z klubu Wiśniew Biega I Maszeruje. Udało się kupić bilety obok siebie. Podróż minęła więc miło i sympatycznie na rozmowach. Po kilku godzinach jazdy byliśmy na miejscu i swoje kroki skierowaliśmy w stronę hali Tauron Arena, gdzie po pierwsze było Expo biegu, a po drugie następnego dnia miał być zlokalizowany start i meta. Po odebraniu pakietu skierowałem się tramwajem w stronę swojego hostelu. Dokładnie tego samego, w którym mieszkałem cztery lata temu.







Gdy przyleciałem do Tbilisi przywitał mnie deszcz. Miałem nadzieję, ze prognozy się nie sprawdzą i chociaż następnego dnia, gdy przyjdzie nam się zmagać z półmaratonem będzie pogodniej. Niestety opady na szczęście niewielkie będą nam towarzyszyć do samego końca zawodów. „Biorąc pod uwagę upał, który dosłownie tydzień wcześniej w Platerowie na Podlasiu dał mi się tak mocno we znaki i po prostu mnie zniszczył to może i dobrze?” – Starałem się szukać pozytywów. Startujemy kilkaset metrów od mojego hostelu na Placu Rewolucji Róż. Nazwa ta upamiętnia protesty z 2003 roku, w których to wyniku prezydenturę w Gruzji objął prozachodni przyjaciel Lecha Kaczyńskiego Micheil Saakaszwili. Snując się po placu zapytałem kogoś, czy mógłby mi zrobić zdjęcie. Trafiłem idealnie. Był to Mohammed, który widząc trzymaną przeze mnie polską flagę odpowiedział poprawną polszczyzną, zniekształcając jedynie trochę akcent: „Z Polski? To pewnie że można!” Okazało się, że jest Palestyńczykiem i choć teraz mieszka w Jerozolimie to dwadzieścia lat temu studiował w Polsce. Mimo upływu czasu dało się wyczuć nadal ogromny sentyment do naszego kraju i moglibyśmy tak pewnie miło rozmawiać dalej, w końcu jednak trzeba było zająć miejsce w swojej strefie startowej.



Podążając dalej trasą wycieczki wzdłuż rzeki Debed minęliśmy położoną w wąwozie jakąś wydawałoby się opuszczoną starą olbrzymią fabrykę. Już po powrocie do domu dowiem się, że to hydroelektrownia i kopalnia miedzi w Alaverdi. Podobno w czasach świetności kopalnia odpowiadała za jedną dziewiątą całego wydobycia miedzi Imperium Rosyjskiego i przez dziesięciolecia była symbolem rozwoju gospodarczego i przemysłowym sercem regionu. Dziś jest w opłakanym stanie. Odkryte, zaniedbane, betonowe konstrukcje, zakładowe biura i hale fabryczne z powybijanymi oknami. Wszystko zardzewiałe, odrapane, zdominowane przez szarość. Mimo to, choć czasy świetności ma już za sobą to podobno w pewnym stopniu zakład ciągle funkcjonuje.
Będąc w pobliżu klasztoru Sanahin mieliśmy okazję odwiedzić Muzeum Braci Mikojan. To miejsce poświęcone dwóm wybitnym Ormianom – Artemowi i Anastasowi Mikojan. Nie wiedziałem o tym wcześniej, ale to właśnie Ormianin Artem Mikojan był współkonstruktorem kolejnych modeli legendarnego samolotu MIG. Anastas natomiast był wieloletnim członkiem politbiura ZSRR. Obaj mieli ogromny wkład w radzieckie lotnictwo i politykę. Muzeum przybliża ich sylwetki i opowiada o ich życiu, a przed budynkiem stoi oryginalny, pełnowymiarowy samolot MIG-21.
W przerwie między kolejnymi punktami między naszej wycieczki mieliśmy zaplanowany obiad u lokalnej rodziny w zwykłym tutejszym domu z tradycyjną ormiańską kuchnią. Na syto zastawionym stole znalazło się wiele potraw. Choć przyznam szczerze nie lubię kulinarnych eksperymentów to jednak tym razem zjadłem wszystko ze smakiem i bardzo mi smakowało. Nie przypadło mi do gustu jedynie coś, co przypominało polskie gołąbki. Wolę nie wiedzieć jakiego rodzaju mięso było w środku. Smakowało nijako. Tak, czy inaczej do hostelu z wycieczki wróciłem zadowolony i najedzony.




























































































































































































