Wreszcie, czyli na Podlasiu czas płynie inaczej

      Wreszcie. Po pięciu tegorocznych półmaratonach, w których zależało mi aby pobiec szybko i sprawdzić jak wysoką formę udało się wypracować zimą przyszedł moment na serię kilku startów, w których wynik schodzi na dalszy plan, a ważniejsza ma być atmosfera i dobra zabawa. Pierwszym z nich miał być 13 PKO Białystok Półmaraton. Wiadomo. Na Podlasiu czas płynie trochę inaczej. Nie ma się więc co spieszyć.

      To już czwarty rok z rzędu, gdy wybrałem się na bieg w stolicy Podlasia. W poprzednich latach dominowała raczej wysoka temperatura. W tym roku długo wydawało się, że może być podobnie. Dopiero w ostatniej chwili jakiś nagły front pogodowy sprawił, że nie tylko nie było gorąco, ale wręcz trzeba było zmierzyć się z uciążliwym zimnem. Do Białegstoku wybrałem się tradycyjnie pociągiem. Po kilku godzinach byłem na miejscu i skierowałem się w stronę znanego mi już przepięknego Pałacu Branickich. To w tej okolicy było biuro zawodów. Następnego dnia miał być też start. Po odebraniu pakietu skierowałem się w stronę hostelu, gdzie miałem zaplanowany nocleg. Miejsce było sprawdzone. Nocowałem tu bowiem już po raz trzeci.

      W pokoju zakwaterowany byłem z młodym chłopakiem z Poznania Piotrem oraz Witkiem z Katowic. Piotr ma imponujący wzrost – 201cm. W czasach liceum był nawet młodzieżowym reprezentatntem Polski w koszykówce, a dobrze zapowiadającą się karierę przerwały niestety kontuzje. Teraz próbuje swoich sił w nowej, coraz bardziej popularnej dyscyplinie sportowej zwanej Hyrox, a dodatkowo biega. Dla obu moich współlokatorów wizyta w Białymstoku była kolejnym przystankiem w  drodze po Koronę Półmaratonów. Mimo, że przyjechaliśmy z trzech róznych zakątków kraju, mimo że dzieliła nas spora różnica wieku i mieliśmy różne charaktery to jednak wieczór minął nam sympatycznie na rozmowach. To było naprawdę miłe towarzystwo.

      Następnego dnia bieg. Chłodno, choć naszczęscie nie pada. Przed startem udaje się spotkać wielu znajomych poznanych w różnych miejscach, na różnych biegach, w różnych okolicznościach. Można by było spędzić długi czas na miłych rozmowach, ale w końcu trzeba było zająć miejsce na starcie. Po godzinie dziesiątej rozlega się start i ruszamy. Zaczynam wolniej, głównie ze względu na tłok, ale i tak biegnie mi się dość ciężko. W nocy słabo spałem, boli mnie trochę głowa. Tak, jak zakładałem na starcie nie mam w sobie jakiejś ogromnej determinacji, aby walczyć za wszelką cenę z czasem, ale przynajmniej na początku staram się, aby tempo było poniżej pięciu minut na kilometr. Udaje mi się to, aż do trzynastego kilometra, gdzie jest dłuższy znany mi już doskonale z poprzednich edycji podbieg. Na trasie panuje świetna atmosfera, która niewątpliwie dodaje skrzydeł mimo nienajlepszego samopczucia. Gdy kolejne kilometry znowu przebiegam w czasie około pięciu minut na kilometr dociera do mnie, że 1:50 powinno się udać złamać. Nie zachwiało tego przekonania nawet to, że na 17 i 18 kilometrze znowu troszeczkę musiałem zwolnić. To, co tu straciłem odrobiłem na ostatnim kilometrze i ostatecznie do mety dobiegłem w czasie 1:45:59. Zadowolony. Chwilę potem do mety dobiegł Piotr. Pogratulowaliśmy sobie, chwilę jeszcze porozmawialiśmy i się pożegnaliśmy.

      Czułem satysfakcję. Mimo, że to najwolniejszy ze wszystkich sześciu półmaratonów tej wiosny, to ten wynik jest tym, na co tym razem liczyłem. Niepokoił mnie tylko narastające uczucie dyskomfortu w gardle. Być może ból głowy nie był przypadkowy i już poprzedniego dnia złapałem przeziębienie, a może to kwestia chłodnego powietrza, czy zimnej wody na punktach odżywczych podczas biegu. Trudno powiedzieć. W każdym razie czułem, że z każdą godziną sytuacja staje się coraz gorsza i bałem się, czy nie rozwinie się to w jakąś poważniejszą infekcję. Na szczeście wieczór pod kocem z gorącą herbatą z cytryną uratuje sytuację. Do domu wróciłem już samochodem ze znajomymi. Kolejny kroczek zrobiony. To był już mój 83 półmaraton.   

2026.05.10 Białystok Półmaraton: PKO BIAŁYSTOK PÓŁMARATON – 1:45:59


Nadbałtycki Armageddon

      Wiosną wszystko dzieje się szybko. Nie opadły jeszcze emocje po Kapsztadzie, a już wsiadałem do pociągu do Poznania, ledwo wróciłem, a znów trzeba było szykować się do kolejnego wyjazdu. Tym razem Gdynia. To mój drugi bieg w tym mieście. W zeszłym na nic szczególnego nie liczyłem. Poszło mi nadspodziewanie dobrze i do domu, choć się tego kompletnie nie spodziewałem przywiozłem czwarty wynik w życiu. Tym razem oczekiwania były bardzo duże od samego początku. Pierwsze półmaratony tego roku pokazały, że jest potencjał i ciężko przetrenowana zima przyniosła efekty. Chciałem to wykorzystać, zwłaszcza, że to prawdopdobnie ostatni bieg tej wiosny, w którym szczególnie zależało mi na wyniku. Kolejny za kilka tygodni w Białymstoku planuję pobiec już wolniej i bez presji na wynik. Wizyta w Gdyni była także okazją by spotkać się z Karoliną. Wiele lat temu pracowaliśmy razem w Warszawie w jednej firmie. Potem los rzucił Ją do Gdyni, ja wróciłem do Siedlec. Mieliśmy się spotkać w 2020 roku, ale wówczas ze względu na pandemię bieg w Gdyni odwołano. Tym razem po siedmiu latach można było to nadrobić i powspominać dawne dobre czasy.

      Wyjeżdżając w południe z ciepłych i słonecznych Siedlec trudno było uwierzyć w prognozy, że wieczorem poza dystansem biegaczom przyjdzie zmierzyć się także ze sztormowym wiatrem, przenikliwym zimnem i deszczem. Gdy jednak dotarłem na miejsce zaczynałem rozumieć, że ten scenariusz faktycznie może się ziścić. Wiało i było zdecydowanie chłodniej, choć wszystko co najgorsze miało się wydarzyć i tak dopiero późnym wieczorem. Z dworca dość szybko dotarłem do znanego mi już Skweru Kościuszki. Podobnie jak rok temu to tu zorganizowano miasteczko biegowe, start i metę. Pamiętałem drogę doskonale, zwłaszcza, że nie była dość skomplikowana. Po odberaniu pakietu mogłem już powoli oczekiwać startu, co chwilę nadziewając się na znajome twarze poznawane na różnych etapach mojej biegowej przygody. Tak, jak zaplanowałem udało się spotkać także z Karoliną. Ponad godzinka wspólnego spaceru i miłej rozmowy szybko minęły i trzeba było w końcu zacząć szykować się do startu.

      Początek biegu o 20:30. Zaczynam dość mocno, choć troszkę wolniej, niż w Poznaniu. Pierwsze kilometry to niestety wiatr wiejący prosto w twarz. Mam jeszcze jednak siły, aby z nim z powodzeniem walczyć. Od dziewiątego kilometra zaczyna się podbieg. Studiowałem trasę przed wyjazdem więc byłem jego świadomy. Nie jest być może jakoś strasznie stromy, za to mocno rozciągnięty. Skończy się dopiero koło piętnastego kilometra. Tu na szczeście mniej wieje. Do półmetka dobiegam kilkanaście sekund szybciej, niż w Poznaniu. Wiary w 1:40 chyba już jednak we mnie nie ma. Pacemaker przed którym biegłem przez pierwszą część dystansu zaczął się ode mnie oddalać i oddalać, a ja nie czuję się wystarczająco silny i zdeterminowany, aby go gonić. Nie zmienili mojego nastawienia nawet żywiołowo dopingujący kibice. Atmosfera jest naprawdę fajna. Koło piętnastego kilometra zaczyna się prawdziwy pogodowy armageddon. Zimny wiatr wiejący od strony morza zmaga się coraz bardziej, a do tego zaczyna padać przenikliwy deszcz. Temperatura też spadła do zaledwie kilku stopni. Do mety na szczeście coraz bliżej. Trasa też już wiedzie raczej z górki, więc jakoś to wytrzymam. Gdy do mety zostaje jakieś sześcset metrów rozwiązało mi się sznurowadło. Stwierdziłem, że już nie ma sensu się zatrzymywać i tracić cennego czasu, choć być może trzeba było. Mam wrażenie, że nie zawiązujac go straciłem jeszcze więcej, gdyż komfort biegu znacznie się pogorszył. Trudno. Ostatnie dwieście metrów to zbieg na plażę i w końcu meta. Czas 1:41:48. To dziesiąty wynik w moim życiu i dwadzieścia sekund wolniej, niż w Poznaniu. Mam mieszane uczucia. Z jednej strony przed wyjazdem liczyłem na więcej, z drugiej rywalizacja w takich warunkach była naprawdę trudna. Ostatecznie przyjmuję wynik z pokorą i satysfakcją. Jeszcze tylko droga w deszczu na dworzec, opoźniony półtorej godziny pociąg i noc spędzona w drodze do domu. Kolejny półmaraton zaliczony. To na pewno jeden z tych bardziej pamiętnych.

2026.04.25 Gdynia Półmaraton: PKO GDYNIA PÓŁMARATON – 1:41:48


Od ściany do ściany

     Jeśli są jakieś zawody, o których mogę powiedzieć, że wywołują we mnie skrajne wspomnienia to niewątpliwie należy do nich Poznań Półmaraton. Z jednej strony to przecież w Poznaniu pobiegłem swój najszybszy i jedyny do tej pory półmaraton poniżej 1:40, a z drugiej wśród kilku najwolniejszych moich biegów na tym dystansie, aż dwa miały miejsce właśnie w tym mieście. Można więc powiedzieć, że odbijałem się tam od sćiany do ściany. W tym roku do Poznania wybrałem się na półmaraton po raz czwarty. Naładowany pozytywnie swoimi dotychczasowymi tegorocznymi startami i aktualną formą miałem tym razem nadzieję bardziej na ten pozytywny scenariusz. Towarzyszyli mi koledzy z klubu Wiśniew Biega i Maszeruje – Robert i Tomek

      Po kilku godzinach w pociągu byliśmy na miejscu i swoje pierwsze kroki skierowaliśmy sdo Expo tradycyjnie już znajdujacego się w Hali Międzynzarodowych Targów Poznańskich. Odebraliśmy pakiety i niebawem dotarliśmy już do hostelu. Mieliśmy sporo szczęścia, bo jeden z zakwaterownaych w naszym pokoju gości nie dojechał i cały czterososobowy pokój był jedynie do naszej dyspozycji.

      Start biegu o 9:00 pogoda do biegania może nie idealna, ale raczej sprzyja. Oczekiwania co do wyniku są spore. W pierwszych półmaratonach tego roku osiagnąłem czwarty i szósty wynik w życiu na tym dystansie co tknęło we mnie sporo wiary, że zimowe treningi wiele mi dały. Gdy do tego wszystkiego tydzień przed Poznaniem na drugim końcu świata na wyjątkowo trudnej trasie w Cape Town w RPA pobiegłem tylko kilka minut wolniej to poczułem, że jestem w stanie w Poznaniu naprawdę powalczyć. Nie ukrywam, że liczyłem na  bieg w okolicach 1:40, a może nawet na życiówkę. Postanowiłem więc zaryzykować i zobaczyć co z tego wyjdzie.

      Szczęście nie sprzyjało już jednak od samego początku. Spory tłok na pierwszym kilometrze, chwilę potem rozwiązane sznurowadło sprawiły, że optymizm dość szybko osłabł, ale ciągle walczyłem, choć przy tym tempie biegło się dość ciężko. Udało mi się je utrzymać do 10 km. Ostatecznie w połowie dystansu trzeba się było pogodzić z faktem, że tego ambitnego celu zrealizować się dziś nie uda. Nie odpuściłem jednak całkowicie i nadal starałem się dawać z siebie ile mogłem, choć mocny początek mocno nadszarpnął siłami, których momentami zaczynało brakować. Nadszarpnięta była też już niestety także trochę determinacja. Na trasie, jak to zwykle w Poznaniu bardzo duża grupa zywiołowych kibiców. Doping towarzyszył nam niemalże przez cały dystans. Na dwunastym kilometrze przebiegliśmy przez murawę stadionu Lecha. To pierszy raz, gdy miałem taką możliwość. W poprzednich latach trasa była trochę inna. Było to niewatpliwie ciekawe doświadczenie choć ten krótki odcinek biegło się dość ciężko ze względu na miekkie podłoże. Biegło się coraz trudniej, w nogach chyba czuć było ciągle jeszcze półudniowoafrykańskie górki.  Na ostatnich kilometrach dodatkowo pojawiła się kolka, która mocno ograniczyła moje tempo. Czekałem na końcówkę. Pamietałem z poprzednich edycji dość długi podbieg tuż przed samą metą, który mocno dawał się we znaki. W tym roku na szczęście go nie było. Ostatecznie do mety tradycyjnie po niebieskim dywanie dobiegłem w czasie 1:41:28. To mój ósmy wynik w życiu. Mimo więc, że oczekiwania były troszkę wyższe nie narzekam. Cieszę się i życzyłbym sobie takiej formy jak najdłużej. To bowiem już bezapelacyjnie mój drugi najlepszy sezon w życiu po 2022. Za tydzień Gdynia, gdzie pobiegnę ambitnie, a potem już w kolejnych startach więcej luzu i zabawy.

  2026.04.19 Poznań Półmaraton: 18 POZNAŃ PÓŁMARATON – 1:41:28


Dobra Nadzieja

    Szukając inspiracji na kolejne wyjazdy od dawna po głowie krążyła mi Republika Południowej Afryki. Powody są w zasadzie oczywiste. To przede wszystkim piękne, naprawdę wyjątkowe miejsce począwszy od spektakularnej przyrody, przez unikalną historię polityczną, aż po położenie na mapie. Jest to bowiem najbardziej wysunięta na południe część Afryki i miejsce, gdzie łączą się ze sobą nawzajem dwa oceany: Atlantycki i Indyjski. Kraj ten zapisał się także na stałe w historii odkryć geograficznych. Na południowym krańcu RPA znajduje się bowiem Przylądek Dobrej Nadziei. Jego odnalezienie pod koniec XV wieku przez Bartolomeu Diasa było pierwszym krokiem do wyznaczenia morskiego szlaku z Europy do Indii. Nie ukrywam, że podróż do Republiki Południowej Afryki i możliwość ukończenia tam jakiegoś biegu była dla mnie sporym wyzwaniem, ale też coraz większym pragnieniem. Gdy okazało się, że co roku w kwietniu w Kapsztadzie organizowany jest TOTALSPORT TWO OCEANS MARATHON, określany przez organizatorów najpiękniejszym maratonem na świecie, podczas którego jest możliwość pobiegnięcia także półmaratonu wiedziałem już, że chcę tam być… chcę tam być… i będę.

      Swoją podróż zaczynałem w czwartek popołudniu lotem do Frankfurtu. Stąd już bezpośrednio na miejsce. Mój niepokój budził trochę dość krótki czas na przesiadkę. Po niespodziewanej zmianie godziny wylotu zostało mi jedynie siedemdziesiąt minut, co na tym ogromnym, jednym z największych lotnisk w Europie mogło okazać się niewystraczające. Na szczęście wszystko poszło w miarę sprawnie, obyło się bez niespodziewanych przygód i po kilkunastu godzinach w powietrzu rano wylądowałem w Kapsztadzie. Z lotniska nie ma zbyt dobrego dojazdu do centrum miasta. Dlatego też jeszcze przed wyjazdem zarezerwowałem sobie transport. Kierowcę oczekującego na mnie z tabliczką z moim nazwiskiem udało się znaleźć bez problemu i zgodnie z planem mogłem ruszyć w kierunku miasta.

      W hostelu miałem możliwość zameldować się dopiero popołudniu. Postanowiłem więc wolny czas wykorzystać przede wszystkim na odebranie pakietu. Expo było zlokalizowane w centrum kongresowym Cape Town International Convention Center i to tam zawiózł mnie kierowca. Po załatwieniu formalności mogłem już na spokojnie oczekiwać na niedzielny poranek i zacząć cieszyć się pobytem w tym wyjątkowym miejscu. Na początek skierowałem się w stronę położonego niedaleko Green Point Stadium. Nowoczesny zbudowany z myślą o Mistrzostwach Świata w 2010 roku stadion stał się wówczas jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli tego globalnego wydarzenia. Konstrukcja stadionu z jej charakterystycznym, okrągłym kształtem i szklaną fasadą, przyciąga z daleka wzrok i stanowi nowoczesny akcent na tle malowniczego krajobrazu Kapsztadu. Stadion jest naprawdę ogromny. Może pomieścić nawet sześćdziesiąt osiem tysięcy widzów. Podążając dalej dotarłem do jednego z najbardziej egzotycznych miejsc tego miasta, czyli Bo-Kaap. Przy wąskich, krętych uliczkach tej historycznej zwanej kiedyś Malay Quarter dzielnicy stoją odrestaurowane, pomalowane na pastelowe kolory domy z początków XVIII i XIX wieku. Sprowadzano tu niewolników, rzemieślników i pracowników z Malajów, Indonezji oraz innych części Afryki i Azji. Byli to przede wszystkim muzułmanie, co doprowadziło do powstania silnej społeczności islamskiej, która przetrwała do dziś i zachowała swoją odrębność kulturową.

      Podążając dalej skierowałem się w stronę centrum i niedługo potem byłem już na głównym placu w mieście zwanym Grand Parade, gdzie znajduje się miejski Ratusz. Budynek otwarto na początku ubiegłego stulecia. Obecnie urzędy administracji miejskiej znajdują się w innym miejscu, natomiast w ratuszu odbywają się liczne wydarzenia kulturalne, jest on również miejscem regularnych koncertów Cape Philharmonic Orchestra. Budynek zyskał ogromne znaczenie historyczne w 1990 roku, kiedy to Nelson Mandela wygłosił ze swojego balkonu pierwsze publiczne przemówienie po zwolnieniu z więzienia, stając się symbolicznym momentem w drodze RPA ku demokracji. Dziś na tym samym balkonie stoi jego mosiężny posąg naturalnych rozmiarów z charakterystycznym gestem dłoni pozdrawiającym ludzi zgromadzonych przed budynkiem. Pewnie dokadnie tak samo wyglądało to trzydzieści sześć lat temu. Przechodzącego obok młodego chłopaka poprosiłem o zrobienie mi zdjęcia. Rozczulił mnie trochę. Zapytał skąd jestem, a gdy opowiedziałem, że z Europy, z Polski, nie szukał wsparcia finansowego i paru groszy, jak inni, których spotykałem po drodze, ale po prostu poprosił, aby się za nich w domyśle „Afrykanerów” pomodlić. Chwycił mnie tym trochę za serce. Tuż obok ratusza odnalazłem kolejny punkt na swojej liście – Zamek Dobrej Nadziei. Ta forteca będąca najstarszą istniejącą kolonialną budowlą w kraju została zbudowana przez Holendrów w XVII wieku. Co ciekawe powstała pierwotnie nad brzegiem, by chronić miasto przed atakami z morza oraz jako punkt zaopatrzeniowy dla statków przemierzających drogę do Indii i na Daleki Wschód. Obecnie leży w centrum miasta. Świadczy to o zmianie linii brzegowej na przestrzeni wieków. Zamek ma kształt pentagonu, z pięcioma wieżami, z których każdy nosi nazwę związaną z władcami Niderlandów. W murach kryją się liczne zabytki, w tym na przykład eleganckie sale, które niegdyś były świadkami kolonialnych balów i oficjalnych uroczystości. Obecnie kompleks pełni również funkcje kulturalne i turystyczne. Można w nim odwiedzić liczne muzea, czy inne historyczne pomieszczenia, w tym dawne więzienia i sale tortur, które świadczą o mrocznej historii tego miejsca. Kierując się już powoli w stronę hostelu odnalazłem anglikańską katedrę Św. Jerzego. Budynek w tym miejscy stoi od ponad stu dwudziestu lat i jest jednym z najbardziej znaczących zabytków RPA, nie tylko ze względów religijnych, ale również jako miejsce ważnych wydarzeń społecznych i politycznych. Katedra była centrum protestów przeciwko apartheidowi, a jej ówczesny arcybiskup Desmond Tutu, znany z walki o prawa człowieka późniejszy laureat Pokojowej Nagrody Nobla często prowadził tu nabożeństwa. Tuż obok znajdują się ogrody Companys Gardens. Założony w XVII wieku przez Holendrów, jako miejsce uprawy warzyw dla zaopatrywania statków park jest dziś ulubionym miejscem spacerów lokalnych mieszkańców i turystów. Można powiedzieć, że to zielona oaza w samym centrum miasta i nie jest to żadną przesadą. Ponieważ to był dobry moment i miejsce na to, aby w końcu coś zjeść i odpocząć przysiadłem sobie na chwilę na ławeczce. Mimo, że to piątek i środek dnia w parku było pełno ludzi, którzy wypoczywali leżąc na trawnikach na rozłożonych kocach. Wokół biegało też pełno wiewiórek. Widok ten przywołał trochę wspomnienie z Delhi, bo tam też przecież było ich pełno, choć te afrykańskie były chyba zdecydowanie bardziej odważne i oswojone. Podchodziły do ludzi, dawały się karmić z dłoni, wyglądały też trochę inaczej. Kierując się dalej w stronę hostelu dotarłem do Muzeum District Six. To miejsce upamiętniające wzruszającą historię dzielnicy i losy jej mieszkańców wysiedlonych podczas apartheidu. Dystrykt Szósty był kiedyś tętniącym życiem, wielokulturowym centrum, w którym mieszkały osoby różnych ras i wyznań. W 1966 roku rząd południowoafrykański ogłosił ten obszar „białą” dzielnicą, w wyniku czego ponad sześćdziesiąt tysięcy jego mieszkańców zostało przymusowo przesiedlonych, a ich domy zrównane z ziemią. Muzeum mieści się w dawnym kościele metodystów, jednym z nielicznych budynków ocalałych po wysiedleniach. Ekspozycja jest rozmieszczona na dwóch piętrach i obejmuje fotografie i malowidła przedstawiające życie codzienne mieszkańców dzielnicy, rzeczy osobiste często przekazywane przez byłych lokatorów, czy mapy dzielnicy, na których dawni mieszkańcy zaznaczają lokalizację swoich zburzonych domów. Na koniec tego dnia zostawiłem sobie dwie instytucje kulturowe. Założone w 1825 r. Iziko South African Museum było pierwszym muzeum narodowym w RPA i specjalizuje się w zoologii, paleontologii i archeologii. Zbiory zawierają ponad półtora miliona obiektów, od skamieniałości sprzed siedmiuset milionów lat, poprzez dinozaury i ssaki morskie, po współczesne gatunki zwierząt. Natomiast Iziko South African National Gallery to najważniejsza instytucja kulturalna w Kapsztadzie i wybitne muzeum sztuki w Republice Południowej Afryki. Znajdując się w sercu miasta galeria jest domem dla niezwykłej kolekcji dzieł sztuki od malowniczych pejzaży po współczesne instalacje. Galeria została założona w 1871 roku i od tego czasu gromadzi, konserwuje i prezentuje sztukę zarówno południowoafrykańską, jak i międzynarodową. Jej zbiory zawierają prace artystów z różnych okresów i stylów z silnym naciskiem na sztukę afrykańską i południowoafrykańską. Kolekcja obejmuje malarstwo, rzeźbę, fotografię, grafikę, ceramikę, tekstylia i biżuterię, co czyni ją jednym z najbardziej wszechstronnych muzeów sztuki na kontynencie.

      W końcu po kilku godzinach wędrówki dotarłem do mejsca, gdzie miałem spędzić kilka najbliższych nocy. Tym razem miał to być hostel, w którym czekało na mnie miejsce w czteroosobowym pokoju i muszę powiedzieć, że od razu poczułem, że to był dobry wybór. Już na recepcji przywitała mnie swoim szerokiem uśmiechem od ucha do ucha sympatyczna Niquie. Gdy podczas krótkiej pogawędki opowiedziałem Jej po co przyjechałem do Kapsztadu i jakie mam plany była pod ogromnym wrażeniem, czemu dawała zresztą upust nie mogąc opanować emocji. Podekscytowana zdradziła, że niedawno też zaczęła biegać, na razie jedynie po sześć kilometrów, ale obiecała że za rok wystartuje w półmaratonie. Gorąco trzymam kciuki. Trochę onieśmielony tym niespowiedziewanym zainteresowaniem i uznaniem poszedłem do swojego pokoju odpoczywać. Przez kolejne dni mojego pobytu będziemy się widywać w zasadzie codziennie i i za każdym razem będą to miłe spotkania. Na sam hostel też nie mogłem narzekać. Było czysto, schludnie i znajdowało się w nim wszystko czego potrzebowałem. Po ostatnich doświadczeniach w Nairobi, czy Delhi naprawdę to doceniłem. Jedynie, do czego można się było przyczepić to hałas. Zlokalizowane na dole restauracje czy kluby, w których do późnych godzin nocnych grała głośna muzyka skutecznie odbierały szansę na dobry sen, co zwłaszcza przed biegiem było bardzo istotne. No cóż… Trudno.

      W pokoju początkowo zameldowany byłem z Sheinem, młodym Amerykaninem, który co prawda do Kapsztadu przyjechał w charakterze turysty, to jednak ma za sobą całkiem udaną akademicką karierę biegacza, a także z Yo z Japonii, który swoją otwartością przeczył trochę obrazowi, który wyrobiłem sobie przez te lata o tej nacji. Panowie wkrótce opuścili hotel, a ich miejsce zajął z Florian z Polinezji Francuskiej, Ronaldo chłopak, który do Kapsztadu przyjechał z niedalekiego Johannesburga wyrobić jakiś certyfikat umożliwiający pracę na promach, a którego rodzice musieli być chyba ogromnymi fanami sławnego piłkarza skoro nadali mu takie imię, czy Rehema, agentka turystyczna z Zanzibaru, która przybyła tu na jakieś branżowe targi. Było to niewątpliwie miłe towarzystwo, choć generalnie widywaliśmy się rzadko. Nikt z nas mimo różnych celów nie przyleciał przecież do Kapsztadu, po to, aby siedzieć w hostelu.

      Wieczorem przeglądając w telefonie informacje z kraju znalazłem coś, co przez chwilę mną wstrząsnęło i nie mogłem uwierzyć, że to, co widzę to prawda. Podczas biegania zasłabł, a następnie zmarł asystent selekcjonera piłkarskiej reprezentacji Polski Jacek Magiera. Poruszyło mną to podwójnie. Po pierwsze, bo szanowałem Pana Jacka, za osiągnięcia, osobowość i charakter, a po drugie ze względu na okoliczności. Biegał, był zdrowy, wysportowany i tylko dwa lata starszy ode mnie… Smutne.

      Na sobotę specjalnych planów nie miałem. To, na czym mi zależało w mieście zobaczyłem już w piątek. Sobotę mogłem więc wykorzystać na odrobinę odpoczynku i relaksu na plaży. Wybrałem się tam pociągiem. Po godzinie jazdy dotarłem do popularnej miejscowości Muizenberg. Jest ona znana głównie z plaży z białym wyjątkowo drobnym piaskiem i pięknymi ikonicznymi kolorowymi domkami, które bardzo chciałem zobaczyć. Piękna plaża przyciąga nie tylko turystów, ale także surferów, i co ciekawe pojawiają się tu nawet białe rekiny. Wywieszona właśnie czarna flaga oznaczała ich aktywność i teoretycznie zakaz wchodzenia do wody. Śmiałków jednak nie brakowało. Po kilku godzinach na plaży wróciłem do hostelu. Trzeba było trochę odpocząć i przygotować się do biegu. Start przecież bardzo wcześnie rano.

      Jeszcze długo przed wyjazdem zastanawiałem się jak dostanę się na start. Od mojego hostelu to prawie dziesięć kilometrów. Początkowo brałem pod uwagę taksówkę. W ostatniej chwili okazało się, że dla uczestników zawodów będzie przygotowany specjalny pociąg. Uznałem, że to najlepsza opcja. Taksówką byłoby trudniej ze względu na ograniczenia w ruchu. Pociąg dojeżdżał do miejsca oddalonego od startu dosłownie kilkaset metrów. Problemem było jedynie dotarcie o czwartej w nocy w mieście uchodzącym za bardzo niebezpieczne na dworzec. Miałem tam około dwóch kilometrów. Czułem trochę obawy, ale trzeba było się z tym jakoś zmierzyć. Dość szybko dotarło do mnie, że chyba nie będzie tak źle. Zupełnie inaczej wyobrażałem sobie ulice Kapsztadu o tej porze. Mimo bardzo wczesnej godziny pełno było ludzi. Dominowała zwłaszcza młodzież, która ciągle jeszcze kontynuowała sobotnie klubowe imprezy, ale porządku pilnowało także wielu policjantów. Ostatecznie udało się dotrzeć do dworca bezpiecznie i bez żadnych stresujących sytuacji. Na dworcu poznałem Edwarda, biegacza z Johanessburga i na miejsce dotarliśmy już razem miło rozmawiając.

      Start biegu wyznaczono falami o 6:15. Już przed wyjazdem wiedziałem, że trasa będzie naprawdę wymagająca. Studiując jej profil nie dało się nie zauważyć dwóch bardzo wysokich podbiegów. Pierwszy już niebawem po starcie, bo na trzecim kilometrze sto metrów w górę, drugi od połowy dystansu wysoki na sto osiemdziesięciąt metrów. Było więc dla mnie oczywiste, że mimo dobrej formy nie będę w stanie pobiec tak szybko, jak w Delhi w lutym, czy w marcu w Warszawie, gdzie uzyskałem niemalże dokładnie takie same bardzo dobre wyniki. Uznałem więc, że bieg potraktuje przede wszystkim treningowo przed czekającymi mnie niebawem startami już w Polsce, w Poznaniu i Gdyni, a rezultat poniżej dwóch godzin mnie zadowoli. Gdzieś w głębi duszy mam jednak nadzieję, że uda się powalczyć o godzinę pięćdziesiąt. Czuję się mimo wszystko dobrze. Startujemy jeszcze o zmroku. Dzięki temu jest możliwość podziwiania krajobrazu pięknie oświetlonego miasta z górami w tle. Piękny to widok. Początek trasy wiedzie wzdłuż winnic Constantia. Przetrwałem jakoś pierwszy podbieg. Dziesięć kilometrów w czterdzieści dziewięć i pół minuty, to na tym etapie wynik powyżej oczekiwań. Od tego momentu zaczyna się jednak drugie jeszcze trudniejsze wzniesienie, które będzie miało, aż pięć kilometrów długości. Do tej pory starałem się o nim nie myśleć i po prostu robiłem swoje. Teraz nie ma już innego wyjścia. Trzeba się z nim zmierzyć. Tempo trochę spadło, ale mniej niż się mogłem tego spodziewać. Pomaga wspaniała atmosfera. Żywiołowy doping ludzi, którzy mimo wczesnej pory pojawili się na trasie, by mocno nas wspierać momentami wywołuje we mnie wręcz delikatne wzruszenie. Naprawdę ciesze się, że tu jestem i biorę w tym wszystkim udział. Gdy dobiegam do szesnatego kilometra czuję się tak, jakbym ten bieg właśnie skończył. Wypełnia mnie ulga, która zwykle pojawia się dopiero na mecie. Wiem już bowiem, że wszystko co najgorsze prawdopdoobnie mam już za sobą, bo ostatnie kilometry w dużej mierze będą z górki. Co prawda w końcówce pojawiają się jeszcze pewne wzniesienia, ale to już w nic w porównaniu z tym, z czym mierzyliśmy się wcześniej. Do mety ustawionej na uniwersyteckim stadionie do rugby dobiegam z czasem 1:44:53 – z absolutnym zaskoczeniem, pełną satysfakcją i biało-czerwoną flagą wzniesioną w górę w geście triumfu.

      Po biegu zostałem chwilę by wymienić wrażenia z innymi biegaczami, pocieszyć sie atmosferą i tym wszystkim, co dla biegaczy przygotowali organizatorzy, ale tego dnia miałem jeszcze inne plany, dlatego zależało mi jednak, aby w miarę szybko wrócić do hostelu. Okazało się, że nie bardzo jest czym. Pociąg do centrum odjeżdżał dopiero o trzynastej, czyli za trzy godziny. Trochę już pogodzony, że zostałem na pewien czas uziemiony wpadłem na pomysł, aby zapytać tutejszych biegaczy, czy ktoś z nich nie jedzie akurat swoim autem do centrum miasta i nie wziąłby mnie ze sobą. Pierwsza próba zakończyła sie porażką, ale za drugim razem się udało. Pewna miła czarnoskóra para odstawiła mnie w zasadzie pod sam hostel, a ja mogłem przejść do realizacji dalszych planów.

      Po południu czekała mnie wyprawa na Signal Hill. To jedno z najbardziej malowniczych miejsc w Kapsztadzie. Jeszcze przed wyjazdem wyczytałem, że ta położona bezpośrednio obok słynnej Góry Stołowej niewysoka wznosząca się na około trzysta pięćdziesiąt metrów góra oferuje niezapomniane widoki na miasto i okolicę, w tym na przepiękną Zatokę Stołową. Jest to idealne miejsce na piknik, romantyczny spacer o zachodzie słońca czy sesję fotograficzną z panoramą Kapsztadu w tle. Znajduje się tu także słynna armata Noon Gun, która jest wystrzeliwana codziennie w południe. To tradycja sięgająca połowy XIX wieku, która służyła jako sygnał czasowy dla okrętów. Kapsztad był dobrze znanym przystankiem podczas podróży morskich, w którym cumowało wiele statków. Bez nowoczesnej komunikacji sygnalizującej przybycie gości, działa na Wzgórzu Sygnałowym były używane do informowania mieszkańców o przybyciu nowego statku. Gdy nowoczesna komunikacja zastąpiła tę potrzebę, wzgórze nadal pozostało związane z sygnalizacją, czy to przybywających statków, czy ogłaszania pory dnia i dlatego stało się znane jako Signal Hill. Co ciekawe jeszcze przed wyjazdem wyczytałem, że u wybrzeży RPA spoczywa w sumie około dwóch tysięcy wraków statków, a większość z nich ma ponad pięćset lat. Do podnóża góry podjechałem autobusem. Dalej trzeba było radzić sobie już pieszo. Pierwsze kilometry pokonałem asfaltową drogą, ostatni z nich to już niestety kamiennisty górski szlak. Po godzinie marszu byłem na miejescu, a oszałamiające widoki wynagrodziły trudy wspinaczki.

      Na poniedziałek jeszcze przed wyjazdem wykupiłem sobie wycieczkę do miejsc, które traktowałem jako obowiązkowe, a do których trudno byłoby mi dotrzeć na własna rękę. Tuż przed ósmą odebrała mnie z hotelu Nuria, młoda sympatyczna dziewczyna, która była zarówno kierowcą, jak i przewodnikiem. Drugą uczestniczką naszej wyprawy była pochodząca z Ghany, a na stałe mieszkająca w Londynie Jennifer. Rozbawiła mnie, gdy się okazało, że pochodzę z Polski. Podobno w Londynie ma polską sąsiadkę, która nazywa ją „wariacka”. Gdy sprecyzowałem, że pewnie raczej „wariatka” przy okazji tłumacząc co to znaczy śmialiśmy się już we trójkę. Rzeczywiście była trochę szalona. Do pierwszego punktu naszej wyprawy, czyli Góry Stołowej dotarliśmy w ciągu kilkudziesięciu minut. Na szczyt wysokiej na ponad tysiąc metrów góry, która jest jednym z siedmiu nowych naturalnych cudów świata  wjechaliśmy kolejką linową. Podziwiając panoramę miasta z tej perspektywy usłyszałem polski język. Były to dwie panie mieszkające w Stanach. Starsza Zofia urodziła się w Polsce w czasie wojny, jej córka już za oceanem i choć trudno się wyzbyć akcentu to jednak obie Panie świetnie mówią po polsku. Podczas krótkiej rozmowy opowiedziałem im w skrócie, co mnie do RPA sprowadziło i jakie mam cele. Były na tyle pod wrażeniem ze poprosiły o kontakt i wspólne zdjęcie. Nie ukrywam, że cieszą mnie tego typu spotkania i reakcje. Daje mi to poczucie, że to co robię już od tylu lat ma sens i naprawdę coś znaczy.

      Podążając dalej autem minęliśmy jeden z Townshipów, czyli porównywalnych do brazylijskich faveli dzielnic, które powstały w wyniku polityki apartheidu, mającej na celu kontrolę nad ludnością kolorową. Ludzie żyją tam w ogromnej biedzie i mając ograniczone możliwości funkcjonowania. Niedługo potem minęliśmy plażę Camps Bay. To dla kontrastu dość luksusowa okolica, która przyciąga bogaczy. Podobno dom w tej okolicy ma na przykład pochodząca z RPA hollywodzka gwiazda Charlize Theron. Jadąc dalej wykutą w skale trasą Chapman’s Peak, która uchodzi za jedną z najpiękniejszych tras górskich na świecie dotarliśmy do przepięknej zatoki Haut Bay. Muszę przyznać, że otaczające ją krajobrazy były po prostu cudowne i zrobiły na mnie ogromne wrażenie.

      Niebawem dotarliśmy do spektakularnego punktu naszej wyprawy, a mianowicie do Przylądka Dobrej Nadziei. To miejsca, gdzie w zasadzie kończy się kontynent afrykański. Czułem ogromne emocje. Do tej pory znak informujący o najdalej wysuniętym punkcie południowo-zachodniej Afryki znałem jedynie z telewizji i zdjęć. Teraz stałem tuż obok niego i byłem niesamowicie podekscytowany. W oddali rzucały się w oczy ustawione tuż nad oceanem dwa kamienne krzyże. Ten po lewej to krzyż Vasco da Gamy, ten po prawej to krzyż Bartolomeo Diasa. Portugalscy odkrywcy zwykli oznaczać swoje nowo odkryte miejsca kamiennymi pomnikami zwanymi „padro”. Te duże kamienne filary zwięńczone krzyżami i herbem Portugalii były symbolami imperialnych ambicji i chrztu niezbadanych dotąd brzegów. Oba „padro”, zostały wzniesione w latach sześćdziesiątych poprzedniego stulecia w miejscu domniemanego przybycia odkrywców i stanowią przejmujące przypomnienie ich morskich wypraw, które ukształtowały dzisiejszy świat. Odwiedzenie tego miejsca było dla mnie sporym przeżyciem i cudowną przygodą.

      Podążając dalej dojechaliśmy do Cape Point. Na szczycie góry znaduje się postawiona w polowie XIX wieku latarnia morska. Na górę można dostać się albo pieszo, albo kolejką zwaną po żeglarsku „Latający Holender”. Ja wybrałem marsz. Dotarcie na szczyt nie było tak wymagające, jak myślałem i w kwadrans dotarłem na miejsce. Tak, czy inaczej było warto, bo widoki na bezkresny ocean i klify są przepiękne. Ostatnim przystankiem naszej wycieczki byla plaża Bolder Beach. To jedno z najbardziej unikalnych miejsc na świecie. Co ciekawe na tej plaży w zasadzie nie ma piasku. Są za to imponujące naturalne baseny skalne, które nadaja temu miejscu uroku. Jednakże i tak naciekawsza atrakcją są żyjące tutaj afrykańskie pingwiny, z którymi można w zasadzie stanąć oko w oko w odległości kilku metrów. Nie uciekają. Zresztą nie należą do zbyt ruchliwych ptaków. Długimi minutami siedziały w zupełnym bezruchu obserwując podziwiających ich turystów i pozując do zdjęć niczym obyte z obiektywem modele i modelki.

      We wtorek rano spotkałem się z Debbie. Poznaliśmy się jeszcze w sobotę. Mieliśmy się spotkać w niedzielę po biegu, nie udało się. Potem liczyliśmy na spotkanie w poniedziałek po wycieczce, także się nie udało. Udało się za trzecim razem, w zasadzie w ostatniej chwili. Debbie próbuje swoich sił jako modelka i influencerka. Dodatkowo prowadzi internetowy butik z odzieżą. Sprowadza produkty z Chin i sprzedaje je potem lokalnie w RPA. Było bardzo miło, ale w końcu trzeba było kierować się w stronę lotniska, a potem już długa, daleka i naprawdę męcząca droga do domu. Z Kapsztadu zabieram wspaniałe wspomnienia. Widziałem już wiele pięknych miejsc, ale chyba nigdzie nie ma ich tak dużo jak tu. Z afrykańskich krajów, które miałem okazję odwiedzić RPA podobało mi się zdecydowanie najbardziej. Kapsztad to chyba też najbardziej europejskie z afrykańskich miast, w których byłem i myślę, że mógłbym tu nawet kiedyś zamieszkać. Kto wie… może kiedyś? 

2026.04.12 Kapsztad (RPA) TOTALSPORT TWO OCEANS HALFMARATHON  – 1:44:53

Więcej zdjęć z biegu:

Więcej zdjęć z Kapsztadu:

Więcej zdjęć z Muizenberg:

Więcej zdjęć z Góry Stołowej i Przylądka Dobrej Nadziei:


Rekordowo

      Kolejny swój półmaraton pobiegłem w Warszawie. To już szósty raz, gdy stanąłem na starcie Półmaratonu Warszawskiego. Była to szczególna edycja o tyle, że po pierwsze dwudziesta jubileuszowa, a po drugie był to w naszym kraju do tej pory największy bieg w historii. Na obu dystansach, czyli w biegu głównym oraz towarzyszącej piątce pobiegło w sumie ponad 30 000 ludzi.

      Do Warszawy tradycyjnie wybrałem się pociągiem i trzeba przyznać, że od pierwszej chwili na brak towarzystwa narzekać nie mogłem. Towarzyszyły mi bowiem koleżanki z zaprzyjaźnionego klubu Wiśniew biega i maszeruje. Gdy już dojechaliśmy na miejsce mimo ogromnego tłumu też co chwilę napotykałem znajome twarze. Była to wspaniała okazja by tego dnia w jednym miejscu spotkać wielu biegowych (i nie tylko) przyjaciół poznawanych na różnym etapie swojego biegowego życia.

      Co do wyniku specjalnych oczekiwań nie miałem. Pierwszy półmaraton tego sezonu w Delhi miesiąc temu był dla mnie ogromną niespodzianką i tknął we mnie wiele wiary w kolejne starty. Po powrocie do Polski złapałem jednak zapalenie zatok i musiałem zrobić ponad tygodniową przerwę od treningów. Trudno więc było tak naprawdę przewidzieć jaki będzie to miało wpływ na moją dyspozycję. W pamięci miałem też zeszły sezon, gdy po dwóch świetnych jak na moje skromne możliwości wynikach w Wiązownie i Bolonii w Warszawie poszło mi już tak raczej średnio. Do biegu podchodziłem więc z dużą dozą ostrożności, ale i z nadzieją.

 

      Wystartowałem w strefie na 1:45 wraz z kolegą Hubertem. Poznaliśmy się na wyjeżdzie na Monte Cassino. Potem jeszcze pare razy mieliśmy miłą okazję się spotkać, ale ostatnio nie widzieliśmy się już ładnych parę lat. Było o czym rozmawiać. Mimo tłoku i faktu, że od razu na początku czekał na nas jeden z dwóch największych tego dnia podbiegów to zacząłem dość szybko. Biegło mi się jednak ciężko. Zdecydowanie ciężej, niż w Delhi. Było na pewno cieplej. W momencie, gdy zaczynaliśmy rywalizację czyli po godzinie jedenastej momentami dawało już o sobie znać słońce. Mimo nienajlepszego samopooczucia udawało mi się jednak utrzymywać cały czas dobre wysokie tempo. Niewątpliwie animuszu dodawali kibicie. Kilkadziesiąt punktów wsparcia i jak chwalą się organizatorzy sto tysięcy kibiców na trasie pozwalało wykrzesać z siebie dodatkowe pokłady energii.  

 

      Gdzieś w połowie stawki wsród kibiców wypatrzyłem Michała Żewłakowa. To nie jedyny reprezentant Polski w piłce nożnej, którego spotkałem tego dnia. Jeszcze przed startem wsród uczestników natnąłem się na Jakuba Wawrzyniaka. Z relacji internetowych wiem, że w stawce tego dnia było także wiele innych znanych osobowości.

 

      Dziesięć kilometrów przebiegłem w czasie 47:45. Ponad pół minuty szybciej, niż w Delhi.  Pokonanie każdego kilometra zajmowało mi sporo poniżej pięciu minut. Dopiero na piętnastym, gdzie był stromy podbieg połączony z bufetem był trochę wolniejszy. Szybko jednak wrociłem na właściwe tory i zostało nawet trochę sił na mocnniejszy finisz. Ostatni kilometr był najszybszy ze wszystkich. Na metę wpadłem z czasem 1:40:44. To siedem sekund szybciej, niż w Delhi.  Byłem naprawdę zadowolony.

      To był mój 79 półmaraton  i czwarty wynik w życiu. Trudno więc się nie cieszyć i z optymizmem nie patrzeć na kolejne zbliżajace się starty. To była naprawdę miła i udana niedziela.

  2026.03.22 Warszawa Półmaraton: 20 PÓŁMARATON WARSZAWSKI – 1:40:44


Niewykorzystana szansa

        Zdarza się, że na naszej drodze pojawiają się pewne szanse, a my ich nie wykorzystujemy. Dzieje się tak z powodu strachu, jakichś ograniczeń, a czasami po prostu braku świadomości. Wiele lat temu w firmie, w której wówczas pracowałem dostałem propozycję wyjazdu służbowego na dwa, trzy tygodnie do Indii. Propozycję odrzuciłem. Powody swojej decyzji tłumaczyłem sobie różnie. Może trochę lękiem przed tak daleką podróżą, może trochę ograniczeniami językowymi, a najbardziej chyba po prostu nie zdawałem sobie sprawy, że ten wyjazd to dla mnie tak naprawdę nie problem, a ogromna szansa na przeżycie czegoś wyjątkowego. Wówczas jeszcze nie doceniałem podróżowania po świecie. Zagranicą byłem jedynie kilka razy. Taki wyjazd na tamtą chwilę mnie po prostu przerastał, nie byłem na niego gotowy. Choć czasu cofnąć nie mogłem, to jednak chciałem ten błąd kiedyś naprawić i do tego dalekiego kraju rzeczywiście się wybrać. Już na własnych warunkach, no i niestety tym razem już na własny koszt. Potrzebowałem blisko dekady, ale w końcu to się stało. Po tych wielu latach dojrzałem do tego, by swój sezon biegowy 2026 rozpocząć w lutym właśnie w Indiach startując w COGNIZANT NEW DELHI HALFMARATHON.

      Na wyjazd czekałem z pewną ekscytacją, ale i zniecierpliwieniem. Po pierwsze od mojego ostatniego półmaratonu minęło już prawie trzy miesiące. Stęskniłem się trochę za zawodami i tym dreszczykiem sportowych emocji. Po drugie ciekawiły mnie same Indie. Wiedziałem przecież, że to niezwykle interesujący kraj pełen kontrastów i skrywający w sobie wiele tajemnic, a jego egzotyka, rozległe dziedzictwo historyczne, duchowe i kulturowe dawało mi gwarancję, że znajdę tam coś, co mnie zaciekawi i będzie to kolejna wspaniała przygoda.

      Podróż zaczynałem tym razem w czwartek po popołudniu. Biorąc pod uwagę długość lotu i cztero- i półgodzinną różnicę czasu na miejscu byłem nad ranem. Po przejściu przez wszelkie przedłużające się trochę formalności i odczekaniu chwilę, aż miasto zacznie budzić się do życia odnalazłem metro i pojechałem do centrum. Przygotowując się do tej podróży wynotowałem sobie miejsca, które chciałbym zobaczyć i okazało się, że ta lista jest naprawdę długa. Co gorsza, wszystko co najciekawsze porozrzucane jest w różnych częściach miasta, a miasto jest po prostu gigantyczne. Cała aglomeracja to około trzydzieści pięć milionów ludzi, czyli niewiele mniej, niż w Polsce. W Indiach planowałem spędzić w sumie aż cztery dni, ale żeby zobaczyć to, co chciałem musiałem skrupulatnie wszystko zaplanować, naprawdę bardzo się postarać i liczyć na odrobinę szcześcia. Dlatego też nie chcąc tracić czasu odkrywanie Delhi miałem zamiar rozpocząć od razu po drodze z lotniska.

     Choć oficjalnie Indie pozostają państwem świeckim to jednak charakteryzują się różnorodnością przekonań i praktyk religijnych. To tu narodziły się aż cztery duże religie: hinduizm, buddyzm, sikhizm i dżinizm. Znajduje się tu niezliczona ilość światyń religijnych różnych wyzwań, które co roku przyciagają miliony turystów z całego świata. Było więc jasne, że to właśnie miejsca kultu religijnego zdominują także plan mojego pobytu. Od nich też postanowiłem zacząć. Pierwszym punktem na mojej liście była Gurdwara Bangla Sahib, czyli świątynia sikhijska poświęcona pamięci jednego z  Guru – Har Krishana, w drugiej hindusitycznej Shri Laxmi Narayan czci się boga Narayana i bogini Lakshmi – symbole dobrobytu i pomyślności. Okazalsza jest ta druga i to ona zrobiła na mnie większe wrażenie. Ciekawostką jest fakt, że nad wejściem widnieje swastyka. W Europie kojarzy nam się z nazizmem, w kulturze hindusitycznej i budyjskiej symbolizuje jednak szczęście i dostatek. Kolejnym miejscem, które odwiedziłem było obserwatorium Jantar Manar. Wzniesione na początku XVIII wieku obserwatorium astronomiczne uważane jest za najstarsze tego typu na świecie. Choć w Europie w tamtym czasie znany był już teleskop to w Jantar Manar nie ma żadnych instrumentów optycznych, a mimo to udawało się określać ruchy słońca, księżyca i planet, co świadczy o dość zaawansowanej wiedzy astronomicznej ówczesnych Indii. W otaczającym obserwatorium parku poza kamiennymi przyrządami moją uwagę zwróciły wiewiórki, setki rozbieganych, ganiających się wzajemnie po trawnikach i drzewach wiewiórek. Nie jak tych naszych rudych, ale szarych, mniejszych z charakterystycznym pasem na grzbiecie. Podobnie było zresztą w innych parkach mijanych po drodze. Od czasu do czasu miałem okazję spotykać także wolnożyjące na ulicach małpy, a czasem nawet piękne zielone papugi. Podążając dalej dotarem w okolice Rashtrapati Bhavan, czyli oficjalnej rezydencji Prezydenta Indii. Budynek z trzysta czterdziestoma pokojami rozłożonymi na czterech piętrach jest największą rezydencją prezydencką na świecie. Jego budowa rozpoczęła się na początku poprzedniego stulecia i trwała około siedemnastu lat. Odbywają się w niej uroczystości państwowe, przyjęcia zagranicznych delegacji i ceremonie. Tuż obok siedziby prezydenta znajduje się Samvidhan Sadan. Przez ponad siedemdziesiąt lat, aż do otwarcia kilka lat temu nowego gmachu budynek był główną siedzibą parlamentu Indii. To tu odbywały się kluczowe debaty, uchwalano ustawy i prowadzono dyskusje, które kształtowały współczesne państwo. Na koniec zostawiłem sobie Pura Quila. Miejsce znane również jako Stary Fort to jeden z najstarszych i najbardziej fascynujących zabytków Delhi, którego korzenie sięgają XVI wieku. Mury fortecy, wykonane z piaskowca, mają około osiemnastu metrów wysokości i rozciągają się na długości prawie dwóch kilometrów, otaczając cały  kompleks pełen pałaców, meczetów i ogrodów. Było to ostatnie miejsce, które zaplanowałem odwiedzić po drodze z lotniska.

      Specerując swojego pierwszego dnia po centrum Delhi co chwilę napotykałem na porozstawiane na ulicach i chodnikach barierki, a także setki policjantów z długą bronią, co mocno ograniczało mi możliwości poruszania się po mieście. Odpowiedz czym były spowodowane aż tak duże środki ostrożności znalazłem już wkrótce na billbordach. Okazało się bowiem, że w tych dniach w Delhi organizowany był międzynarodowy szczyt dotyczący sztucznej inteligencji, na który zjechało sie wiele głów państw z całego świata. Do hotelu, w którym miałem nocować przez najbliższe dni dotarłem z poczuciem nie do końca zrealizowanego planu i potrzebą wybrania się do niektórych miejsc raz jeszcze, już na spokojnie i bez ograniczeń. Mój sztywny i napięty plan pobytu w Delhi właśnie się zachwiał.

      Podobnie jak podczas swoich dwóch ostatnich wyjazdów do krajów afrykańskich, tak i tym razem zdecydowałem się na cały pokój dla siebie w normalnym hotelu. Miejsce na nocleg, które wybrałem na pierwszy rzut oka wydawało się naprawdę całkiem przyzwoite. Okolica co prawda może nie była najlepsza. Znajdujący się w dość biednej muzułmańskiej części miasta otoczony bazarem, na którym handel kwitł od wczesnego rana do północy, gwar, ubrane w hijaby żebrzące kobiety, czy podejrzliwie spoglądający na obcego białego człowieka mężczyzni… budziło to pewien niepokój, ale trochę rekompensowała to wszystko bliskość metra, z którego miałem już otwartą drogę do wielu punktów docelowych swojej wycieczki oraz na start biegu. Byłem naprawdę zmęczony i nawet się do końca nie rozpakowywałem tylko postanowiłem odespać całą noc w podróży. Gdy przebudziłem się po kilku godzinach okazało się, że w łóżku mam pluskwy. Od razu przypomniały mi się nieprzespane noce w Porto przed laty. Nie zastanawiałem się więc ani chwili i poprosiłem o zamianę. Chłopaki na recepcji nie wyglądali na bardzo zdziwionych, że przychodzę z takim problemem. Spojrzeli tylko na siebie i chwilę potem wylądowałem w nowym pokoju. W tym pluskiew już nie było. Od czasu do czasu pojawiały się jedynie prusaki. Zarówno w pierwszym, jak i drugim nie było też ani obiecanego telewizora, ani ciepłej wody, ale dalej już nie wybrzydzałem. Przecież nie przyjechałem tu oglądać telewizję, a do chłodu przyzwyczaiła mnie mroźna zima.

     Kilka tygodni przed wyjazdem skontaktował się ze mną pochodzący z Rumunii, a mieszkający aktualnie w niemieckim Monachium Nicolae. Widząc mój komentarz pod jednym z postów na profilu biegu postanowił się do mnie odezwać z pytaniem, czy nie pomógłbym mu odebrać pakietu. Specjalizuje się w dystansach ultra, ale w drodze na swoje zawody w Hong Kongu miał mieć akurat długie międzylądowanie w Delhi. Postanowił te dwadzieścia godzin oczekiwania na kolejny lot dobrze wykorzystać i pobiec także w stolicy Indii. Biorąc pod uwagę moje doświadczenia sprzed kilku miesięcy, gdy także byłem zdany na łaskę innego biegacza nie mogłem odmówić i oczywiście zgodziłem się mu pomóc.

     Miejscem, gdzie zlokalizowano biuro zawodów, a gdzie następnego dnia miał być także start i meta okazał się imponujący stadion Jawaharlal Nehru. Został stworzony z myślą o wydarzeniach piłkarskich. Dziś odbywają się tu jednak także mecze krykieta, zawody lakkoatletyczne, a także koncerty, czy wydarzenia polityczne. Gdy stawiłem się na miejscu by odebrać pakiety okazało się, że póki co mogę dostać jedynie swój. Stanowisko z numerem startowym Nicolae ciągle nie było gotowe i miało być otwarte z półtoragodzinnym opóźnieniem. Wiedziałem więc, że będę musiał tu niestety wrócić. Na szczeście na ten dzień nie chcąc się za bardzo forsować przed biegiem nie miałem zbyt napiętych planów. Chciałem jedynie odwiedzić świątynię Lotosu. Ten znadujący się na liście światowego dziedzictwa UNESCO obiekt to największa świątynia bahaicka w Indiach. Została otwarta czterdzieści lat temu i od tego momentu odwiedziło ją wedle szacunków ponad sto milionów ludzi, co czyni ją jednym z najczęściej odwiedzanych budynków na świecie. Położony w rozległych ogrodach gmach, którego wygląd zainspirowany jest kwiatem lotosu ma wysokość około czterdziestu metrów. We wnętrzu nie ma żadnych symboli religijnych, dlatego często modlą się w niej także osoby niebędące wyznawcami bahaizmu. W świątyni mogą być czytane lub śpiewane święte pisma wszystkich religii. Nie wolno w niej jednak wygłaszać kazań lub zbierać funduszy. Mogą śpiewać w niej chóry, jednak nie można używać żadnych instrumentów muzycznych. Budynek poza tym, że jest piękny to jest także bardzo praktyczny. Zaprojektowano go tak, że wykorzystuje naturalne światło i system naturalnej wentylacji, aby utrzymać chłód, co jest istotne zwłaszcza w gorącym klimacie Delhi. Zahaczając ponownie o stadion, gdzie tym razem już wszystko poszło bez problemu wróciłem do hotelu odpocząć.

     W końcu nadeszła niedziela, dzień biegu. Z Nicolae umówiłem się pod moim hotelem. Miał przyjechać taksówką prosto z lotniska zaraz po wylądowaniu, wziąć ode mnie swój numer startowy, a potem już razem mieliśmy się udać na start piechotą. Początek biegu zaplanowano o godzinie 6:15. Biorąc pod uwagę różnicę czasu dla mnie to w zasadzie środek nocy. Maratończycy są na trasie już od ponad dwóch godzin. Co do wyniku jakichś szczególnych oczekiwań nie mam. Zimą przyłożyłem się solidnie do treningów i włożyłem w nie naprawdę sporo wysiłku, ale rekordowe, największe od wielu lat mrozy i opady śniegu w Polsce nie pomagały w budowaniu formy. Trudno jest też zawsze do końca przewidzieć jak przy tak dużej i nagłej zmianie klimatu zachowa się organizm. W ostatnich tygodniach temperatury w naszym kraju spadały w nocy do -25 stopni. W Indiach zastała mnie ta sama temperatura tyle, że na plusie. Dochodziła do tego wysoka wilgotność, różnica czasu, zmęczenie podróżą i zwiedzaniem. Mimo wszystko wydawało mi się, że godzinę i pięćdziesiąt minut powinno mi się spokojnie udać złamać. Tuż przed samym biegiem czuję się jednak na tyle zaskakująco dobrze, że postanawiam spróbować zmierzyć się z wynikiem pięć minut lepszym. Na początku biegnąć w tłumie trudno jest się rozpędzić. Gdy jednak po kilku minutach stawka rozciągnęła się udaje się w końcu uzyskać odpowiednie tempo. Po dwóch kilometrach dobiegamy do Lodi Gardens. Ten ogromny park to połączenie flory i historycznych budowli z XV i XVI wieku, w tym zabytkowych grobowców i architektury sprzed kilku setek lat. Po kolejnej pół godzinie zmagań docieramy do okolicy, w której znajduje się grobowiec Humajuna, władcy Indii z dynastii Wielkich Mogołów z XVI wieku. Od przeszło trzydziestu lat grobowiec, który jest jednym z najważniejszych zabytków Indii znajduje się na  Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Wkrótce mijam półmetek. Pierwszych dziesięć kilometrów tego biegu pokonałem w czterdzieści osiem i pół minuty. Dawno tak szybko nie biegałem, a mimo to czuję się nadal świetnie. Nie jest jeszcze gorąco. Na trasie nie brakuje też wody, którą mogę polewać coraz bardziej rozgrzane ciało. Bałem się trochę o jakość powietrza i smog. Już w piątkowy poranek, gdy tylko opuściłem lotnisko miałem okazję przekonać się, że przejrzystość powietrza jest bardzo słaba i nie widać za wiele w perspektywie nawet kilkuset metrów. O ile rano można było jeszcze przypuszczać, że to po prostu mgła to jednak utrzymujący się taki stan rzeczy przez większość słonecznego dnia sugerował, że to raczej zanieczyszczenia. Jakość powietrza nie ma na szczęście znaczącego wpływu na moje samopoczucie i oddychanie podczas biegu, a przynajmniej go nie odczuwam. Chwilę potem dobiegamy do India Gate. Byłem już tutaj w sobotę. Dostęp do tego miejsca był jednak wówczas mocno ograniczony. Wrócę tu także już po biegu, by zrobić parę pamiątkowych zdjęć, bo to jeden z najbardziej rozpoznawalnych pomników w Indiach. Brama powstała w 1931 roku jako hołd dla żołnierzy, którzy polegli w I wojnie światowej oraz wojnach afgańskich. Wysokość bramy wynosi czterdzieści metry, a jej forma inspirowana jest Łukiem Triumfalnym w Paryżu i rzeczywiście nie sposób nie zauważyć podobieństwa. Na szczycie bramy znajduje się napis „INDIA” oraz rzeźba czterystu słoni, symbolizujących siłę i potęgę kraju. Od India Gate biegniemy Karthavya Path, czyli reprezentacyjną aleją, zaprojektowaną w czasach brytyjskich, jako aleja królewska i będącą miejscem najważniejszych uroczystości państwowych. Na jej końcu znajduje się znana mi już oficjalna rezydencja Prezydenta Indii. Na czternastym kilometrze dobiegam do miejsca, gdzie na chodniku zebrało się stado kilkudziesięciu małp. Niczym grupa kibiców rozdziawiając pyszczki z zaciekawieniem przygladają się przebiegającej tuż obok rzece biegaczy nie do końca rozumiejąc co się właściwie dzieje. Kilka kilometrów dalej po nawrotce dostrzegam nadbiegającą z naprzeciwka znajomą sylwetkę biegacza. Gdy się mijamy wykrzyknął „Polska!”. Poznałem od razu. To Wojtek Machnik. Odpowiedziałem pozdrowieniem i szerokim uśmiechem. Jeśli mogę powiedzieć, że ktoś mnie w moich pasjach inspiruje to na pewno między innymi byłby to właśnie On. Kiedyś przez lata pracował w branży finansowej. Porzucił jednak karierę w korporacji na rzecz realizowania swoich marzeń i pasji. Dziś jest rekordzistą świata w ilości maratonów przebiegniętych w ciągu jednego roku w różnych zakątkach świata. Na przełomie roku 2018 i 2019 w ciagu 364 dni ukończył ich w sumie 66. Jest zdobywcą World Marathon Majors jako dwudziesty szósty Polak w historii. Realizuje także projekt polegający na ukończeniu maratonu w każdym kraju świata, wliczając w to także terytoria zależne. Jest ich w sumie 249. do tej pory pobiegł w około 180 z nich. Mam Jego książkę. Przeczytałem ją z ogromną uwagą i zaciekawieniem. Liczyłem że kiedyś na jakimś biegu w końcu się spotkamy, ale tu się Go kompletnie nie spodziewałem.

      Kolejne kilometry mijają, a mnie nie tylko nie dopadają żadne kryzysy, ale wręcz czuję się coraz lepiej. Niesiony świadomością, że nie tylko biegnę na wynik poniżej godziny i czterdziestu pięciu minut, ale wręcz mogę pokusić się o pobicie swojego najlepszego wyniku uzyskanego kiedykolwiek zagranicą ostatnie kilometry pokonuję najszybciej ze wszystkich. Ostatecznie na metę wpadam wznosząc do góry w geście triumfu biało-czerwoną flagę z wynikiem 1:40:52. Nawet nie czuję się jakoś strasznie zmęczony. Spoglądam na zegarek raz jeszcze, bo nie jestem w stanie do końca uwierzyć w to co się właśnie stało. To mój piąty wynik w życiu i rekordowy poza Polską. Ten ostatni z Chicago gorszy o prawie półtorej minuty przetrwał dziewięć miesięcy. Lepszego początku sezonu naprawdę nie mogłem sobie wymarzyć.

      Po biegu spotkałem Nicolae. Zjedliśmy wspólnie czekające na biegaczy typowe indyjskie śniadanie. To był ten moment, że w końcu mogłem skosztować lokalnego jedzenia. Przed biegiem unikałem tego. Nie chcąc ryzykować problemów żołądkowych zwanych tu uroczo „Delhi Belly” zabrałem ze sobą trochę żywności z Polski. Choć lubię ostre przyprawy to jednak kuchnia indyjska generalnie chyba nie do końca przypadła mi do gustu. Po śniadaniu wróciliśmy razem do mojego hotelu, a potem rozpoczeliśmy zwiedzanie kierując się metrem w stronę starej cześci Delhi. Na początek udaliśmy się w okolice Czerwonego Fortu. To wybudowany w XVII wieku, wpisany na listę UNESCO kompleks budowli obronnych. Nazwa pochodzi oczywiście od koloru ścian fortu, którego mury mają długość około dwóch i pół kilometra, a wysokość nawet trzydziestu trzech metrów. Co ciekawe kiedyś fort otaczała rzeka Jamuna, która odgrywała rolę fosy, ale zmieniła koryto i dziś znajduje się około kilometra dalej. W przeszłości fort wykorzystywany był jako kwatera wojsk brytyjskich, potem indyjskich, aż w końcu stał się prawdziwą atrakcją turystyczną, która podobno co roku przyciąga miliony turystów. Rzeczywiście, teraz też były tu tłumy. Jeszcze przed wyjazdem wyczytałem, że aby go dokładnie zwiedzić potrzeba kilku godzin. My aż tyle czasu nie mieliśmy. Ograniczyliśmy się więc do podziwiania go z zewnątrz, a chwilę potem czekał na nas już kolejny punkt na naszej mapie, czyli Chandi Chowk. Ten jeden z najstarszych i najbardziej zatłoczonych targów w Delhi ma prawie pięćset lat. Znany jest z wąskich alejek i kolorowych sklepów, co czyni go jednym z najbardziej charakterystycznych miejsc w Starym Delhi. Początkowo słynął z handlu srebrem i biżuterią, przyciągając kupców z całych Indii. Dziś handluje się tu niemalże wszystkim. Znajdują się tu także ważne świątynie i miejsca kultu różnych religii. Najbardziej znane z nich to Jamia Massid, czyli wybudowany w XVII wieku największy w mieście mieszczący nawet dwadzieścia pięć tysięcy wiernych meczet. Atmosfera tego miejsca trochę mnie przytłaczała. Gwar, ścisk, hałas, ciągłe nagabywanie przez kupców – po tych kilku dniach czułem się już tym wszystkim i całą tą atmosfera po prostu zmęczony. Kupiłem więc jedynie kilka pamiątek i poszliśmy dalej kierując się w stronę Delhi Gate. To zabytkowa brama zbudowana w połowie XVII wieku jako część murów otaczających miasto. Kiedyś było takich bram trzynaście. Do dziś zachowały się jedynie cztery. Kolejnym punktem na naszej mapie tego dnia był Raj Ghat Memorial. Jest to miejsce, w którym 30 stycznia 1948 roku skremowano jednego z najważniejszych bohaterów Indii, „Ojca Narodu” Mahatmę Gandhiego, a które to już następnego dnia stało się miejscem pielgrzymek i refleksji. Jego pamięć symbolizowana jest tu przez płytę z czarnego marmuru, na której płonie wieczny płomień. Pomnik otoczony jest parkiem pełnym klombów i drzew. Alejki zdobią tablice z wypisanymi cytatami filozofa, którego myślą przewodnią była prawda, prostota i brak przemocy. W ogrodach można odnaleźć także zasadzone przez światowych przywódców, takich jak Królowa Elżbieta II czy Dwight D. Eisenhower drzewa, co symbolizuje również międzynarodowy szacunek. Swoją wędrówkę po Delhi zakończyliśmy pod dobrze nam już znaną Bramą Indii. Tu pożegnałem Nicolae życząc mu powodzenia w wyzwaniu, które czeka na niego w Hong Kongu, a sam złapałem tuk-tuka, czyli popularną w Delhi spalinową rykszę i pojechałem w stronę hotelu.

      W poniedziałek rano czekała mnie wycieczka do położonej dwieście kilometrów od Delhi Agry. To właśnie w tym mieście znaduje się Taj Mahal – wpisany na listę UNESCO jeden z siedmiu współczesnych cudów świata. Decydując się na wyjazd do Indii byłem przekonany, że będę chciał go zobaczyć i nie licząc biegu od samego początku był to najważniejszy turystyczny cel całej tej wyprawy. Pierwotnie chciałem tam dotrzeć na własną rękę. Gdy jednak okazało się znajduje się aż tak daleko od Delhi postanowiłem zmienić pierwotne plany i jeszcze przed wyjazdem wykupiłem zorganizowaną wycieczkę z przewodnikiem. W niedzielę wieczorem dostałem informację, że ze względu na brak wystarczajacej ilości uczestników status mojej wycieczki zostaje zmieniony z „grupowy” na „prywatny”. Pewnie z takiego obrotu sprawy powinienem się cieszyć, a mimo wszystko byłem trochę rozczarowany. W końcu to zawsze okazja aby poznać ciekawe osoby z całego świata, ale trudno. Taksówka, za kierownicą której siedział Bablu podjechała pod mój hotel zgodnie z planem o szóstej rano i wkrótce ruszyliśmy w stronę Agry. Dziwnie się trochę czułem. Dosłownie trzy dni wcześniej na tej trasie miał miejsce tragiczny wypadek, w którym zginął lokalny taksówkarz, młody chlopak z Polski Michał, a jego dziewczyna została poważnie ranna. Podobnie jak ja, jechali zobaczyć Taj Mahal. W ich auto wjechała ciężarowka załadowana drzewem. Sprawca odjechał z miejsca wypadku nie udzielając pomocy, szuka go policja. Trochę mnie ta tragiczna historia poruszyła. Równie dobrze to mogłem być przecież ja. Po trzech godzinach na szczęście bezpiecznej jazdy, podczas której byłem katowany tutejszymi hitami muzycznymi i z krótką przerwą na Masala Chai, czyli typową hinduską herbatę z mlekiem oraz przyprawami korzenymi dojechaliśmy na miejsce. Tam czekał już na nas przewodnik „Jelly”. Przemierzając wspólnie z Nim ulice Agry miałem okazję zobaczyć Indie trochę inne, niż te które poznałem w Delhi. Miasto choć nadal milionowe jest jednak dużo mniejsze, spokojniejsze, biedniejsze, a na ulicach można dostrzeć wałęsające się legendarne „święte krowy”. Zwierzęta te w tym kraju uważane są za szczególne stworzenia i jedną z siedmiu matek ludzkości, ponieważ dają mleko. Wkrótce jednak swoją uwagę mogłem skupić już na tym, co było głównym celem mojej podróży – Taj Mahal. To mauzoleum zostało wzniesione przez cesarza Szahdżahana na pamiątkę jego ukochanej żony Mumtaz Mahal, która zmarła przy porodzie. Budowa rozpoczęła się w połowie XVII wieku i trwała dwadzieścia dwa lata. Wnętrza pałacu, który otaczają cudowne ogrody w stylu perskim zdobiły tysiące rzemieślników z różnych krajów. Co ciekawe Taj Mahal zmienia kolor swojej kopuły w zależności od pory dnia – rano jest różowa, w południe biała, wieczorem złota. Białe kopuły odbijające się w wodzie nad brzegiem rzeki Jamuna tworzą spektakularne efekty świetlne, co czyni go jednym z najbardziej rozpoznawalnych zabytków na świecie. Nic dziwnego, że to miejsce co roku przyciąga miliony turystów z całego świata. Byłem strasznie podkescytowany i naprawdę szczęsliwy, że mogłem tu dotrzeć i zobaczyć go na własne oczy. Widok był naprawdę oszałamiający. Spacerując alejkami parku nagle ku swojemu zdziwieniu usłyszałem polskie „Dzień dobry”. W pierwszej chwili pomyślałem, że spotkałem rodaka. Chwila rozmowy ze starszym panem, który mnie zaczepił, bo zobaczył polskiego orła mojej koszulce pozwoliła mi zrozumieć, że jest Anglikiem o imieniu Stanisław, a jego ojciec jest Polakiem. Jeszcze bardziej się zdziwiłem, gdy chwilę później dokładnie z tego samego powodu podszedł do mnie pewien młody Hindus, by podzielić się informacją, że aktualnie od kilku miesięcy mieszka i pracuje w Polsce w jednym z banków w Łodzi i że bardzo mu się u nas podoba. Zawsze cieszą takie słowa i opinie o naszym kraju. 

      Godziny spędzone w Agrze minęły bardzo szybko i trzeba było wracać. W hotelu spakowałem się i poszedłem spać. Czekała mnie przecież pobudka w samym środku nocy. Miałem zamówiony transport na lotnisko na godzinę trzecią. Mimo ze kierowca skontaktował się ze mną dwie godziny przed przyjazdem by potwierdzić adres ostatecznie się nie pojawił i nie było z nim żadnego kontaktu. No cóż…Indie… Na szczęście z pomocą recepcji udało się zamówić taksówkę i jakoś dotarłem na lotnisko na czas. Potem już prosto do Polski bez żadnych przeszkód i dodatkowych atrakcji. Sezon 2026 można uznać za otwarty. Przede mną prawdopodobnie najciekawsze dwa lata tej mojej biegowej przygody. Przynajmniej taką mam nadzieję.

2026.02.22 Delhi (Indie) COGNIZANT NEW DELHI HALFMARATHON – 1:40:52

Więcej zdjęć z biegu:

Więcej zdjęć z Delhi:

Więcej zdjęć z Agry:


Biegi Górskie Bogdana Bali 2025/26

      Fajnie czasem pobiegać także na własnym podwórku, niekoniecznie półmaratony. Co roku okazją do tego są Biegi Górskie Bogdana Bali w lasach siedleckiej Gołoborzy. Nie wiem w czym tkwi tajemnica, ale te małe kameralne zawody też mają w sobie pewien szczególny urok. To też zawsze okazja, aby spotkać się w jednym miejscu z biegowymi przyjaciółmi i być może to właśnie to sprawia, że regularnie się tam pojawiam. Pierwszy etap tegorocznej edycji przypadł w przedostatni weekend listopada i niewiele brakowało, aby obył się w iście zimowej scenerii i białej śnieżnej odsłonie. Ostatecznie jednak pogoda się trochę zlitowała, śnieg się zdążył rozpuścić i mimo chłodu na trasie dominowały barwy jesieni.

      Szczególnych oczekiwań co do wyniku nie miałem. Chciałem po prostu pobiec równym mocnym tempem jako ostatni mocny trening przed zbliżającym się ostatnim półmaratonem tego sezonu, tym razem Tunisie. Co prawda wiedziałem, że jesienno-zimowe warunki raczej w Afryce mnie nie zastaną, ale liczyłem, że trudna leśna trasa z wieloma stromymi podbiegami na pewno zaprocentuje. Do pokonania było tradycyjnie do wyboru 10 albo 5km na pętlach po trochę więcej 2,5 km. W sumie dodatkowo wyszło, aż czterysta metrów. Pierwsze dwa okrążenia pobiegłem mając w zasięgu wzroku kilka osób i starałem się za nimi trzymać. Okazało się jednak wszystkie biegły dystans 5km. Gdy wyprzedził mnie zawodnik, którego od początku miałem tuż za plecami zostałem już sam do samej mety. Choć moja motywacja nie mając nikogo przed sobą ani za sobą nie była już tak duża jak na początku, to jednak udało się dobiec do mety w miarę równym tempem. Ukończyłem ten etap na 7 miejscu i 4 w kategorii. Wynik 51:50.

      Drugi etap przyszło mi pobiec tydzień po swoim ostatnim półmaratonie tego roku. Pogoda na szczęście bardziej wiosenna niż zimowa, nie było więc szoku po powrocie z afrykańskiej przygody. Ponieważ najbliższy półmaraton czekał mnie dopiero za trzy miesiące to cały tydzień trochę sobie pofolgowałem treningi i nie miałem też motywacji by jakoś strasznie się starać, ale mimo to postanowiłem pobiec dość mocno. Trasa tym razem była około 200 metrów krótsza, za to dużo trudniejsza, naszpikowana mniejszymi lub większymi podbiegami. Czułem już mały zjazd formy, dlatego biegło mi się mało komfortowo. Do mety dotarłem jednak prawie minutę szybciej niż tydzień temu i tylko częściowo można to tłumaczyć krótszą trasą. Wydaje mi się więc, że ten wynik bardziej wartościowy. Tak, czy inaczej drugi etap zakończyłem podobnie jak pierwszy – na 7 miejscu open i 4 w kategorii z czasem 50:56.

      Trzeci etap odpuściłem. Zbiegł się on bowiem z parkrunem w Skórcu podczas którego świętowano 8 rocznice pierwszego spotkania i biorąc pod uwagę, że często się tam pojawiam i czerpię z tego sporą satysfakcję to uznałem, że w tym dniu powinienem tam być. Zwłaszcza, że formuła cyklu pozwala opuścić jeden, a nawet dwa etapy. Postanowiłem z tego prawa skorzystać. W Skórcu pięciokilometrową trudną leśną i polna trasę pokonałem w czasie 23:24, co dało mi 5 miejsce, ale tego dnia najważniejsze było i tak świętowanie.

      Na czwarty etap trzeba było już poczekać do nowego roku i muszę przyznać, że aura nie zachęcała aby stawić się w ogóle na starcie. Śnieg, 17 stopni mrozu w nocy i niewiele mniej rano, gdy zaczynały się zawody sprawiały, że najchętniej posiedziałoby się w domu. Trasa tym razem także miała być bardzo wymagająca. Zmobilizowałem się jednak by pobiec. Ciężko biegło się jednak od samego początku, wysoki śnieg, strome zbiegi, podbiegi zakręty i kompletnie nie dostosowane do tego moje buty sprawiały, że momentami było naprawdę niebezpiecznie. Skupiłem się więc na tym by dotrzeć do mety bez żadnego upadku. Na pierwszych kilometrach biegłem jeszcze w kilkuosobowym towarzystwie. Od połowy dystansu trzeba było sobie radzić już samemu. Na ostatniej pętli widząc, że mam za plecami jakiegoś zawodnika za cel postawiłem sobie nie dać się wyprzedzić. Udało się go zrealizować. Ostatecznie dotarłem do mety z kilkunastosekundową przewagą… i bez upadku. Wynik 52:17, czyli najwolniej ze wszystkich etapów, mimo, że trasa znowu była delikatnie krótsza. Warunki były jednak tym razem naprawdę ciężkie i wydawało się, że ciężej już być nie mogło. Mogło…

     Samo zmobilizowanie się do startu przy kilkunastometrowym mrozie było sporym wyzwaniem. Mróz chyba jeszcze większym niż tydzień wcześniej. Nie zachęcał też profil trasy, której to znaczna część to były strome podbiegi w dodatku w wysokim śniegu, który spadł w ostatnich dniach i zalegał w dużych ilościach. Miałem już zaliczone trzy etapy i ten ostatni mogłem sobie odpuścić. Ostatecznie jednak zdecydowałem się pobiec. W końcu to finał. Brałem jednak pod uwagę, że tym razem pokonam tylko 5km i zejdę z trasy po dwóch pętlach. Od samego początku biegło się naprawdę ciężko, mimo, że zacząłem ostrożnie. Buty po prostu tonęły w śniegu, w dodatku było ślisko. Kilka razy udało mi się uniknąć upadku w ostatniej chwili. Dużej determinacji we mnie nie było. Było raczej pewne, że jeśli tylko najwięksi rywale stawią się na starcie w komplecie (a stanęli) to w całym cyklu zajmę prawdopodobnie piąte miejsce w kategorii i raczej nic z tym nie byłem już w stanie zrobić. Było też w zasadzie jasne, że do klasyfikacji końcowej będę miał zaliczone wyniki z poprzednich trzech ukończonych przeze mnie etapów, bo tym razem ze względu na warunki na dobre czasy liczyć nie można. Mimo to starałem się biec dość ambitnie. Wyprzedziłem kilka osób. Trzecią pętlę, mimo że większość trasy do tej pory pokonałem w pojedynkę to tym razem przyszło mi biec w trzyosobowej grupie. Ostatecznie na metę wbiegłem z czasem 59:27. Siedem minut wolniej niż tydzień wcześniej. Mimo to do mety dotarłem na piątym miejscu i czwartym w kategorii. W ostatecznym rozrachunku dało mi to tak jak się spodziewałem czwarte miejsce. Jedynym zaskoczeniem był fakt, że rywale pobiegli też na tyle wolno, że do końcowego wyniku ostatecznie zaliczył mi się także wynik z piątego etapu. Nie ma to jednak większego znaczenia. Tak, czy inaczej kolejna edycja BGBB przechodzi do historii.

 

2026.01.17 Siedlce 10km: BIEGI GÓRSKIE BOGDANA BALI Etap V – Finał – 59:27 (415,62 pkt)

2026.01.10 Siedlce 10km: BIEGI GÓRSKIE BOGDANA BALI Etap IV – 52:17 (424,45 pkt)

2025.12.20 Siedlce 10km: BIEGI GÓRSKIE BOGDANA BALI (Etap III ) – DNS

2025.12.06 Siedlce 10km: BIEGI GÓRSKIE BOGDANA BALI Etap II – 50:56 (398,89 pkt)

2025.11.22 Siedlce 10km: BIEGI GÓRSKIE BOGDANA BALI Etap I – 51:50 (397,11 pkt)

Zdjęcia: Janusz Mazurek / Dariusz Sikorski / Paweł Pietruczanis (Zabłąkany Aparat) / Mariusz Drabio


Na wariackich papierach

      Minął jedynie miesiąc i znowu wróciłem na afrykańską ziemię. Szukałem jeszcze jakiegoś zagranicznego wyjazdu nie wymagającego dużych nakładów na półmaraton, w kraju w którym mnie do tej pory nie było i 38 COMAR SEMI-MARATHON TUNIS-CARTHAGE w Tunezji wydawał się być pod tym względem idealny. Tani bilet udało mi się znaleźć stosunkowo łatwo, ale na tym tak naprawdę łatwe kwestie się skończyły. Problemy z rejestracją, potem z płatnością, utrudniony kontakt z organizatorami powodowały we mnie pewien niepokój i frustrację. Gdy z każdą z tych trudności udało się w końcu jakoś uporać na ostatniej prostej pojawiła się kolejna – największa. Okazało się bowiem, że pakiety startowe będą wydawane w biurze zawodów jedynie do południa w sobotę, czyli gdy ja będę ciągle jeszcze w powietrzu. Zaczynałem już powoli żałować, że się na ten bieg w ogóle zdecydowałem i gdyby nie fakt, że miałem już kupiony bilet lotniczy, którego nie mogłem zwrócić to za pewne bym z tego wyjazdu po prostu zrezygnował. Nie mając innego wyboru pozostało jedynie odliczać czas i liczyć, że znajdzie się jakieś rozwiązanie, które sprawi, że nie będzie to jedynie turystyczny wyjazd, ale pojawi się szansa, aby w tym biegu rzeczywiście pobiec. Czy rzeczywiście się pojawi? Przekonam się dopiero na miejscu.

      Lot miałem bardzo wcześnie rano. Mroźną listopadową noc przyszło mi zatem spędzić na lotnisku. Po kilku godzinach w powietrzu i międzylądowaniu we Frankfurcie, gdzie miałem przesiadkę w końcu wczesnym popołudniem dotarłem do Tunisu. Nie kombinowałem z autobusami i po prostu wziąłem taksówkę. Chciałem jak najszybciej dostać się do miasta. W jednym z hoteli miał bowiem czekać na mnie mój numer startowy. Zostawił go tam Michel. Poznaliśmy się w Internecie kilka tygodni wcześniej. Choć jest Holendrem, aktualnie mieszka w Stanach. Przeczytał zostawiony na Facebooku komentarz o moich problemach i ponieważ przybył do Tunisu już kilka dni wcześniej zaoferował swoją pomoc. Umówiliśmy się, że upoważnię go do odbioru mojego pakietu i gdy do odbierze zostawi go na recepcji swojego hotelu. Odnalazłem go tam tak, jak uzgodniliśmy, a gdy trafił w moje ręce kamień spadł mi z serca. Wiedziałem już bowiem, że prawdopodobnie największa przeszkoda, by ten półmaraton pobiec została właśnie pokonana. Z poczuciem ulgi już na piechotę skierowałem się w stronę swojego hotelu planując jeszcze po drodze co nieco zobaczyć.

      Po kilkunastu minutach marszu dotarłem do alei Habib Bourguiba. To główna arteria miasta nazwana na część pierwszego Prezydenta, ojca niepodległości i jeden z najważniejszych punktów miasta. Wzdłuż alei znajdują się liczne kawiarnie, restauracje i sklepy, a także luksusowe hotele. Można odnaleźć tu także ważne zabytki, czy instytucje. Tutaj też następnego dnia będzie miał miejsce start i meta tego biegu. Rozstawiano powoli barierki, a część infrastruktury czekała już gotowa na następny dzień. Zrobiłem kilka pierwszych zdjęć i poszedłem dalej. Minąłem Teatr Miejski. Budynek zwany potocznie ze względu na swój kształt „bombonierką” został wybudowany na początku poprzedniego stulecia i pełni funkcję głównego centrum kulturalnego stolicy Tunezji, goszcząc opery, balet, koncerty symfoniczne i spektakle teatralne. Podążając dalej dotarłem do Place de l’Indépendance, czyli centralnego placu w tym mieście, który upamiętnia uzyskanie przez kraj w 1956 roku niepodległości od Francji. Jest on ważnym punktem pamięci narodowej, ale także atrakcją turystyczną, gdzie można zrobić zdjęcia z charakterystycznym napisem „I Love Tunis”. Nie napis był jednak głównym celem mojej wizyty w tym miejscu, a między innymi tutejsza piękna Katedra Św. Wincentego. Kościół został wzniesiony pod koniec XIX wieku przez kardynała Lavigeriego – tego samego, który rozpoczął wielką misję chrystianizacji Afryki. Pod koniec poprzedniego stulecia katedrę odwiedził św. Jan Paweł II. Niestety nie mogłem wejść do środka, bo była zamknięta, ale nawet z zewnątrz zrobiła na mnie spore wrażenie. Na placu poza Katedrą znajduje się także monument Ibn Chalduna, słynnego tunezyjskiego filozofa, historyka i prekursora socjologii. Musi być dla Tunezyjczyków kimś naprawdę ważnym, bo jego pomnik jest chyba najbardziej strzeżonym miejscem jakie w Tunisie miałem okazję zobaczyć. Ogrodzony drutem kolczastym i barierkami, dodatkowo był chroniony przez uzbrojonych w długą broń kilku żołnierzy i dwa wozy bojowe. Zastany widok był dla mnie sporym zaskoczeniem, bo trudno wytłumaczyć aż takie środki w bezpieczeństwa dokładnie w tym miejscu. Na koniec zostawiłem sobie Bab el Bhar, czyli  historyczną bramę miejską, znaną także jako „Brama Morza” lub „Porte de France”. Wzniesiono ją ponad tysiąc lat temu. Wówczas była głównym wejściem i kluczowym punktem w obronności miasta. Dziś stanowi symboliczną granicę między historyczną Medyną, a nowoczesną częścią Tunisu. Tego dnia jej jeszcze nie przekroczyłem i po dotarciu do niej skierowałem się w stronę hotelu. Zwiedzanie Starego Miasta zostawiłem sobie bowiem na niedzielę po biegu.

      Podobnie jak miesiąc wcześniej w Nairobi, tak i w Tunisie w hotelu pozwoliłem sobie na prywatny pokój. Tym razem jednak nie było się już do czego przyczepić i spełniał wszystkie moje potrzeby. Było tam cicho, czysto i komfortowo. Chłopak na recepcji widząc mój paszport zapytał czy jestem z Polski. Gdy odpowiedziałem, że tak patrząc na mnie z małym wyrzutem jakbym mu zrobił jakąś krzywdę odparł, że kiedyś wiele lat temu miał żonę z Polski. Od razu wyczułem, że będzie w tym jakieś drugie dno i za chwile je poznam. Nie pomyliłem się. W skrócie odpowiedział swoją historię. Dziewczyna miała podobno dwadzieścia jeden lat, przyleciała do Tunisu jako turystka, wzięła z nim tu ślub, a potem przez cztery kolejne lata przylatywała do niego co kilka miesięcy na parę dni, aż w końcu nie wróciła już nigdy. No cóż…. Życie. Mogłem jedynie współczuć. Trochę zmieszany całą tą opowieścią poszedłem do pokoju odpoczywać.

      Budzik nastawiłem sobie za piętnaście szósta. Coś poszło nie tak, bo nie zadzwonił. Obudziłem się prawie czterdzieści minut później, sam, ale w sumie nie ma tego złego… za oknem ciągle było ciemno, na start miałem blisko i znałem już przecież dobrze drogę. Nie było sensu zrywać się, aż tak wcześnie. Poprzedniego dnia jednak jakoś o tym nie pomyślałem.  Brama startowa i meta zawodów zostały ustawione na znanej mi już głównej alei tuż przy Wieży zegarowej. Ten chyba najbardziej rozpoznawalny symbol Tunisu stoi w tym miejscu od ćwierć wieku. Zegar przypomina trochę Big Bena. Przynajmniej takie miałem pierwsze skojarzenie. Czasu do biegu zostawało coraz mniej, a pojawił się problem ze znalezieniem depozytów, czyli miejsca gdzie biegacze mogą zostawić swoje rzeczy. Nawet pytane osoby ze strony organizatorów nie były w stanie mi pomoc. Biorąc pod uwagę, że począwszy od zapisów, aż po odbiór pakietów miałem wrażenie, że ta impreza odbywa się trochę jakby na wariackich papierach zacząłem już nawet powoli oswajać się z myślą, że może depozytów nie przewidziano w ogóle i przyjdzie mi biec z wypchanym po brzeg plecakiem. Gdy w końcu w bocznej ulicy w jakiejś obskurnym zaułku udało mi się to miejsce odnaleźć okazało się, że jeszcze tam nie ma nikogo, komu można by było powierzyć swoje rzeczy. Osoba za to odpowiedzialna bez jakiegoś pośpiechu pojawiła się dopiero pół godziny przez biegiem, gdy zebrała się już całkiem spora kolejka biegaczy. Po oddaniu rzeczy miałem jeszcze chwilę dla siebie. Wchodząc do toalety zostawiłem sobie buteleczkę z wodą przy wejściu. Gdy wyszedłem okazało się, że prawie cała została wypita. Nawet nie wiedziałem jak to skomentować. Uśmiechnąłem się więc w głębi duszy nie mogąc w to uwierzyć i poszedłem na start, bo co miałem zrobić?

      Tuż przed biegiem odśpiewano hymn Tunezji. Gdy na zegarze wybiła ósma na trasę wyruszyli maratończycy. Pięć minut później biegacze na dystansie o połowę krótszym, w tym ja, a także na ci na 5km. Nie było wydzielonych stref, a ja ustawiłem się zdecydowanie za daleko. Dlatego też na pierwszych kilometrach muszę zmierzyć z ogromnym tłokiem w dziesięciotysięcznym tłumie, który mocno ogranicza moje tempo. Mimo, że stosunkowo wolno to biegnie mi się dość ciężko. Na szczęście trasa jest łatwa i płaska, a ja nie mam też jakichś szczególnych oczekiwań jeśli chodzi o wynik. Na starcie ustawiłem sobie zegarek, aby poprowadził mnie na godzinę i pięćdziesiąt minut. Czułem już spadek formy w ostatnich tygodniach i uznałem, że taki wynik i tak mnie usatysfakcjonuje. Po niespełna pół godzinie biegu po mieście skręciliśmy w kierunku zatoki na Marinę i teraz będzie to po prostu jedna długa prosta, która zawiedzie nas aż do nawrotki na trzynastym kilometrze. Jest dość ciepło, ale nie upalnie. Sporo jest też punktów z wodą. Nie ma za bardzo co podziwiać. Jedyne, co nas otacza to zatoka po obu stronach drogi, którą biegniemy, palmy i kilka zacumowanych w oddali ogromnych statków. Po dziesięciu kilometrach mam minutę zapasu względem oczekiwanego wyniku na mecie, po piętnastu dwie. Choć nadal biegnie mi się dość ciężko nie odczuwam żadnego kryzysu. W drugiej połowie dystansu mimo, że słońce było już coraz wyżej przyspieszam. Od nawrotki sprzymierzeńcem jest wiatr, który wiejąc teraz delikatnie w twarz chłodzi rozgrzane głowy. Na szesnastym kilometrze zaczynam biec jeszcze szybciej. Gdy na dwudziestym jakąś starsza pani widząc białego orla na mojej koszulce krzyczy do mnie po angielsku „Go, go Poland, let’s go!” mobilizuje mnie to do tego, by dać z siebie jeszcze więcej. Chwilę potem jestem już na mecie z wynikiem, który przed biegiem brałbym w ciemno. Prawie cztery minuty lepiej od założonego celu jest dla mnie sporą niespodzianką. Miłą niespodzianką. W drodze do hotelu spotykam trójkę chłopaków z Poznania. Poznaliśmy się jeszcze na lotnisku w Tunisie. Rozmawiamy chwilę i wymieniamy wrażenia. Okazało się, że i ich dotknęła nie najlepsza organizacja tego biegu. Przez niespójne informacje na stronie organizatorów spóźnili się na start. Mimo tych problemów ostatecznie udało się im i tak ukończyć. To najważniejsze.

      W hotelu chwile odpocząłem i wyruszyłem odkrywać Medinę, czyli miejsca gdzie ponad tysiącletnia historia tego miejsca splata się z codziennym życiem. To był zupełnie inny Tunis, niż ten który poznałem dzień wcześniej. O ile tamta część miasta w dużej mierze przypominała Europę, o tyle tu można było poczuć duch autentycznego arabskiego świata. To prawdziwy labirynt wąskich uliczek, straganów i zaułków. Można tu odnaleźć także około siedmiuset zabytków, w tym pałace, meczety, medresy, fontanny oraz inne budynki łączące arabskie i osmańskie style architektoniczne. To, co zwróciło moja uwagę to też koty… setki, a może i tysiące bezpańskich kotów i ani jednego psa. Przemierzając wąskie uliczki Mediny i chłonąc tutejszą atmosferę pełną dźwięków nawoływań do modlitwy, zapachów przypraw i gwaru rzemieślników, czy kupców dotarłem do pierwszego punktu mojej wycieczki, czyli do Dar Ben Abdallah. To XVIII-wieczny pałac obecnie przekształcony w Muzeum Sztuki i Tradycji Ludowej prezentujące życie codzienne dawnych elit Tunezji. Idąc dalej dotarłem do Madrassy Slimania, czyli zabytkowej islamskiej szkoły teologicznej z XVIII wieku kształcącej studentów w zakresie Koranu i prawa islamskiego. Skorzystałem z okazji, że można było wejść do środka. Na dziedzińcu była wystawiona jakaś galeria obrazów. Spędziłem tu chwilę i poszedłem dalej. Chwilę potem byłem już przy Meczecie Zitouna. To najstarszy i jeden z najważniejszych meczetów tego miasta, pełniący także funkcję centrum nauki islamskiej i kulturalnej. Został założony w VIII wieku i to właśnie wokół niego jako punkcie centralnym w późniejszym okresie rozbudowywała się cała Medina. Uczono tu teologii, prawa islamskiego, języka arabskiego, historii, nauk przyrodniczych i medycyny, a wykłady prowadzili tu słynni islamscy uczeni, między innymi wspominany już Ibn Chaldun. Chciałem wejść do środka, ale już po przekroczeniu progu jakiś ortodoksyjny muzułmanin oddający się modlitwie dał mi do zrozumienia swoim gestem, że nie będzie to możliwe. Obejrzałem więc świątynie jedynie z perspektywy wejścia, dziedziniec przed budynkiem i poszedłem dalej. Ostatnim punktem tego dnia była dla mnie plac Kasbeqa. Dla mieszkańców Tunisu ma on znaczenie historyczne, polityczne i turystyczne. Znajdują się tu m.in. Ratusz, ministerstwa obrony, finansów, sprawiedliwości, a także historyczne instytucje edukacyjne, szpitale i mauzolea upamiętniające narodowe postacie. Centralnym punktem placu jest Pomnik Narodowy Kasby. Monument symbolizuje ważne wydarzenia w historii Tunezji i pojawia się podobno nawet na dowodach osobistych obywateli tego kraju. Rozległy plac otoczony nowoczesnymi i eleganckimi budynkami stanowi zupełnie przeciwieństwo ciasnych uliczek Mediny.

      Zmęczony już trochę całym tym dniem postanowiłem wrócić do hotelu. Po drodze zaczepił mnie jakiś mężczyzna w średnim wieku. Nie wiem, czy to był jedynie pretekst do rozpoczęcia rozmowy, ale zapytał o godzinę. Gdy odpowiedziałem po chwili zadał pytanie skąd jestem, a gdy okazało się, że z Polski wyraźnie zaciekawiony zaczął dopytywać dalej. Pytał o naszą wschodnią granicę, o tym jak bardzo jest chroniona i jak daleko jest stamtąd do Warszawy. Swoje pytania uzupełniał wypowiedziami o tym, że życie w Tunezji jest trudne, i że przez Białoruś chciałby dostać się do Niemiec gdzie ma rodzinę. Na jego pytania odpowiadałem tak, aby odwieść go od tego pomysłu. Chyba jednak nie bardzo mi się to udało. Chciał zaprosić mnie na piwo, za pewne licząc, że uda mu się ze mnie wyciągnąć jakieś dalsze informacje. Z zaproszenia nie skorzystałem.  

      Poniedziałek to ostatni dzień mojego pobytu w Tunezji, ale zanim wróciłem do domu czekała na mnie jeszcze jedna atrakcja, a mianowicie wycieczka do Kartaginy. Dziś to niewielka miejscowość położona kilkanaście  kilometrów od Tunisu. Kiedyś to stolica prawdziwego imperium rywalizującego z tym rzymskim, aż do momentu swojego upadku w połowie II wieku p.n.e. Większość mieszkańców została wówczas zamordowana lub sprzedana w niewolę, a miasto zrujnowano. Odbudowano je kilkadziesiąt lat później, ale już jako rzymską kolonię. Dziś stanowi ono jedno wielkie stanowisko archeologiczne, w którym na każdym kroku spotyka się pamiątki sprzed tych kilku tysięcy lat. Pojechałem tam autobusem. Ponieważ wiedziałem, że to właśnie w tej okolicy skoncentrowana jest większość najważniejszych zabytków wysiadłem na stacji Hannibal nazwaną tak na cześć legendarnego znanego z ogromnego okrucieństwa kartagińskiego dowódcy. Pamiątki przeszłości będę jednak tak naprawdę spotykał tu na każdym kroku. Chyba największe wrażenie zrobiły na mnie Termy Antonina, czyli monumentalny, jeden z największych w starożytnym świecie poza Rzymem kompleks rzymskich łaźni, czy też rzymski Amfiteatr. Po wielu godzinach podróży w czasie do starożytności skierowałem się w stronę lotniska. Jeszcze tylko długie czekanie na lot najpierw do Monachium, potem do Warszawy i tuż przed północą pociąg do domu do Siedlec. Najmniejsze opóźnienie na którymkolwiek z etapów oznaczałoby spędzoną noc na lotnisku lub dworcu. Choć cały ten wyjazd od momentu kupna biletu do powrotu do domu był jakby trochę na wariackich papierach to na szczęście takie opóźnienie się już nie pojawi i wszystko pójdzie zgodnie z planem. Noc spędzę zatem w swoim łóźku. To był ostatni półmaraton tego rekordowego pod tym względem i bardzo udanego roku.

2025.11.30 Tunis (Tunezja) 38 COMAR SEMI-MARATHON TUNIS-CARTHAGE – 1:46:18

Więcej zdjęć z biegu:

Więcej zdjęć z Tunisu:

Więcej zdjęć z Kartaginy:

 


Święto Niepodległości na biegowo

      W wyniku zaborów państwo polskie na lata zostało wymazane z mapy Europy. Pomimo licznych powstań, długo nie udawało się doprowadzić do odzyskania niepodległości. Dopiero światowy konflikt, w którym wzięły udział wszystkie mocarstwa zaborcze stał się szansą na odrodzenie się nowej Rzeczpospolitej. Po czterech latach wojny 11 listopad 1918 roku przyniósł Europie pokój, a Polsce wyzwolenie z jarzma niewoli. Rocznicę tego wydarzenia można uczcić na wiele sposobów. Jednym z nich są niewatpliwie organizowane w wielu miejscach w kraju biegi niepodległościowe. W ostatnich latach trochę odpuściłem uczestnictwo w tego typu wydarzeniach skupiając sie głównie na półmaratonach. W tym postanowiłem do tego wrócić i wybrałem się na XIII Bieg Niepodległości do podsiedleckiego Wiśniewa.

      Tradycyjnie planowałem wybrać się tam rowerem. W końcu to jedynie niespełna dziesięć kilometrów. Byłbym więc na miejscu w pół godzinki. Niestety w ostatniej chwili rozpadał się deszcz. Postanowiłem więc zmienić plany i rower wyjątkowo zastąpić autem. Trochę żałowałem. Z drugiej strony dzięki temu można było zaoszczędzić trochę sił, choć szczególnych planów jeśli chodzi o wynik i tak nie miałem. Bardziej liczyła się chęć uczczenia zbliżającej się rocznicy i możliwość spotkania z biegowymi znajomymi, których oczywiście w Wiśniewie nie brakowało.

      Do pokonania było 6 kilometrów asfaltowej trasy z niespełna kilometrowym fragmentem po drodze gruntowej. Postanowiłem pobiec raczej mocno, ale bez szczególnego nastawienia na to, by dać z siebie wszystko na co mnie tego dnia stać. Pierwszy kilometr zacząłem dość szybko, chyba trochę nawet za szybko (4:10), ale tak to jest jak się biegnie w grupie. Ambicja i motywacja robią swoje. Gdy grupa rozciągnęła się na tyle, że w zasadzie zostałem sam zwolniłem do tempa mniej więcej 4:30. Takie tempo utrzymałem w zasadzie już do końca. Udało się po drodze wyprzedzić kilku rywali, jedna osoba wyprzedziła mnie i do mety dobiegłem ze średnim tempem 4:29 na kilometr w czasie 26:58. Zadowolony. Dało mi to 15 miejsce w gronie około 70 osób.

      Po biegu jeszcze grochówka, makaron i trochę smakołyków przygotowanych przez organizatorów, miłe rozmowy i wymiana wrażeń ze znajomymi, a potem powrót do domu. Obowiązek spełniony z uśmiechem na twarzy. Rocznica uczczona godnie.

2025.11.09 Wiśniew 6km: XIII BIEG NIEPODLEGŁOŚCI W WIŚNIEWIE – 26:58

Zdjęcia: Mariusz Drabio / własne


Biegowe Safari

      Jak to się mówi nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Siedmiogodzinne opóźnienie lotu na Kubę w zeszłym roku kosztowało mnie trochę nerwów i dodatkowego zmęczenia. Ostatecznie okazało się jednak, że było warto. Nie przypuszczałem, że z tej sytuacji, która pierwotnie była dla mnie niewątpliwie powodem pewnej frustracji wyciągnę na końcu jakieś profity. Podróżowałem wówczas liniami spoza Europy, które nie podlegają pod prawo unijne i nie liczyłem, że jakiekolwiek odszkodowanie mi się w tej sytuacji w ogóle należy. Zdziwiłem się więc, gdy zaoferowano mi jakieś promocyjne punkty, które podczas kolejnych podróży można rzekomo wymieniać na różne bonusy takie, jak na przykład dodatkowy bagaż, czy wybór miejsca w samolocie. Ponieważ kolejnych lotów tymi liniami na tamtą chwilę nie planowałem nie potraktowałem tej oferty w ogóle poważnie i po prostu odmówiłem nie oczekując już niczego w zamian. Mocno się zdziwiłem, gdy okazało się, że po kilku dniach nadeszła kolejna propozycja. Był to voucher na trzysta sześćdziesiąt euro na zakup kolejnego biletu w tych samych liniach. Tym razem zastanawiać się już nie musiałem. Sprawdziłem tylko jakie kraje mam do wyboru i po chwili decyzja została podjęta. Za połowę ceny lecę do Kenii, czyli tam gdzie bieganie jest czymś więcej, niż tylko sportem. Lecę na STANDARD CHARTERED NAIROBI HALFMARATHON.

       Swoją przygodę zaczynałem w piątek rano. Dwadzieścia godzin w podróży z kilkugodzinnym przystankiem w Stambule trochę się dłużyło, ale w końcu dotarłem do Nairobi. Jeszcze przed wylotem zarezerwowałem sobie transport z lotniska do hotelu. Lądując w środku nocy uznałem, że to najlepsza i najbezpieczniejsza opcja. Z kierowcą ostatecznie umówiłem się jednak dopiero na szóstą rano. Wcześniej do miasta i tak nie bardzo było po co jechać, a rezerwacji w hotelu na tę noc nie miałem.

      Hotel tym razem był dla mnie pewną odmianą. Zwykle przecież nocuję niskobudżetowo zakwaterowany w wieloosobowych pokojach. W Nairobi odszedłem od tej reguły. Tanich hosteli za bardzo nie było, poza tym hotel mimo swoich trzech gwiazdek też był stosunkowo tani. Pomyślałem: „Czemu nie”? Od czasu do czasu warto pozwolić sobie na jakiś większy luksus. Skończyło się to tym, że miałem do swojej dyspozycji cały pokój z dwuosobowym łóżkiem, z osobistą łazienką, lodówką i telewizorem. Na nic narzekać nie mogłem. Może jedynie na przeogromny hałas za oknem od rana do późnej nocy i poranne spotkania z karaluchami. Obrzydlistwo. Na szczęście mniej dokuczliwe, niż kiedyś pluskwy w Porto. Poza tą trudną do przewidzenia atrakcją miałem w pokoju wszystko czego na tych kilka dni potrzebowałem i dość całkiem wysoki standard.

      Gdy dotarliśmy na miejsce zostawiłem w zasadzie tylko rzeczy i od razu wyruszyłem odkrywać miasto. Tego dnia musiałem oczywiście odebrać pakiet startowy i chciałem to zrobić jak najszybciej z samego rana zwłaszcza, że trzeba było dojechać autobusem całkiem spory kawałek. Biuro zawodów i całe Expo zawodów mieściło się w Uhuru Gardens. Te ogrody to szczególne miejsce dla Kenijczyków. To narodowy park muzeum upamiętniający moment odzyskania przez Kenię niepodległości. To w tym miejscu ponad pół wieku temu zdjęto brytyjski sztandar i po raz pierwszy wciągnięto flagę Kenii.

      Spodziewałem się szczerze mówiąc, że dojadę tam normalnym autobusem miejskim. Okazało się jednak, że autobusy w Nairobi to tak naprawdę stare zdezelowane kilkunastoosobowe busiki, znane mi już przecież doskonale z Kairu, gdzie pasażerowie tłoczą się jak sardynki i żeby z niego wysiąść to wyjść musi połowa pasażerów. Tyle, że akurat te w Nairobi zatrzymują się na stałych przystankach, a nie na machnięcie ręki w zasadzie gdzie popadnie i obsługuje je dwóch ludzi: kierowca i osoba, która pobiera pieniądze i mocnym walnięciem pięścią w bok pojazdu daje znać, ze wszyscy już wsiedli, wysiedli i można jechać dalej. Obecność drugiej osoby nie dziwi, zwłaszcza, że kierowanie autem w tej komunikacyjnej dżungli jest niewątpliwie ogromnym wyzwaniem. Po dwudziestu minutach zaliczając po drodze Pit Stop na stacji benzynowej na tankowanie byliśmy na miejscu.

      O tej porze tuż po otwarciu nie było jeszcze kolejki. Ludzie zaczynali się dopiero schodzić. Rozbawił mnie poproszony o zrobienie zdjęcia pewien Kenijczyk. Pochodził z Iten, czyli miejsca, gdzie wszyscy z Europy jeżdżą trenować. Od niego dowiedziałem się, że podobno często tam bywam. Rozpoznał we mnie jakiegoś biegacza, który regularnie tam przyjeżdża. Cóż. Najwyraźniej tak, jak nam białym wszyscy czarnoskórzy wydają się podobni, tak i oni mają z nami taki sam problem. Odebrałem pakiet w miarę sprawnie i skierowałem się w drogę powrotną, tak jak przyjechałem. Wrócę w to miejsce następnego dnia. To tu bowiem zaplanowany jest zarówno start jak i meta biegu.

      Po powrocie do hotelu chwilę odpocząłem i ruszyłem dalej odkrywać miasto. Tego dnia zaplanowałem do odwiedzenia jeszcze dwa miejsce. Pierwszym z nich był Targ Masajów. To kolorowy bazar na świeżym powietrzu, gdzie można poznać ich kulturę i zakupić tradycyjne rękodzieło, w tym biżuterię, tkaniny, rzeźby, obrazy czy wyroby z koralików. Zależało mi, aby odwiedzić to miejsce od razu, gdyż wyczytałem, że targ przenosi się w różne części miasta w zależności od dnia tygodnia. W sobotę akurat było najbliżej mojego hostelu. Będąc tu od razu kupiłem trochę pamiątek. Pewnie trochę przepłaciłem, ale nie miałem serca targować się jeśli ceny są dla mnie w pełni akceptowalne, a rzeczy bardzo ładne i warte by tyle za nie zapłacić. Niech stracę.

      Drugim miejscem, które zaplanowałem tego dnia był Kariokor. To cmentarz wojskowy upamiętniający żołnierzy i pracowników afrykańskich, którzy zginęli podczas obu wojen światowych, szczególnie w służbie dla brytyjskich sił w ramach Commonwealth. Spoczęło tu kilkudziesięciu żołnierzy i pracowników wojskowych. Może to dziwne, ale lubię odwiedzać takie miejsca zwłaszcza związane z II wojną światową. Zajęło mi chwilę znalezienie go, bo o ile sam cmentarz jest niewielki, o tyle kompleks na terenie którego się znajduje jest dość rozległy. Ostatecznie zaprowadził mnie tam jeden ze strażników. Przechodząc obok pewnej wiaty pod którą wysokim ogniem płonął usypany stos zapytałem go co to takiego. Okazało się, że aktualnie poza wojskowym charakterem cmentarz pełni także dodatkowe funkcje głównie dla społeczności muzułmańskich, czy Hindi, a to na co zwróciłem uwagę, to były kremowane właśnie zwłoki. Przeżyłem mały szok. Kawałek dalej znajdowała się kaplica, a w której właśnie odbywał się kolejny pogrzeb, tym razem już tradycyjny, z klasyczną trumną. Po chwilach spędzonych w tym miejscu skierowałem do hostelu. Byłem naprawdę zmęczony nie tylko fizycznie wielokilometrowym marszem, ale także nieprzespaną nocą. Od momentu, w którym opuściłem hotel cały czas towarzyszył mi przeogromny hałas, gwar, tłok i potworny smród spalin. Stare zdezelowane auta, dziesiątki motocykli, niekończące się dźwięki klaksonów, tysiące ludzi przeciskających się między tymi samochodami, setki ulicznych straganów, gwizdy, czy nawoływania kupców, zaczepki mężczyzn próbujących mi coś zaoferować, albo na coś namówić – to wszystko z czym musiałem się zmierzyć zarówno w jedną jak i drugą stronę. Tego dnia miałem już tej atmosfery trochę dość. Wróciłem do hostelu w końcu trochę się wyspać.

      Następnego dnia bieg. Trochę niepokoiłem się czy uda mi się dojechać tak wcześnie na start zaplanowany tuż po na siódmej rano. Gdy, kilka dni przed wyjazdem okazało się, że organizatorzy zapewnili specjalne busy, które z centrum Nairobi miały zawieść biegaczy na start, a potem także odwieźć ich z powrotem ucieszyłem się, bo była to niewątpliwie dobra wiadomość. Nie rozwiało to jednak całkowicie mojego niepokoju i zachowywałem pewną powściągliwość z okazywaniem radości. W pamięci ciągle mam przecież jeszcze nieszczęsną Gizę dwa lata temu, gdzie też miały być autobusy i były, a ja i tak spóźniłem się na start, bo nie byłem w stanie ich zlokalizować. Bałem się trochę także tego, że mogę zaspać. Udało się na szczęście zarówno obudzić o właściwej porze, jak i zlokalizować miejsce, gdzie stały zaparkowane autobusy, choć muszę uczciwie przyznać, że chwilkę to trwało, a ja już zaczynałem mieć przed oczami prawdziwe egipskie deja vu.

      Start o 7:20. Maratończycy są już na trasie od ponad pół godziny. Nie mam specjalnych planów. Obawiam się trochę, że mój organizm odzwyczaił się już od biegania w upale. Tydzień temu w Lublinie startowaliśmy przecież z temperaturą ledwo przekraczającą zero. Z profilu trasy wiem też, że na samym końcu na biegaczy będzie czekał długi kilkukilometrowy naprawdę stromy podbieg. Wielką niewiadomą jest też dla mnie wysokie położenie miasta. To około 1700 m n.p.m., a tak wysoko jeszcze chyba nie biegałem. Mimo wszystkich swoich obaw zaczynam tempem po pięć minut na kilometr. Wymaga to jednak już od początku dość sporego wysiłku. Już po kilometrze koszulka jest cała mokra od potu. Staram się dużo pić. Na szczęście punktów z wodą jest naprawdę sporo. Trasa wiedzie południową obwodnicą miasta wzdłuż Parku Narodowego. Próbuję naiwnie wypatrywać jakichś zwierząt, ale z tej dalekiej perspektywy nie sposób jest cokolwiek dostrzec. Na następny dzień mam zaplanowane zorganizowane Safari po parku. Liczę więc, że wówczas okoliczności będą może bardziej sprzyjać i będę miał więcej szczęścia. W tym momencie jedyne, co mogę dostrzec to nieznane mi do tej pory dzikie ptaki, które najwyraźniej zaciekawione całym tym biegowym zamieszaniem podlatują pod ogrodzenie i siadają na pobliskich drzewach lub krążą nad nami. Gdzieś na szóstym kilometrze jest punkt kibicowania, na którym stoją ludzie przebrani w masajskie stroje i śpiewają. Przez chwilę chciałem się zatrzymać, by zrobić pamiątkowe zdjęcie. Ostatecznie pobiegłem dalej. Wierzę jeszcze w wynik poniżej godziny i pięćdziesięciu minut. Po dystansie ośmiu i pół kilometra, gdzie następowała nawrotka mam zapas około minuty. Po trzynastu nic już z niego nie zostało. Biegnie mi się coraz ciężej, a każdy kilometr jest już około trzydzieści sekund wolniejszy, niż na początku. Gdy dobiegamy do siedemnastego kilometra zaczyna się podbieg, którego obawiałem się już przed startem. Sześćdziesięciometrowe wzniesienie rozciągnięte na ponad dwa, może nawet trzy kilometry. Tu zrobiło się już naprawdę ciężko. Udaje się jakoś przetrwać ten moment, a końcówka na szczęście jest już delikatnie z górki. Na metę wbiegam z wynikiem trochę powyżej godziny i pięćdziesięciu trzech minut. Generalnie jestem zadowolony. Niby osiem minut wolniej, niż w Krakowie, czy Lublinie tydzień wcześniej, ale biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności i tło zmagań przyjmuje ten wynik z pokorą i satysfakcją.

      Po biegu zostałem jeszcze chwilę by nacieszyć się wydarzeniem, zrobiłem kilka zdjęć między innymi na tle muralu z Kipchoge, światową legendą maratonu, czterokrotnym medalistą olimpijskim i dwukrotnym medalistą mistrzostw świata i wróciłem do hostelu. Prysznic, zmiana ubrania i mogłem kontynuować zwiedzanie miasta. Pierwszym punktem mojej wycieczki tym razem było Narodowe Archiwum Kenii, które gromadzi, chroni i udostępnia zabytkowe dokumenty, fotografie oraz dzieła sztuki afrykańskiej, pełniąc funkcję muzeum oraz kustosza narodowej pamięci historycznej i kulturowej. Podążając dalej minąłem gmach Sądu Najwyższego i miejski Ratusz. W tle za sądem widać już było wieżę Kenyatta International Convention Centre. To ikoniczny budynek w Nairobi, pełniący funkcję centrum konferencyjnego, wystawowego i kulturalnego. Jest także symbolem Kenii i jej stolicy. Budynek ma ponad sto metrów wysokości, a jego konstrukcja jest inspirowana tradycyjnymi afrykańskimi formami, z cylindryczną wieżą przypominającą tradycyjny afrykański kształt chaty. Na szczycie znajduje się platforma widokowa, z której roztacza się panoramiczny widok na Nairobi.

      Będąc pod obok wieży przy pomniku Jomo Kenyatty pierwszego premiera prezydenta i patrona kompleksu poprosiłem jakąś kobietę z grupką około dziesięciu dzieciaków o zrobienie mi pamiątkowego zdjęcia. Po chwili kobieta zapytała, czy dzieciaki mogłyby sobie zrobić zdjęcie ze mną. Kompletnie zdziwiony odpowiedziałem, że oczywiście, że tak. Chwilę potem podobną propozycję na wspólne selfie dostałem od młodego chłopaka. Przez moment poczułem się, jak jakiś celebryta. Potem będę spotykał się ze sporym zainteresowaniem w zasadzie każdego dnia. Muzungu, bo tak nazywany jest tu biały człowiek nie jest tu jednak częstym widokiem, a raczej pewną atrakcją. Kolejnym punktem mojej wycieczki był budynek Parlamentu. Co ciekawe w budynku znajduje się wieża zegarowa stylizowana trochę na londyński Big Ben, co miało nawiązać do architektury Westminsteru. Na terenie parlamentu znajduje się także grób wspomnianego już  Jomo Kenyatty. Parlament wielokrotnie był miejscem kluczowych wydarzeń politycznych. W czerwcu 2024 roku podczas protestów przeciwko ustawie finansowej, budynek został szturmowany przez demonstrantów, a część jego pomieszczeń podpalona. Policja otworzyła ogień, w wyniku czego zginęło kilkanaście osób, a wiele zostało rannych. Chwilę potem byłem już przy Bazylice Katedralnej Świętej Rodziny. Jest ona duchowym centrum stolicy Kenii i jedną z najważniejszych budowli sakralnych miasta, łączącą tradycyjne i nowoczesne elementy architektury. Na pamiątkowej tablicy wewnątrz kościoła wyczytałem, że w 1980 roku był tu Papież Jan Paweł II. Tuż niedaleko znajduje się kolejna świątynia, tym razem muzułmańska. Meczet Jamia to największy i najważniejszy meczet w Kenii stanowiący centrum życia religijnego i kulturalnego lokalnej społeczności muzułmańskiej. Jest naprawdę duży. Sala modlitewna podobno jest w stanie pomieścić dwanaście tysięcy ludzi. Odegrał on kluczową rolę w integracji społeczności muzułmańskiej w Nairobi, zarówno w okresie kolonialnym, jak i już po uzyskaniu niepodległości. Ostatnim punktem mojej wyprawy po mieście tego dnia było Muzeum Narodowe. To kluczowe centrum kultury, historii, sztuki i przyrody w Kenii, oferujące bogate kolekcje oraz edukacyjne i rekreacyjne doświadczenia dla zwiedzających. Muzeum zostało założone na początku poprzedniego wieku roku jako instytucja zajmująca się badaniem przyrody i zachowaniem dziedzictwa Kenii. Na terenie muzeum znajdują się także Botaniczny Ogród oraz Park Węży. Dość mocno zmęczony wróciłem w końcu do hotelu i położyłem się wcześniej spać. Następnego dnia czekała mnie bowiem znowu bardzo wczesna pobudka.

       Samochód z napędem na cztery koła i otwieranym dachem, którym mieliśmy udać się do Narodowego Parku miał podjechać o 5:30 pod mój hotel. Nie ukrywam, że czułem pewną ekscytację. To unikatowy park położony zaledwie siedem kilometrów od centrum miasta, gdzie można zobaczyć dzikie zwierzęta na tle miejskiej panoramy drapaczy chmur. Za kierownicą pojazdu siedział Anthony, przewodnikiem był natomiast Lucky. Niebawem skład wycieczki uzupełniła pary młodych ludzi z Niemiec Melek i Muhammad oraz Włosi Irene i Marco i trzeba przyznać, że było to miłe towarzystwo. Już po kilku minutach pobytu w parku udało nam się wypatrzeć pierwszą zwierzynę. To było stadko Impali, czyli afrykańskich antylop, które najwyraźniej przyzwyczajone do częstych gości w parku zupełnie niewzruszone podchodziło do samochodu na odległość kilku metrów. Podążając dalej szutrowymi drogami parku dojechaliśmy do pewnego bajora. Na środku dało się wypatrzeć kilka wystających ponad tafle wody hipopotamów. Przy brzegu natomiast czaił się krokodyl. Byłem coraz bardziej podekscytowany. Przyznam się szczerze, że przed wyjazdem miałem sporo obaw, co do tego jak ta wycieczka będzie wyglądać i brałem pod uwagę, że będąc przecież tak blisko miasta całe to Safari to może być jedynie przereklamowana przejażdżka autem i tak naprawdę niewiele uda nam się zobaczyć. Teraz docierało już do mnie powoli, że nie ma tu żadnej przesady i czeka mnie wspaniała przygoda i obcowanie z dziką przyrodą. Jadąc dalej z odległości kilkudziesięciu metrów wypatrzyliśmy odpoczywającego w zaroślach lwa. Mieliśmy sporo szczęścia. W całym parku żyje podobno jedynie około trzydziestu osobników i nie tak łatwo je spotkać. Chwilę odczekaliśmy, aż król będzie łaskaw wyłonić się z zarośli, by moc podziwiać go w całej okazałości. Niestety, nie był zainteresowany bliższym spotkaniem. Nie w tym momencie. Pojechaliśmy więc dalej. Przemierzając kolejne szlaki mieliśmy okazję podziwiać strusie, najbardziej niebezpieczne dla człowieka nosorożce i bawoły, które leniwie przechodząc przez drogę na chwilę zablokowały nam przejazd. W pewnym momencie kierowca odebrał telefon. Nie wiedzieliśmy co się stało, bo rozmowa była w języku suahili, ale nagle zatrzymał się, zawrócił i pognał w kierunku, z którego właśnie przyjechaliśmy. Po chwili okazało się, że dostał informację od innego zaprzyjaźnionego kierowcy, że lew ostatecznie zdecydował się opuścić kryjówkę. Gdy dojechaliśmy z powrotem na miejsce czekał na nas widok, który bardzo rzadko można oglądać, a mianowicie lew targający w zębach rozszarpaną zebrę. Lucky wytłumaczył nam, że zamiast delektować się zdobyczą na miejscu ciągnął ją kilkaset metrów dalej, aby zdobycz znalazła się na terenie jego stada i dopiero tam dzieląc się z innymi będzie delektował się tym, co upolował. Poruszeni, a trochę podekscytowani tym, co właśnie zobaczyliśmy pojechaliśmy dalej mijając po drodze przy wodopoju duże stada zebr, żyraf, czy też przepiękne ptaki, mnóstwo cudownych ptaków, które widziałem po raz pierwszy w życiu. Podobno w całym parku żyje ich, aż około czterysta gatunków.

      Na sam koniec czekały na nas jeszcze dwie atrakcje. Pierwszą był światowej sławy sierociniec dla słoni, gdzie można zobaczyć malutkie słoniątka. To miejsce ratowania porzuconych zwierząt i ich rehabilitacji. Codziennie między jedenastą, a dwunastą są one wyprowadzane do turystów i można je obserwować podczas karmienia i zabawy. Każdy jeden ma swoje imię i swoja własną tragiczną historię. Na sam koniec była okazja odwiedzić Centrum poświęcone ochronie żyraf Rothschilda, gdzie ze specjalnych platform mieliśmy okazję karmić te wyjątkowe zwierzęta. Po ośmiu godzinach obcowania z prawdziwie dziką naturą wróciłem do hotelu. Niewątpliwie była to niezapomniana wspaniała przygoda, która przeszła moje najśmielsze oczekiwania.

      Na ostatni dzień swojego pobytu zaplanowałem trochę relaksu i wyprawę do lasu Karura. To prawdziwy zielony raj położony w samym sercu Nairobi, stolicy Kenii. Ten rozległy las miejski, zajmujący powierzchnię ponad tysiąc hektarów, jest jednym z największych tego typu obszarów na świecie. Oferuje ponad pięćdziesiąt kilometrów ścieżek przeznaczonych do spacerów, biegania i jazdy na rowerze. W lesie znajdują się malownicze wodospady, spokojne stawy i bambusowe zagajniki. Las jest także ostoją dla małp, ptaków i pięknych ogromnych motyli. Wybrałem się tam z Marreen. Jeszcze przed wyjazdem znalazłem w Internecie jakąś stronę, gdzie ogłaszają się lokalni przewodnicy i uznałem, że może chociaż tego ostatniego dnia przyda mi się jakieś miłe lokalne towarzystwo. Umówiliśmy się, że wybierzemy się tam na spacer razem. Zaczęło się niestety od godzinnego spóźnienia towarzyszki, ale miałem okazję przekonać się już jak wyglądają tu korki i poruszanie się po mieście. Podszedłem więc do tego ze zrozumieniem, zwłaszcza, że tego dnia innych planów już nie miałem i nigdzie się nie spieszyłem. Po trzech godzinach spacerowania, miłych rozmów i cieszeniem się pięknem tego miejsca wróciłem do hotelu. Wieczorem wyjdę jeszcze ostatni raz na miasto zjeść coś lokalnego przed podróżą i zobaczyć jak wygląda tutejsze nocne życie. W restauracji nie znając kompletnie potraw wybrałem coś wskazując po prostu palcem na obrazek w menu. Okazało się, że dostałem i tak co innego. Nie marudziłem jednak. Byłem bardzo głodny, a podana porcja Gintheri, czyli mieszanki duszonej kukurydzy, fasoli i ziemniaka była naprawdę solidna. Czy smaczna? Powiedzmy, że była ok.

      Samolot miałem przed piątą rano. Podobnie więc jak po przyjeździe zarezerwowałem sobie transfer na lotnisko. Położyłem się wcześniej by trochę wypocząć przed podróżą. Długo jednak nie mogłem zasnąć, co chwilę przewracając się z boku na bok i wstając. W końcu jednak zupełnie odpłynąłem. Obudził mnie dźwięk telefonu. Spojrzałem na ekran. Siedem nieodebranych wiadomości to było coś czego się nie spodziewałem, a co momentalnie postawiło nie na nogi. Pięć minut później siedziałem już w samochodzie w drodze na lotnisko. Uff. Niewiele brakowało, a wpadłbym w kłopoty. Jeszcze tylko ponad dwadzieścia godzin w podróży tą samą drogą, którą tu przybyłem i w domu.

      Moje afrykańskie Safari dobiegło końca. Podróżując do Kenii miałem okazję tak naprawdę zobaczyć jej dwa skrajne zupełnie różne oblicza. Pierwsze, którego w ogóle nie znałem, czyli niewyobrażalny gwar, tłok, hałas, trochę ubóstwa, choć mniej niż można się było spodziewać, poza tym ten wszechobecny pęd od rana do późnej nocy ludzi, których jest tak dużo, że brakuje miejsca na chodnikach i co chwilę na siebie wpadają, niesamowite korki, niekończący się nigdy ryk klaksonów, palący w gardła smog i zapach spalin. To są doznania, które trudno opisać słowami i nawet nie będę tego próbował. Nie ukrywam więc, że to raczej to drugie spokojne, piękne, naturalne, oblicze, które znałem z filmów i które przywiodło mnie do tego kraju to jest ten obraz, który będę ostatecznie milej wspominał.

2025.10.26 Nairobi (Kenia) STANDARD CHARTERED NAIROBI HALFMARATHON – 1:53:13

Więcej zdjęć z biegu:

Więcej zdjęć z Nairobi:

Więcej zdjęć z Parku Narodowego:

 


2014 Mariusz Ryżkowski