Zakończenie lata

      Już się trochę przyzwyczaiłem, że koniec wakacji to dla mnie początek intensywnych startów. Podobnie jest i w tym roku i na kolejny swój półmaraton, czyli Wizzair Warsaw Praski Night Halfmarathon musiałem czekać jedynie sześć dni. O ile po biegu w Siedlcach wiedziałem już coś, czego wcześniej mogłem się jedynie domyślać, czyli, że po lecie w szczytowej formie to ja nie jestem, o tyle teraz przekonałem się, że jest lepiej, niż by się mogło wydawać. Zanim jednak do tego doszło czekało mnie kilka dni niepewności i niepokoju. Dwa dni przed zawodami pojawił się ból stopy w okolicach ścięgna Achillesa, a im było bliżej zawodów tym bolało coraz bardziej. Było to o tyle niezrozumiałe i niepokojące, że w zasadzie przez cały tydzień w ogóle nie biegałem i jedynie regenerowałem się po biegu w Siedlcach. Pozostało mieć nadzieję, że ból nie przeszkodzi i uda się dotrzeć do mety, najlepiej w czasie przynajmniej zbliżonym do tego sprzed tygodnia.

     Tym razem sprzymierzeńcem miała być w miarę szybka trasa i pogoda. Wieczorna pora, kilka stopni Celsjusza mniej to na pewno handicap. Z drugiej strony pokrzyżować plany mógł zapowiadany deszcz i dość silny wiatr. Do Warszawy wybrałem się pociągiem, po odebraniu pakietu w centrum Warszawy, wróciłem w okolice Stadionu Narodowego, gdzie od lat organizowane jest miasteczko biegowe tego wydarzenia. Długi czas oczekiwania na start minął pod znakiem spotkań i rozmów z wieloma napotykanymi biegowymi znajomymi.

      Gdy na zegarze wybiła 20:30 rozległ się wystrzał startera. Mam w sobie mały niepokój. Jeszcze na rozgrzewce próbowałem rozbiegać bolącą stopę, ale nadal czułem pewien dyskomfort. Dlatego też zaczynam bardzo ostrożnie. Pierwszy kilometr będzie najwolniejszy z całego biegu. Potem trochę przyspieszam. Po dwóch, trzech kilometrach zapominam o bólu. Najwyraźniej adrenalina zrobiła swoje. To najlepszy środek przeciwbólowy. Od tej pory staram się trzymać tempo poniżej 5 min na kilometr. Na trasie jest wielu kibiców. Przyzwyczaiłem się już do tego, że atmosfera na tym biegu należy do najlepszych w Polsce. Być może to dzięki temu kilometry mijają bardzo szybko. Dziesięć pokonałem w niespełna 49 minut. To dobry wynik.  Miało trochę popadać. Na szczęście poza kilkoma kroplami deszcz chyba przeszedł bokiem. Wiatr w gęstym tłumie biegaczy też raczej nie przeszkadza.

      W drugiej części biegnie mi się już dużo mniej swobodnie. Najważniejsze jednak, że nie boli i nie ma żadnych poważnych kryzysów. Na szesnastym i siedemnastym kilometrze tradycyjnie jest długa prosta z nawrotką. Lubię to miejsce, bo wypatrując znajomych twarzy z naprzeciwka można choć trochę zapomnieć o zmęczeniu. Niedługo potem dobiegamy już do błoni stadionu. Tego miejsca dla odmiany nie lubię, gdyż wydaje się już, że meta jest na wyciągnięcie ręki, a tak naprawdę to zawijas o długości prawie dwóch kilometrów. Strasznie się tu dłuży. Na szczęście udaje się utrzymać tempo w zasadzie do samej mety i ostatecznie docieram tam z czasem 1:44:09. Niewątpliwie cieszy mnie ten rezultat. Nie spodziewałem się, że w ciągu tygodnia uda mi się urwać, aż cztery minuty, zwłaszcza biorąc pod uwagę kłopoty ze stopą. W dodatku to 21 rezultat na 91 oficjalnych półmaratonów, które do tej pory ukończyłem. Cieszę się, że mimo niepewności, niepokoju i dyskomfortu na starcie udało się zaliczyć ten bieg i zrobić kolejny krok do swojego celu. Następny półmaraton dopiero za trzy tygodnie. Mam więc nadzieję, że do tego czasu wszystko już wróci do normy.

     Do domu wróciłem nie pociągiem jak planowałem, ale samochodem wraz z klubowymi przyjaciółmi Krzyśkiem i Basią. Spotkaliśmy się jeszcze na trasie, odnaleźliśmy się także na mecie. Droga do Siedlec minęła nam na miłych rozmowach.

2026.09.05 Warszawa WIZZAIR WARSAW PRASKI NIGHT HALFMARATHON  – 1:44:09


Powrót do korzeni

      Tak się złożyło, że swój 90 półmaraton pobiegłem w rodzinnych Siedlcach podczas Biegu Jacka i śmiało można powiedzieć, że to taki trochę powrót do korzeni, bo przecież to te zawody w 2010 roku były mój pierwszym oficjalnym biegiem w życiu, dwa lata później drugim. Tu też w 2013 przebiegłem swój pierwszy w życiu oficjalny półmaraton. W sumie zaliczonych mam trzynaście z siedemnastu dotychczasowych edycji. Lata mijają i tylko jedno pozostaje tutaj  bez zmian… to, że udział traktuje najbardziej jako okazję do miłego spędzenia czasu i spotkania z biegowymi przyjaciółmi, niż zmaganie się z czasem i pogoń za wynikami. Nie inaczej było i w tym roku, a dodatkowy fakt, że latem jakoś szczególnie nie trenowałem i poza bieganiem więcej jeździłem rowerem jedynie utwierdzał mnie w przekonaniu, że każdy wynik poniżej godziny i pięćdziesięciu minut trzeba będzie szanować i traktować jako mały to mały…, ale sukces.

      Wiele mogło zależeć od pogody. Na przestrzeni lat zdarzały się różne warunki atmosferyczne. O ile mój debiut z 2013 roku na zawsze pozostał w pamięci jako ten, w którym lał deszcz i zwłaszcza na początku zmagań było przenikliwie zimno, o tyle w ostatnich latach zawody te kojarzyły mi się już raczej z upałem. W tym roku wydawało się, że pogoda może być dużym sprzymierzeńcem. Ostatecznie jednak, choć daleko było od upałów, to jednak trzeba było zmierzyć się ze słońcem i dość wysoką temperaturą.

      Start i metę już tradycyjnie zaplanowano na siedleckim stadionie lekkoatletycznym. Czas przed startem mijał bardzo miło na spotkaniach i rozmowach z licznie zgromadzonymi biegowymi kolegami poznanymi na różnych etapach mojej biegowej przygody, a którzy tego dnia postanowili pojawić się w moim rodzinnym mieście. W końcu jednak trzeba było zająć miejsce na starcie. Wystartowałem dość szybko. Pierwszy kilometr pokonałem w czasie 4:40. Tak szybko ostatnio biegałem jedynie na skórzeckich parkrunach, ale tam dystans jest pięcokilometrowy. Czułem się dość dobrze, może więc dlatego tak mocne otwracie. Wkrótce jednak dotarło do mnie, że w tym tempie będzie za szybko i zwolniłem do około pięciu minut na kilometr. Tak pokonałem pierwszą siedmiokilometrową pętlę. Na tym etapie miałem zapasu minutę i czterdziestu pięciu sekund by na mecie złamać godzinę i pięćdziesiąt minut, czyli do wyniku, który generalnie by mnie satysfakcjonował.

      Potem zwolniłem o kolejnych kilka sekund, ale miałem pełną kontrolę i kontynując bieg tym tempem cały czas utrzymywałem wypracowany na dotychczasowym dystansie zapas na poziomie prawie dwóch minut. Powoli traciłem jednak motywację i determinację. Na trasie było około dwustu półmaratończyków. Stawka jednak dość szybko się rozciągnęła. Grupa za pacemakerem na 1:45 była tego dnia dla mnie za szybka, za to 1:50 było dla mnie zbyt wolno. Większość dystansu musiałem więc pokonywać samotnie. Dało się to we znaki zwłaszcza na ostatniej pętli, gdy zmęczenie narastało. Mimo, że trudy biegu z każdym kolejnym kilometrem stawały się coraz wieksze to jednak udawało mi się trzymać swoje tempo. Jedynie piętnasty kilometr był trochę wolniejszy. Ostatecznie do mety docieram z wynikiem 1:48:18. To około dwudziestu sekund szybciej, niż dwa lata temu (w zeszłym roku w Biegu Jacka nie startowałem, bo biegałem półmaraton w Sztokholmie)  i ciągle ponad pięć minut szybciej, niż podczas debiutu w 2013.

 

      No cóż… Mimo, że plan i cel udało się w pełni zrealizować, to jednak uczciwie muszę przyznać, że kosztowało mnie to więcej energii, niż się spodziewałem. Na tym dystansie i w moim wieku żadnego wyniku nie dostaje się już „za darmo” i na treningach trzeba się jednak pomęczyć i swoje przepracować. Czasem o tym zapominam, ale potem na zawodach szybko sobie przypominam. Na szczęście nie była to, aż tak bolesna lekcja i choć po drodze komfortu nie było to wychodzę z niej i tak z pełną satysfakcją.

 

2026.08.30 Siedlce 17 BIEG SIEDLECKIEGO JACKA – 1:48:18


Nocne Bieganie

      Mam już trochę tych półmaratonów na koncie i niewątpliwie zasadą, która towarzyszy mi w zaliczaniu kolejnych jest to, że wybieram jedynie te asfaltowe z atestowaną trasą. Do tej pory zrobiłem tylko jeden wyjątek, gdy w 2019 roku wraz z kolegami z nowej pracy w ramach integracji postanowiłem pobiec Półmaraton Puszczy Kampinoskiej. Teraz pojawiło się co najmniej kilka powodów by zrobić odstępstwo od tej zasady ponownie. Po pierwsze to jubileuszowy, urodzinowy półmaraton organizowany przez mojego wieloletniego kolegę Tomka, który postanowił sobie zrobić prezent na swoje pięćdziesiąte urodziny i pobiec pięćdziesiąty półmaraton. Po drugie mam wiele sentymentu do miejscowości Skórzec, w której mam wielu bliższych lub dalszych kolegów i koleżanek, i w której to często bywałem na różnych zawodach. Po trzecie byłby to dobry trening i przetarcie przed sześcioma innymi, tym razem już asfaltowymi półmaratonami, które czekają mnie jeszcze w tym roku na przełomie lata i jesieni. Wszystko to złożyło się na decyzję o tym, by moim 89 półmaratonem stał się SKÓRZECKIE NOCNE BIEGANIE – 50 PÓŁMARATON TOMKA SKÓRY. Tymi zawodami rozpocząłem także czwartą setkę swoich biegów w życiu, bo to moje zawody numer 301.

      Start tym razem dopiero wieczorem. Do Skórca wybrałem się rowerem. Ode mnie z domu w Siedlcach to raptem piętnaście kilometrów. Gdy na zegarze wybiła 18:30 wystartowaliśmy. Szczególnych oczekiwań co do rezultatu nie miałem. Bieg urodzinowy to i oczekiwania bardziej towarzysko-imprezowe. Zaczałem jednak dość szybko w tempie poniżej pięciu minut na kilometr. Biegliśmy wówczas w kilkuosobowej grupie. Wkrótce jednak dotarło do mnie, że na tej naprawdę trudnej wymagającej piaszczystej trasie w takim tempie będzie dla mnie zbyt szybko. Od trzeciego kilometra zwolniłem, a i tak biegło mi się już ciężko. Na piątym kilometrze zaliczyłem upadek. Na polnej piaszczystej drodze zagapiłem się i zaczepiłem o wystajacy z ziemii kamień i tylko poczułem jak nakrywam się nogami. Liczyłem się z tym, że może mi się to przydarzyć, ale spodziewałem się tego raczej pod koniec biegu, gdy zmęczenie będzie już naprawde duże, a na niebie zapanuje zmrok.

      No cóż.. szybko przypomniałem sobie, że na takiej trudnej polnej i leśnej nierównej nawierzchni trzeba być bardziej czujnym i wyżej podnosić nogi, choć niewiele brakowało, aby na kolejnych kilometrach historia znowu się powtórzyła. Po pięciu kilometrach miałem minutę zapasu względem wyniku 1:50. Po dziesięciu było to ciagle jeszcze czterdzieści pięć sekund. Od tej pory jednak było już jednak jedynie  kwestią czasu, że i ten zapas zostanie przez mnie wkrótce roztrwoniony. Stało się to po trzynastym kilometrze. Choć zrobiło się juz trochę chłodniej to biegło mi się coraz ciężej. Wyprzedziło mnie kilka osób. Przez chwilę starałem się dotrzymywać im kroku, ale generalnie brakowało mi determinacji, sił i ostatecznie w zasadzie cały dystans musiałem już biec samotnie. Wkrótce zrobiło się ciemno, a do mety zostało mi jeszcze ze dwa kilometry. Na szczęście mimo zmroku i ograniczonej widoczności nie przydarzyło się już nic nieoczekiwanego i do mety dotarłem z wynikiem 1:52:34. Potem już tylko miłe rozmowy, tort, życzenia i powrót do domu. Kolejny półmaraton zaliczony. To najważniejsze. 

      Tomku, stu półmaratonów Ci nie życzę, bo nie wiem czy sam byś sobie tego życzył i masz w ogóle takie plany, ale na pewno mogę życzyć Ci zdrowia, niekończącej się energii i wytrwałości w Twojej działalności i coraz to ciekawszych pomysłów do realizacji. Sto lat!

2026.08.14 Skórzec SKÓRZECKIE NOCNE BIEGANIE – 50 PÓŁMARATON TOMKA SKÓRY – 1:52:34


Biegowy Szlem

      Na początku była oczywiście Europa. Wiadomo. Przez pierwsze lata podróżowałem jedynie po naszym kontynencie. Powodem były głównie ograniczone finanse, brak doświadczenia i chyba trochę lęk przed dalekimi wyprawami. Potem zupełnie niespodziewanie pojawiła się Afryka. Na kolejne kontynenty, czyli Azję, Amerykę Południową i Północną musiałem trochę poczekać, ale udało się dotrzeć także i tam. Aż w końcu przyszedł czas na Australię, gdzie postanowiłem zaliczyć swój osiemdziesiąty ósmy półmaraton, a jako wydarzenie, na którym miało się to dokonać wybrałem ASICS RUN MELBOURNE. Specjalnych przygotowań nie było. Od czasu kwietniowego wyjazdu do Kapsztadu startowałem jednak nadal całkiem sporo. Jeszcze w kwietniu pobiegłem w Poznaniu i Gdyni, gdzie udało mi się osiągnąć jedne z lepszych wyników w życiu. Potem na kolejnych półmaratonach zarówno w maju w Białymstoku i Swarzędzu, a zwłaszcza na tych na przełomie czerwca i lipca w Piasecznie, podsiedleckim Zbuczynie oraz w Kaliszu widać już było gorszą dyspozycję, no ale miałem wrażenie, że głównym powodem tego stanu rzeczy były przede wszystkim upały, a w Australli jest przecież teraz zima… Dlatego też mimo wszystko liczyłem na stosunkowo przyzwoity wynik, zwłaszcza, że miał to być pierwszy, ale prawdopodobnie także ostatni mój półmaraton na tym, tak bardzo odległym dla nas przecież kontynencie. Szansy więc na poprawkę raczej nie będzie.

       Długo zastanawiałem się czy ten wyjazd dojdzie w ogóle do skutku. Wiosenny konflikt militarny między Stanami Zjednoczonymi, a Iranem rozlewał się także na sąsiednie kraje. Od czasu do czasu atakowane były nawet cywilne lotniska w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, w tym także to w Abu Dhabi, gdzie miałem mieć międzylądowanie. Przez ostatnie miesiące z pewnym napięciem nasłuchiwałem wieści z tamtego rejonu świata i z nadzieją oczekiwałem, że nic nie będzie w stanie mi przeszkodzić. Na szczęście z czasem sytuacja uspokoiła się się na tyle, że wyleciałem zgodnie z planem i wkrótce mogłem zacząć cieszyć się kolejną turystyczno-biegową przygodą.

      W Melbourne wylądowałem w piątek po południu po blisko dwudziestu czterech godzinach w podróży, by potem autobusem dotrzeć do centrum miasta. Tego dnia niczego już nie planowałem i udałem się prosto do hostelu. Trzeba było przecież w końcu trochę odpocząć i się wyspać. Hostel nie był tani, ale jego zdecydowanie najmocniejszą stroną była lokalizacja. Znajdował się tuż obok historycznego dworca na Flinders Street z powieszonymi nad wejściem legendarnymi zegarami. Przez dziesięciolecia stały się one nie tylko źródłem informacji o czasie, ale także symbolem miasta, popularnym punktem orientacyjnym i miejscem spotkań mieszkańców. Stąd miałem też blisko po pakiet startowy, na start i metę oraz wielu ciekawych atrakcji miasta, które zamierzałem podczas swojego pobytu koniecznie zobaczyć.

      Sobotę rozpocząłem od porannego spaceru do położonego niedaleko Melbourne Park. To nowoczesny kompleks sportowy składający się z kilkudziesięciu kortów tenisowych, na których co roku rozgrywany jest jeden z najważniejszych na świecie tenisowy turniej wielkiego szlema Australian Open. W centralnym jego punkcie znajduje się też miejsce, na którym ustawione są popiersia kilkudzesięciu najwybitniejszych tenisistów tego kraju. To właśnie w Melbourne Park na jednym z obiektów wydawano pakiety startowe. W tej okolicy następnego dnia będzie też start i meta oraz całe miasteczko wydarzenia. Podążając tam wzdłuż przepływającej przez miasto rzeki Yarra miałem okazję widzieć dziesiątki biegaczy, rowerzystów, czy nawet kajakarzy, którzy swój sobotni poranek postanowili zacząć od aktywności sportowych.

      Po odebraniu numeru startowego zostawiłem tylko rzeczy w hostelu i wybrałem się na Federation Square, gdzie czekała na mnie jedna z organizowanych specjalnie dla turystów darmowych wycieczek po głównych atrakcjach centrum miasta. Co ciekawe plac nazywany jest przez niektórych najbrzydszym placem na świecie, a to ze względu na jego dość awangardową architekturę. Mówi się, że można go albo kochać, albo nienawidzić. Na mnie ten artystyczny nieład faktycznie chyba nie zrobił jakiegoś niesamowitego wrażenia, ale generalnie moim zdaniem nie jest tak źle. Ponieważ miałem jeszcze trochę czasu postanowiłem zacząć zwiedzanie samemu i odwiedzić miejsca, na których mi zależało najbardziej, a które były zlokalizowane tuż obok mojego hostelu. Pierwszym takim miejscem była Hozier Lane. Ta znana z kolorowych graffiti i street artu uliczka podobno przyciąga rzesze turystów i rzeczywiście, gdy tam dotarłem mimo wczesnej pory było sporo ludzi. Ulica stała się sławna, gdy w 1998 roku władze miasta dały zielone światło dla legalnego graffiti i zapyziała do tego momentu alejka zaczęła być atrakcją turystyczną. Każdego dnia powstają tu nowe dzieła, a stare przykrywane są kolejnymi warstwami farby. Przyznam się szczerze miejsce to kompletnie mnie nie urzekło. Ot takie tam bazgroły bez ładu i składu. Znacznie bardziej spodobała się mi natomiast kolejna artystyczna alejka, tym razem poświęcona i oddająca hołd jednemu z najsłynniejszych zespołów hard rockowych na świecie, a mianowicie zespołowi AC/DC. Trzecim i ostatnim miejscem była chatka znanego żeglarza, odkrywcy i podróżnika Johna Cooka. Domek został wybudowowany w połowie XVIII wieku w jednej z angielskich wiosek przez jego rodziców, a około stu lat temu został zakupiony przez australijskiego filantropa i przetransportowany do Melbourne. Każda cegła i każdy inny element konstrukcyjny budynku podczas rozbiórki został ponumerowany i zapakowany w dwieście pięćdziesiąt trzy skrzynie oraz czterdzieści beczek i przewieziony do Australii, gdzie został ponownie odbudowany, a następnie przekazano go mieszkańcom Wiktorii z okazji stulecia założenia miasta. Choć James Cook prawdopodobnie nigdy w nim na stale nie mieszkał, w latach młodości na pewno go odwiedzał. Wraz z domkiem do Australii przewieziono sadzonki oryginalnego bluszczu, który posadzono w ogrodzie i rośnie tam do dziś.


      Tuż przed 11:00 zgodnie z planem stawiłem się na Federation Square. Przewodnikiem wycieczki był młody chłopak Frank. Atmosfera zrobiła się naprawdę sympatyczna i wesoła, ale ponieważ więcej było opowiadania o historii i faktach, które już znałem, niż rzeczywistego zwiedzania będąc w katedrze Św. Pawła tuż obok mojego hostelu postanowiłem się od grupy odłączyć. Zostałem w Kościele chwilkę dłużej, by się pomodlić za pomyślność w biegu i przedwcześnie wróciłem do hostelu odpocząć. Czułem się trochę zmęczony i chciało mi się spać. Generalnie na początku pobytu w Melbourne odczuwałem senność cały czas. W dzień chciało mi się spać, bo w Polsce była właśnie noc, a w nocy, bo noc była akurat w Australii. Mimo to i tak często się budziłem. Przed biegiem nastawiłem sobie budzik przed piątą, ale tak naprawdę już od trzeciej w zasadzie nie mogłem zmrużyć oka.

      Start biegu zaplanowano na Batman Avenue falami od godziny 6:30. Nazwa ulicy nie jest przypadkowa, ale nie nawiązuje do bohatera filmowego, a założyciela tego miasta – Johna Batmana. Teoretycznie to piękny letni niedzielny poranek, ale w praktyce niewiele się zgadza. W Melbourne aktualnie jest przecież zima, jest ciemno, a i w czasie, gdy zaczynamy bieg w Polsce ciągle mamy jeszcze sobotę. Dopiero finiszowe kilometry będę pokonywał, gdy w Polsce minie północ. Do ostatniej chwili zwlekam z przebraniem się. Termometr wskazuje pięć stopni i dopiero koło południa jak wyjdzie słońce temperatura wzrośnie do szesnastu. Żałuję trochę, że nie mam koszulki z długim rękawem, która po wielu wahaniach ostatecznie została w Polsce. W końcu jednak trzeba stawić czoła warunkom i się przebrać. Na szczęście, gdy stanąłem już w swojej strefie gotowy na to wyzwanie zrobiło się dużo cieplej. Adrenalina i towarzystwo tysięcy innych biegaczy wokół zrobiło swoje. W sumie nie jest tak źle.

      Już na pierwszych kilkuset metrach na biegaczy czeka podbieg. Potem będzie ich znacznie więcej. Nie sprawdzałem profilu trasy, więc w tym momencie nawet nie wiem, że będzie dość trudna. Poza wspomnianymi licznymi wzniesieniami będzie też wietrznie, miejscami tłoczno i z wieloma zakrętami. Zaczynam w tempie po pięć minut na kilometr. Czuję się zaskakująco dobrze i biegnie mi się dość swobodnie. Po siedmiu kilometrach dobiegamy do Marvel Stadium. To ogromny stadion znany z ruchomego dachu i ponad pięćdziesięciu trzech tysięcy pojemności. Gości rozgrywki footballu australijskiego, krykieta, rugby, piłki nożnej, czy żużla. Poza sportem, stadion pełni także funkcję ważnego centrum rozrywki. Swoje koncerty grali tu choćby Coldplay, Taylor Swift, Adele i Elton John. Chwilę potem dobiegamy do przystani, przy której zacumowane są dziesiątki pięknych jachtów. Tutaj najbardziej we znaki daje się wiatr. Mimo wszelkich trudności pierwsze dziesięć kilometrów pokonałem dość szybko, bo w czasie poniżej czterdziestu dziewięciu minut. Na mecie, jeśli tylko wytrzymam, powinno mi to dać wynik poniżej godziny i czterdziestu pięciu minut. Taki rezultat w pełni by mnie usatysfakcjonował. Po piętnastu kilometrach dobiegliśmy do Shrine of Resembrence. Czytałem o tym miejscu przed wyjazdem i wiedziałem, że na pewno będę chciał je odwiedzić. To monumentalny pomnik wojenny, który upamiętnia, tych którzy służyli w I wojnie światowej, a także w kolejnych. Pomnik ma formę piramidy i jest inspirowany grobowcami starożytnej Grecji. Wewnątrz znajduje się także muzeum. Na razie skupiam się jednak na biegu. Przez chwilę mam wrażenie, że wśród kibiców widzę biało-czerwoną flagę. Przyjrzałem się bliżej. To jednak nie nasza, a Indonezji, bo czerwono-biała. Generalnie, ani wśród kibiców, ani wśród biegaczy nie dostrzegłem kogoś, kto mógłby sprawić choćby najmniejsze wrażenie, że jest z Polski. Kolejne kilometry wiodą przez Królewskie Ogrody Botaniczne założone w tym miejscu sto osiemdziesiąt lat temu. Zebrało się tutaj sporo kibiców i jest dość głośno. Mimo wszystko spodziewałem się więcej ludzi na trasie. Być może wielu odstraszyła wczesna pora. W końcu to przecież niedzielny poranek. Na ostatnich kilkuset metrach między arenami Australian Open trzeba jeszcze zmierzyć się z dość stromym podbiegiem, ale ostatecznie docieram do mety. Na ostatniej prostej nawet bardzo nie walczyłem z czasem. Uśmiechnąłem się jedynie w głębi duszy, bo już wiem, że przebiegłem półmaratony na wszystkich sześciu zamieszkałych kontynentach…, w dodatku na wszystkich z przyzwoitym czasem poniżej godziny i czterdziestu pięciu minut i nikt mi już tego nigdy nie zabierze. Przez tę krótką chwilę poczułem się naprawdę z siebie dumny.

      Po biegu wróciłem do hostelu, a niedługo potem siedziałem już w tramwaju jadącym w stronę plaży St. Kilda. To jedna z najbardziej popularnych plaż w Melbourne i częste miejsce wypoczynku. Wysiadłem przy historycznym parku rozrywki z ikonicznym wejściem w kształcie paszczy postaci zwanej „Mr. Moon”. To maskotka parku, która wita gości od przeszło stu lat. Pojawia się ono często na widokówkach z Melbourne. Zrobiłem pamiątkowe zdjęcie i zahaczając o molo pomaszerowałem plażą w kierunku Parku Alberta. Położony wokół malowniczego jeziora park co roku zamienia się w tor wyścigowy, po którym pędzą bolidy Formuły 1. Niestety główny budynek, który przyjmuje rolę centrum całego wydarzenia, i w którym przygotowywane są pit stopy zespołów był akurat przebudowywany. Popatrzyłem więc jedynie przez ustawiony tymczasowo płot i poszedłem dalej w kierunku Shrine of Resembrance. Teraz w końcu mogłem wejść do środka i obejrzeć go na spokojnie. W środku znajduje się wiele wojennych pamiątek. Jest też galeria składająca się z czterech tysięcy wojskowych medali, a każdy jeden z nich reprezentuje stu australijskich żołnierzy poległych we wszystkich dotychczasowych konfliktach. Łatwo więc policzyć, że było ich już czterysta tysięcy. Biorąc pod uwagę zainteresowania historią miejsce to zrobiło na mnie spore wrażenie. Na koniec tego aktywnego dnia zostawiłem sobie jeszcze Melbourne Cricket Ground. Stadion jest miejscem, na którym swoje mecze rozgrywają lokalne drużyny rugby, krykieta i footballu australijskiego. Był także areną igrzysk olimpijskich w 1956. To tu swój jedyny wówczas polski złoty medal (w skoku w dal) zdobyła Elżbieta Krzesińska, o której podobnie jak o innych triumfatorach tamtej imprezy do dziś przypominają wmurowane pamiątkowe tablice. Pod stadionem zbierały się właśnie tłumy. Wkrótce miał się bowiem rozpocząć mecz tutejszej drużyny footballu australijskiego – Tygrysów. Naprawdę zmęczony, ale równie zadowolony i podekscytowany całym dniem wróciłem do hostelu.


      W środku nocy obudziło mnie zapalone światło i nowowprowadzający się do naszego pokoju gość. Widząc moją koszulkę z polskimi napisami zapytał mnie w naszym języku czy jestem z Polski. Przetarłem oczy upewniając się, że dobrze widzę, ale z ciemną i śniadą cerą nie wyglądał na naszego rodaka. Okazało się, że choć Sunil jest rodowitym Australijczykiem i pochodzi z oddalonego osiemdziesiąt kilometrów od melbourne Geelong to teraz od kilku już lat mieszka i studiuje medycynę w Białymstoku. Wiążę też przyszłość z naszym krajem. Trudno było uwierzyć w taki zbieg okoliczności i takie spotkanie, a jednak… W kolejnych dniach wieczory będą nam mijać na miłych rozmowach z mieszanką jezyków angielskiego i polskiego. Kto wie, może kiedyś przy okazji jakiegoś kolejnego półmaratonu w Białymstoku będzie okazja spotkać się znowu. Tym razem już na polskiej ziemii.

      Następnego dnia w poniedziałek czekała mnie wycieczka. Jeszcze długo przed wyjazdem postanowiłem, że na jeden dzień opuszczę Melbourne i poruszając się wzdłuż wybrzeża tak zwaną Great Ocean Road, czyli Wielką Drogą Oceaniczną zobaczę co do zaoferowania ma australijska natura. Wcześnie rano jedząc śniadanie i wykorzystując wolną chwilę postanowiłem zrobić przez Internet odprawę lotniskową. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że powrót mam dzień później, niż przypuszczałem. Nie mogłem uwierzyć w to, co widzę. Od listopada, gdy kupowałem bilety wiele razy zmieniali mi godziny lotu, ale zazwyczaj było to przesunięcie o kilkadziesiąt minut w jedną lub w drugą stronę. W całym tym zamieszaniu mimo, że jak zwykle skrupulatnie przygotowywałem się i analizowałem szczegóły wyjazdu kompletnie nie zauważyłem, że za którymś razem poza godziną zmieniła się też data. Wiedziałem już, że będzie czekał mnie w Australii jeden dodatkowy, nieplanowany dzień. I choć nie lubię takich niespodzianek, to teraz już z tym nic zrobić nie mogłem. Poza tym nie był to też dobry moment, aby o tym myśleć i lepiej było skupić się już na wycieczce, która wkrótce miała się rozpocząć. Za kierownicą naszego autokaru siedział sympatyczny młody Chińczyk. Kazał mówić na siebie Tony. Towarzystwo w autokarze też głównie azjatyckie, jedynie z nielicznymi wyjątkami.

      Pierwszym przystankiem było Anglesee. Samo miasteczko pewnie niewiele ma do zaoferowania, ale widoki na klify i ocean były przepiękne. Po zrobieniu kilku zdjęć ruszyliśmy w dalszą drogę i po kolejnych dwudziestu minutach dotarliśmy pod Memorial Arch, czyli historyczny łuk upamiętniający australijskich żołnierzy biorących udział w I wojnie światowej. Stanowi on symboliczną bramę wjazdową na wspomnianą już malowniczą trasę turystyczną Great Ocean Road. Podążając nią dalej dojechaliśmy do znanej ze złotego piasku plaży w turystycznym miasteczku Lorne, a potem do miejscowości przyciągającej surferów o dość intrygującej nazwie Apollo Bay. Niewątpliwie czułem się trochę zaskoczony, bo w mojej świadomości dominował głównie obraz Australii pustynnej, pełnej raczej czerwonych piaskowców przeczesywanych przez poszukiwaczy złota. Tymczasem dość szybko przekonałem się, że stan Wiktoria to także piękne zielone lasy, rozległe pastwiska kojarzone już bardziej z Nową Zelandią. Podążając trasą na wschód cały czas mieliśmy okazję podziwiać przepiękny Narodowy Park Great Otway z pięknymi bujnymi wiecznie zielonymi lasami deszczowymi, gdzie można zobaczyć jedne z najwyższych kwitnących drzew jesionu górskiego, czy też drzewa eukaliptusa, a co za tym idzie, gdzie łatwo można spotkać koale. Kierowcy zajęło dosłownie kilka minut by wypatrzeć kilka z nich i zjechać na pobocze, byśmy mogli sobie je obejrzeć na spokojnie z bliska. W końcu dotarliśmy do głównego punktu wycieczki, a mianowiecie do legendarnych Dwunastu Apostołów. To miejsce o dość intrygującej nazwie to grupa wysokich naturalnych wapiennych kolumn stojących w oceanie tuż przy brzegu. Ich powstanie było wynikiem erozji i mają one różną grubość i wysokość. Choć nazwa wskazuje co innego faktycznie dziś jest ich już tylko osiem. W 2005 roku jeden z najpiękniejszych „apostołów” zawalił się, a kilka lat później został zniszczony kolejny. Te, które przetrwały wyglądają przepięknie i nic dziwnego, że co roku przyciągają do siebie miliony turystów, bo widoki są niepowtarzalne. Po zrobieniu kilku zdjęć ruszyliśmy w kierunku kolejnego przystanku, a mianowicie w okolice wąwozu Loch Ard. On znany jest z historii związanej z katastrofą, która miała miejsce w 1878 roku. Szkocki statek o tej nazwie rozbił się tutaj pod koniec swojej trzymiesięcznej podróży z Anglii do Melbourne. Z pięćdziesięciu czterech osób na pokładzie przeżyły tylko dwie. Historyczny cmentarz ofiar tej tragedii wciąż znajduje się na szczycie klifu. Ostatnim punktem naszej wycieczki był Most Londyński. To słynny naturalny łuk wapienny, który niegdyś stanowił most o podwójnym połączonym przęśle, ale jego część upadła w 1990 roku. Mimo tego ubytku nadal prezentuje się interesująco i warto było go zobaczyć. Kto wie jak długo przetrwa to, co jeszcze z niego zostało. Wracając w końcu do Melbourne po dwunastu godzinach zwiedzania kierowca gwałtownie zaczął hamować. Na środku jezdni, którą podążaliśmy rozsiadł się kangur i przez dłuższą chwilę nie miał zamiaru się ruszyć. Ratował się ucieczką w ostatniej chwili dosłownie dwa metry przed rozpędzonym autokarem i udało mu się prawdopodobnie tylko dzięki szybkiej reakcji kierowcy i gwałtownemu wciśnięciu hamulca. Uff. Było blisko. Nie tak wyobrażałem sobie australijskie spotkanie z tym zwierzęciem.

      Wtorek, czyli nadprogramowy dzień pobytu w Melbourne postanowiłem wykorzystać na odwiedzenie kilku dodatkowych miejsc, których pierwotnie nie planowałem. Udało się zobaczyć między innymi katedrę Św. Patryka, Muzeum Sztuki i Galerię Iana Pottera, gdzie akurat prezentowano różne wystawy sztuki współczesnej poświęcone na przykład pożarom w australijskim buszu, czy Aborygenom, a także tutejszy Parlament. Była też okazja przejść się i poznać te rejony miasta, gdzie niewątpliwie nowoczesne miasto jakim jest dzisiejsze Melbourne jeszcze bardziej przenika się ze starą architektura wiktoriańską. Na sam koniec dotarłem do Queen Victoria Market. Rynek funkcjonuje nieprzerwienie od prawie stu pięćdziesięciu lat. Handluje się tu wszystkim, w dodatku w rozsądnych cenach. Uznałem, że to idealne miejsce by to właśnie tu zakończyć swoją wielką australijską przygodę. Kupiłem trochę pamiątek i wróciłem do hostelu. Następnego dnia już tylko powrót do Polski dokładnie tą samą długą i żmudną drogą, którą do Melbourne przybyłem.


      No cóż… Był to dla mnie wyjazd szczególny. Po pierwsze tak daleko od domu, czyli prawie piętnaście i pół tysiąca kilometrów jeszcze nigdy nie byłem i tym bardziej nigdy nie biegałem. Po drugie dzięki niemu ostatecznie udało mi zrealizować dwa z kilku postawionych przed samym sobą dawno temu celów. Założyłem sobie przecież, że do pięćdziesiątego roku życia chciałbym przebiec przynajmniej po jednym półmaratonie na każdym z sześciu zamieszkałych kontynentów, a także odwiedzić co najmniej sześćdziesiąt krajów. Dziś mogę w końcu powiedzieć, że Australia jest moim sześćdziesiątym odwiedzonym krajem i zarazem szóstym ostatnim zamieszkałym kontynentem, na którym udało mi się ukończyć oficjalny półmaraton. Biorąc pod uwagę okoliczności i tenisowe miejsce, w którym się to ostatecznie dokonało traktuje to w pewnym sensie jako zdobycie swojego osobistego biegowego wielkiego szlema. Oczywiście ani podróżować, ani biegać nie przestaję, bo to jedynie przystanek, a nie meta. Jest przecież jeszcze tyle miejsc i tyle innych wyzwań, które czekają na swój moment i swoją kolej…

2026.07.19 Melbourne  (Australia) ASICS RUN MELBOURNE  – 1:44:05

Więcej zdjęć z biegu:

Więcej zdjęć z Melbourne:

Więcej zdjęć z Great Ocean Road:

 


Nadal Pod górkę

      Gdy tydzień temu w niedzielę w Zbuczynie udało mi się przetrwać ekstremalne warunki i tropikalny upał sięgający czterdziestu stopnii to wydawało się, że na kolejnych zawodach powinno być już dużo zdecydowanie z górki. Upały w końcu zelżały, przyszło ochłodzenie, a i sam bieg miał się przecież odbyć dopiero po zmroku. Tymczasem kolejne trudności czaiły się już „tuż za rogiem”. W poniedziałek wieczorem poczułem się źle. We wtorek było jeszcze gorzej. Dopadła mnie wirusowa grypa żołądkowa. Rozpoczęła się walka z czasem i choć każdego kolejnego dnia było coraz lepiej to jednak nadal nie czułem się na siłach, by mierzyć się z tak długim dystansem. Rzeczywista poprawa przyszła w czwartek i choć nadal nie było idealnie to na szczęście w piątek mogłem uznać, że planów nie zmieniam i mogę rozpocząć pakowanie plecaka. W sobotnie popołudnie siedziałem już w pociągu najpierw do Warszawy, potem do Kalisza, a koło dziewiętnastej byłem już na miejscu gotowy na kolejne półmaratońskie wyzwanie.

      W Kaliszu na Nocnym Półmaratonie Bursztynowa Hellena biegałem już rok temu na jego siódmej edycji. Wówczas zapisałem się dość spontanicznie i w sumie spodobało mi się na tyle, że w tym roku postanowiłem tam wrócić. Nie pamiętałem za bardzo trasy, co wydawało mi się, że jest dowodem na to, że jakoś strasznie wymagająco nie było. Gdy jednak zacznie się rywalizacja szybko sobie przypomnę, że będzie jednak pare miejsc, które mogą okazać się być większym wyzwaniem, jak na przykład stromy podbieg na trzynastym kilometrze z  różnicą wzniesień około czterdziestu metrów.

      Na trasę ruszamy punktualnie o 22:00 z okolic hali sportowej Kalisz Arena. Zacząłem tak, jak zwykle ostatnio w tempie pięć minut na kilometr, ale biegnie mi się od samego początku bardzo trudno. Czuję się nadal osłabiony i niepewny swojego żołądka, po którym nie wiadomo czego się tak naprawdę mogę spodziewać, ale raczej na pewno niczego dobrego. Mimo, że pogoda do biegania tym razem idealna, to jest mi ciężko i brakuje mi sił. Nie ma to ciągle przełożenia na tempo biegu, ale w głowie już pojawiają się pierwsze myśli, że wcześniej czy póżniej kryzys przyjdzie. Mijają kolejne kilometry: piaty, szósty, siódmy… Trudy biegu umila doping kibiców. Doskonale pamietałem, że i rok wcześniej atmosfera na trasie była bardzo fajna i bardzo mi się podobała. Na półmetku dobiegliśmy do muralu, który przypomina o tym, że Kalisz to najstarsze miasto w Polsce. Przyciągnął moje oko i na chwilę pomógł zapomnieć o biegowych zmaganiach. Paradoksalnie z każdym kolejnym kilometrem biegnie mi się coraz lepiej. Oczywiście doszła kwestia zmęczenia, ale dolegliwości związane przebytą chorobą jakby przeszkadzają mniej. Pojawiło się też od razu więcej optymizmu. Od tej pory, choć po pierwszych kilometrach trochę straciłem na to nadzieję, powrócił plan złamania 1:50, zwłaszcza, że w zasadzie niewiele zwolniłem nawet na wspomnianym już stromym podbiegu. Gdy do mety pozostawało pięć kilometrów jestem już w zasadzie przekonany, że mimo kłopotów zdrowotnych ostatnich dni uda mi się ukończyć ten bieg z satysfakcjonującym wynikiem. W końcówce udaje się utrzymać tempo i do mety dobiegam w czasie 1:47:34. Tylko pół minuty wolniej,  niż rok temu, w pełni sił.  Cieszę się, że choć znowu pojawiły się nieprzewidziane trudności, to i tym razem się nie wycofałem i doprowadziłem sprawę do końca. Dało mi to naprawdę dużo satysfakcji. Po biegu jeszcze przygotowany przez organizatorów dla biegaczy wyjątkowo obfity posiłek, miłe rozmowy i można kierować się na dworzec. Noc minie w podróży. W domu będę dopiero 9 rano, ale było warto.

  

2026.07.04 Kalisz Półmaraton: 8 KALISKI PÓŁMARATON NOCNY BURSZTYNOWA HELLENA – 1:47:34


Piekło

      Piekło – tak mógłbym podsumować krótko swój kolejny półmaraton, który przyszło mi pobiec w podsiedleckim Zbuczynie. Od kilku dni zapowiadano nadejście fali afrykańskich upałów i tak się nieszczęścliwie złożyło, że według prognoz punkt kulminacyjny miał przypaść dokładnie na niedzielę, czyli dzień zawodów. Nie ukrywam, że wiedząc w jakich warunkami przyjdzie nam się zmierzyć czułem duży respekt i miałem w sobie przed tym startem sporo obaw. Gdybym kilka miesięcy temu mógł przewidzieć, że będzie, aż tak ekstremalnie, bo temperatura osiągnie nawet 39 stopni to pewnie bym sobie darował te zawody i się nie zapisał. No ale nie przewidziałem… i się zapisałem.

      Jeszcze w sobotę wahałem, czy jest sens stawać w ogóle na starcie, bo dla mnie bieganie jest przede wszystkim przyjemnością, a trudno o to, gdy trzeba zmierzyć się z takim upałem. Trudno też o jakąś satysfakcję, gdy wiesz, że jesteś w sumie w formie, a nawet jak jakimś ogromnym wysiłkiem ukończysz ten bieg to być może będzie to i tak najwolniejszy półmaraton ze wszystkich, które do tej pory przebiegłeś i da Ci więcej rozczarowania, niż radości. Miałem wrażenie, że co nie postanowię to na końcu i tak będę niezadowolony. Postanowiłem jednak doprowadzić sprawę do końca i wystartować licząc się z tym, że osiągnięty wynik będzie dla mnie porażką i nie spełni moich nawet najmniejszych oczekiwań ustawionych na poziomie dwóch godzin.

      Start zaplanowano na 9:30. Szkoda, że nie ze dwie godziny wcześniej, bo byłoby ciepło, ale jeszcze znośnie, ale któż mógł przewidzieć taki upał kilka miesięcy temu, a na zmianę decyzji ze względów organizacyjnych było za późno. Termometr mimo porannej godziny wskazuje już 32 stopnie, potem w ciągu dnia ma być jeszcze cieplej. Mam już trochę tych biegów na koncie, ale pierwszy raz w życiu zamierzam pobiec zaopatrzony w czapeczkę oraz wiedząc, że na trasie będą miejsca, gdzie nadarzy się okazja by je nawilżać dodatkowo gąbkę i buffa, którymi zamierzałem regularnie schładzać rozgrzaną głowę i kark. Liczyłem, że te szczególne środki ułatwią mi zmagania choć trochę. Tak bardzo skupiłem się na schładzaniu, że zapomniałem zabrać ze sobą na trasę buteleczkę z wodą z elektrolitami i powędrowała do depozytu gdzie przleżała cały bieg. Ech, jak pech to pech. No trudno.

      Planuję zacząć w tempie po 5:20 na kilometr. To prawie pół minuty wolniej, niż średnio biegałem w tym roku. Mój plan zakłada wytrzymać tak chociaż do połowy, a potem kontrolować każdy kolejny kilometr i pokonywać je w co najwyżej sześć minut każdy. Efektem ma być wynik poniżej dwóch godzin na mecie. To biorąc pod uwagę okoliczności by mnie w pełni usatysfakcjonowało. Zaczynam jednak troszkę szybciej. Punkty z wodą biorąc pod uwagę ekstremalne warunki ustawiono co dwa kilometry. Zamierzam z nich regularnie korzystać, wiem jak bardzo jest to istotne. Na początku pije w locie, ale już po pięciu kilometrach dochodzę wniosku, że to samobójstwo i w taką pogodę daleko tak nie zajadę. Od tego momentu zatrzymuje się już w każdym punkcie by nie tylko napić się trochę więcej niż dotychczas, ale także polewać wodą coraz bardziej rozgrzane ciało, nawet kosztem utraconych sekund postoju. Przyniosło to od razu efekt i biegnie się trochę lżej. Tętno jednak od samego początku bardzo wysokie. Dziesiąty kilometr według planu powinienem ukończyć po pięćdziesięciu czterech minutach, jestem tam jednak trzy minuty wcześniej. To dobra wiadomość, która tknęła we mnie trochę optymizmu. Od tego momentu plan zakłada biec po sześć minut na kilometr. Nadal udaje się jednak urywać kolejne sekundy na każdym z nich mimo, że zdecydowanie zwolniłem. Po trzynastu kilometrach jest delikatny podbieg w dodatku w słońcu. Tutaj biegnie się ciężko, ale mimo tego tempo jest nadal szybsze, niż planowałem. Robi się coraz cieplej, ale szczęśliwie jakichś dużych kryzysów nie doświadczam. Być może to efekt tego że bardzo sumiennie korzystam z punktów nadawdniania dużo pijąc i polewając ciało, a zwłaszcza głowę kark, i plecy.  O ile w pierwszej części dystansu biegłem mając w zasięgu wzroku innych biegaczy, o tyle teraz trzeba już walczyć jedynie w samotności. Po piętnastym kilometrze, gdy moje tempo cały czas jest poniżej sześciu minut na kilometr zaczynam nabierać coraz więcej optymizmu i przekonania, że plan uda się zrealizować. Trzy ostatnie czując narastające zmęczenie trochę zwalniam, ale nadal każdy kilometr jest szybszy, niż planowałem na początku. Na ostatnim z nich dogoniła mnie kilkuosobowa grupa. Ten fakt wyzwala we mnie jeszcze ostatnie pokłady energii i ochoty, by trochę się zmobilizować i powalczyć. Na finiszu ostatnimi siłami mocno przyspieszam dobiegając do mety w czasie 1:54:18.

      Taki wynik zdecydowanie spełnia moje oczekiwania i na starcie brałbym w ciemno. Cieszę się, że jednak mimo ogromnych wątpliwości zdecydowałem się na ten bieg i ukończyłem w czasie, który daje mi pełną satysfakcję. Dziś receptą na to była nawet nie wysoka forma, nie ambicja, ale po prostu doświadczenie. Tak, czy inaczej kolejny półmaraton ukończony. Myślę, że biorąc pod uwagę pogodę był to mój najtrudniejszy, a na pewno jeden z najtrudniejszych, wliczając w to te afrykańskie.

      Na koniec ogromne podziękowania dla organizatorów, lokalnej Straży Pożarnej i licznej rzeszy kibiców, którzy zrobili naprawdę dużo, aby ograniczyć trudy tych zmagań i aby udało mi się dotrzeć do mety w zdrowiu i z pełną satysfakcją. Myślę, że bez tego wsparcia dziś byłoby to niemożliwe. Doceniam.

2026.06.28 Zbuczyn Półmaraton: 5 PÓŁMARATON ZBUCKI – 1:54:18

Zdjęcia: własne / Zabłąkany Aparat – Paweł Pietruczanis


Oczywista nieoczywistość

      Kolejny swój osiemdziesiąty piąty już półmaraton postanowiłem pobiec w podwarszawskim Piasecznie. Planując swój sezon pod koniec ubiegłego roku nie zakładałem, że w moim kalendarzu znajdzie się ten bieg. Nie mogłem, gdyż na biegowej mapie ten półmaraton jeszcze nie istniał. Pojawił się dopiero w tym roku. Gdy jednak udostępniona została informacja, że takie zawody się odbędą postanowiłem się zapisać. Nie była to oczywista decyzja. Poza półmaratonami w Platerowie, czy Zbuczynie, które są blisko mojego domu i jest to zawsze wspaniała okazja by spotkać wielu znajomych staram się raczej wybierać większe imprezy w dużych miastach organizowane z rozmachem. Tym razem jednak, podobnie jak w przypadku mojego ostatniego startu w Swarzędzu postanowiłem to zmienić. Co zadecydowało? Mimo wszystko bliskość Siedlec i dobry dojazd, a także generalnie wolny termin w kalendarzu. Nocna formuła ograniczała także ryzyko związane z upałem. Liczyłem, że mimo końcówki czerwca wieczorem już bardzo gorąco nie będzie. Tymczasem pogoda zaskoczyła i po chłodnym okresie dosłownie w dniu biegu przyszło spore ocieplenie, a znacznie wyższe temperatury dawało się odczuć nawet wieczorem. No trudno, jakoś sobie trzeba będzie z tym poradzić…

      Od mojego ostatniego biegu minęło już trzy tygodnie. Po najważniejszych wiosennach startach tego roku nie trenuję już tak intensywnie i czuje, że forma już nie jest tak wysoka jak jeszcze dwa, trzy miesiące temu. W dodatku ten upał… Specjalnych oczekiwań zatem nie miałem, ale mimo wszystko wydawało się, że 1:50 powinno udać się złamać. Do Piaseczna pojechałem prosto z domu w sobotnie popołudnie. Po niespełna trzech godzinach byłem na miejscu, odebrałem pakiet w Biurze Zawodów zlokalizowanym w gmachu tutejszego Muzeum i mogłem oczekiwać na start. Oczekiwania umilały rozmowy z licznie napotykanymi biegowymi znajomymi. Zarówno tymi starymi, a także nowopoznanymi.

      Początek biegu zaplanowano na 21:00. Nie czuję się najlepiej. Mam wrażenie że od samego początku brakuje mi sił. Mimo tego zaczynam dość mocno. Wystaczyły jednak trzy kilometry by przekonać się, że dziś na wiele to mnie stać nie będzie. No cóż. Trudno. Nic na to nie poradzę. Postanowiłem delikatnie zwolnić. Już na początku biegaczy czeka pętla po bieżni kamealnego, ale bardzo ładnego tutejszego stadionu przy akompaniamencie orkiestry dętej. Wrócimy tu biegnąc w odwrotnym kierunku tuż przed metą. Niedługo potem dobiegamy do jakiegoś pięknie oświetlonego jeziorka. Po kilku kilometrach wybiegamy z Piaseczna i czeka nas dłuższy odcinek przez sąsiednie miejscowości i położone między nimi tutejsze lasy. Biegaczy na całej trasie zywiołowo dopinguje wiele grup kibiców. Ciągle jest bardzo ciepło. Zmieni się to dopiero mniej więcej w połowie dystansu, gdy zrobi się już ciemno. Trasa także jest dość nieprzyjemna. Mimo, że nie ma jakichś spektakularnych podbiegów to jest sporo różnych mniejszych wzniesień. Mniej więcej od piętnastego kilometra zaczyna dokuczać mi kolka. Od tego momentu moje tempo zaczyna spadać. Biegnie mi się naprawdę coraz trudniej. Dwa kilometry od mety zdaje sobie sprawę, że cały wypracowany od początku zapas już straciłem i prawdopodobnie na mecie będę na granicy 1:50. Próbuję zrobić wszystko, aby być poniżej. Dokuczliwa kolka skutecznie mi to jednak uniemożliwia. Ostatecznie trochę pogodzony, a trochę bezsilny do mety dobiegam z czasem 1:50:37. Jeszcze chwilę podelektuję się samą impreza, a potem droga na pociąg i podwrót do domu. Noc czeka mnie na dworcu w Warszawie. Będzie czas by sobie przeżyć wszystko jeszcze raz w swojej głowie. Jak na pierwszą edycję to była fajna impreza. Chyba przekonałem się do tych mniej oczywistych mniejszych biegów i je polubiłem. Na plus zdecydowanie atmosfera, pofalowana trasa choć bardzo malownicza dała się trochę odczuć, zwłaszcza w połączeniu z wysoką temperaturą, ale generalnie było ok. Nie ma co zresztą narzekać. Za tydzień w Zbuczynie może być jeszcze trudniej.

2026.06.20 Piaseczno Półmaraton: 1 NOCNY PÓŁMARATON PIASECZYŃSKI – 1:50:37


Sorry, taki mamy klimat

      Kolejnym półmaratonem, który zaplanowałem w tym roku był 5 Szpot Swarzędz Półmaraton. Czemu akurat Swarzędz? W zasadzie to nie wiem. To była dość spontaniczna decyzja i chyba najbardziej zadecydowała po prostu dobra opinia, wolny niekolidujący z niczym innym termin i w miarę dogodny dojazd. Początkowo planowałem pojechać na te zawody prosto z domu w Siedlcach. Umożliwiała to stosunkowo późna godzina startu (11:00). Gdy jednak okazało się, że na przesiadkę na drugi pociąg będę miał w Warszawie jedynie trzy minuty stało się jasne, że raczej nie ma co ryzykować. Postanowiłem więc wyruszyć już w sobotni wieczór, a że w samym Swarzędzu ciężko było znaleźć jakikolwiek nocleg w rozsądnej cenie postanowiłem nocować w Poznaniu dokładnie w tym samym hostelu, co przy okazji poznańskiego półmaratonu w kwietniu, a do oddalonego od dziesięć kilometrów Swarzędza pojechać pociągiem rano z Poznania.

      Nie ukrywam, że mimo, że tym razem nie nastawiałem się na jakieś szczególne wyniki i ściganie z czasem to przed tym biegiem czułem pewien niepokój. Po wiosennej naprawdę wysokiej formie nie ma już chyba za bardzo śladu. Przynajmniej tak mi się wydawało. Poza tym niepokoiła mnie trochę pogoda. Wyjątkowo chłodne jak na tę porę roku ostatnie miesiące pozwalały podczas treningów i dotychczasowych zawodów unikać upału i słońca, a wszystko wskazywało na to, że tym razem trzeba się będzie jednak z tym zmierzyć. Bałem się trochę reakcji swojego ciała. Znaczne ocieplenie w ostatnim czasie i start niemalże w samo południe w pogodę, do której tak naprawdę organizm nie miał jeszcze w tym roku za bardzo okazji się przystosować mógł się znacząco odbić na dyspozycji i samopoczuciu podczas biegu. Jakby tego było mało zmienna ostatnio pogoda i duża dzienna aplituda temperatur sprawiła, że chyba dwa dni przed biegiem się trochę przeziębiłem i czułem małe osłabienie. Z domu wyjeżdzałem więc z głową pełną obaw.

      W Poznaniu byłem późnym wieczorem. Zjadłem więc tylko kolację i położyłem się w zasadzie od razu spać, zwłaszcza, że czułem się zmęczony. O ile w kwietniu w tym hostelu noc minęła bardzo dobrze, tak tym razem jakoś słabo spałem. Ostatecznie wstałem w zasadzie przed budzikiem w pół do siódmej. Godzinę później siedziałem już w pociągu do Swarzędza, a niedługo potem dotarłem do tutejszego ośrodka sportowego, na terenie którego było zlokalizowane biuro zawodów, gdzie odebrałem numer startowy. Start zaplanowano o godzinie 11. Zrobiło się już ciepło. Słońce na szczęście chowało się za chmurami, ale już od rana dawało się wyczuć, że pogoda raczej nie będzie sprzymierzeńcem. Przed nami dwie pętle dookoła Jeziora Swarzędziego. Profilu trasy nawet nie sprawdzałem. Zakładałem jednak, że nie powinna być trudna. Ostatecznie okazało się, że łatwa nie była, ale też nie jakoś wyjątkowo strasznie wymagająca.

      Od początku biegło mi sie ciężko. Po pierwszym kilometrze dotarliśmy na swarzędzki rynek. Trzeba przyznać, że jest dość urokliwy. Na samym jego środku stoi piękny ratusz. Chwilę potem ku swojemu zaskoczeniu wśród kibiców wypatrzyłem świeżoupieczonego Mistrza Polski, zawodnika Lecha Poznań Michała Gargula. Będzie okazja zobaczyć go jeszcze raz już na drugiej pętli. Nie kontrolowałem jakoś specjalnie tempa, ale udawało mi się biec około pięciu minut na kilometr. Nie zwolniłem nawet wtedy, gdy na trzecim kilometrze dotarliśmy do najtrudniejszego i najdłuższego z podbiegów, które przygotowali dla nas organizatorzy. Po nim na szczęście było trochę z górki. Dało się więc złapać głębszy oddech. Wiedziałem też już, że na drugiej pętli przyjdzie zmierzyć się z tym wyzwaniem raz jeszcze. Ostatnie kilometry pętli przyszło nam biec w lesie tuż obok jeziora. Tu, podobnie jak na większości trasy towarzyszył nam gorący doping zebranej publiczności. Niewąpliwie dodawało to skrzydeł. Jako że nie biegłem na sto procent był też czas na przybijanie piątek z dzieciakami. Po dziesięciu kilometrach dobiegliśmy do stadionu Unii Swarzędz. Startujący na 10km tu zakończyli tu swoją rywalizację. Przed nami była jednak jeszcze druga pętla. Mój czas na tym etepie to trochę więcej niż pięćdziesiąt minut. Na trasie zrobiło się już luźniej. Trochę wiało. Słońce, choć było ciepło nadal chowało się za chmurami. Niewąpliwie była to dobra wiadomość. Generalnie spodziewałem się gorszych warunków. Na kilka kilometrów przed metą w zasadzie już wiedziałem, że na pewno uda mi się złamać 1:50, a z każdym kolejnym zaczynało do mnie docierać że wynik może oscylować nawet w graniach 1:45. Jako że nadal czułem się dobrze to na ostatnich metrach postanowiłem trochę powalczyć i ostatecznie finiszując po bieżni stadionu na metę wbiegłem z wynikiem 1:44:53. Naprawdę zadowolony i mimo wszystko zaskoczony. Przed biegiem taki wynik brałbym w ciemno.

      Na odpoczynek i korzystanie z tego wszystkiego co dla biegaczy przygotowali organizatorzy czasu za wiele nie było. Miałem jedynie niecałą godzinę by odebrać rzeczy z depozytu, przebrać się i dotrzeć na dworzec. Tak też się stało. W pociągu był za to czas na to by w myślach podsumować ten start. Generalnie to był dla mnie udany wyjazd. Same zawody mimo, że lokalne to organizowane z dość sporym rozmachem, do tego świetna atmosfera i wielu kibiców. Pogoda też ostatecznie na szczęście się zlitowała i pozwoliła osiągnąć jak na moje możliwości naprawdę dobry wynik. To był udany weekend. 84 półmaraton zaliczony…

 

2026.05.31 Swarzędz Półmaraton: 5 SZPOT SWARZĘDZ PÓŁMARATON – 1:44:53


Wreszcie, czyli na Podlasiu czas płynie inaczej

      Wreszcie. Po pięciu tegorocznych półmaratonach, w których zależało mi aby pobiec szybko i sprawdzić jak wysoką formę udało się wypracować zimą przyszedł moment na serię kilku startów, w których wynik schodzi na dalszy plan, a ważniejsza ma być atmosfera i dobra zabawa. Pierwszym z nich miał być 13 PKO Białystok Półmaraton. Wiadomo. Na Podlasiu czas płynie trochę inaczej. Nie ma się więc co spieszyć.

      To już czwarty rok z rzędu, gdy wybrałem się na bieg w stolicy Podlasia. W poprzednich latach dominowała raczej wysoka temperatura. W tym roku długo wydawało się, że może być podobnie. Dopiero w ostatniej chwili jakiś nagły front pogodowy sprawił, że nie tylko nie było gorąco, ale wręcz trzeba było zmierzyć się z uciążliwym zimnem. Do Białegstoku wybrałem się tradycyjnie pociągiem. Po kilku godzinach byłem na miejscu i skierowałem się w stronę znanego mi już przepięknego Pałacu Branickich. To w tej okolicy było biuro zawodów. Następnego dnia miał być też start. Po odebraniu pakietu skierowałem się w stronę hostelu, gdzie miałem zaplanowany nocleg. Miejsce było sprawdzone. Nocowałem tu bowiem już po raz trzeci.

      W pokoju zakwaterowany byłem z młodym chłopakiem z Poznania Piotrem oraz Witkiem z Katowic. Piotr ma imponujący wzrost – 201cm. W czasach liceum był nawet młodzieżowym reprezentatntem Polski w koszykówce, a dobrze zapowiadającą się karierę przerwały niestety kontuzje. Teraz próbuje swoich sił w nowej, coraz bardziej popularnej dyscyplinie sportowej zwanej Hyrox, a dodatkowo biega. Dla obu moich współlokatorów wizyta w Białymstoku była kolejnym przystankiem w  drodze po Koronę Półmaratonów. Mimo, że przyjechaliśmy z trzech róznych zakątków kraju, mimo że dzieliła nas spora różnica wieku i mieliśmy różne charaktery to jednak wieczór minął nam sympatycznie na rozmowach. To było naprawdę miłe towarzystwo.

      Następnego dnia bieg. Chłodno, choć naszczęscie nie pada. Przed startem udaje się spotkać wielu znajomych poznanych w różnych miejscach, na różnych biegach, w różnych okolicznościach. Można by było spędzić długi czas na miłych rozmowach, ale w końcu trzeba było zająć miejsce na starcie. Po godzinie dziesiątej rozlega się start i ruszamy. Zaczynam wolniej, głównie ze względu na tłok, ale i tak biegnie mi się dość ciężko. W nocy słabo spałem, boli mnie trochę głowa. Tak, jak zakładałem na starcie nie mam w sobie jakiejś ogromnej determinacji, aby walczyć za wszelką cenę z czasem, ale przynajmniej na początku staram się, aby tempo było poniżej pięciu minut na kilometr. Udaje mi się to, aż do trzynastego kilometra, gdzie jest dłuższy znany mi już doskonale z poprzednich edycji podbieg. Na trasie panuje świetna atmosfera, która niewątpliwie dodaje skrzydeł mimo nienajlepszego samopczucia. Gdy kolejne kilometry znowu przebiegam w czasie około pięciu minut na kilometr dociera do mnie, że 1:50 powinno się udać złamać. Nie zachwiało tego przekonania nawet to, że na 17 i 18 kilometrze znowu troszeczkę musiałem zwolnić. To, co tu straciłem odrobiłem na ostatnim kilometrze i ostatecznie do mety dobiegłem w czasie 1:45:59. Zadowolony. Chwilę potem do mety dobiegł Piotr. Pogratulowaliśmy sobie, chwilę jeszcze porozmawialiśmy i się pożegnaliśmy.

      Czułem satysfakcję. Mimo, że to najwolniejszy ze wszystkich sześciu półmaratonów tej wiosny, to ten wynik jest tym, na co tym razem liczyłem. Niepokoił mnie tylko narastające uczucie dyskomfortu w gardle. Być może ból głowy nie był przypadkowy i już poprzedniego dnia złapałem przeziębienie, a może to kwestia chłodnego powietrza, czy zimnej wody na punktach odżywczych podczas biegu. Trudno powiedzieć. W każdym razie czułem, że z każdą godziną sytuacja staje się coraz gorsza i bałem się, czy nie rozwinie się to w jakąś poważniejszą infekcję. Na szczeście wieczór pod kocem z gorącą herbatą z cytryną uratuje sytuację. Do domu wróciłem już samochodem ze znajomymi. Kolejny kroczek zrobiony. To był już mój 83 półmaraton.   

2026.05.10 Białystok Półmaraton: PKO BIAŁYSTOK PÓŁMARATON – 1:45:59


Nadbałtycki Armageddon

      Wiosną wszystko dzieje się szybko. Nie opadły jeszcze emocje po Kapsztadzie, a już wsiadałem do pociągu do Poznania, ledwo wróciłem, a znów trzeba było szykować się do kolejnego wyjazdu. Tym razem Gdynia. To mój drugi bieg w tym mieście. W zeszłym na nic szczególnego nie liczyłem. Poszło mi nadspodziewanie dobrze i do domu, choć się tego kompletnie nie spodziewałem przywiozłem czwarty wynik w życiu. Tym razem oczekiwania były bardzo duże od samego początku. Pierwsze półmaratony tego roku pokazały, że jest potencjał i ciężko przetrenowana zima przyniosła efekty. Chciałem to wykorzystać, zwłaszcza, że to prawdopdobnie ostatni bieg tej wiosny, w którym szczególnie zależało mi na wyniku. Kolejny za kilka tygodni w Białymstoku planuję pobiec już wolniej i bez presji na wynik. Wizyta w Gdyni była także okazją by spotkać się z Karoliną. Wiele lat temu pracowaliśmy razem w Warszawie w jednej firmie. Potem los rzucił Ją do Gdyni, ja wróciłem do Siedlec. Mieliśmy się spotkać w 2020 roku, ale wówczas ze względu na pandemię bieg w Gdyni odwołano. Tym razem po siedmiu latach można było to nadrobić i powspominać dawne dobre czasy.

      Wyjeżdżając w południe z ciepłych i słonecznych Siedlec trudno było uwierzyć w prognozy, że wieczorem poza dystansem biegaczom przyjdzie zmierzyć się także ze sztormowym wiatrem, przenikliwym zimnem i deszczem. Gdy jednak dotarłem na miejsce zaczynałem rozumieć, że ten scenariusz faktycznie może się ziścić. Wiało i było zdecydowanie chłodniej, choć wszystko co najgorsze miało się wydarzyć i tak dopiero późnym wieczorem. Z dworca dość szybko dotarłem do znanego mi już Skweru Kościuszki. Podobnie jak rok temu to tu zorganizowano miasteczko biegowe, start i metę. Pamiętałem drogę doskonale, zwłaszcza, że nie była dość skomplikowana. Po odberaniu pakietu mogłem już powoli oczekiwać startu, co chwilę nadziewając się na znajome twarze poznawane na różnych etapach mojej biegowej przygody. Tak, jak zaplanowałem udało się spotkać także z Karoliną. Ponad godzinka wspólnego spaceru i miłej rozmowy szybko minęły i trzeba było w końcu zacząć szykować się do startu.

      Początek biegu o 20:30. Zaczynam dość mocno, choć troszkę wolniej, niż w Poznaniu. Pierwsze kilometry to niestety wiatr wiejący prosto w twarz. Mam jeszcze jednak siły, aby z nim z powodzeniem walczyć. Od dziewiątego kilometra zaczyna się podbieg. Studiowałem trasę przed wyjazdem więc byłem jego świadomy. Nie jest być może jakoś strasznie stromy, za to mocno rozciągnięty. Skończy się dopiero koło piętnastego kilometra. Tu na szczeście mniej wieje. Do półmetka dobiegam kilkanaście sekund szybciej, niż w Poznaniu. Wiary w 1:40 chyba już jednak we mnie nie ma. Pacemaker przed którym biegłem przez pierwszą część dystansu zaczął się ode mnie oddalać i oddalać, a ja nie czuję się wystarczająco silny i zdeterminowany, aby go gonić. Nie zmienili mojego nastawienia nawet żywiołowo dopingujący kibice. Atmosfera jest naprawdę fajna. Koło piętnastego kilometra zaczyna się prawdziwy pogodowy armageddon. Zimny wiatr wiejący od strony morza zmaga się coraz bardziej, a do tego zaczyna padać przenikliwy deszcz. Temperatura też spadła do zaledwie kilku stopni. Do mety na szczeście coraz bliżej. Trasa też już wiedzie raczej z górki, więc jakoś to wytrzymam. Gdy do mety zostaje jakieś sześcset metrów rozwiązało mi się sznurowadło. Stwierdziłem, że już nie ma sensu się zatrzymywać i tracić cennego czasu, choć być może trzeba było. Mam wrażenie, że nie zawiązujac go straciłem jeszcze więcej, gdyż komfort biegu znacznie się pogorszył. Trudno. Ostatnie dwieście metrów to zbieg na plażę i w końcu meta. Czas 1:41:48. To dziesiąty wynik w moim życiu i dwadzieścia sekund wolniej, niż w Poznaniu. Mam mieszane uczucia. Z jednej strony przed wyjazdem liczyłem na więcej, z drugiej rywalizacja w takich warunkach była naprawdę trudna. Ostatecznie przyjmuję wynik z pokorą i satysfakcją. Jeszcze tylko droga w deszczu na dworzec, opoźniony półtorej godziny pociąg i noc spędzona w drodze do domu. Kolejny półmaraton zaliczony. To na pewno jeden z tych bardziej pamiętnych.

2026.04.25 Gdynia Półmaraton: PKO GDYNIA PÓŁMARATON – 1:41:48


2014 Mariusz Ryżkowski