Szukając inspiracji na kolejne wyjazdy od dawna po głowie krążyła mi Republika Południowej Afryki. Powody są w zasadzie oczywiste. To przede wszystkim piękne, naprawdę wyjątkowe miejsce począwszy od spektakularnej przyrody, przez unikalną historię polityczną, aż po położenie na mapie. Jest to bowiem najbardziej wysunięta na południe część Afryki i miejsce, gdzie łączą się ze sobą nawzajem dwa oceany: Atlantycki i Indyjski. Kraj ten zapisał się także na stałe w historii odkryć geograficznych. Na południowym krańcu RPA znajduje się bowiem Przylądek Dobrej Nadziei. Jego odnalezienie pod koniec XV wieku przez Bartolomeu Diasa było pierwszym krokiem do wyznaczenia morskiego szlaku z Europy do Indii. Nie ukrywam, że podróż do Republiki Południowej Afryki i możliwość ukończenia tam jakiegoś biegu była dla mnie sporym wyzwaniem, ale też coraz większym pragnieniem. Gdy okazało się, że co roku w kwietniu w Kapsztadzie organizowany jest TOTALSPORT TWO OCEANS MARATHON, określany przez organizatorów najpiękniejszym maratonem na świecie, podczas którego jest możliwość pobiegnięcia także półmaratonu wiedziałem już, że chcę tam być… chcę tam być… i będę.

Swoją podróż zaczynałem w czwartek popołudniu lotem do Frankfurtu. Stąd już bezpośrednio na miejsce. Mój niepokój budził trochę dość krótki czas na przesiadkę. Po niespodziewanej zmianie godziny wylotu zostało mi jedynie siedemdziesiąt minut, co na tym ogromnym, jednym z największych lotnisk w Europie mogło okazać się niewystraczające. Na szczęście wszystko poszło w miarę sprawnie, obyło się bez niespodziewanych przygód i po kilkunastu godzinach w powietrzu rano wylądowałem w Kapsztadzie. Z lotniska nie ma zbyt dobrego dojazdu do centrum miasta. Dlatego też jeszcze przed wyjazdem zarezerwowałem sobie transport. Kierowcę oczekującego na mnie z tabliczką z moim nazwiskiem udało się znaleźć bez problemu i zgodnie z planem mogłem ruszyć w kierunku miasta.

W hostelu miałem możliwość zameldować się dopiero popołudniu. Postanowiłem więc wolny czas wykorzystać przede wszystkim na odebranie pakietu. Expo było zlokalizowane w centrum kongresowym Cape Town International Convention Center i to tam zawiózł mnie kierowca. Po załatwieniu formalności mogłem już na spokojnie oczekiwać na niedzielny poranek i zacząć cieszyć się pobytem w tym wyjątkowym miejscu. Na początek skierowałem się w stronę położonego niedaleko Green Point Stadium. Nowoczesny zbudowany z myślą o Mistrzostwach Świata w 2010 roku stadion stał się wówczas jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli tego globalnego wydarzenia. Konstrukcja stadionu z jej charakterystycznym, okrągłym kształtem i szklaną fasadą, przyciąga z daleka wzrok i stanowi nowoczesny akcent na tle malowniczego krajobrazu Kapsztadu. Stadion jest naprawdę ogromny. Może pomieścić nawet sześćdziesiąt osiem tysięcy widzów. Podążając dalej dotarłem do jednego z najbardziej egzotycznych miejsc tego miasta, czyli Bo-Kaap. Przy wąskich, krętych uliczkach tej historycznej zwanej kiedyś Malay Quarter dzielnicy stoją odrestaurowane, pomalowane na pastelowe kolory domy z początków XVIII i XIX wieku. Sprowadzano tu niewolników, rzemieślników i pracowników z Malajów, Indonezji oraz innych części Afryki i Azji. Byli to przede wszystkim muzułmanie, co doprowadziło do powstania silnej społeczności islamskiej, która przetrwała do dziś i zachowała swoją odrębność kulturową.

Podążając dalej skierowałem się w stronę centrum i niedługo potem byłem już na głównym placu w mieście zwanym Grand Parade, gdzie znajduje się miejski Ratusz. Budynek otwarto na początku ubiegłego stulecia. Obecnie urzędy administracji miejskiej znajdują się w innym miejscu, natomiast w ratuszu odbywają się liczne wydarzenia kulturalne, jest on również miejscem regularnych koncertów Cape Philharmonic Orchestra. Budynek zyskał ogromne znaczenie historyczne w 1990 roku, kiedy to Nelson Mandela wygłosił ze swojego balkonu pierwsze publiczne przemówienie po zwolnieniu z więzienia, stając się symbolicznym momentem w drodze RPA ku demokracji. Dziś na tym samym balkonie stoi jego mosiężny posąg naturalnych rozmiarów z charakterystycznym gestem dłoni pozdrawiającym ludzi zgromadzonych przed budynkiem. Pewnie dokadnie tak samo wyglądało to trzydzieści sześć lat temu. Przechodzącego obok młodego chłopaka poprosiłem o zrobienie mi zdjęcia. Rozczulił mnie trochę. Zapytał skąd jestem, a gdy opowiedziałem, że z Europy, z Polski, nie szukał wsparcia finansowego i paru groszy, jak inni, których spotykałem po drodze, ale po prostu poprosił, aby się za nich w domyśle „Afrykanerów” pomodlić. Chwycił mnie tym trochę za serce. Tuż obok ratusza odnalazłem kolejny punkt na swojej liście – Zamek Dobrej Nadziei. Ta forteca będąca najstarszą istniejącą kolonialną budowlą w kraju została zbudowana przez Holendrów w XVII wieku. Co ciekawe powstała pierwotnie nad brzegiem, by chronić miasto przed atakami z morza oraz jako punkt zaopatrzeniowy dla statków przemierzających drogę do Indii i na Daleki Wschód. Obecnie leży w centrum miasta. Świadczy to o zmianie linii brzegowej na przestrzeni wieków. Zamek ma kształt pentagonu, z pięcioma wieżami, z których każdy nosi nazwę związaną z władcami Niderlandów. W murach kryją się liczne zabytki, w tym na przykład eleganckie sale, które niegdyś były świadkami kolonialnych balów i oficjalnych uroczystości. Obecnie kompleks pełni również funkcje kulturalne i turystyczne. Można w nim odwiedzić liczne muzea, czy inne historyczne pomieszczenia, w tym dawne więzienia i sale tortur, które świadczą o mrocznej historii tego miejsca. Kierując się już powoli w stronę hostelu odnalazłem anglikańską katedrę Św. Jerzego. Budynek w tym miejscy stoi od ponad stu dwudziestu lat i jest jednym z najbardziej znaczących zabytków RPA, nie tylko ze względów religijnych, ale również jako miejsce ważnych wydarzeń społecznych i politycznych. Katedra była centrum protestów przeciwko apartheidowi, a jej ówczesny arcybiskup Desmond Tutu, znany z walki o prawa człowieka późniejszy laureat Pokojowej Nagrody Nobla często prowadził tu nabożeństwa. Tuż obok znajdują się ogrody Companys Gardens. Założony w XVII wieku przez Holendrów, jako miejsce uprawy warzyw dla zaopatrywania statków park jest dziś ulubionym miejscem spacerów lokalnych mieszkańców i turystów. Można powiedzieć, że to zielona oaza w samym centrum miasta i nie jest to żadną przesadą. Ponieważ to był dobry moment i miejsce na to, aby w końcu coś zjeść i odpocząć przysiadłem sobie na chwilę na ławeczce. Mimo, że to piątek i środek dnia w parku było pełno ludzi, którzy wypoczywali leżąc na trawnikach na rozłożonych kocach. Wokół biegało też pełno wiewiórek. Widok ten przywołał trochę wspomnienie z Delhi, bo tam też przecież było ich pełno, choć te afrykańskie były chyba zdecydowanie bardziej odważne i oswojone. Podchodziły do ludzi, dawały się karmić z dłoni, wyglądały też trochę inaczej. Kierując się dalej w stronę hostelu dotarłem do Muzeum District Six. To miejsce upamiętniające wzruszającą historię dzielnicy i losy jej mieszkańców wysiedlonych podczas apartheidu. Dystrykt Szósty był kiedyś tętniącym życiem, wielokulturowym centrum, w którym mieszkały osoby różnych ras i wyznań. W 1966 roku rząd południowoafrykański ogłosił ten obszar „białą” dzielnicą, w wyniku czego ponad sześćdziesiąt tysięcy jego mieszkańców zostało przymusowo przesiedlonych, a ich domy zrównane z ziemią. Muzeum mieści się w dawnym kościele metodystów, jednym z nielicznych budynków ocalałych po wysiedleniach. Ekspozycja jest rozmieszczona na dwóch piętrach i obejmuje fotografie i malowidła przedstawiające życie codzienne mieszkańców dzielnicy, rzeczy osobiste często przekazywane przez byłych lokatorów, czy mapy dzielnicy, na których dawni mieszkańcy zaznaczają lokalizację swoich zburzonych domów. Na koniec tego dnia zostawiłem sobie dwie instytucje kulturowe. Założone w 1825 r. Iziko South African Museum było pierwszym muzeum narodowym w RPA i specjalizuje się w zoologii, paleontologii i archeologii. Zbiory zawierają ponad półtora miliona obiektów, od skamieniałości sprzed siedmiuset milionów lat, poprzez dinozaury i ssaki morskie, po współczesne gatunki zwierząt. Natomiast Iziko South African National Gallery to najważniejsza instytucja kulturalna w Kapsztadzie i wybitne muzeum sztuki w Republice Południowej Afryki. Znajdując się w sercu miasta galeria jest domem dla niezwykłej kolekcji dzieł sztuki od malowniczych pejzaży po współczesne instalacje. Galeria została założona w 1871 roku i od tego czasu gromadzi, konserwuje i prezentuje sztukę zarówno południowoafrykańską, jak i międzynarodową. Jej zbiory zawierają prace artystów z różnych okresów i stylów z silnym naciskiem na sztukę afrykańską i południowoafrykańską. Kolekcja obejmuje malarstwo, rzeźbę, fotografię, grafikę, ceramikę, tekstylia i biżuterię, co czyni ją jednym z najbardziej wszechstronnych muzeów sztuki na kontynencie.

W końcu po kilku godzinach wędrówki dotarłem do mejsca, gdzie miałem spędzić kilka najbliższych nocy. Tym razem miał to być hostel, w którym czekało na mnie miejsce w czteroosobowym pokoju i muszę powiedzieć, że od razu poczułem, że to był dobry wybór. Już na recepcji przywitała mnie swoim szerokiem uśmiechem od ucha do ucha sympatyczna Niquie. Gdy podczas krótkiej pogawędki opowiedziałem Jej po co przyjechałem do Kapsztadu i jakie mam plany była pod ogromnym wrażeniem, czemu dawała zresztą upust nie mogąc opanować emocji. Podekscytowana zdradziła, że niedawno też zaczęła biegać, na razie jedynie po sześć kilometrów, ale obiecała że za rok wystartuje w półmaratonie. Gorąco trzymam kciuki. Trochę onieśmielony tym niespowiedziewanym zainteresowaniem i uznaniem poszedłem do swojego pokoju odpoczywać. Przez kolejne dni mojego pobytu będziemy się widywać w zasadzie codziennie i i za każdym razem będą to miłe spotkania. Na sam hostel też nie mogłem narzekać. Było czysto, schludnie i znajdowało się w nim wszystko czego potrzebowałem. Po ostatnich doświadczeniach w Nairobi, czy Delhi naprawdę to doceniłem. Jedynie, do czego można się było przyczepić to hałas. Zlokalizowane na dole restauracje czy kluby, w których do późnych godzin nocnych grała głośna muzyka skutecznie odbierały szansę na dobry sen, co zwłaszcza przed biegiem było bardzo istotne. No cóż… Trudno.

W pokoju początkowo zameldowany byłem z Sheinem, młodym Amerykaninem, który co prawda do Kapsztadu przyjechał w charakterze turysty, to jednak ma za sobą całkiem udaną akademicką karierę biegacza, a także z Yo z Japonii, który swoją otwartością przeczył trochę obrazowi, który wyrobiłem sobie przez te lata o tej nacji. Panowie wkrótce opuścili hotel, a ich miejsce zajął z Florian z Polinezji Francuskiej, Ronaldo chłopak, który do Kapsztadu przyjechał z niedalekiego Johannesburga wyrobić jakiś certyfikat umożliwiający pracę na promach, a którego rodzice musieli być chyba ogromnymi fanami sławnego piłkarza skoro nadali mu takie imię, czy Rehema, agentka turystyczna z Zanzibaru, która przybyła tu na jakieś branżowe targi. Było to niewątpliwie miłe towarzystwo, choć generalnie widywaliśmy się rzadko. Nikt z nas mimo różnych celów nie przyleciał przecież do Kapsztadu, po to, aby siedzieć w hostelu.

Wieczorem przeglądając w telefonie informacje z kraju znalazłem coś, co przez chwilę mną wstrząsnęło i nie mogłem uwierzyć, że to, co widzę to prawda. Podczas biegania zasłabł, a następnie zmarł asystent selekcjonera piłkarskiej reprezentacji Polski Jacek Magiera. Poruszyło mną to podwójnie. Po pierwsze, bo szanowałem Pana Jacka, za osiągnięcia, osobowość i charakter, a po drugie ze względu na okoliczności. Biegał, był zdrowy, wysportowany i tylko dwa lata starszy ode mnie… Smutne.

Na sobotę specjalnych planów nie miałem. To, na czym mi zależało w mieście zobaczyłem już w piątek. Sobotę mogłem więc wykorzystać na odrobinę odpoczynku i relaksu na plaży. Wybrałem się tam pociągiem. Po godzinie jazdy dotarłem do popularnej miejscowości Muizenberg. Jest ona znana głównie z plaży z białym wyjątkowo drobnym piaskiem i pięknymi ikonicznymi kolorowymi domkami, które bardzo chciałem zobaczyć. Piękna plaża przyciąga nie tylko turystów, ale także surferów, i co ciekawe pojawiają się tu nawet białe rekiny. Wywieszona właśnie czarna flaga oznaczała ich aktywność i teoretycznie zakaz wchodzenia do wody. Śmiałków jednak nie brakowało. Po kilku godzinach na plaży wróciłem do hostelu. Trzeba było trochę odpocząć i przygotować się do biegu. Start przecież bardzo wcześnie rano.

Jeszcze długo przed wyjazdem zastanawiałem się jak dostanę się na start. Od mojego hostelu to prawie dziesięć kilometrów. Początkowo brałem pod uwagę taksówkę. W ostatniej chwili okazało się, że dla uczestników zawodów będzie przygotowany specjalny pociąg. Uznałem, że to najlepsza opcja. Taksówką byłoby trudniej ze względu na ograniczenia w ruchu. Pociąg dojeżdżał do miejsca oddalonego od startu dosłownie kilkaset metrów. Problemem było jedynie dotarcie o czwartej w nocy w mieście uchodzącym za bardzo niebezpieczne na dworzec. Miałem tam około dwóch kilometrów. Czułem trochę obawy, ale trzeba było się z tym jakoś zmierzyć. Dość szybko dotarło do mnie, że chyba nie będzie tak źle. Zupełnie inaczej wyobrażałem sobie ulice Kapsztadu o tej porze. Mimo bardzo wczesnej godziny pełno było ludzi. Dominowała zwłaszcza młodzież, która ciągle jeszcze kontynuowała sobotnie klubowe imprezy, ale porządku pilnowało także wielu policjantów. Ostatecznie udało się dotrzeć do dworca bezpiecznie i bez żadnych stresujących sytuacji. Na dworcu poznałem Edwarda, biegacza z Johanessburga i na miejsce dotarliśmy już razem miło rozmawiając.

Start biegu wyznaczono falami o 6:15. Już przed wyjazdem wiedziałem, że trasa będzie naprawdę wymagająca. Studiując jej profil nie dało się nie zauważyć dwóch bardzo wysokich podbiegów. Pierwszy już niebawem po starcie, bo na trzecim kilometrze sto metrów w górę, drugi od połowy dystansu wysoki na sto osiemdziesięciąt metrów. Było więc dla mnie oczywiste, że mimo dobrej formy nie będę w stanie pobiec tak szybko, jak w Delhi w lutym, czy w marcu w Warszawie, gdzie uzyskałem niemalże dokładnie takie same bardzo dobre wyniki. Uznałem więc, że bieg potraktuje przede wszystkim treningowo przed czekającymi mnie niebawem startami już w Polsce, w Poznaniu i Gdyni, a rezultat poniżej dwóch godzin mnie zadowoli. Gdzieś w głębi duszy mam jednak nadzieję, że uda się powalczyć o godzinę pięćdziesiąt. Czuję się mimo wszystko dobrze. Startujemy jeszcze o zmroku. Dzięki temu jest możliwość podziwiania krajobrazu pięknie oświetlonego miasta z górami w tle. Piękny to widok. Początek trasy wiedzie wzdłuż winnic Constantia. Przetrwałem jakoś pierwszy podbieg. Dziesięć kilometrów w czterdzieści dziewięć i pół minuty, to na tym etapie wynik powyżej oczekiwań. Od tego momentu zaczyna się jednak drugie jeszcze trudniejsze wzniesienie, które będzie miało, aż pięć kilometrów długości. Do tej pory starałem się o nim nie myśleć i po prostu robiłem swoje. Teraz nie ma już innego wyjścia. Trzeba się z nim zmierzyć. Tempo trochę spadło, ale mniej niż się mogłem tego spodziewać. Pomaga wspaniała atmosfera. Żywiołowy doping ludzi, którzy mimo wczesnej pory pojawili się na trasie, by mocno nas wspierać momentami wywołuje we mnie wręcz delikatne wzruszenie. Naprawdę ciesze się, że tu jestem i biorę w tym wszystkim udział. Gdy dobiegam do szesnatego kilometra czuję się tak, jakbym ten bieg właśnie skończył. Wypełnia mnie ulga, która zwykle pojawia się dopiero na mecie. Wiem już bowiem, że wszystko co najgorsze prawdopdoobnie mam już za sobą, bo ostatnie kilometry w dużej mierze będą z górki. Co prawda w końcówce pojawiają się jeszcze pewne wzniesienia, ale to już w nic w porównaniu z tym, z czym mierzyliśmy się wcześniej. Do mety ustawionej na uniwersyteckim stadionie do rugby dobiegam z czasem 1:44:53 – z absolutnym zaskoczeniem, pełną satysfakcją i biało-czerwoną flagą wzniesioną w górę w geście triumfu.

Po biegu zostałem chwilę by wymienić wrażenia z innymi biegaczami, pocieszyć sie atmosferą i tym wszystkim, co dla biegaczy przygotowali organizatorzy, ale tego dnia miałem jeszcze inne plany, dlatego zależało mi jednak, aby w miarę szybko wrócić do hostelu. Okazało się, że nie bardzo jest czym. Pociąg do centrum odjeżdżał dopiero o trzynastej, czyli za trzy godziny. Trochę już pogodzony, że zostałem na pewien czas uziemiony wpadłem na pomysł, aby zapytać tutejszych biegaczy, czy ktoś z nich nie jedzie akurat swoim autem do centrum miasta i nie wziąłby mnie ze sobą. Pierwsza próba zakończyła sie porażką, ale za drugim razem się udało. Pewna miła czarnoskóra para odstawiła mnie w zasadzie pod sam hostel, a ja mogłem przejść do realizacji dalszych planów.

Po południu czekała mnie wyprawa na Signal Hill. To jedno z najbardziej malowniczych miejsc w Kapsztadzie. Jeszcze przed wyjazdem wyczytałem, że ta położona bezpośrednio obok słynnej Góry Stołowej niewysoka wznosząca się na około trzysta pięćdziesiąt metrów góra oferuje niezapomniane widoki na miasto i okolicę, w tym na przepiękną Zatokę Stołową. Jest to idealne miejsce na piknik, romantyczny spacer o zachodzie słońca czy sesję fotograficzną z panoramą Kapsztadu w tle. Znajduje się tu także słynna armata Noon Gun, która jest wystrzeliwana codziennie w południe. To tradycja sięgająca połowy XIX wieku, która służyła jako sygnał czasowy dla okrętów. Kapsztad był dobrze znanym przystankiem podczas podróży morskich, w którym cumowało wiele statków. Bez nowoczesnej komunikacji sygnalizującej przybycie gości, działa na Wzgórzu Sygnałowym były używane do informowania mieszkańców o przybyciu nowego statku. Gdy nowoczesna komunikacja zastąpiła tę potrzebę, wzgórze nadal pozostało związane z sygnalizacją, czy to przybywających statków, czy ogłaszania pory dnia i dlatego stało się znane jako Signal Hill. Co ciekawe jeszcze przed wyjazdem wyczytałem, że u wybrzeży RPA spoczywa w sumie około dwóch tysięcy wraków statków, a większość z nich ma ponad pięćset lat. Do podnóża góry podjechałem autobusem. Dalej trzeba było radzić sobie już pieszo. Pierwsze kilometry pokonałem asfaltową drogą, ostatni z nich to już niestety kamiennisty górski szlak. Po godzinie marszu byłem na miejescu, a oszałamiające widoki wynagrodziły trudy wspinaczki.

Na poniedziałek jeszcze przed wyjazdem wykupiłem sobie wycieczkę do miejsc, które traktowałem jako obowiązkowe, a do których trudno byłoby mi dotrzeć na własna rękę. Tuż przed ósmą odebrała mnie z hotelu Nuria, młoda sympatyczna dziewczyna, która była zarówno kierowcą, jak i przewodnikiem. Drugą uczestniczką naszej wyprawy była pochodząca z Ghany, a na stałe mieszkająca w Londynie Jennifer. Rozbawiła mnie, gdy się okazało, że pochodzę z Polski. Podobno w Londynie ma polską sąsiadkę, która nazywa ją „wariacka”. Gdy sprecyzowałem, że pewnie raczej „wariatka” przy okazji tłumacząc co to znaczy śmialiśmy się już we trójkę. Rzeczywiście była trochę szalona. Do pierwszego punktu naszej wyprawy, czyli Góry Stołowej dotarliśmy w ciągu kilkudziesięciu minut. Na szczyt wysokiej na ponad tysiąc metrów góry, która jest jednym z siedmiu nowych naturalnych cudów świata wjechaliśmy kolejką linową. Podziwiając panoramę miasta z tej perspektywy usłyszałem polski język. Były to dwie panie mieszkające w Stanach. Starsza Zofia urodziła się w Polsce w czasie wojny, jej córka już za oceanem i choć trudno się wyzbyć akcentu to jednak obie Panie świetnie mówią po polsku. Podczas krótkiej rozmowy opowiedziałem im w skrócie, co mnie do RPA sprowadziło i jakie mam cele. Były na tyle pod wrażeniem ze poprosiły o kontakt i wspólne zdjęcie. Nie ukrywam, że cieszą mnie tego typu spotkania i reakcje. Daje mi to poczucie, że to co robię już od tylu lat ma sens i naprawdę coś znaczy.

Podążając dalej autem minęliśmy jeden z Townshipów, czyli porównywalnych do brazylijskich faveli dzielnic, które powstały w wyniku polityki apartheidu, mającej na celu kontrolę nad ludnością kolorową. Ludzie żyją tam w ogromnej biedzie i mając ograniczone możliwości funkcjonowania. Niedługo potem minęliśmy plażę Camps Bay. To dla kontrastu dość luksusowa okolica, która przyciąga bogaczy. Podobno dom w tej okolicy ma na przykład pochodząca z RPA hollywodzka gwiazda Charlize Theron. Jadąc dalej wykutą w skale trasą Chapman’s Peak, która uchodzi za jedną z najpiękniejszych tras górskich na świecie dotarliśmy do przepięknej zatoki Haut Bay. Muszę przyznać, że otaczające ją krajobrazy były po prostu cudowne i zrobiły na mnie ogromne wrażenie.

Niebawem dotarliśmy do spektakularnego punktu naszej wyprawy, a mianowicie do Przylądka Dobrej Nadziei. To miejsca, gdzie w zasadzie kończy się kontynent afrykański. Czułem ogromne emocje. Do tej pory znak informujący o najdalej wysuniętym punkcie południowo-zachodniej Afryki znałem jedynie z telewizji i zdjęć. Teraz stałem tuż obok niego i byłem niesamowicie podekscytowany. W oddali rzucały się w oczy ustawione tuż nad oceanem dwa kamienne krzyże. Ten po lewej to krzyż Vasco da Gamy, ten po prawej to krzyż Bartolomeo Diasa. Portugalscy odkrywcy zwykli oznaczać swoje nowo odkryte miejsca kamiennymi pomnikami zwanymi „padro”. Te duże kamienne filary zwięńczone krzyżami i herbem Portugalii były symbolami imperialnych ambicji i chrztu niezbadanych dotąd brzegów. Oba „padro”, zostały wzniesione w latach sześćdziesiątych poprzedniego stulecia w miejscu domniemanego przybycia odkrywców i stanowią przejmujące przypomnienie ich morskich wypraw, które ukształtowały dzisiejszy świat. Odwiedzenie tego miejsca było dla mnie sporym przeżyciem i cudowną przygodą.

Podążając dalej dojechaliśmy do Cape Point. Na szczycie góry znaduje się postawiona w polowie XIX wieku latarnia morska. Na górę można dostać się albo pieszo, albo kolejką zwaną po żeglarsku „Latający Holender”. Ja wybrałem marsz. Dotarcie na szczyt nie było tak wymagające, jak myślałem i w kwadrans dotarłem na miejsce. Tak, czy inaczej było warto, bo widoki na bezkresny ocean i klify są przepiękne. Ostatnim przystankiem naszej wycieczki byla plaża Bolder Beach. To jedno z najbardziej unikalnych miejsc na świecie. Co ciekawe na tej plaży w zasadzie nie ma piasku. Są za to imponujące naturalne baseny skalne, które nadaja temu miejscu uroku. Jednakże i tak naciekawsza atrakcją są żyjące tutaj afrykańskie pingwiny, z którymi można w zasadzie stanąć oko w oko w odległości kilku metrów. Nie uciekają. Zresztą nie należą do zbyt ruchliwych ptaków. Długimi minutami siedziały w zupełnym bezruchu obserwując podziwiających ich turystów i pozując do zdjęć niczym obyte z obiektywem modele i modelki.

We wtorek rano spotkałem się z Debbie. Poznaliśmy się jeszcze w sobotę. Mieliśmy się spotkać w niedzielę po biegu, nie udało się. Potem liczyliśmy na spotkanie w poniedziałek po wycieczce, także się nie udało. Udało się za trzecim razem, w zasadzie w ostatniej chwili. Debbie próbuje swoich sił jako modelka i influencerka. Dodatkowo prowadzi internetowy butik z odzieżą. Sprowadza produkty z Chin i sprzedaje je potem lokalnie w RPA. Było bardzo miło, ale w końcu trzeba było kierować się w stronę lotniska, a potem już długa, daleka i naprawdę męcząca droga do domu. Z Kapsztadu zabieram wspaniałe wspomnienia. Widziałem już wiele pięknych miejsc, ale chyba nigdzie nie ma ich tak dużo jak tu. Z afrykańskich krajów, które miałem okazję odwiedzić RPA podobało mi się zdecydowanie najbardziej. Kapsztad to chyba też najbardziej europejskie z afrykańskich miast, w których byłem i myślę, że mógłbym tu nawet kiedyś zamieszkać. Kto wie… może kiedyś?

2026.04.12 Kapsztad (RPA) TOTALSPORT TWO OCEANS HALFMARATHON – 1:44:53
Więcej zdjęć z biegu:
Więcej zdjęć z Kapsztadu:
Więcej zdjęć z Muizenberg:
Więcej zdjęć z Góry Stołowej i Przylądka Dobrej Nadziei: