Minął jedynie miesiąc i znowu wróciłem na afrykańską ziemię. Szukałem jeszcze jakiegoś zagranicznego wyjazdu nie wymagającego dużych nakładów na półmaraton, w kraju w którym mnie do tej pory nie było i 38 COMAR SEMI-MARATHON TUNIS-CARTHAGE w Tunezji wydawał się być pod tym względem idealny. Tani bilet udało mi się znaleźć stosunkowo łatwo, ale na tym tak naprawdę łatwe kwestie się skończyły. Problemy z rejestracją, potem z płatnością, utrudniony kontakt z organizatorami powodowały we mnie pewien niepokój i frustrację. Gdy z każdą z tych trudności udało się w końcu jakoś uporać na ostatniej prostej pojawiła się kolejna – największa. Okazało się bowiem, że pakiety startowe będą wydawane w biurze zawodów jedynie do południa w sobotę, czyli gdy ja będę ciągle jeszcze w powietrzu. Zaczynałem już powoli żałować, że się na ten bieg w ogóle zdecydowałem i gdyby nie fakt, że miałem już kupiony bilet lotniczy, którego nie mogłem zwrócić to za pewne bym z tego wyjazdu po prostu zrezygnował. Nie mając innego wyboru pozostało jedynie odliczać czas i liczyć, że znajdzie się jakieś rozwiązanie, które sprawi, że nie będzie to jedynie turystyczny wyjazd, ale pojawi się szansa, aby w tym biegu rzeczywiście pobiec. Czy rzeczywiście się pojawi? Przekonam się dopiero na miejscu.

Lot miałem bardzo wcześnie rano. Mroźną listopadową noc przyszło mi zatem spędzić na lotnisku. Po kilku godzinach w powietrzu i międzylądowaniu we Frankfurcie, gdzie miałem przesiadkę w końcu wczesnym popołudniem dotarłem do Tunisu. Nie kombinowałem z autobusami i po prostu wziąłem taksówkę. Chciałem jak najszybciej dostać się do miasta. W jednym z hoteli miał bowiem czekać na mnie mój numer startowy. Zostawił go tam Michel. Poznaliśmy się w Internecie kilka tygodni wcześniej. Choć jest Holendrem, aktualnie mieszka w Stanach. Przeczytał zostawiony na Facebooku komentarz o moich problemach i ponieważ przybył do Tunisu już kilka dni wcześniej zaoferował swoją pomoc. Umówiliśmy się, że upoważnię go do odbioru mojego pakietu i gdy do odbierze zostawi go na recepcji swojego hotelu. Odnalazłem go tam tak, jak uzgodniliśmy, a gdy trafił w moje ręce kamień spadł mi z serca. Wiedziałem już bowiem, że prawdopodobnie największa przeszkoda, by ten półmaraton pobiec została właśnie pokonana. Z poczuciem ulgi już na piechotę skierowałem się w stronę swojego hotelu planując jeszcze po drodze co nieco zobaczyć.

Po kilkunastu minutach marszu dotarłem do alei Habib Bourguiba. To główna arteria miasta nazwana na część pierwszego Prezydenta, ojca niepodległości i jeden z najważniejszych punktów miasta. Wzdłuż alei znajdują się liczne kawiarnie, restauracje i sklepy, a także luksusowe hotele. Można odnaleźć tu także ważne zabytki, czy instytucje. Tutaj też następnego dnia będzie miał miejsce start i meta tego biegu. Rozstawiano powoli barierki, a część infrastruktury czekała już gotowa na następny dzień. Zrobiłem kilka pierwszych zdjęć i poszedłem dalej. Minąłem Teatr Miejski. Budynek zwany potocznie ze względu na swój kształt „bombonierką” został wybudowany na początku poprzedniego stulecia i pełni funkcję głównego centrum kulturalnego stolicy Tunezji, goszcząc opery, balet, koncerty symfoniczne i spektakle teatralne. Podążając dalej dotarłem do Place de l’Indépendance, czyli centralnego placu w tym mieście, który upamiętnia uzyskanie przez kraj w 1956 roku niepodległości od Francji. Jest on ważnym punktem pamięci narodowej, ale także atrakcją turystyczną, gdzie można zrobić zdjęcia z charakterystycznym napisem „I Love Tunis”. Nie napis był jednak głównym celem mojej wizyty w tym miejscu, a między innymi tutejsza piękna Katedra Św. Wincentego. Kościół został wzniesiony pod koniec XIX wieku przez kardynała Lavigeriego – tego samego, który rozpoczął wielką misję chrystianizacji Afryki. Pod koniec poprzedniego stulecia katedrę odwiedził św. Jan Paweł II. Niestety nie mogłem wejść do środka, bo była zamknięta, ale nawet z zewnątrz zrobiła na mnie spore wrażenie. Na placu poza Katedrą znajduje się także monument Ibn Chalduna, słynnego tunezyjskiego filozofa, historyka i prekursora socjologii. Musi być dla Tunezyjczyków kimś naprawdę ważnym, bo jego pomnik jest chyba najbardziej strzeżonym miejscem jakie w Tunisie miałem okazję zobaczyć. Ogrodzony drutem kolczastym i barierkami, dodatkowo był chroniony przez uzbrojonych w długą broń kilku żołnierzy i dwa wozy bojowe. Zastany widok był dla mnie sporym zaskoczeniem, bo trudno wytłumaczyć aż takie środki w bezpieczeństwa dokładnie w tym miejscu. Na koniec zostawiłem sobie Bab el Bhar, czyli historyczną bramę miejską, znaną także jako „Brama Morza” lub „Porte de France”. Wzniesiono ją ponad tysiąc lat temu. Wówczas była głównym wejściem i kluczowym punktem w obronności miasta. Dziś stanowi symboliczną granicę między historyczną Medyną, a nowoczesną częścią Tunisu. Tego dnia jej jeszcze nie przekroczyłem i po dotarciu do niej skierowałem się w stronę hotelu. Zwiedzanie Starego Miasta zostawiłem sobie bowiem na niedzielę po biegu.

Podobnie jak miesiąc wcześniej w Nairobi, tak i w Tunisie w hotelu pozwoliłem sobie na prywatny pokój. Tym razem jednak nie było się już do czego przyczepić i spełniał wszystkie moje potrzeby. Było tam cicho, czysto i komfortowo. Chłopak na recepcji widząc mój paszport zapytał czy jestem z Polski. Gdy odpowiedziałem, że tak patrząc na mnie z małym wyrzutem jakbym mu zrobił jakąś krzywdę odparł, że kiedyś wiele lat temu miał żonę z Polski. Od razu wyczułem, że będzie w tym jakieś drugie dno i za chwile je poznam. Nie pomyliłem się. W skrócie odpowiedział swoją historię. Dziewczyna miała podobno dwadzieścia jeden lat, przyleciała do Tunisu jako turystka, wzięła z nim tu ślub, a potem przez cztery kolejne lata przylatywała do niego co kilka miesięcy na parę dni, aż w końcu nie wróciła już nigdy. No cóż…. Życie. Mogłem jedynie współczuć. Trochę zmieszany całą tą opowieścią poszedłem do pokoju odpoczywać.

Budzik nastawiłem sobie za piętnaście szósta. Coś poszło nie tak, bo nie zadzwonił. Obudziłem się prawie czterdzieści minut później, sam, ale w sumie nie ma tego złego… za oknem ciągle było ciemno, na start miałem blisko i znałem już przecież dobrze drogę. Nie było sensu zrywać się, aż tak wcześnie. Poprzedniego dnia jednak jakoś o tym nie pomyślałem. Brama startowa i meta zawodów zostały ustawione na znanej mi już głównej alei tuż przy Wieży zegarowej. Ten chyba najbardziej rozpoznawalny symbol Tunisu stoi w tym miejscu od ćwierć wieku. Zegar przypomina trochę Big Bena. Przynajmniej takie miałem pierwsze skojarzenie. Czasu do biegu zostawało coraz mniej, a pojawił się problem ze znalezieniem depozytów, czyli miejsca gdzie biegacze mogą zostawić swoje rzeczy. Nawet pytane osoby ze strony organizatorów nie były w stanie mi pomoc. Biorąc pod uwagę, że począwszy od zapisów, aż po odbiór pakietów miałem wrażenie, że ta impreza odbywa się trochę jakby na wariackich papierach zacząłem już nawet powoli oswajać się z myślą, że może depozytów nie przewidziano w ogóle i przyjdzie mi biec z wypchanym po brzeg plecakiem. Gdy w końcu w bocznej ulicy w jakiejś obskurnym zaułku udało mi się to miejsce odnaleźć okazało się, że jeszcze tam nie ma nikogo, komu można by było powierzyć swoje rzeczy. Osoba za to odpowiedzialna bez jakiegoś pośpiechu pojawiła się dopiero pół godziny przez biegiem, gdy zebrała się już całkiem spora kolejka biegaczy. Po oddaniu rzeczy miałem jeszcze chwilę dla siebie. Wchodząc do toalety zostawiłem sobie buteleczkę z wodą przy wejściu. Gdy wyszedłem okazało się, że prawie cała została wypita. Nawet nie wiedziałem jak to skomentować. Uśmiechnąłem się więc w głębi duszy nie mogąc w to uwierzyć i poszedłem na start, bo co miałem zrobić?

Tuż przed biegiem odśpiewano hymn Tunezji. Gdy na zegarze wybiła ósma na trasę wyruszyli maratończycy. Pięć minut później biegacze na dystansie o połowę krótszym, w tym ja, a także na ci na 5km. Nie było wydzielonych stref, a ja ustawiłem się zdecydowanie za daleko. Dlatego też na pierwszych kilometrach muszę zmierzyć z ogromnym tłokiem w dziesięciotysięcznym tłumie, który mocno ogranicza moje tempo. Mimo, że stosunkowo wolno to biegnie mi się dość ciężko. Na szczęście trasa jest łatwa i płaska, a ja nie mam też jakichś szczególnych oczekiwań jeśli chodzi o wynik. Na starcie ustawiłem sobie zegarek, aby poprowadził mnie na godzinę i pięćdziesiąt minut. Czułem już spadek formy w ostatnich tygodniach i uznałem, że taki wynik i tak mnie usatysfakcjonuje. Po niespełna pół godzinie biegu po mieście skręciliśmy w kierunku zatoki na Marinę i teraz będzie to po prostu jedna długa prosta, która zawiedzie nas aż do nawrotki na trzynastym kilometrze. Jest dość ciepło, ale nie upalnie. Sporo jest też punktów z wodą. Nie ma za bardzo co podziwiać. Jedyne, co nas otacza to zatoka po obu stronach drogi, którą biegniemy, palmy i kilka zacumowanych w oddali ogromnych statków. Po dziesięciu kilometrach mam minutę zapasu względem oczekiwanego wyniku na mecie, po piętnastu dwie. Choć nadal biegnie mi się dość ciężko nie odczuwam żadnego kryzysu. W drugiej połowie dystansu mimo, że słońce było już coraz wyżej przyspieszam. Od nawrotki sprzymierzeńcem jest wiatr, który wiejąc teraz delikatnie w twarz chłodzi rozgrzane głowy. Na szesnastym kilometrze zaczynam biec jeszcze szybciej. Gdy na dwudziestym jakąś starsza pani widząc białego orla na mojej koszulce krzyczy do mnie po angielsku „Go, go Poland, let’s go!” mobilizuje mnie to do tego, by dać z siebie jeszcze więcej. Chwilę potem jestem już na mecie z wynikiem, który przed biegiem brałbym w ciemno. Prawie cztery minuty lepiej od założonego celu jest dla mnie sporą niespodzianką. Miłą niespodzianką. W drodze do hotelu spotykam trójkę chłopaków z Poznania. Poznaliśmy się jeszcze na lotnisku w Tunisie. Rozmawiamy chwilę i wymieniamy wrażenia. Okazało się, że i ich dotknęła nie najlepsza organizacja tego biegu. Przez niespójne informacje na stronie organizatorów spóźnili się na start. Mimo tych problemów ostatecznie udało się im i tak ukończyć. To najważniejsze.

W hotelu chwile odpocząłem i wyruszyłem odkrywać Medinę, czyli miejsca gdzie ponad tysiącletnia historia tego miejsca splata się z codziennym życiem. To był zupełnie inny Tunis, niż ten który poznałem dzień wcześniej. O ile tamta część miasta w dużej mierze przypominała Europę, o tyle tu można było poczuć duch autentycznego arabskiego świata. To prawdziwy labirynt wąskich uliczek, straganów i zaułków. Można tu odnaleźć także około siedmiuset zabytków, w tym pałace, meczety, medresy, fontanny oraz inne budynki łączące arabskie i osmańskie style architektoniczne. To, co zwróciło moja uwagę to też koty… setki, a może i tysiące bezpańskich kotów i ani jednego psa. Przemierzając wąskie uliczki Mediny i chłonąc tutejszą atmosferę pełną dźwięków nawoływań do modlitwy, zapachów przypraw i gwaru rzemieślników, czy kupców dotarłem do pierwszego punktu mojej wycieczki, czyli do Dar Ben Abdallah. To XVIII-wieczny pałac obecnie przekształcony w Muzeum Sztuki i Tradycji Ludowej prezentujące życie codzienne dawnych elit Tunezji. Idąc dalej dotarłem do Madrassy Slimania, czyli zabytkowej islamskiej szkoły teologicznej z XVIII wieku kształcącej studentów w zakresie Koranu i prawa islamskiego. Skorzystałem z okazji, że można było wejść do środka. Na dziedzińcu była wystawiona jakaś galeria obrazów. Spędziłem tu chwilę i poszedłem dalej. Chwilę potem byłem już przy Meczecie Zitouna. To najstarszy i jeden z najważniejszych meczetów tego miasta, pełniący także funkcję centrum nauki islamskiej i kulturalnej. Został założony w VIII wieku i to właśnie wokół niego jako punkcie centralnym w późniejszym okresie rozbudowywała się cała Medina. Uczono tu teologii, prawa islamskiego, języka arabskiego, historii, nauk przyrodniczych i medycyny, a wykłady prowadzili tu słynni islamscy uczeni, między innymi wspominany już Ibn Chaldun. Chciałem wejść do środka, ale już po przekroczeniu progu jakiś ortodoksyjny muzułmanin oddający się modlitwie dał mi do zrozumienia swoim gestem, że nie będzie to możliwe. Obejrzałem więc świątynie jedynie z perspektywy wejścia, dziedziniec przed budynkiem i poszedłem dalej. Ostatnim punktem tego dnia była dla mnie plac Kasbeqa. Dla mieszkańców Tunisu ma on znaczenie historyczne, polityczne i turystyczne. Znajdują się tu m.in. Ratusz, ministerstwa obrony, finansów, sprawiedliwości, a także historyczne instytucje edukacyjne, szpitale i mauzolea upamiętniające narodowe postacie. Centralnym punktem placu jest Pomnik Narodowy Kasby. Monument symbolizuje ważne wydarzenia w historii Tunezji i pojawia się podobno nawet na dowodach osobistych obywateli tego kraju. Rozległy plac otoczony nowoczesnymi i eleganckimi budynkami stanowi zupełnie przeciwieństwo ciasnych uliczek Mediny.

Zmęczony już trochę całym tym dniem postanowiłem wrócić do hotelu. Po drodze zaczepił mnie jakiś mężczyzna w średnim wieku. Nie wiem, czy to był jedynie pretekst do rozpoczęcia rozmowy, ale zapytał o godzinę. Gdy odpowiedziałem po chwili zadał pytanie skąd jestem, a gdy okazało się, że z Polski wyraźnie zaciekawiony zaczął dopytywać dalej. Pytał o naszą wschodnią granicę, o tym jak bardzo jest chroniona i jak daleko jest stamtąd do Warszawy. Swoje pytania uzupełniał wypowiedziami o tym, że życie w Tunezji jest trudne, i że przez Białoruś chciałby dostać się do Niemiec gdzie ma rodzinę. Na jego pytania odpowiadałem tak, aby odwieść go od tego pomysłu. Chyba jednak nie bardzo mi się to udało. Chciał zaprosić mnie na piwo, za pewne licząc, że uda mu się ze mnie wyciągnąć jakieś dalsze informacje. Z zaproszenia nie skorzystałem.

Poniedziałek to ostatni dzień mojego pobytu w Tunezji, ale zanim wróciłem do domu czekała na mnie jeszcze jedna atrakcja, a mianowicie wycieczka do Kartaginy. Dziś to niewielka miejscowość położona kilkanaście kilometrów od Tunisu. Kiedyś to stolica prawdziwego imperium rywalizującego z tym rzymskim, aż do momentu swojego upadku w połowie II wieku p.n.e. Większość mieszkańców została wówczas zamordowana lub sprzedana w niewolę, a miasto zrujnowano. Odbudowano je kilkadziesiąt lat później, ale już jako rzymską kolonię. Dziś stanowi ono jedno wielkie stanowisko archeologiczne, w którym na każdym kroku spotyka się pamiątki sprzed tych kilku tysięcy lat. Pojechałem tam autobusem. Ponieważ wiedziałem, że to właśnie w tej okolicy skoncentrowana jest większość najważniejszych zabytków wysiadłem na stacji Hannibal nazwaną tak na cześć legendarnego znanego z ogromnego okrucieństwa kartagińskiego dowódcy. Pamiątki przeszłości będę jednak tak naprawdę spotykał tu na każdym kroku. Chyba największe wrażenie zrobiły na mnie Termy Antonina, czyli monumentalny, jeden z największych w starożytnym świecie poza Rzymem kompleks rzymskich łaźni, czy też rzymski Amfiteatr. Po wielu godzinach podróży w czasie do starożytności skierowałem się w stronę lotniska. Jeszcze tylko długie czekanie na lot najpierw do Monachium, potem do Warszawy i tuż przed północą pociąg do domu do Siedlec. Najmniejsze opóźnienie na którymkolwiek z etapów oznaczałoby spędzoną noc na lotnisku lub dworcu. Choć cały ten wyjazd od momentu kupna biletu do powrotu do domu był jakby trochę na wariackich papierach to na szczęście takie opóźnienie się już nie pojawi i wszystko pójdzie zgodnie z planem. Noc spędzę zatem w swoim łóźku. To był ostatni półmaraton tego rekordowego pod tym względem i bardzo udanego roku.

2025.11.30 Tunis (Tunezja) 38 COMAR SEMI-MARATHON TUNIS-CARTHAGE – 1:46:18
Więcej zdjęć z biegu:
Więcej zdjęć z Tunisu:
Więcej zdjęć z Kartaginy:







































































































































































Do pokonania było 6 kilometrów asfaltowej trasy z niespełna kilometrowym fragmentem po drodze gruntowej. Postanowiłem pobiec raczej mocno, ale bez szczególnego nastawienia na to, by dać z siebie wszystko na co mnie tego dnia stać. Pierwszy kilometr zacząłem dość szybko, chyba trochę nawet za szybko (4:10), ale tak to jest jak się biegnie w grupie. Ambicja i motywacja robią swoje. Gdy grupa rozciągnęła się na tyle, że w zasadzie zostałem sam zwolniłem do tempa mniej więcej 4:30. Takie tempo utrzymałem w zasadzie już do końca. Udało się po drodze wyprzedzić kilku rywali, jedna osoba wyprzedziła mnie i do mety dobiegłem ze średnim tempem 4:29 na kilometr w czasie 26:58. Zadowolony. Dało mi to 15 miejsce w gronie około 70 osób.
Po biegu jeszcze grochówka, makaron i trochę smakołyków przygotowanych przez organizatorów, miłe rozmowy i wymiana wrażeń ze znajomymi, a potem powrót do domu. Obowiązek spełniony z uśmiechem na twarzy. Rocznica uczczona godnie.






































































































































































































































































Do Krakowa wybrałem się w sobotni poranek pociągiem. Tym razem miałem towarzystwo. Już od kilku tygodni wiedziałem, że na ten sam bieg wybierają się moi koledzy i koleżanka z klubu Wiśniew Biega I Maszeruje. Udało się kupić bilety obok siebie. Podróż minęła więc miło i sympatycznie na rozmowach. Po kilku godzinach jazdy byliśmy na miejscu i swoje kroki skierowaliśmy w stronę hali Tauron Arena, gdzie po pierwsze było Expo biegu, a po drugie następnego dnia miał być zlokalizowany start i meta. Po odebraniu pakietu skierowałem się tramwajem w stronę swojego hostelu. Dokładnie tego samego, w którym mieszkałem cztery lata temu.







Gdy przyleciałem do Tbilisi przywitał mnie deszcz. Miałem nadzieję, ze prognozy się nie sprawdzą i chociaż następnego dnia, gdy przyjdzie nam się zmagać z półmaratonem będzie pogodniej. Niestety opady na szczęście niewielkie będą nam towarzyszyć do samego końca zawodów. „Biorąc pod uwagę upał, który dosłownie tydzień wcześniej w Platerowie na Podlasiu dał mi się tak mocno we znaki i po prostu mnie zniszczył to może i dobrze?” – Starałem się szukać pozytywów. Startujemy kilkaset metrów od mojego hostelu na Placu Rewolucji Róż. Nazwa ta upamiętnia protesty z 2003 roku, w których to wyniku prezydenturę w Gruzji objął prozachodni przyjaciel Lecha Kaczyńskiego Micheil Saakaszwili. Snując się po placu zapytałem kogoś, czy mógłby mi zrobić zdjęcie. Trafiłem idealnie. Był to Mohammed, który widząc trzymaną przeze mnie polską flagę odpowiedział poprawną polszczyzną, zniekształcając jedynie trochę akcent: „Z Polski? To pewnie że można!” Okazało się, że jest Palestyńczykiem i choć teraz mieszka w Jerozolimie to dwadzieścia lat temu studiował w Polsce. Mimo upływu czasu dało się wyczuć nadal ogromny sentyment do naszego kraju i moglibyśmy tak pewnie miło rozmawiać dalej, w końcu jednak trzeba było zająć miejsce w swojej strefie startowej.



Podążając dalej trasą wycieczki wzdłuż rzeki Debed minęliśmy położoną w wąwozie jakąś wydawałoby się opuszczoną starą olbrzymią fabrykę. Już po powrocie do domu dowiem się, że to hydroelektrownia i kopalnia miedzi w Alaverdi. Podobno w czasach świetności kopalnia odpowiadała za jedną dziewiątą całego wydobycia miedzi Imperium Rosyjskiego i przez dziesięciolecia była symbolem rozwoju gospodarczego i przemysłowym sercem regionu. Dziś jest w opłakanym stanie. Odkryte, zaniedbane, betonowe konstrukcje, zakładowe biura i hale fabryczne z powybijanymi oknami. Wszystko zardzewiałe, odrapane, zdominowane przez szarość. Mimo to, choć czasy świetności ma już za sobą to podobno w pewnym stopniu zakład ciągle funkcjonuje.
Będąc w pobliżu klasztoru Sanahin mieliśmy okazję odwiedzić Muzeum Braci Mikojan. To miejsce poświęcone dwóm wybitnym Ormianom – Artemowi i Anastasowi Mikojan. Nie wiedziałem o tym wcześniej, ale to właśnie Ormianin Artem Mikojan był współkonstruktorem kolejnych modeli legendarnego samolotu MIG. Anastas natomiast był wieloletnim członkiem politbiura ZSRR. Obaj mieli ogromny wkład w radzieckie lotnictwo i politykę. Muzeum przybliża ich sylwetki i opowiada o ich życiu, a przed budynkiem stoi oryginalny, pełnowymiarowy samolot MIG-21.
W przerwie między kolejnymi punktami między naszej wycieczki mieliśmy zaplanowany obiad u lokalnej rodziny w zwykłym tutejszym domu z tradycyjną ormiańską kuchnią. Na syto zastawionym stole znalazło się wiele potraw. Choć przyznam szczerze nie lubię kulinarnych eksperymentów to jednak tym razem zjadłem wszystko ze smakiem i bardzo mi smakowało. Nie przypadło mi do gustu jedynie coś, co przypominało polskie gołąbki. Wolę nie wiedzieć jakiego rodzaju mięso było w środku. Smakowało nijako. Tak, czy inaczej do hostelu z wycieczki wróciłem zadowolony i najedzony.














































































































































































































































































































































































