Archiwum kategorii: Bieganie

Na wariackich papierach

      Minął jedynie miesiąc i znowu wróciłem na afrykańską ziemię. Szukałem jeszcze jakiegoś zagranicznego wyjazdu nie wymagającego dużych nakładów na półmaraton, w kraju w którym mnie do tej pory nie było i 38 COMAR SEMI-MARATHON TUNIS-CARTHAGE w Tunezji wydawał się być pod tym względem idealny. Tani bilet udało mi się znaleźć stosunkowo łatwo, ale na tym tak naprawdę łatwe kwestie się skończyły. Problemy z rejestracją, potem z płatnością, utrudniony kontakt z organizatorami powodowały we mnie pewien niepokój i frustrację. Gdy z każdą z tych trudności udało się w końcu jakoś uporać na ostatniej prostej pojawiła się kolejna – największa. Okazało się bowiem, że pakiety startowe będą wydawane w biurze zawodów jedynie do południa w sobotę, czyli gdy ja będę ciągle jeszcze w powietrzu. Zaczynałem już powoli żałować, że się na ten bieg w ogóle zdecydowałem i gdyby nie fakt, że miałem już kupiony bilet lotniczy, którego nie mogłem zwrócić to za pewne bym z tego wyjazdu po prostu zrezygnował. Nie mając innego wyboru pozostało jedynie odliczać czas i liczyć, że znajdzie się jakieś rozwiązanie, które sprawi, że nie będzie to jedynie turystyczny wyjazd, ale pojawi się szansa, aby w tym biegu rzeczywiście pobiec. Czy rzeczywiście się pojawi? Przekonam się dopiero na miejscu.

      Lot miałem bardzo wcześnie rano. Mroźną listopadową noc przyszło mi zatem spędzić na lotnisku. Po kilku godzinach w powietrzu i międzylądowaniu we Frankfurcie, gdzie miałem przesiadkę w końcu wczesnym popołudniem dotarłem do Tunisu. Nie kombinowałem z autobusami i po prostu wziąłem taksówkę. Chciałem jak najszybciej dostać się do miasta. W jednym z hoteli miał bowiem czekać na mnie mój numer startowy. Zostawił go tam Michel. Poznaliśmy się w Internecie kilka tygodni wcześniej. Choć jest Holendrem, aktualnie mieszka w Stanach. Przeczytał zostawiony na Facebooku komentarz o moich problemach i ponieważ przybył do Tunisu już kilka dni wcześniej zaoferował swoją pomoc. Umówiliśmy się, że upoważnię go do odbioru mojego pakietu i gdy do odbierze zostawi go na recepcji swojego hotelu. Odnalazłem go tam tak, jak uzgodniliśmy, a gdy trafił w moje ręce kamień spadł mi z serca. Wiedziałem już bowiem, że prawdopodobnie największa przeszkoda, by ten półmaraton pobiec została właśnie pokonana. Z poczuciem ulgi już na piechotę skierowałem się w stronę swojego hotelu planując jeszcze po drodze co nieco zobaczyć.

      Po kilkunastu minutach marszu dotarłem do alei Habib Bourguiba. To główna arteria miasta nazwana na część pierwszego Prezydenta, ojca niepodległości i jeden z najważniejszych punktów miasta. Wzdłuż alei znajdują się liczne kawiarnie, restauracje i sklepy, a także luksusowe hotele. Można odnaleźć tu także ważne zabytki, czy instytucje. Tutaj też następnego dnia będzie miał miejsce start i meta tego biegu. Rozstawiano powoli barierki, a część infrastruktury czekała już gotowa na następny dzień. Zrobiłem kilka pierwszych zdjęć i poszedłem dalej. Minąłem Teatr Miejski. Budynek zwany potocznie ze względu na swój kształt „bombonierką” został wybudowany na początku poprzedniego stulecia i pełni funkcję głównego centrum kulturalnego stolicy Tunezji, goszcząc opery, balet, koncerty symfoniczne i spektakle teatralne. Podążając dalej dotarłem do Place de l’Indépendance, czyli centralnego placu w tym mieście, który upamiętnia uzyskanie przez kraj w 1956 roku niepodległości od Francji. Jest on ważnym punktem pamięci narodowej, ale także atrakcją turystyczną, gdzie można zrobić zdjęcia z charakterystycznym napisem „I Love Tunis”. Nie napis był jednak głównym celem mojej wizyty w tym miejscu, a między innymi tutejsza piękna Katedra Św. Wincentego. Kościół został wzniesiony pod koniec XIX wieku przez kardynała Lavigeriego – tego samego, który rozpoczął wielką misję chrystianizacji Afryki. Pod koniec poprzedniego stulecia katedrę odwiedził św. Jan Paweł II. Niestety nie mogłem wejść do środka, bo była zamknięta, ale nawet z zewnątrz zrobiła na mnie spore wrażenie. Na placu poza Katedrą znajduje się także monument Ibn Chalduna, słynnego tunezyjskiego filozofa, historyka i prekursora socjologii. Musi być dla Tunezyjczyków kimś naprawdę ważnym, bo jego pomnik jest chyba najbardziej strzeżonym miejscem jakie w Tunisie miałem okazję zobaczyć. Ogrodzony drutem kolczastym i barierkami, dodatkowo był chroniony przez uzbrojonych w długą broń kilku żołnierzy i dwa wozy bojowe. Zastany widok był dla mnie sporym zaskoczeniem, bo trudno wytłumaczyć aż takie środki w bezpieczeństwa dokładnie w tym miejscu. Na koniec zostawiłem sobie Bab el Bhar, czyli  historyczną bramę miejską, znaną także jako „Brama Morza” lub „Porte de France”. Wzniesiono ją ponad tysiąc lat temu. Wówczas była głównym wejściem i kluczowym punktem w obronności miasta. Dziś stanowi symboliczną granicę między historyczną Medyną, a nowoczesną częścią Tunisu. Tego dnia jej jeszcze nie przekroczyłem i po dotarciu do niej skierowałem się w stronę hotelu. Zwiedzanie Starego Miasta zostawiłem sobie bowiem na niedzielę po biegu.

      Podobnie jak miesiąc wcześniej w Nairobi, tak i w Tunisie w hotelu pozwoliłem sobie na prywatny pokój. Tym razem jednak nie było się już do czego przyczepić i spełniał wszystkie moje potrzeby. Było tam cicho, czysto i komfortowo. Chłopak na recepcji widząc mój paszport zapytał czy jestem z Polski. Gdy odpowiedziałem, że tak patrząc na mnie z małym wyrzutem jakbym mu zrobił jakąś krzywdę odparł, że kiedyś wiele lat temu miał żonę z Polski. Od razu wyczułem, że będzie w tym jakieś drugie dno i za chwile je poznam. Nie pomyliłem się. W skrócie odpowiedział swoją historię. Dziewczyna miała podobno dwadzieścia jeden lat, przyleciała do Tunisu jako turystka, wzięła z nim tu ślub, a potem przez cztery kolejne lata przylatywała do niego co kilka miesięcy na parę dni, aż w końcu nie wróciła już nigdy. No cóż…. Życie. Mogłem jedynie współczuć. Trochę zmieszany całą tą opowieścią poszedłem do pokoju odpoczywać.

      Budzik nastawiłem sobie za piętnaście szósta. Coś poszło nie tak, bo nie zadzwonił. Obudziłem się prawie czterdzieści minut później, sam, ale w sumie nie ma tego złego… za oknem ciągle było ciemno, na start miałem blisko i znałem już przecież dobrze drogę. Nie było sensu zrywać się, aż tak wcześnie. Poprzedniego dnia jednak jakoś o tym nie pomyślałem.  Brama startowa i meta zawodów zostały ustawione na znanej mi już głównej alei tuż przy Wieży zegarowej. Ten chyba najbardziej rozpoznawalny symbol Tunisu stoi w tym miejscu od ćwierć wieku. Zegar przypomina trochę Big Bena. Przynajmniej takie miałem pierwsze skojarzenie. Czasu do biegu zostawało coraz mniej, a pojawił się problem ze znalezieniem depozytów, czyli miejsca gdzie biegacze mogą zostawić swoje rzeczy. Nawet pytane osoby ze strony organizatorów nie były w stanie mi pomoc. Biorąc pod uwagę, że począwszy od zapisów, aż po odbiór pakietów miałem wrażenie, że ta impreza odbywa się trochę jakby na wariackich papierach zacząłem już nawet powoli oswajać się z myślą, że może depozytów nie przewidziano w ogóle i przyjdzie mi biec z wypchanym po brzeg plecakiem. Gdy w końcu w bocznej ulicy w jakiejś obskurnym zaułku udało mi się to miejsce odnaleźć okazało się, że jeszcze tam nie ma nikogo, komu można by było powierzyć swoje rzeczy. Osoba za to odpowiedzialna bez jakiegoś pośpiechu pojawiła się dopiero pół godziny przez biegiem, gdy zebrała się już całkiem spora kolejka biegaczy. Po oddaniu rzeczy miałem jeszcze chwilę dla siebie. Wchodząc do toalety zostawiłem sobie buteleczkę z wodą przy wejściu. Gdy wyszedłem okazało się, że prawie cała została wypita. Nawet nie wiedziałem jak to skomentować. Uśmiechnąłem się więc w głębi duszy nie mogąc w to uwierzyć i poszedłem na start, bo co miałem zrobić?

      Tuż przed biegiem odśpiewano hymn Tunezji. Gdy na zegarze wybiła ósma na trasę wyruszyli maratończycy. Pięć minut później biegacze na dystansie o połowę krótszym, w tym ja, a także na ci na 5km. Nie było wydzielonych stref, a ja ustawiłem się zdecydowanie za daleko. Dlatego też na pierwszych kilometrach muszę zmierzyć z ogromnym tłokiem w dziesięciotysięcznym tłumie, który mocno ogranicza moje tempo. Mimo, że stosunkowo wolno to biegnie mi się dość ciężko. Na szczęście trasa jest łatwa i płaska, a ja nie mam też jakichś szczególnych oczekiwań jeśli chodzi o wynik. Na starcie ustawiłem sobie zegarek, aby poprowadził mnie na godzinę i pięćdziesiąt minut. Czułem już spadek formy w ostatnich tygodniach i uznałem, że taki wynik i tak mnie usatysfakcjonuje. Po niespełna pół godzinie biegu po mieście skręciliśmy w kierunku zatoki na Marinę i teraz będzie to po prostu jedna długa prosta, która zawiedzie nas aż do nawrotki na trzynastym kilometrze. Jest dość ciepło, ale nie upalnie. Sporo jest też punktów z wodą. Nie ma za bardzo co podziwiać. Jedyne, co nas otacza to zatoka po obu stronach drogi, którą biegniemy, palmy i kilka zacumowanych w oddali ogromnych statków. Po dziesięciu kilometrach mam minutę zapasu względem oczekiwanego wyniku na mecie, po piętnastu dwie. Choć nadal biegnie mi się dość ciężko nie odczuwam żadnego kryzysu. W drugiej połowie dystansu mimo, że słońce było już coraz wyżej przyspieszam. Od nawrotki sprzymierzeńcem jest wiatr, który wiejąc teraz delikatnie w twarz chłodzi rozgrzane głowy. Na szesnastym kilometrze zaczynam biec jeszcze szybciej. Gdy na dwudziestym jakąś starsza pani widząc białego orla na mojej koszulce krzyczy do mnie po angielsku „Go, go Poland, let’s go!” mobilizuje mnie to do tego, by dać z siebie jeszcze więcej. Chwilę potem jestem już na mecie z wynikiem, który przed biegiem brałbym w ciemno. Prawie cztery minuty lepiej od założonego celu jest dla mnie sporą niespodzianką. Miłą niespodzianką. W drodze do hotelu spotykam trójkę chłopaków z Poznania. Poznaliśmy się jeszcze na lotnisku w Tunisie. Rozmawiamy chwilę i wymieniamy wrażenia. Okazało się, że i ich dotknęła nie najlepsza organizacja tego biegu. Przez niespójne informacje na stronie organizatorów spóźnili się na start. Mimo tych problemów ostatecznie udało się im i tak ukończyć. To najważniejsze.

      W hotelu chwile odpocząłem i wyruszyłem odkrywać Medinę, czyli miejsca gdzie ponad tysiącletnia historia tego miejsca splata się z codziennym życiem. To był zupełnie inny Tunis, niż ten który poznałem dzień wcześniej. O ile tamta część miasta w dużej mierze przypominała Europę, o tyle tu można było poczuć duch autentycznego arabskiego świata. To prawdziwy labirynt wąskich uliczek, straganów i zaułków. Można tu odnaleźć także około siedmiuset zabytków, w tym pałace, meczety, medresy, fontanny oraz inne budynki łączące arabskie i osmańskie style architektoniczne. To, co zwróciło moja uwagę to też koty… setki, a może i tysiące bezpańskich kotów i ani jednego psa. Przemierzając wąskie uliczki Mediny i chłonąc tutejszą atmosferę pełną dźwięków nawoływań do modlitwy, zapachów przypraw i gwaru rzemieślników, czy kupców dotarłem do pierwszego punktu mojej wycieczki, czyli do Dar Ben Abdallah. To XVIII-wieczny pałac obecnie przekształcony w Muzeum Sztuki i Tradycji Ludowej prezentujące życie codzienne dawnych elit Tunezji. Idąc dalej dotarłem do Madrassy Slimania, czyli zabytkowej islamskiej szkoły teologicznej z XVIII wieku kształcącej studentów w zakresie Koranu i prawa islamskiego. Skorzystałem z okazji, że można było wejść do środka. Na dziedzińcu była wystawiona jakaś galeria obrazów. Spędziłem tu chwilę i poszedłem dalej. Chwilę potem byłem już przy Meczecie Zitouna. To najstarszy i jeden z najważniejszych meczetów tego miasta, pełniący także funkcję centrum nauki islamskiej i kulturalnej. Został założony w VIII wieku i to właśnie wokół niego jako punkcie centralnym w późniejszym okresie rozbudowywała się cała Medina. Uczono tu teologii, prawa islamskiego, języka arabskiego, historii, nauk przyrodniczych i medycyny, a wykłady prowadzili tu słynni islamscy uczeni, między innymi wspominany już Ibn Chaldun. Chciałem wejść do środka, ale już po przekroczeniu progu jakiś ortodoksyjny muzułmanin oddający się modlitwie dał mi do zrozumienia swoim gestem, że nie będzie to możliwe. Obejrzałem więc świątynie jedynie z perspektywy wejścia, dziedziniec przed budynkiem i poszedłem dalej. Ostatnim punktem tego dnia była dla mnie plac Kasbeqa. Dla mieszkańców Tunisu ma on znaczenie historyczne, polityczne i turystyczne. Znajdują się tu m.in. Ratusz, ministerstwa obrony, finansów, sprawiedliwości, a także historyczne instytucje edukacyjne, szpitale i mauzolea upamiętniające narodowe postacie. Centralnym punktem placu jest Pomnik Narodowy Kasby. Monument symbolizuje ważne wydarzenia w historii Tunezji i pojawia się podobno nawet na dowodach osobistych obywateli tego kraju. Rozległy plac otoczony nowoczesnymi i eleganckimi budynkami stanowi zupełnie przeciwieństwo ciasnych uliczek Mediny.

      Zmęczony już trochę całym tym dniem postanowiłem wrócić do hotelu. Po drodze zaczepił mnie jakiś mężczyzna w średnim wieku. Nie wiem, czy to był jedynie pretekst do rozpoczęcia rozmowy, ale zapytał o godzinę. Gdy odpowiedziałem po chwili zadał pytanie skąd jestem, a gdy okazało się, że z Polski wyraźnie zaciekawiony zaczął dopytywać dalej. Pytał o naszą wschodnią granicę, o tym jak bardzo jest chroniona i jak daleko jest stamtąd do Warszawy. Swoje pytania uzupełniał wypowiedziami o tym, że życie w Tunezji jest trudne, i że przez Białoruś chciałby dostać się do Niemiec gdzie ma rodzinę. Na jego pytania odpowiadałem tak, aby odwieść go od tego pomysłu. Chyba jednak nie bardzo mi się to udało. Chciał zaprosić mnie na piwo, za pewne licząc, że uda mu się ze mnie wyciągnąć jakieś dalsze informacje. Z zaproszenia nie skorzystałem.  

      Poniedziałek to ostatni dzień mojego pobytu w Tunezji, ale zanim wróciłem do domu czekała na mnie jeszcze jedna atrakcja, a mianowicie wycieczka do Kartaginy. Dziś to niewielka miejscowość położona kilkanaście  kilometrów od Tunisu. Kiedyś to stolica prawdziwego imperium rywalizującego z tym rzymskim, aż do momentu swojego upadku w połowie II wieku p.n.e. Większość mieszkańców została wówczas zamordowana lub sprzedana w niewolę, a miasto zrujnowano. Odbudowano je kilkadziesiąt lat później, ale już jako rzymską kolonię. Dziś stanowi ono jedno wielkie stanowisko archeologiczne, w którym na każdym kroku spotyka się pamiątki sprzed tych kilku tysięcy lat. Pojechałem tam autobusem. Ponieważ wiedziałem, że to właśnie w tej okolicy skoncentrowana jest większość najważniejszych zabytków wysiadłem na stacji Hannibal nazwaną tak na cześć legendarnego znanego z ogromnego okrucieństwa kartagińskiego dowódcy. Pamiątki przeszłości będę jednak tak naprawdę spotykał tu na każdym kroku. Chyba największe wrażenie zrobiły na mnie Termy Antonina, czyli monumentalny, jeden z największych w starożytnym świecie poza Rzymem kompleks rzymskich łaźni, czy też rzymski Amfiteatr. Po wielu godzinach podróży w czasie do starożytności skierowałem się w stronę lotniska. Jeszcze tylko długie czekanie na lot najpierw do Monachium, potem do Warszawy i tuż przed północą pociąg do domu do Siedlec. Najmniejsze opóźnienie na którymkolwiek z etapów oznaczałoby spędzoną noc na lotnisku lub dworcu. Choć cały ten wyjazd od momentu kupna biletu do powrotu do domu był jakby trochę na wariackich papierach to na szczęście takie opóźnienie się już nie pojawi i wszystko pójdzie zgodnie z planem. Noc spędzę zatem w swoim łóźku. To był ostatni półmaraton tego rekordowego pod tym względem i bardzo udanego roku.

2025.11.30 Tunis (Tunezja) 38 COMAR SEMI-MARATHON TUNIS-CARTHAGE – 1:46:18

Więcej zdjęć z biegu:

Więcej zdjęć z Tunisu:

Więcej zdjęć z Kartaginy:

 


Święto Niepodległości na biegowo

      W wyniku zaborów państwo polskie na lata zostało wymazane z mapy Europy. Pomimo licznych powstań, długo nie udawało się doprowadzić do odzyskania niepodległości. Dopiero światowy konflikt, w którym wzięły udział wszystkie mocarstwa zaborcze stał się szansą na odrodzenie się nowej Rzeczpospolitej. Po czterech latach wojny 11 listopad 1918 roku przyniósł Europie pokój, a Polsce wyzwolenie z jarzma niewoli. Rocznicę tego wydarzenia można uczcić na wiele sposobów. Jednym z nich są niewatpliwie organizowane w wielu miejscach w kraju biegi niepodległościowe. W ostatnich latach trochę odpuściłem uczestnictwo w tego typu wydarzeniach skupiając sie głównie na półmaratonach. W tym postanowiłem do tego wrócić i wybrałem się na XIII Bieg Niepodległości do podsiedleckiego Wiśniewa.

      Tradycyjnie planowałem wybrać się tam rowerem. W końcu to jedynie niespełna dziesięć kilometrów. Byłbym więc na miejscu w pół godzinki. Niestety w ostatniej chwili rozpadał się deszcz. Postanowiłem więc zmienić plany i rower wyjątkowo zastąpić autem. Trochę żałowałem. Z drugiej strony dzięki temu można było zaoszczędzić trochę sił, choć szczególnych planów jeśli chodzi o wynik i tak nie miałem. Bardziej liczyła się chęć uczczenia zbliżającej się rocznicy i możliwość spotkania z biegowymi znajomymi, których oczywiście w Wiśniewie nie brakowało.

      Do pokonania było 6 kilometrów asfaltowej trasy z niespełna kilometrowym fragmentem po drodze gruntowej. Postanowiłem pobiec raczej mocno, ale bez szczególnego nastawienia na to, by dać z siebie wszystko na co mnie tego dnia stać. Pierwszy kilometr zacząłem dość szybko, chyba trochę nawet za szybko (4:10), ale tak to jest jak się biegnie w grupie. Ambicja i motywacja robią swoje. Gdy grupa rozciągnęła się na tyle, że w zasadzie zostałem sam zwolniłem do tempa mniej więcej 4:30. Takie tempo utrzymałem w zasadzie już do końca. Udało się po drodze wyprzedzić kilku rywali, jedna osoba wyprzedziła mnie i do mety dobiegłem ze średnim tempem 4:29 na kilometr w czasie 26:58. Zadowolony. Dało mi to 15 miejsce w gronie około 70 osób.

      Po biegu jeszcze grochówka, makaron i trochę smakołyków przygotowanych przez organizatorów, miłe rozmowy i wymiana wrażeń ze znajomymi, a potem powrót do domu. Obowiązek spełniony z uśmiechem na twarzy. Rocznica uczczona godnie.

2025.11.09 Wiśniew 6km: XIII BIEG NIEPODLEGŁOŚCI W WIŚNIEWIE – 26:58

Zdjęcia: Mariusz Drabio / własne


Biegowe Safari

      Jak to się mówi nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Siedmiogodzinne opóźnienie lotu na Kubę w zeszłym roku kosztowało mnie trochę nerwów i dodatkowego zmęczenia. Ostatecznie okazało się jednak, że było warto. Nie przypuszczałem, że z tej sytuacji, która pierwotnie była dla mnie niewątpliwie powodem pewnej frustracji wyciągnę na końcu jakieś profity. Podróżowałem wówczas liniami spoza Europy, które nie podlegają pod prawo unijne i nie liczyłem, że jakiekolwiek odszkodowanie mi się w tej sytuacji w ogóle należy. Zdziwiłem się więc, gdy zaoferowano mi jakieś promocyjne punkty, które podczas kolejnych podróży można rzekomo wymieniać na różne bonusy takie, jak na przykład dodatkowy bagaż, czy wybór miejsca w samolocie. Ponieważ kolejnych lotów tymi liniami na tamtą chwilę nie planowałem nie potraktowałem tej oferty w ogóle poważnie i po prostu odmówiłem nie oczekując już niczego w zamian. Mocno się zdziwiłem, gdy okazało się, że po kilku dniach nadeszła kolejna propozycja. Był to voucher na trzysta sześćdziesiąt euro na zakup kolejnego biletu w tych samych liniach. Tym razem zastanawiać się już nie musiałem. Sprawdziłem tylko jakie kraje mam do wyboru i po chwili decyzja została podjęta. Za połowę ceny lecę do Kenii, czyli tam gdzie bieganie jest czymś więcej, niż tylko sportem. Lecę na STANDARD CHARTERED NAIROBI HALFMARATHON.

       Swoją przygodę zaczynałem w piątek rano. Dwadzieścia godzin w podróży z kilkugodzinnym przystankiem w Stambule trochę się dłużyło, ale w końcu dotarłem do Nairobi. Jeszcze przed wylotem zarezerwowałem sobie transport z lotniska do hotelu. Lądując w środku nocy uznałem, że to najlepsza i najbezpieczniejsza opcja. Z kierowcą ostatecznie umówiłem się jednak dopiero na szóstą rano. Wcześniej do miasta i tak nie bardzo było po co jechać, a rezerwacji w hotelu na tę noc nie miałem.

      Hotel tym razem był dla mnie pewną odmianą. Zwykle przecież nocuję niskobudżetowo zakwaterowany w wieloosobowych pokojach. W Nairobi odszedłem od tej reguły. Tanich hosteli za bardzo nie było, poza tym hotel mimo swoich trzech gwiazdek też był stosunkowo tani. Pomyślałem: „Czemu nie”? Od czasu do czasu warto pozwolić sobie na jakiś większy luksus. Skończyło się to tym, że miałem do swojej dyspozycji cały pokój z dwuosobowym łóżkiem, z osobistą łazienką, lodówką i telewizorem. Na nic narzekać nie mogłem. Może jedynie na przeogromny hałas za oknem od rana do późnej nocy i poranne spotkania z karaluchami. Obrzydlistwo. Na szczęście mniej dokuczliwe, niż kiedyś pluskwy w Porto. Poza tą trudną do przewidzenia atrakcją miałem w pokoju wszystko czego na tych kilka dni potrzebowałem i dość całkiem wysoki standard.

      Gdy dotarliśmy na miejsce zostawiłem w zasadzie tylko rzeczy i od razu wyruszyłem odkrywać miasto. Tego dnia musiałem oczywiście odebrać pakiet startowy i chciałem to zrobić jak najszybciej z samego rana zwłaszcza, że trzeba było dojechać autobusem całkiem spory kawałek. Biuro zawodów i całe Expo zawodów mieściło się w Uhuru Gardens. Te ogrody to szczególne miejsce dla Kenijczyków. To narodowy park muzeum upamiętniający moment odzyskania przez Kenię niepodległości. To w tym miejscu ponad pół wieku temu zdjęto brytyjski sztandar i po raz pierwszy wciągnięto flagę Kenii.

      Spodziewałem się szczerze mówiąc, że dojadę tam normalnym autobusem miejskim. Okazało się jednak, że autobusy w Nairobi to tak naprawdę stare zdezelowane kilkunastoosobowe busiki, znane mi już przecież doskonale z Kairu, gdzie pasażerowie tłoczą się jak sardynki i żeby z niego wysiąść to wyjść musi połowa pasażerów. Tyle, że akurat te w Nairobi zatrzymują się na stałych przystankach, a nie na machnięcie ręki w zasadzie gdzie popadnie i obsługuje je dwóch ludzi: kierowca i osoba, która pobiera pieniądze i mocnym walnięciem pięścią w bok pojazdu daje znać, ze wszyscy już wsiedli, wysiedli i można jechać dalej. Obecność drugiej osoby nie dziwi, zwłaszcza, że kierowanie autem w tej komunikacyjnej dżungli jest niewątpliwie ogromnym wyzwaniem. Po dwudziestu minutach zaliczając po drodze Pit Stop na stacji benzynowej na tankowanie byliśmy na miejscu.

      O tej porze tuż po otwarciu nie było jeszcze kolejki. Ludzie zaczynali się dopiero schodzić. Rozbawił mnie poproszony o zrobienie zdjęcia pewien Kenijczyk. Pochodził z Iten, czyli miejsca, gdzie wszyscy z Europy jeżdżą trenować. Od niego dowiedziałem się, że podobno często tam bywam. Rozpoznał we mnie jakiegoś biegacza, który regularnie tam przyjeżdża. Cóż. Najwyraźniej tak, jak nam białym wszyscy czarnoskórzy wydają się podobni, tak i oni mają z nami taki sam problem. Odebrałem pakiet w miarę sprawnie i skierowałem się w drogę powrotną, tak jak przyjechałem. Wrócę w to miejsce następnego dnia. To tu bowiem zaplanowany jest zarówno start jak i meta biegu.

      Po powrocie do hotelu chwilę odpocząłem i ruszyłem dalej odkrywać miasto. Tego dnia zaplanowałem do odwiedzenia jeszcze dwa miejsce. Pierwszym z nich był Targ Masajów. To kolorowy bazar na świeżym powietrzu, gdzie można poznać ich kulturę i zakupić tradycyjne rękodzieło, w tym biżuterię, tkaniny, rzeźby, obrazy czy wyroby z koralików. Zależało mi, aby odwiedzić to miejsce od razu, gdyż wyczytałem, że targ przenosi się w różne części miasta w zależności od dnia tygodnia. W sobotę akurat było najbliżej mojego hostelu. Będąc tu od razu kupiłem trochę pamiątek. Pewnie trochę przepłaciłem, ale nie miałem serca targować się jeśli ceny są dla mnie w pełni akceptowalne, a rzeczy bardzo ładne i warte by tyle za nie zapłacić. Niech stracę.

      Drugim miejscem, które zaplanowałem tego dnia był Kariokor. To cmentarz wojskowy upamiętniający żołnierzy i pracowników afrykańskich, którzy zginęli podczas obu wojen światowych, szczególnie w służbie dla brytyjskich sił w ramach Commonwealth. Spoczęło tu kilkudziesięciu żołnierzy i pracowników wojskowych. Może to dziwne, ale lubię odwiedzać takie miejsca zwłaszcza związane z II wojną światową. Zajęło mi chwilę znalezienie go, bo o ile sam cmentarz jest niewielki, o tyle kompleks na terenie którego się znajduje jest dość rozległy. Ostatecznie zaprowadził mnie tam jeden ze strażników. Przechodząc obok pewnej wiaty pod którą wysokim ogniem płonął usypany stos zapytałem go co to takiego. Okazało się, że aktualnie poza wojskowym charakterem cmentarz pełni także dodatkowe funkcje głównie dla społeczności muzułmańskich, czy Hindi, a to na co zwróciłem uwagę, to były kremowane właśnie zwłoki. Przeżyłem mały szok. Kawałek dalej znajdowała się kaplica, a w której właśnie odbywał się kolejny pogrzeb, tym razem już tradycyjny, z klasyczną trumną. Po chwilach spędzonych w tym miejscu skierowałem do hostelu. Byłem naprawdę zmęczony nie tylko fizycznie wielokilometrowym marszem, ale także nieprzespaną nocą. Od momentu, w którym opuściłem hotel cały czas towarzyszył mi przeogromny hałas, gwar, tłok i potworny smród spalin. Stare zdezelowane auta, dziesiątki motocykli, niekończące się dźwięki klaksonów, tysiące ludzi przeciskających się między tymi samochodami, setki ulicznych straganów, gwizdy, czy nawoływania kupców, zaczepki mężczyzn próbujących mi coś zaoferować, albo na coś namówić – to wszystko z czym musiałem się zmierzyć zarówno w jedną jak i drugą stronę. Tego dnia miałem już tej atmosfery trochę dość. Wróciłem do hostelu w końcu trochę się wyspać.

      Następnego dnia bieg. Trochę niepokoiłem się czy uda mi się dojechać tak wcześnie na start zaplanowany tuż po na siódmej rano. Gdy, kilka dni przed wyjazdem okazało się, że organizatorzy zapewnili specjalne busy, które z centrum Nairobi miały zawieść biegaczy na start, a potem także odwieźć ich z powrotem ucieszyłem się, bo była to niewątpliwie dobra wiadomość. Nie rozwiało to jednak całkowicie mojego niepokoju i zachowywałem pewną powściągliwość z okazywaniem radości. W pamięci ciągle mam przecież jeszcze nieszczęsną Gizę dwa lata temu, gdzie też miały być autobusy i były, a ja i tak spóźniłem się na start, bo nie byłem w stanie ich zlokalizować. Bałem się trochę także tego, że mogę zaspać. Udało się na szczęście zarówno obudzić o właściwej porze, jak i zlokalizować miejsce, gdzie stały zaparkowane autobusy, choć muszę uczciwie przyznać, że chwilkę to trwało, a ja już zaczynałem mieć przed oczami prawdziwe egipskie deja vu.

      Start o 7:20. Maratończycy są już na trasie od ponad pół godziny. Nie mam specjalnych planów. Obawiam się trochę, że mój organizm odzwyczaił się już od biegania w upale. Tydzień temu w Lublinie startowaliśmy przecież z temperaturą ledwo przekraczającą zero. Z profilu trasy wiem też, że na samym końcu na biegaczy będzie czekał długi kilkukilometrowy naprawdę stromy podbieg. Wielką niewiadomą jest też dla mnie wysokie położenie miasta. To około 1700 m n.p.m., a tak wysoko jeszcze chyba nie biegałem. Mimo wszystkich swoich obaw zaczynam tempem po pięć minut na kilometr. Wymaga to jednak już od początku dość sporego wysiłku. Już po kilometrze koszulka jest cała mokra od potu. Staram się dużo pić. Na szczęście punktów z wodą jest naprawdę sporo. Trasa wiedzie południową obwodnicą miasta wzdłuż Parku Narodowego. Próbuję naiwnie wypatrywać jakichś zwierząt, ale z tej dalekiej perspektywy nie sposób jest cokolwiek dostrzec. Na następny dzień mam zaplanowane zorganizowane Safari po parku. Liczę więc, że wówczas okoliczności będą może bardziej sprzyjać i będę miał więcej szczęścia. W tym momencie jedyne, co mogę dostrzec to nieznane mi do tej pory dzikie ptaki, które najwyraźniej zaciekawione całym tym biegowym zamieszaniem podlatują pod ogrodzenie i siadają na pobliskich drzewach lub krążą nad nami. Gdzieś na szóstym kilometrze jest punkt kibicowania, na którym stoją ludzie przebrani w masajskie stroje i śpiewają. Przez chwilę chciałem się zatrzymać, by zrobić pamiątkowe zdjęcie. Ostatecznie pobiegłem dalej. Wierzę jeszcze w wynik poniżej godziny i pięćdziesięciu minut. Po dystansie ośmiu i pół kilometra, gdzie następowała nawrotka mam zapas około minuty. Po trzynastu nic już z niego nie zostało. Biegnie mi się coraz ciężej, a każdy kilometr jest już około trzydzieści sekund wolniejszy, niż na początku. Gdy dobiegamy do siedemnastego kilometra zaczyna się podbieg, którego obawiałem się już przed startem. Sześćdziesięciometrowe wzniesienie rozciągnięte na ponad dwa, może nawet trzy kilometry. Tu zrobiło się już naprawdę ciężko. Udaje się jakoś przetrwać ten moment, a końcówka na szczęście jest już delikatnie z górki. Na metę wbiegam z wynikiem trochę powyżej godziny i pięćdziesięciu trzech minut. Generalnie jestem zadowolony. Niby osiem minut wolniej, niż w Krakowie, czy Lublinie tydzień wcześniej, ale biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności i tło zmagań przyjmuje ten wynik z pokorą i satysfakcją.

      Po biegu zostałem jeszcze chwilę by nacieszyć się wydarzeniem, zrobiłem kilka zdjęć między innymi na tle muralu z Kipchoge, światową legendą maratonu, czterokrotnym medalistą olimpijskim i dwukrotnym medalistą mistrzostw świata i wróciłem do hostelu. Prysznic, zmiana ubrania i mogłem kontynuować zwiedzanie miasta. Pierwszym punktem mojej wycieczki tym razem było Narodowe Archiwum Kenii, które gromadzi, chroni i udostępnia zabytkowe dokumenty, fotografie oraz dzieła sztuki afrykańskiej, pełniąc funkcję muzeum oraz kustosza narodowej pamięci historycznej i kulturowej. Podążając dalej minąłem gmach Sądu Najwyższego i miejski Ratusz. W tle za sądem widać już było wieżę Kenyatta International Convention Centre. To ikoniczny budynek w Nairobi, pełniący funkcję centrum konferencyjnego, wystawowego i kulturalnego. Jest także symbolem Kenii i jej stolicy. Budynek ma ponad sto metrów wysokości, a jego konstrukcja jest inspirowana tradycyjnymi afrykańskimi formami, z cylindryczną wieżą przypominającą tradycyjny afrykański kształt chaty. Na szczycie znajduje się platforma widokowa, z której roztacza się panoramiczny widok na Nairobi.

      Będąc pod obok wieży przy pomniku Jomo Kenyatty pierwszego premiera prezydenta i patrona kompleksu poprosiłem jakąś kobietę z grupką około dziesięciu dzieciaków o zrobienie mi pamiątkowego zdjęcia. Po chwili kobieta zapytała, czy dzieciaki mogłyby sobie zrobić zdjęcie ze mną. Kompletnie zdziwiony odpowiedziałem, że oczywiście, że tak. Chwilę potem podobną propozycję na wspólne selfie dostałem od młodego chłopaka. Przez moment poczułem się, jak jakiś celebryta. Potem będę spotykał się ze sporym zainteresowaniem w zasadzie każdego dnia. Muzungu, bo tak nazywany jest tu biały człowiek nie jest tu jednak częstym widokiem, a raczej pewną atrakcją. Kolejnym punktem mojej wycieczki był budynek Parlamentu. Co ciekawe w budynku znajduje się wieża zegarowa stylizowana trochę na londyński Big Ben, co miało nawiązać do architektury Westminsteru. Na terenie parlamentu znajduje się także grób wspomnianego już  Jomo Kenyatty. Parlament wielokrotnie był miejscem kluczowych wydarzeń politycznych. W czerwcu 2024 roku podczas protestów przeciwko ustawie finansowej, budynek został szturmowany przez demonstrantów, a część jego pomieszczeń podpalona. Policja otworzyła ogień, w wyniku czego zginęło kilkanaście osób, a wiele zostało rannych. Chwilę potem byłem już przy Bazylice Katedralnej Świętej Rodziny. Jest ona duchowym centrum stolicy Kenii i jedną z najważniejszych budowli sakralnych miasta, łączącą tradycyjne i nowoczesne elementy architektury. Na pamiątkowej tablicy wewnątrz kościoła wyczytałem, że w 1980 roku był tu Papież Jan Paweł II. Tuż niedaleko znajduje się kolejna świątynia, tym razem muzułmańska. Meczet Jamia to największy i najważniejszy meczet w Kenii stanowiący centrum życia religijnego i kulturalnego lokalnej społeczności muzułmańskiej. Jest naprawdę duży. Sala modlitewna podobno jest w stanie pomieścić dwanaście tysięcy ludzi. Odegrał on kluczową rolę w integracji społeczności muzułmańskiej w Nairobi, zarówno w okresie kolonialnym, jak i już po uzyskaniu niepodległości. Ostatnim punktem mojej wyprawy po mieście tego dnia było Muzeum Narodowe. To kluczowe centrum kultury, historii, sztuki i przyrody w Kenii, oferujące bogate kolekcje oraz edukacyjne i rekreacyjne doświadczenia dla zwiedzających. Muzeum zostało założone na początku poprzedniego wieku roku jako instytucja zajmująca się badaniem przyrody i zachowaniem dziedzictwa Kenii. Na terenie muzeum znajdują się także Botaniczny Ogród oraz Park Węży. Dość mocno zmęczony wróciłem w końcu do hotelu i położyłem się wcześniej spać. Następnego dnia czekała mnie bowiem znowu bardzo wczesna pobudka.

       Samochód z napędem na cztery koła i otwieranym dachem, którym mieliśmy udać się do Narodowego Parku miał podjechać o 5:30 pod mój hotel. Nie ukrywam, że czułem pewną ekscytację. To unikatowy park położony zaledwie siedem kilometrów od centrum miasta, gdzie można zobaczyć dzikie zwierzęta na tle miejskiej panoramy drapaczy chmur. Za kierownicą pojazdu siedział Anthony, przewodnikiem był natomiast Lucky. Niebawem skład wycieczki uzupełniła pary młodych ludzi z Niemiec Melek i Muhammad oraz Włosi Irene i Marco i trzeba przyznać, że było to miłe towarzystwo. Już po kilku minutach pobytu w parku udało nam się wypatrzeć pierwszą zwierzynę. To było stadko Impali, czyli afrykańskich antylop, które najwyraźniej przyzwyczajone do częstych gości w parku zupełnie niewzruszone podchodziło do samochodu na odległość kilku metrów. Podążając dalej szutrowymi drogami parku dojechaliśmy do pewnego bajora. Na środku dało się wypatrzeć kilka wystających ponad tafle wody hipopotamów. Przy brzegu natomiast czaił się krokodyl. Byłem coraz bardziej podekscytowany. Przyznam się szczerze, że przed wyjazdem miałem sporo obaw, co do tego jak ta wycieczka będzie wyglądać i brałem pod uwagę, że będąc przecież tak blisko miasta całe to Safari to może być jedynie przereklamowana przejażdżka autem i tak naprawdę niewiele uda nam się zobaczyć. Teraz docierało już do mnie powoli, że nie ma tu żadnej przesady i czeka mnie wspaniała przygoda i obcowanie z dziką przyrodą. Jadąc dalej z odległości kilkudziesięciu metrów wypatrzyliśmy odpoczywającego w zaroślach lwa. Mieliśmy sporo szczęścia. W całym parku żyje podobno jedynie około trzydziestu osobników i nie tak łatwo je spotkać. Chwilę odczekaliśmy, aż król będzie łaskaw wyłonić się z zarośli, by moc podziwiać go w całej okazałości. Niestety, nie był zainteresowany bliższym spotkaniem. Nie w tym momencie. Pojechaliśmy więc dalej. Przemierzając kolejne szlaki mieliśmy okazję podziwiać strusie, najbardziej niebezpieczne dla człowieka nosorożce i bawoły, które leniwie przechodząc przez drogę na chwilę zablokowały nam przejazd. W pewnym momencie kierowca odebrał telefon. Nie wiedzieliśmy co się stało, bo rozmowa była w języku suahili, ale nagle zatrzymał się, zawrócił i pognał w kierunku, z którego właśnie przyjechaliśmy. Po chwili okazało się, że dostał informację od innego zaprzyjaźnionego kierowcy, że lew ostatecznie zdecydował się opuścić kryjówkę. Gdy dojechaliśmy z powrotem na miejsce czekał na nas widok, który bardzo rzadko można oglądać, a mianowicie lew targający w zębach rozszarpaną zebrę. Lucky wytłumaczył nam, że zamiast delektować się zdobyczą na miejscu ciągnął ją kilkaset metrów dalej, aby zdobycz znalazła się na terenie jego stada i dopiero tam dzieląc się z innymi będzie delektował się tym, co upolował. Poruszeni, a trochę podekscytowani tym, co właśnie zobaczyliśmy pojechaliśmy dalej mijając po drodze przy wodopoju duże stada zebr, żyraf, czy też przepiękne ptaki, mnóstwo cudownych ptaków, które widziałem po raz pierwszy w życiu. Podobno w całym parku żyje ich, aż około czterysta gatunków.

      Na sam koniec czekały na nas jeszcze dwie atrakcje. Pierwszą był światowej sławy sierociniec dla słoni, gdzie można zobaczyć malutkie słoniątka. To miejsce ratowania porzuconych zwierząt i ich rehabilitacji. Codziennie między jedenastą, a dwunastą są one wyprowadzane do turystów i można je obserwować podczas karmienia i zabawy. Każdy jeden ma swoje imię i swoja własną tragiczną historię. Na sam koniec była okazja odwiedzić Centrum poświęcone ochronie żyraf Rothschilda, gdzie ze specjalnych platform mieliśmy okazję karmić te wyjątkowe zwierzęta. Po ośmiu godzinach obcowania z prawdziwie dziką naturą wróciłem do hotelu. Niewątpliwie była to niezapomniana wspaniała przygoda, która przeszła moje najśmielsze oczekiwania.

      Na ostatni dzień swojego pobytu zaplanowałem trochę relaksu i wyprawę do lasu Karura. To prawdziwy zielony raj położony w samym sercu Nairobi, stolicy Kenii. Ten rozległy las miejski, zajmujący powierzchnię ponad tysiąc hektarów, jest jednym z największych tego typu obszarów na świecie. Oferuje ponad pięćdziesiąt kilometrów ścieżek przeznaczonych do spacerów, biegania i jazdy na rowerze. W lesie znajdują się malownicze wodospady, spokojne stawy i bambusowe zagajniki. Las jest także ostoją dla małp, ptaków i pięknych ogromnych motyli. Wybrałem się tam z Marreen. Jeszcze przed wyjazdem znalazłem w Internecie jakąś stronę, gdzie ogłaszają się lokalni przewodnicy i uznałem, że może chociaż tego ostatniego dnia przyda mi się jakieś miłe lokalne towarzystwo. Umówiliśmy się, że wybierzemy się tam na spacer razem. Zaczęło się niestety od godzinnego spóźnienia towarzyszki, ale miałem okazję przekonać się już jak wyglądają tu korki i poruszanie się po mieście. Podszedłem więc do tego ze zrozumieniem, zwłaszcza, że tego dnia innych planów już nie miałem i nigdzie się nie spieszyłem. Po trzech godzinach spacerowania, miłych rozmów i cieszeniem się pięknem tego miejsca wróciłem do hotelu. Wieczorem wyjdę jeszcze ostatni raz na miasto zjeść coś lokalnego przed podróżą i zobaczyć jak wygląda tutejsze nocne życie. W restauracji nie znając kompletnie potraw wybrałem coś wskazując po prostu palcem na obrazek w menu. Okazało się, że dostałem i tak co innego. Nie marudziłem jednak. Byłem bardzo głodny, a podana porcja Gintheri, czyli mieszanki duszonej kukurydzy, fasoli i ziemniaka była naprawdę solidna. Czy smaczna? Powiedzmy, że była ok.

      Samolot miałem przed piątą rano. Podobnie więc jak po przyjeździe zarezerwowałem sobie transfer na lotnisko. Położyłem się wcześniej by trochę wypocząć przed podróżą. Długo jednak nie mogłem zasnąć, co chwilę przewracając się z boku na bok i wstając. W końcu jednak zupełnie odpłynąłem. Obudził mnie dźwięk telefonu. Spojrzałem na ekran. Siedem nieodebranych wiadomości to było coś czego się nie spodziewałem, a co momentalnie postawiło nie na nogi. Pięć minut później siedziałem już w samochodzie w drodze na lotnisko. Uff. Niewiele brakowało, a wpadłbym w kłopoty. Jeszcze tylko ponad dwadzieścia godzin w podróży tą samą drogą, którą tu przybyłem i w domu.

      Moje afrykańskie Safari dobiegło końca. Podróżując do Kenii miałem okazję tak naprawdę zobaczyć jej dwa skrajne zupełnie różne oblicza. Pierwsze, którego w ogóle nie znałem, czyli niewyobrażalny gwar, tłok, hałas, trochę ubóstwa, choć mniej niż można się było spodziewać, poza tym ten wszechobecny pęd od rana do późnej nocy ludzi, których jest tak dużo, że brakuje miejsca na chodnikach i co chwilę na siebie wpadają, niesamowite korki, niekończący się nigdy ryk klaksonów, palący w gardła smog i zapach spalin. To są doznania, które trudno opisać słowami i nawet nie będę tego próbował. Nie ukrywam więc, że to raczej to drugie spokojne, piękne, naturalne, oblicze, które znałem z filmów i które przywiodło mnie do tego kraju to jest ten obraz, który będę ostatecznie milej wspominał.

2025.10.26 Nairobi (Kenia) STANDARD CHARTERED NAIROBI HALFMARATHON – 1:53:13

Więcej zdjęć z biegu:

Więcej zdjęć z Nairobi:

Więcej zdjęć z Parku Narodowego:

 


Złota jesień

         Przyzwyczaiłem się już ze jesienią wszystko dzieje się szybko. Większość półmaratonów organizowanych jest albo na wiosnę, albo właśnie jesienią, a przynajmniej takie najczęściej wybieram. Biegając ich kilkanaście rocznie wszystko kumuluje się w podobnym okresie czasu, co powoduje częste starty, nawet co tydzień. Na kolejny swój bieg nie musiałem więc długo czekać. Tym razem po Krakowie, który pobiegłem w zeszłą niedzielę dwa tygodnie po Tbilisi padło na Lublin. Wiele razy byłem w tym pięknym mieście, ale nigdy nie miałem okazji w nim biegać. W tym roku też jakoś strasznie nie planowałem tego startu. Zadecydował w zasadzie wolny termin, odległość od domu i chęć zaliczenia jeszcze jakiegoś jednego dodatkowego biegu. Zapisując się dość spontanicznie nie sprawdzałem nawet trasy, a ta jak się miało okazać już wkrótce stosunkowo w Lublinie jest naprawdę trudna. No cóż..  Wyżyna Lubelska…

      Podobnie jak do Krakowa do Lublina wybrałem się pociągiem. Po dwóch godzinach jazdy koło południa byłem już na miejscu i swoje pierwsze kroki skierowałem w stronę stadionu lekkoatletycznego, gdzie było biuro i gdzie wydawano numery startowe. Tu następnego ranka miały być też start i meta. W Lublinie przywitała mnie fatalna pogoda. Poza przenikliwym zimnem, deszczem dodatkowo strasznie wiało. Zaczynałem nawet trochę żałować, że się zdecydowałem na ten półmaraton, bo w taką pogodę bieganie to mała przyjemność. Nie chciałem się też przeziębić w sytuacji, gdy wkrótce przed sobą mam kolejne, ważniejsze starty. Optymizmu i nadziei dodawał fakt, że następnego dnia według prognoz nie powinno już padać. Temperatura jednak nadal miała oscylować w okolicach zaledwie kilku stopni, a odczuwalna nawet poniżej zera.

      Miałem dylemat, czy zwiedzać miasto. Bywałem już tu przecież w przeszłości i każda z tych wizyt była okazją, aby zobaczyć największe atrakcje Lublina. Nie czułem więc jakieś szczególnej potrzeby, by oglądać je jeszcze raz. Gdy jednak po dotarciu do hostelu okazało się, że mój pokój nie jest jeszcze gotowy i na dobrą sprawę to nie mam co ze sobą zrobić postanowiłem jednak się przejść po mieście mimo, że ciągle jeszcze padało.

      Do pierwszego zaplanowanego punktu było stosunkowo blisko, bo dosłownie sto metrów. Brama Krakowska, bo o niej mowa to jeden z symboli miasta. Powstała w XIV w jako odpowiedz na najazdy Tatarów. Od północy i południa przylegały do niej mury obronne opasujące całe wzgórze staromiejskie. Brama nazwę zawdzięcza historycznemu szlakowi, który prowadził z Krakowa przez Lublin do Wilna. Idąc dalej ulicami Bramową, czy Grodzką przeszedłem w głąb Starego Miasta podziwiając otaczające Rynek odnowione kolorowe zabytkowe kamienice. Trzeba przyznać, że prezentują się naprawdę pięknie. Obecny styl tego miejsca to podobno efekt odbudowy miasta po wielkim pożarze z XVI wieku i następujących w kolejnych stuleciach przebudów poszczególnych budynków. Z rynku mogłem podziwiać też Wieżę Trynitarską – neogotycką dzwonnicę zwieńczoną legendarnym, blaszanym kogucikiem – jednym z symboli Lublina. Idąc dalej minąłem znany wiszący nad ulicą Grodzką pomnik Sztukmistrza z Lublina. Rzeźba wisząca na wysokości przedstawia legendarnego Sztukmistrza Jaszę Mazura bohatera powieści Isaaca Bashevisa Singera, opowiadającej o jarmarcznych sztukach, tradycji, religii i kulturze żydowskiej w Polsce XIX wieku. Chwilę potem dotarłem do kolejnej powstałej w XIV wieku bramy – Bramy Grodzkiej, zwanej także Żydowską. Stąd widać już było Zamek Królewski, czyli chyba ten najbardziej rozpoznawalny symbol Lublina i jeden z najważniejszych zabytków w Polsce. Pierwsze obwarowania powstały w tym miejscu już w XII wieku jako drewniano-ziemny gród na Wzgórzu Zamkowym, mający chronić region przed najazdami ze wschodu. Z czasem dobudowano także obronny donżon, czyli cylindryczną wieżę. W XIII wieku zamek został przekształcony w kamienny obiekt,  a w XV wieku stał się rezydencją Jagiellonów. W XVI wieku pełnił funkcję królewskiego centrum administracyjnego i był miejscem podpisania Unii Lubelskiej, tworząc Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Tu też kolejny władca lennego Księstwa Pruskiego składał hołd ostatniemu Jagiellonowi – Zygmuntowi Augustowi. W XVII wieku przez Polskę przetoczyły się katastrofalne dla kraju wojny. W ich wyniku kolejne obce armie raz po raz niszczyły Zamek. Od czasu potopu szwedzkiego popadał w ruinę, a na początku XIX wieku zdecydowano o utworzeniu na terenie zamku więzienia. Dziś w dużej mierze odzyskał swój dawny blask.

       Ponieważ deszcz nie przestawał padać, a ja już trochę zmarzłem wróciłem do hostelu. Uzupełniłem poziom węglowodanów solidną porcją makaronu przywiezioną jeszcze z domu i poszedłem wcześnie spać. Mimo, że tym razem podróż nie była zbyt długa to jednak czułem się trochę zmęczony, a następnego dnia przecież bieg. W nocy budziłem się parę razy, ale generalnie rano czułem się dobrze. Pogoda na szczęście też się troszkę zlitowała. Było dość chłodno i wietrznie, ale już nie padało. Jeszcze przed startem spotkałem Szymona. Poznaliśmy się pół roku wcześniej na biegu w Wiązownie. Lublin to Jego  miasto. Utrzymywaliśmy kontakt przez ten czas. Wiedziałem więc, że będzie biegł i że będzie pacemakerem na wynik 1:45. Uznałem, że skoro jest już okazja pobiec razem to spróbuję zakładając, że w przypadku problemów na trasie po prostu zwolnię. Jako plan minimum postawiłem sobie godzinę i pięćdziesiąt minut, nawet biorąc pod uwagę ciężką trasę. Powinno się udać. Przecież w Krakowie tydzień temu pobiegłem 1:45:06.

      Pierwsze kilometry biegło mi się całkiem dobrze. W całym tym zamieszaniu w tłumie na starcie nawet się nie spostrzegłem kiedy to się stało, ale znalazłem się kilkadziesiąt metrów przed grupą prowadzoną przez Szymona na 1:45. Skoro już tak rozwinęła się sytuacja i wiedząc, że potem czekają nas podbiegi to już nie zwalniałem tylko po prostu biegłem te kilkadziesiąt metrów z przodu. Zrobiło się całkiem ładnie. Po czarnych chmurach poprzedniego dnia nie było już śladu, a na niebie zaświeciło w końcu słońce. Pięknie prezentował się Lublin w tej kolorowej słoneczno-jesiennej scenerii. Zastanawiałem się czy na pewno dobrze zrobiłem zakładając koszulkę z długim rękawem. W przekonaniu, że to była słuszna decyzja utwierdzał mnie silny wiatr i mimo wszystko dość niska temperatura. Po pięciu kilometrach obiegliśmy Arenę Lublin. To tutaj swoje mecze rozgrywa drużyna piłkarska Motor Lublin. Chwilę potem wbiegliśmy do Parku Ludowego. Zrobiło się naprawdę pięknie. Park w jesiennych żółto-czerwonych barwach prezentował się po prostu cudownie. Małym problemem były natomiast fakt, że tony liści zalegały także na alejkach. Było dość ślisko i trzeba było uważać. Pojawiły się tu już także pierwsze górki. Mniej więcej w połowie drogi zaczął się bardzo długi podbieg. Moje tempo zaczęło spadać powyżej pięciu minut na kilometr. Tu Szymon wraz ze swoją grupą na 1:45 dogonił mnie i minął. Nie miałem wystarczająco siły, by pobiec razem z nimi. Patrzyłem więc z małym rozczarowaniem jak powoli się ode mnie oddalają. Przed biegiem przez chwilę analizowałem trasę. Wiedziałem, że więc, że czeka na nas jeden około dwukilometrowy podbieg, ale z tego co zapamiętałem z mapy wydawało mi się, że powinien być trochę dalej. W głębi duszy zaczynałem życzyć samemu sobie, aby to jednak był ten. Na szczęście los mnie wysłuchał. To był własnie ten najtrudniejszy moment tego biegu. Straty jakie tu poniosłem były jednak spore. W zasadzie chyba nie do odrobienia. Pogodziłem się więc już trochę, że godzina i czterdzieści pięć minut na tej trasie i przy tej pogodzie to jednak dla mnie trochę za szybko.  Starałem się więc już biec dalej swoim tempem, już bez takiej determinacji, jak na początku. Od szesnastego kilometra miało być z górki, okazało się, że było, ale trochę później – od siedemnastego. Tu zrobiło się naprawdę dużo łatwiej. Przyspieszyłem więc trochę odzyskując wigor. Zmierzając do mety zobaczyłem stadion. Jeszcze tylko jedno okrążenie po bieżni… i w końcu finisz. Czas? 1:45:54. Trzeba przyjąć z pełną satysfakcją zwłaszcza, że ani wysokie górki Wyżyny Lubelskiej, ani wiatr nie pomagały. Cieszy więc.  Na mecie jeszcze krótka pogawędka z Szymonem, wspólne zdjęcie i można wracać do domu.

      W pociągu miałem czas raz jeszcze wrócić myślami do tego co przeżyłem w Lublinie. Przez chwilę miałem wątpliwości, czy dobrze zrobiłem decydując się na ten bieg, bo aura nie sprzyjała, z drugiej strony teraz już po biegu cieszyłem się, że jednak się zdecydowałem. Dawno nie biegałem w tak pięknym jesiennym anturażu, z wyniku też mogę być zadowolony. Biorąc pod uwagę naprawdę trudną trasę, wietrzną pogodę i aktualną dyspozycję 1:45 to było dla mnie troszeczkę za szybko, ale do domu wracam i tak z pełną satysfakcją. To był mój jubileuszowy 75 półmaraton. Pokonanie tych pierwszych dwudziestu pięciu zajęło mi dwanaście lat, z kolejnymi poszło już znacznie szybciej. Tylko w tym roku planuję ich osiemnaście. Do setki zostało dwadzieścia pięć. Można więc powiedzieć, że w swoim wyzwaniu mam już z górki. Liczę, że na ostatnie 25 do setki wystarczy dwa lata. Czy się uda? Czas pokaże, ale jestem dobrej myśli. Aby było zdrowie. Z całą resztą powinienem sobie poradzić.

2025.10.19 Lublin Półmaraton: 9 PÓŁMARATON LUBELSKI – 1:45:54


Po królewsku

         Na kolejny 74 już półmaraton musiałem poczekać jedynie dwa tygodnie. Tym razem był to Kraków i Półmaraton Królewski. Mam już na koncie bieg w tym pięknym historycznym mieście. W 2021 roku wybrałem się do Krakowa dość spontanicznie jedynie po to, by zmazać plamę po kompletnie nieudanym starcie w Platerowie. Bieg w tej malowniczej podlaskiej miejscowości to był mój pierwszy półmaraton po pandemii. Nie byłem chyba do niego wystarczająco przygotowany, co w połaczeniu z trudną trasą i wysoką temperaturą okazało się dla mnie zabójcze. Doczłapałem do mety z czasem 2:02:35 i dużym rozczarowaniem. Do tej pory jest to mój najwolniejszy półmaraton w życiu, jedyny powyżej dwóch godzin. Aby zatrzeć to złe wrażenie zaraz po Platerowie zapisałem się na Półmaraton w Krakowie, który miał odbyć się dokładnie dwa tygodnie później. Udało się pobiec 12 minut szybciej i mogłem odetchnąć z ulgą. W tym roku historia się powtórzyła. W Platerowie znowu mi nie poszło, taka to już chyba tradycja, ale tym razem złe wrażenie miałem okazję zatrzeć już w Tbilisi dwa tygodni temu. Do Krakowa więc mogłem jechać z czystą głową, bez szczególnych planów i oczekiwań. Liczyłem jednak, że tak, jak to sobie często zakładam na starcie uda się złamać tę swoją granicę satysfakcji ustawioną w ostatnich latach na 1:50.

          Do Krakowa wybrałem się w sobotni poranek pociągiem. Tym razem miałem towarzystwo. Już od kilku tygodni wiedziałem, że na ten sam bieg wybierają się moi koledzy i koleżanka z klubu Wiśniew Biega I Maszeruje. Udało się kupić bilety obok siebie. Podróż minęła więc miło i sympatycznie na rozmowach. Po kilku godzinach jazdy byliśmy na miejscu i swoje kroki skierowaliśmy w stronę hali Tauron Arena, gdzie po pierwsze było Expo biegu, a po drugie następnego dnia miał być zlokalizowany start i meta. Po odebraniu pakietu skierowałem się tramwajem w stronę swojego hostelu. Dokładnie tego samego, w którym mieszkałem cztery lata temu.

      W hostelu miałem towarzystwo postaci pewnego Turka. Popołudnie minęło nam na miłej rozmowie o Polsce, świecie i polityce. Pojawił się tam też Sławek. To jest w ogóle hit, bo ze Sławkiem byliśmy zakwaterowani w kwietniu w tym samym pokoju podczas mojego wyjazdu na Półmaraton w Poznaniu. Mimo, że przez te pół roku nie mieliśmy ze sobą żadnego kontaktu to okazało się, że w Krakowie znowu przyszło nam razem zamieszkać i to nie tylko w tym samym hostelu, ale nawet tym samym pokoju. Takiego zbiegu okoliczności nie sposób było sobie wyobrazić.

      Następnego dnia rano start. Pogoda całkiem dobra. Było dość chłodno. Od czasu do czasu trochę padał deszcz. Na szczęście niewielki. Zacząłem w tempie po 5 minut na kilometr. Nie można było szybciej nawet jakbym chciał. Prawie piętnaście tysięcy biegaczy, którzy stanęli na starcie tylko półmaratonu sprawiło, że na trasie było dość tłoczno w zasadzie przez całe pierwsze pięć kilometrów, a także momentami w dalszej części dystansu. Pierwszą piątkę pokonałem dokładnie w 25 minut. Dychę w niespełna 50. Z każdym kolejnym kilometrem, gdy stawka się rozciągnęła i robiło się luźniej trochę przyspieszałem. Mniej więcej w połowie dystansu dobiegliśmy do serca miasta, czyli Rynku z Kościołem Mariackim i Sukiennicami. Niedługo potem minęliśmy Wawel, Muzeum Narodowe, krakowskie Błonia. Biegło mi się całkiem dobrze, mimo, że od czasu do czasu pojawiał się jakiś podbieg. Moje tempo nie tylko nie spadało, ale w zasadzie cały czas rosło. Zaczęło też już do mnie powoli docierać, że cel uda się zrealizować i to z nawiązką. Ostatecznie na metę zlokalizowaną wewnątrz Tauron Arena przy głośnym dopingu zebranych w hali kibiców wbiegłem z czasem 1:45:06. Byłem w zasadzie w pełni zadowolony, choć te 6 sekund można by było urwać. Gdybym tylko kontrolował czas i był świadomy… No, ale nie ma co narzekać. Najważniejsze, że kolejny półmaraton zaliczony.  

2025.10.12 Kraków Półmaraton: 11 CRACOVIA PÓŁMARATON KRÓLEWSKI – 1:45:06


Perła Kaukazu

      Nadrabiając już ostatnie pandemiczne zaległości tym razem przyszła pora na półmaraton w stolicy Gruzji – Tbilisi (TBILISI HALFMARATHON 2025). Obok Jerozolimy, którą ostatecznie udało mi się zaliczyć dwa lata później był to przecież jeden z dwóch zagranicznych półmaratonów, które zaplanowałem w 2020 roku i na który już byłem zapisany, a których nie było mi dane pobiec. Podobnie jak inne zawody tamtego okresu jesienny bieg został odwołany, a mi zostało jedynie rozczarowanie. Było jednak pewne, że prędzej, czy później będę chciał do tego pomysłu wrócić i w Gruzji w końcu i tak pobiegnę. Ten rok, w którym udało mi się już nadrobić pozostałe zaległości z tamtego okresu, takie jak półmaraton w Gdyni, czy wyjazd do Szwecji wydawał się być najlepszym momentem do tego, by ten rozdział zamknąć już teraz całkowicie i zostawić go po prostu za sobą. Kwestią rozważenia pozostawało jedynie jak ten wyjazd ma ostatecznie wyglądać i  przyznam szczerze, że tutaj dość długo nie mogłem się zdecydować. Pierwszy raz w historii swojego podróżowania dwa razy przebookowywałem bilet powrotny rozszerzając początkowy plan swojego pobytu. W końcu uznałem, że będąc tak blisko warto ten wyjazd połączyć także z wycieczką w góry Kaukaz, a gdy dowiedziałem się, że z Tbilisi organizowane są jednodniowe wyprawy do sąsiedniej Armenii pokusa zaliczenia kolejnego kraju okazała się na tyle silna, że postanowiłem z tej szansy również skorzystać.

      Swoją podróż zaczynałem w piątek późnym wieczorem. Noc spędziłem więc tym razem już nie na lotnisku, jak mi się często ostatnio zdarzało, a w samolocie. Jeszcze przed startem, gdy w hali odlotów znudzony długim oczekiwaniem bawiłem się telefonem nagle go sobie zablokowałem pozbawiając się do niego dostępu. Zamarłem i w jednej chwili zrobiło mi się naprawdę gorąco. Trudno było wyobrazić sobie tę podróż bez komórki. Miałem tam kartę pokładową, bilety, mapy i wszystkie inne potrzebne mi informacje do tego by wyjazd mógł się w ogóle zrealizować. Po kilku minutach walki ze skutkami swojej własnej bezmyślności na szczęście udało się rozwiązać problem i wyjść z tej stworzonej samemu sobie kłopotliwej sytuacji obronną ręką. Ciężki kamień spadł mi z serca. Chyba nie byłem gotowy psychicznie na takie atrakcje na samym starcie. Już na miejscu okaże się, że to wcale nie był jeszcze koniec perypetii związanych z telefonem, ale póki co mogłem głęboko odetchnąć z ulgą.

      Po czterech godzinach bezpośredniego lotu byłem na miejscu. Dochodziła dopiero piąta rano więc opuszczać od razu lotnisko było zdecydowanie bez sensu. Poczekałem, aż Tbilisi zacznie budzić się do życia i dopiero wtedy autobusem skierowałem się w stronę centrum miasta nazywanego często „perłą Kaukazu”. Wysiadłem w rejonie dzielnicy Awlabari. Nie bez powodu. To tu bowiem, przy dawnej ulicy Czarnomorskiej, przechrzczonej na Lecha Kaczyńskiego stoi pomnik tragicznie zmarłego naszego Prezydenta odsłonięty dokładnie w drugą rocznicę zamachu smoleńskiego. To pamiątka wydarzeń z 2008 roku. Gdy rosyjskie czołgi były już na przedpolach Tbilisi, Lech Kaczyński zmobilizował wówczas innych przywódców państw Europy Środkowo-Wschodniej by przybyć do Gruzji. Wraz z nimi pojawił się na miejskim wiecu i przemówił słowami, za które Gruzini Go pokochali, a Putin znienawidził. Ówczesny gest poparcia Polski dla Gruzji to dziś dla tutejszych mieszkańców dowód ogromnego heroizmu i prawdziwej przyjaźni za co śp. Prezydent Kaczyński, Polska i Polacy cieszą się tu ogromnym szacunkiem i uznaniem. Podczas tego krótkiego kilkudniowego pobytu będę mógł się o tym przekonać każdego dnia.

      Kontynuując spacer po Awlabari dotarłem do największej cerkwi na Kaukazie Cminda Sameba, czyli Soboru Trójcy Świętej, o której turyści często mówią, że jest niczym gruziński Tadż Mahal. Znajdująca się na wzgórzu imponująca świątynia to nie tylko miejsce kultu, ale też symbol duchowego odrodzenia Gruzji po czasach radzieckich. Cała reszta miejsc, które planowałem w Tbilisi zobaczyć były już na szczęście zlokalizowane w bliżej centrum i Starego Miasta i to tam skierowałem swoje dalsze kroki. Pierwszym przystankiem, do którego dotarłem była stojąca na skarpie kolejna cerkiew Metechi. Świątynia została zbudowana w XIII wieku za panowania króla Dymitra II, choć pierwsze budowle sakralne istniały tu już podobno w V wieku. Jest niepozorna, ale wiążą się z nią ciekawe anegdoty. Jedna z nich mówi, że nazwa świątyni pochodzi od słów króla Wachtanga I Gorgasali, który po zwycięstwie w bitwie miał zakrzyknąć: „Ak me mteri wteche” – „Tu pokonałem wroga”. Konny pomnik tego legendarnego założyciela Tbilisi stoi się zresztą przed świątynią. Stąd rozciąga się także piękny widok na panoramę miasta. Przeprawiając się mostem na drugą stronę rzeki o swojsko brzmiącej nazwie „Kura” dotarłem do ulokowanej na wysokim kilkudziesięciometrowym wzgórzu twierdzy Narikala. To jedna z najstarszych i najbardziej rozpoznawalnych budowli w Tbilisi – często nazywana „matką twierdz” Gruzji. Jej początki sięgają IV wieku, ale potem wielokrotnie była rozbudowywana przez Arabów, Mongołów i gruzińskich królów. Tuż przy twierdzy rysuje się monumentalny pomnik Kartlis Deda – Matki Gruzji. Rzeźba przedstawia kobietę w tradycyjnym gruzińskim stroju – w jednej ręce trzyma kielich wina dla przyjaciół, a w drugiej miecz dla wrogów. To niezwykle wymowny symbol gruzińskiej gościnności i jednocześnie gotowości do obrony ojczyzny. Został odsłonięty pół wieku temu z okazji 1500-lecia Gruzji. Niestety niepotrzebnie wspinałem się na szczyt. Trwający właśnie remont fortecy sprawił, że na górze zobaczyłem niewiele więcej niż to, co widziałem będąc jeszcze u stóp wzniesienia.

      Spacerując dalej dotarłem do Katedry Sioni. To jedna z najważniejszych i najstarszych świątyń Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego. Jej nazwa pochodzi od góry Syjon w Jerozolimie, co podkreśla duchowe powiązania z Ziemią Świętą. Pierwsza świątynia istniała w tym miejscu już w V wieku, ale obecna konstrukcja powstała jakieś pięćset lat później. Katedra była wielokrotnie niszczona przez najazdy i trzęsienia ziemi, a mimo to zawsze była odbudowywana, co czyni ją symbolem wytrwałości i wiary Gruzinów. W świątyni znajduje się replika jednej z najważniejszych gruzińskich relikwii – krzyża świętej Nino, patronki Gruzji, wykonanego według tradycji z winorośli i jej włosów. Parę kroków dalej dotarłem do jednego z najbardziej uroczych obiektów na starówce. To Teatr Marionette Rezo Gabriadze, znanego lalkarza, reżysera teatralnego, pisarza, malarza i rzeźbiarza. Od 1981 roku samodzielnie budował teatr, wykorzystując do tego celu fragmenty zniszczonych wskutek trzęsienia ziemi budynków z tbiliskiego Starego Miasta. W 2011 roku dobudował do teatru krzywą wieżę, która wygląda jakby wyszła prosto z ilustracji do książki dla dzieci. O pełnej godzinie można tu zobaczyć, jak na górnym balkonie wieży lalkowy anioł uderza w dzwon, a na scenie pod wielkim zegarem rozgrywa się przy dźwiękach pozytywki spektakl ukazujący krąg życia: zakochanie, małżeństwo, poród i pogrzeb.  

      Zrobiłem kilka zdjęć i chwilę potem byłem już na położonym obok Parlamentu Placu Wolności, skąd metrem udałem się w stronę stadionu im. Borisa Paiczadze, gdzie wydawane miały być pakiety startowe na bieg. Choć stadion ma już swoje lata, to trzeba przyznać, że przynajmniej jeśli chodzi o rozmiary to jest dość imponujący. Podobno może pomieścić, aż pięćdziesiąt osiem tysięcy widzów, a w 2015 rozegrano na nim finał Superpucharu Europy.  Po odstaniu chwilę w długiej kolejce i odebraniu numeru startowego byłem już w drodze do hostelu. Miejsce, w którym miałem spędzić kilka najbliższych dni mnie trochę zaskoczyło. Różniło się ono bowiem trochę od tych hosteli, w których do tej pory zdarzało mi się nocować. Była to w zasadzie jedna sala z przygotowanym miejscem noclegu dla dziesięciu osób, z jedną mała łazienką, bez wyszczególnionej recepcji. Nie były to warunki, w których mogłoby komfortowo mieszkać tyle osób. Na szczęście było dość pusto. Poza mną aktualnie w hostelu przebywał Saif, który większość dnia przesypiał, a gdy przychodziła noc gdzieś wychodził i wracał dopiero rano. Dopiero ostatniego wieczoru uda nam się porozmawiać dłużej i okaże się w Tbilisi studiuje. Kształci się na dentystę. Choć pochodzenie ma palestyńskie nigdy w swojej ojczyźnie nie był. Urodził się już w Jordanii dokąd uciekli zmuszeni przez Izrael Jego rodzice. Nie ma też możliwości tam w ogóle pojechać. Nikt go tam teraz nie wpuści. Gdy tylko dowiedział się, że w tym krwawym konflikcie stoję po stronie Palestyny, a Izrael uważam za państwo terrorystyczne wzruszony po prostu rzucił mi się w ramiona nazywając swoim bratem. Z jednej strony było to miłe, z drugiej mocno poruszające. Z kolejnym mieszkańcem naszego pokoju, który był Ukraińcem  relacje były zdecydowanie utrudnione. Nie przesądzam tego, ale mam wrażenie, że w jego zachowaniu i ogólnym prowadzeniu się dało się zauważyć piętno wojny. Nie dało się z nim, ani porozmawiać, ani nawet przebywać w jego towarzystwie. Był po prostu dziwny. Szczęśliwie najczęściej się po prostu mijaliśmy. Niepokoiła mnie awaria hostelowego Internetu, której jak się później okazało nie usunięto już do końca mojego pobytu w Gruzji. Ratunkiem w tej kłopotliwej sytuacji okazało się metro, do którego miałem jedynie około trzystu metrów i było tam ogólnodostępne darmowe WIFI. Kolejnym problemem, był problem z ładowaniem telefonu. Przez kilka dni żyłem w świadomości, że popsuła mi się komórka i by szczęśliwie wrócić do domu musiałem oszczędnie gospodarować baterią. Niewątpliwie trochę mnie to stresowało, czy dotrwa. Na końcu okazało się, że tak naprawdę przyczyną było chyba zbyt niskie napięcie w hostelowych gniazdkach. Telefon sie bowiem magicznie naprawił po powrocie do kraju.

      Gdy przyleciałem do Tbilisi przywitał mnie deszcz. Miałem nadzieję, ze prognozy się nie sprawdzą i chociaż następnego dnia, gdy przyjdzie nam się zmagać z półmaratonem będzie pogodniej. Niestety opady na szczęście niewielkie będą nam towarzyszyć do samego końca zawodów. „Biorąc pod uwagę upał, który dosłownie tydzień wcześniej w Platerowie na Podlasiu dał mi się tak mocno we znaki i po prostu mnie zniszczył to może i dobrze?” – Starałem się szukać pozytywów. Startujemy kilkaset metrów od mojego hostelu na Placu Rewolucji Róż. Nazwa ta upamiętnia protesty z 2003 roku, w których to wyniku prezydenturę w Gruzji objął prozachodni przyjaciel Lecha Kaczyńskiego Micheil Saakaszwili. Snując się po placu zapytałem kogoś, czy mógłby mi zrobić zdjęcie. Trafiłem idealnie. Był to Mohammed, który widząc trzymaną przeze mnie polską flagę odpowiedział poprawną polszczyzną, zniekształcając jedynie trochę akcent: „Z Polski? To pewnie że można!” Okazało się, że jest Palestyńczykiem i choć teraz mieszka w Jerozolimie to dwadzieścia lat temu studiował w Polsce. Mimo upływu czasu dało się wyczuć nadal ogromny sentyment do naszego kraju i moglibyśmy tak pewnie miło rozmawiać dalej, w końcu jednak trzeba było zająć miejsce w swojej strefie startowej.

      Zaczynam podobnie jak we wszystkich ostatnich swoich biegach tego roku, czyli z założniem tempa po pięć minut na kilometr. Mimo sprzyjających warunków atmosferycznych biegnie mi się jednak dość ciężko. Bolą mnie zwłaszcza uda najwyraźniej mocno zmęczone długą włóczęgą po mieście poprzedniego dnia. Nie pomaga też trasa. W dużej części mocno wybrukowane śliskie od deszczu z wystającą, ostrą kostką uliczki sprawiają, że trzeba być bardzo uważnym, by się nie potknąć i nie upaść. Sporo jest też podbiegów. Mniej więcej po kilometrze dobiegamy do gmachu Parlamentu, chwilę potem do znanego mi już Placu Wolności. To tutaj przemawiał w 2008 roku Prezydent Kaczyński. To tu padły te już wówczas w dużej mierze prorocze słowa: „Dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze Państwa Bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę”. Po trzech kilometrach dogoniłem Muhammeda. Zaczął szybciej ode mnie, chyba za szybko. Biegniemy razem z kilometr, ale dla mnie jest zbyt wolno. Wracam więc do swojego wcześniejszego tempa. Na trasie nie ma zbyt wielu kibiców. Najwyraźniej niedzielny poranek połączony z deszczem skutecznie ich odstraszył, a może po prostu nie ma tu takiej kultury biegania i generalnie nie spotyka się tu takiej atmosfery jaką znam z krajów Europy Zachodniej, czy Skandynawii. Największy doping to ten robiony przez porozstawianych na trasie licznych młodych wolontariuszy. Mijają kolejne kilometry, a mi nadal udaje się utrzymywać swoje tempo. Nogi też już jakby mniej bolą. Dziesiątkę pokonałem w pięćdziesiąt jeden minut, to szybciej o dwie minuty, niż w Platerowie. Tuż przed końcem pierwszej pętli czeka jednak na nas bardzo stromy podbieg. Uff. Udaje się go jakoś pokonać, choć łatwo nie było. Najbardziej bolesna jest myśl, że przecież za kolejne pięćdziesiąt minut będę musiał pokonać go znowu i wówczas będzie jeszcze trudniej. Deszcz w końcu jakby zelżał, pojawiło się też więcej kibiców. Biegnie mi się coraz trudniej, ale nadal zdecydowanie szybciej, niż w Platerowie. Na trasie towarzyszą nam bezpańskie psy, których w mieście jest pełno, a które znalazły sobie sposób na zabawę i co jakiś czas dołączają do kilkutysięcznego tłumu biegnąc radośnie razem z nim. Do mety coraz bliżej, a do mnie powoli zaczyna docierać już, że nie tylko zrehabilituję się za Platerów, ale jest nawet szansa na wynik poniżej godziny i pięćdziesięciu minut. Taki rezultat w pełni mnie usatysfakcjonuje. Nie spodziewałem się innych biegaczy z Polski, tym bardziej nie wypatrywałem biało-czerwonych kibiców, ale gdzieś na dwa kilometry przed metą słyszę: „Dajesz! Dajesz!”. Spojrzałem w tym kierunku. Medal powieszony na szyi sugeruje, że to biegacz z Polski, który ukończył już swój bieg i teraz stojąc przy trasie skupił się na dopingowaniu innych. Pomogło to odzyskać wigor, przynajmniej na chwilę. Niedługo potem jeszcze raz pokonuję ten morderczy podbieg i w końcu upragniona meta. Czas z Platerowa poprawiony o jedenaście minut. Wynik godzina czterdzieści siedem z hakiem to jest lepiej, niż liczyłem na starcie.

      Po południu leżąc w łóżku i zastanawiając się,  co mnie jeszcze czeka w kolejnych dniach wyjazdu zdałem sobie sprawę, że o czymś kompletnie zapomniałem. Tego dnia po biegu miałem się wybrać na Cmentarz Kukijski. Jest tu miejsce, którego część nazywa się Polskim Wzgórzem, a na którym znajduje się około dziewięćdziesięciu nagrobków naszych rodaków. Najstarsze pochodzą z XIX wieku. Spoczęli tu głównie ci, którzy znaleźli się w Gruzji po upadku powstania listopadowego. Wyjrzałem za okno. Zobaczyłem, że jest na szczęście jeszcze jest jasno i wiedząc, że w kolejnych dniach już takiej możliwości nie będzie mimo zmęczenia postanowiłem zrealizować to, co miałem zaplanowane. Droga, choć dość długa, to na szczęście w miarę prosta. Po godzinie byłem na miejscu. Na dłuższą eksploracje cmentarza nie było ani czasu, ani możliwości. Skupiłem się więc na odwiedzeniu chyba najbardziej znanego nagrobka – polsko-norweskiego. Spoczęła w nim Dagny Juell Przybyszewski: poetka, pisarka, pianistka, tłumaczka, pozująca wielkim malarzom takim, jak na przykład Munch, czy Wyspiański modelka, generalnie muza artystów tamtego okresu, a prywatnie żona polskiego poety Stanisława Przybyszewskiego. Została zamordowana w Tbilisi w 1901 roku przez swojego kochanka trzy dni przed swoimi trzydziestymi czwartymi urodzinami.

      Następnego ranka czekała mnie zaplanowana wycieczka do Armenii. W międzynarodowej grupie uczestników tej wyprawy znalazło się w sumie piętnaście osób, w tym ku mojemu zaskoczeniu było polskie małżeństwo – Państwo Barbara i Janusz, którzy od trzydziestu sześciu lat mieszkają już na stałe w Wielkiej Brytanii. Była też młoda dziewczyna z Włoch – Luiza. To z nimi złapałem najlepszy kontakt, choć muszę przyznać, że dobre podejście gruzińskiej przewodniczki Ekateriny i miła atmosfera sprawiły, że w zasadzie cała grupa się ze sobą mocno i dość szybko zintegrowała. Po niespełna godzinie dojechaliśmy do granicy. Sprawnie udało się załatwić formalności i niebawem byliśmy po drugiej stronie. Z powrotem już tyle szczęścia nie będzie i trzeba będzie swoje odczekać, ale o tym przekonamy się i będziemy się martwić dopiero pod koniec dnia.

      Biorąc pod uwagę charakter moich podróży i fakt, że łączę je z półmaratonami najczęściej mam okazje zwiedzać stolice, lub inne duże aglomeracje. Tym razem miało być inaczej. Celem naszej wycieczki po najstarszym chrześcijańskim kraju świata miały być przede wszystkim zabytkowe średniowieczne klasztory położone niedaleko granicy z dala od miejskiego zgiełku, w dodatku w pięknej naturalnej scenerii. Kanion rzeki Debed, którym podążaliśmy to jedno z najbardziej malowniczych miejsc w północnej Armenii. Rzeka przecina ten region tworząc głęboki, zielony wąwóz otoczony stromymi zboczami i górskimi krajobrazami. Pierwszym punktem naszej wyprawy był kompleks klasztorny Achtala. Ta pochodząca z X wieku położona na skalistym wzniesieniu słynąca z pięknych fresków świątynia to jeden z najpiękniejszych i najlepiej zachowanych zabytków średniowiecznej architektury w tym kraju. Klasztor, wraz z otaczającymi go pozostałościami fortyfikacji zrobił na nas ogromne wrażenie, zwłaszcza, że unosząca się od rana nad górskimi szczytami mgła sprawiała, że widoki były jeszcze bardziej cudowne i dodawało to temu wszystkiemu, co mogliśmy podziwiać jakiejś takiej dodatkowej mistyczności. Podobnie było z dwoma kolejnymi bliźniaczymi klasztorami, do których dotarliśmy niedługo potem – Hachpat oraz Sanahin. Tak, jak Achtala obie wpisane na listę UNESCO świątynie powstały w X wieku, są do siebie architektonicznie zbliżone i uznawane za arcydzieła ormiańskiej architektury sakralnej i centrum intelektualnego średniowiecznej Armenii. W murach w tej drugiej kręcono właśnie akurat jakiś klip reklamowy z pięknymi młodymi dziewczynami ubranymi niczym średniowieczne księżniczki w równie piękne tradycyjne ormiańskie stroje. Była więc okazja zrobić sobie z nimi fajne pamiątkowe zdjęcie.

      Podążając dalej trasą wycieczki wzdłuż rzeki Debed minęliśmy położoną w wąwozie jakąś wydawałoby się opuszczoną starą olbrzymią fabrykę. Już po powrocie do domu dowiem się, że to hydroelektrownia i kopalnia miedzi w Alaverdi. Podobno w czasach świetności kopalnia odpowiadała za jedną dziewiątą całego wydobycia miedzi Imperium Rosyjskiego i przez dziesięciolecia była symbolem rozwoju gospodarczego i przemysłowym sercem regionu. Dziś jest w opłakanym stanie. Odkryte, zaniedbane, betonowe konstrukcje, zakładowe biura i hale fabryczne z powybijanymi oknami. Wszystko zardzewiałe, odrapane, zdominowane przez szarość. Mimo to, choć czasy świetności ma już za sobą to podobno w pewnym stopniu zakład ciągle funkcjonuje.

      Będąc w pobliżu klasztoru Sanahin mieliśmy okazję odwiedzić Muzeum Braci Mikojan. To miejsce poświęcone dwóm wybitnym Ormianom – Artemowi i Anastasowi Mikojan. Nie wiedziałem o tym wcześniej, ale to właśnie Ormianin Artem Mikojan był współkonstruktorem kolejnych modeli legendarnego samolotu MIG. Anastas natomiast był wieloletnim członkiem politbiura ZSRR. Obaj mieli ogromny wkład w radzieckie lotnictwo i politykę. Muzeum przybliża ich sylwetki i opowiada o ich życiu, a przed budynkiem stoi oryginalny, pełnowymiarowy samolot MIG-21.

      W przerwie między kolejnymi punktami między naszej wycieczki mieliśmy zaplanowany obiad u lokalnej rodziny w zwykłym tutejszym domu z tradycyjną ormiańską kuchnią. Na syto zastawionym stole znalazło się wiele potraw.  Choć przyznam szczerze nie lubię kulinarnych eksperymentów to jednak tym razem zjadłem wszystko ze smakiem i bardzo mi smakowało. Nie przypadło mi do gustu jedynie coś, co przypominało polskie gołąbki. Wolę nie wiedzieć jakiego rodzaju mięso było w środku. Smakowało nijako. Tak, czy inaczej do hostelu z wycieczki wróciłem zadowolony i najedzony.

      Następnego dnia czekała mnie kolejna atrakcja. Tym razem była to wycieczka w okolice góry Kazbegi, znanej jako święta góra Kaukazu, z kilkoma innymi ciekawymi punktami po drodze. Podobnie jak dzień wcześniej w busie znalazło się kilkanaście osób z Demetrim na czele jako przewodnikiem, a także dziewczynami z Polski Kasią i Natalią. Najwięcej czasu spędziłem jednak ze starszym francuskim małżeństwem siedemdziesięciolatków, którzy czas emerytury wykorzystują na podróżowanie po świecie. Zaimponowali mi. Zwiedzili kawał świata.

      Szlak naszej wyprawy wiódł tak zwaną Gruzińską Drogą Wojenną, czyli legendarną trasą przecinającą pasmo Wielkiego Kaukazu, łączącą Tbilisi z Władykaukazem w rosyjskiej Osetii Północnej. Choć dziś jest popularną atrakcją turystyczną, to jej historia sięga aż starożytności — była używana przez kupców, armie i podróżników już w czasach rzymskich. W XIX wieku została gruntownie przebudowana przez Imperium Rosyjskie jako strategiczny szlak wojskowy.

      Pierwszym punktem naszej wycieczki było jezioro Zhinvali. To sztuczny zbiornik wodny utworzony prawie czterdzieści lat temu. Powstało po zbudowaniu zapory wodnej, której celem było zaopatrzenie w wodę pitną i energię elektryczną Tbilisi i okolic. Niestety jego budowa wiązała się także z zatopieniem niektórych zabytków i przesiedleniem lokalnych społeczności. Otoczony górami Wielkiego Kaukazu zbiornik ma powierzchnię kilkunastu kilometrów kwadratowych i zachwycił mnie turkusową wodą, która podobno zmienia odcień w zależności od pory roku. Tuż obok odnaleźliśmy słynną twierdza Ananuri, czyli kompleks zamkowy, który składa się z dwóch kościołów, wieży strażniczej i murów obronnych. Twierdza pochodzi z XVI i XVII wieku, kiedy to służyła jako rezydencja dla książąt jednej z gruzińskich dynastii.

      Kolejnym punktem naszej wycieczki był znany kurort narciarski Gudauri. Powstał w czasach ZSRR, ale jego dynamiczny rozwój nastąpił po 2000 roku. Jest tu kilkadziesiąt kilometrów tras narciarskich. O tej porze roku wszystko było jeszcze zielone, ale podobno już pod koniec października cała okolica zamienia się w białe śnieżne krajobrazy. Zatrzymaliśmy się tu na chwilę przy specjalnym ustawionym straganie przy drodze, by skosztować tutejszych alkoholi: tradycyjnego gruzińskiego cha cha oraz lokalnej brandy o dość zaskakującym czekoladowym smaku. Nie przepadam za alkoholem i w zasadzie się od niego odzwyczaiłem, ale postanowiłem chociaż spróbować. Cha cha to podobno jeden z najstarszych destylowanych napojów alkoholowych na świecie. Jest produkowany od ośmiu tysięcy lat. Nie przekonał mnie.

      Wkrótce dojechaliśmy do Arki Przyjaźni, znanej też jako Pomnik Przyjaźni Gruzińsko-Rosyjskiej. To monumentalna konstrukcja zbudowana w 1983 roku z okazji dwusetnej rocznicy podpisania porozumienia, które ustanowiło rosyjski protektorat nad wschodnią Gruzją. Pomnik znajduje się na wysokości ponad 2300 m n.p.m. Ma formę półkolistego łuku z tarasem widokowym, z którego rozciąga się spektakularny widok na góry Kaukazu i dolinę rzeki Aragwi. Wnętrze łuku zdobią kolorowe mozaiki w stylu socrealistycznym, przedstawiające sceny z historii Gruzji i Rosji — od bitew po wspólne świętowania. Choć pierwotnie miał symbolizować braterstwo narodów, dziś budzi mieszane uczucia. Dla wielu Gruzinów jest po prostu przypomnieniem utraty suwerenności i trudnych relacji z Rosją.

      Tak, jak coraz bardziej zbliżaliśmy się do kulminacyjnego celu naszej podróży, czyli do Kazbegi, tak tym bardziej niepokoiła mnie pogoda. W momencie, gdy byliśmy pod Arką Przyjaźni było jeszcze pogodnie, nagle jednak zaczął padać deszcz, na niebie zaczęły pojawiać się coraz ciemniejsze chmury, a wszystko przykrywała coraz bardziej gęsta mgła. Gdy odjeżdżaliśmy niewiele już można było zobaczyć. Niepokoiło mnie to. Przez chwilę przestało padać, niebo rozjaśniło się, a mgła zaczęła znikać. Nabrałem znowu trochę optymizmu. Niestety moja radość nie trwała zbyt długo. Gdy dotarliśmy do miejscowości Stepancminda, zwanej kiedyś tak samo jak szczyt – Kazbegi – znowu padał deszcz i całą okolicę zaczęła ogarniać mlecznobiała gęsta kurtyna. Przed nami był już jedynie ostatni etap tej wyprawy, czyli około pięciu kilometrów pod górę w okolice monastyru Cminda Sameba. Przesiedliśmy się w lokalne samochody z napędem na cztery kola, które za opłatą zabierają turystów na sam szczyt. Zwykły samochód nie poradził by sobie ze stromizną tutejszych dróg. Po kilku minutach jazdy byliśmy na górze. Wiedziałem już, że tego jednego z najbardziej ikonicznych obrazów Gruzji, czyli widoku klasztoru na tle Kazbegi, najwyższego i najbardziej majestatycznego szczytu Kaukazu znanego mi ze zdjęć tym razem na żywo na pewno nie zobaczę. Ogromna ściana mgły przysłaniała wszystko nawet w najbliższej odległości nie mówiąc już w ogóle o szczycie oddalonej o kilometry góry. Szkoda…. W tej trudnej i mocno rozczarowującej sytuacji pozostało mi jedynie podziwiać zbudowany w XIV wieku klasztor. Trochę zawiedzeni, ale mimo wszystko zauroczeni tym wszystkim co przeżyliśmy i widzieliśmy wieczorem wróciliśmy do Tbilisi. Jeszcze tylko autobus na lotnisko i prawie cała noc czekania na samolot. Lot do Warszawy mam dopiero wcześnie rano. 

2025.09.28 Tbilisi (Gruzja) TBILISI HALFMARATHON – 1:47:29

Więcej zdjęć z biegu:

Więcej zdjęć z Tbilisi:

Więcej zdjęć z Kazbegi:

Więcej zdjęć ze Armenii:

 


Na tarczy

      Jednymi z tych zawodów, które wywołują we mnie skrajne emocje są na pewno te w Platerowie. Od wielu lat startuję w tej podlaskiej miejscowości, która jest tutejszą stolica jabłka i zawsze z chęcią tu wracam, choćby dlatego, że atmosfera jest zawsze wspaniała i za każdym razem jest to okazja by spotkać w jednym miejscu wielu biegowych znajomych. W Platerowie pobiegłem także swoje najszybsze 5km w życiu. Było to w 2022 roku i stało się mimo, że po zaraz po starcie musiałem się zatrzymać, by zawiązać rozwiązujące się sznurowadło. Niestety było to także miejsce jednej z moich największych biegowych porażek. W 2021 roku, gdy po raz pierwszy pojawił się dystans półmaratonu postanowiłem się zapisać. Był to mój pierwszy półmaraton po pandemii i wystartowałem dość spontanicznie nie do końca wiedząc na co się wówczas porywam. Ciężka trasa, niesprzyjająca słoneczna pogoda i braki treningowe sprawiły, że ostatnie pięć kilometrów były dla mnie koszmarem. Ukończyłem, ale końcówka to było raczej człapanie, niż bieg. Do dziś jest to mój najwolniejszy oficjalny półmaraton w życiu, jedyny powyżej dwóch godzin, a przecież już ich trochę przebiegłem. Rachunki z tą trasa udało mi się już wyrównać, gdy wróciłem do Platerowa w 2023 roku i wówczas już wszystko poszło zgodnie z planem. Poprawiony o prawie kwadrans wynik na poziomie 1:49:13 w pełni mnie usatysfakcjonował i poczułem, że „jesteśmy kwita”. W tym roku wybrałem się na Podlasie po raz kolejny, by po prostu pobiec swój 72 bieg na tym dystansie.

      Szczególnych planów jeśli chodzi o wynik nie miałem. Wiedziałem, że ze względu na wyjątkowo trudną pagórkowatą trasę wyniki, które uzyskałem ostatnio w Sztokholmie, czy w Warszawie będą tu nie do powtórzenia. Mimo to liczyłem, że 1:50 uda się złamać. Trudno było jednak ocenić jaki wpływ może mieć pogoda. Po dwóch tygodniach względnego ochłodzenia w dniu biegu prognozowano 28 stopni, co biorąc pod uwagę start w samo południe mogło znacznie pokrzyżować plany. Mimo to wystartowałem, tak jak robiłem to ostatnio – w tempie poniżej 5 minut na każde tysiąc metrów. Jednak już po trzech kilometrach musiałem to zweryfikować, podobnie jak oczekiwania co do wyniku na mecie. Generalnie do 10 kilometra wyglądało to jeszcze nienajgorzej i dałoby rezultat tak, jak bym sobie tego życzył poniżej 1:50. Coraz częściej mijałem już jednak idących poboczem tych, dla których dotychczasowe tempo okazywało się być za szybkie. Czułem, że prędzej czy później kłopoty pojawią się i u mnie.  Mimo, że mi udawało się jeszcze utrzymywać swój rytm biegło mi się w zasadzie od początku bardzo ciężko i w połowie dystansu musiałem się niestety poddać i ja. W coraz mocniej w palącym słońcu nie byłem w stanie zrobić nic więcej, niż biec po 5:30, a wkrótce i to okazało się być za szybko. Czułem, że sie powoli odwadniam. Gdy dobiegłem do znanego mi już doskonale podbiegu na 13km, który w poprzednich startach w Platerowie dał mi się tak mocno we znaki, że go zapamiętałem mimo upływu lat moje tempo jeszcze spadło.

      Od tej pory celem było już jedynie złamać dwie godziny, choć momentami to czy się uda, nie było dla mnie też wcale takie oczywiste. Każdy kilometr był coraz trudniejszy, starałem się kontrolować, aby każdy z nich był poniżej 6 minut, ale nawet to sprawiało mi sporo trudności. Było naprawdę gorąco, a moje tętno, gdy tylko przyspieszałem choć odrobinę, co chwilę skakało w okolice 175. W Warszawie dwa tygodnie temu przebiegłem ten dystans ze średnim tętnem 155. Od czasu do czasu chciało mi się wymiotować, co na półmaratonie mi się w ogóle nie zdarza. To, co mnie dziwiło to to, że w zasadzie prawie nikt mnie nie wyprzedzał mimo, że moje tempo od startu przecież drastycznie spadło. Minęło mnie może w sumie z pięć, albo sześć osób. W końcu po prawie dwóch godzinach zmagań udało się dotrzeć do mety z półtoraminutowym zapasem i wynikiem 1:58:31. To trzeci najwolniejszy mój półmaraton w życiu. Co by nie powiedzieć… totalna porażka. Nie zdążyłem się nawet bardzo rozczarować tym wynikiem, gdy okazało się, że dał mi ostatecznie w gronie 84 zawodników 30 miejsce open i 9 w kategorii wiekowej. Tylko 31 osobom to jest 37% udało się złamać dwie godziny. Choć tych półmaratonów już przecież trochę przebiegłem to chyba pierwszy raz zdarzyła mi się taka sytuacja. To pokazuje jak ciężkie to były warunki, w których przyszło nam rywalizować i jak wysoko postawiona to była poprzeczka. Marne to pocieszenie, ale zawsze coś. Kolejny 73 półmaraton już za tydzień.. mam nadzieję, że będzie już trochę łatwiej i pójdzie znacznie lepiej. Dwa tygodnie temu w Warszawie przekonałem się przecież, że jakaś tam forma jest (1:41:56). 

2025.09.21 Platerów Półmaraton: 14 BIEGIEM PRZEZ PLATERÓW – 1:58:28


Potwierdzenie

      Na kolejny swój półmaraton przyszło mi poczekać jedynie tydzień. Tym razem był to WIZZAIR WARSAW NIGHT HALFMARATHON PRASKI. To był już mój piąty start na tych zawodach i czwarty raz z rzędu. Startowałem tu w 2013 roku, czyli pierwszej edycji, która jescze miała charakter biegu dzinenego, a także w latach 2022, 2023 i 2024 już w nocnej scenerii i mozna powiedzieć, że ten bieg już na stałe wpisał się w mój kalendarz. Lubię tę imprezę głównie ze względu na bliskość, przyjazną płaską trasę i możliwość spotkania w jednym miejscu wielu biegowych przyjaciół poznanych na różnych etapach mojej biegowej przygody. Na to liczyłem i tym razem.

      Trzeba przyznać, że w tym roku pogoda szczęśliwe dopisała. Początek września to czas, gdy biegaczom często towarzyszy jeszcze upał. Tym razem było inaczej. Temperatura do biegu bardzo dobra, choć przeszkadzać mogła trochę wysoka wilgotność powietrza. Przed biegiem tak jak się spodziewałem udało się spotkać wielu znajomych. Czas mijał na wspomnieniach i miłych rozmowach. W końcu trzeba było jednak zająć miejsce w swojej strefie startowej.

      Szczególnych oczekiwań co do wyniku w zasadzie nie miałem. Tak jak często ostatnio plan minimum zakładał czas 1:50:00, maksimum poprawę rezultatu sprzed tygodnia ze Sztokholmu (1:44:27), który mnie bardzo pozytywnie zaskoczył i zastanawiałem się czy ta forma rzeczywiście jest, czy też był to jedynie przypadek i tak zwany „dzień konia”. Zegarek ustawiłem na 1:45. Początkowo zaraz po starcie utknąłem trochę w wielotysięcznym tłumie, ale po kilkuset metrach udało się ustabilizować tempo na 4:50-4:55 i tak pokonywałem kilometr po kilometrze. Biegło mi się chyba trochę ciężej niż w Szwecji, ale było delikatnie szybciej. Po dziesiątym kilometrze miałem czas kilkanaście sekund powyżej czterdziestu ośmiu minut. To 45 sekund lepiej, niż w Sztokholmie. Przez kolejne kilometry udawało mi się utrzymywać swoje tempo. Ułatwiała to bardzo płaska trasa. Na całym dystansie był w zasadzie jeden bardziej wymagający podbieg, ale był na tyle krótki, że udało się go pokonać bez strat.

      Zaczynało się robić coraz ciężej. Mimo to każde kolejne tysiąc metrów zwiększało zapas do ustawionej na starcie w zegarku bariery 1:45. Pomagało niewątpliwie to, że zrobiło się już bardziej rześko, a rozgrzane ciała chłodził delikatny wiatr. Szesnasty czy siedemnasty kilometr to czas, gdy zwykle zmęczenie zaczyna odzywać się już na dobre. Na Półmaratonie Praskim ten odcinek biegnie się stosunkowo dobrze. To bardzo długa prosta zakończona nawrotką. Przemierzając ten fragment zawsze lubię wypatrywać z naprzeciwka znajome twarze, pozdrawiać. Pozwala to na chwilę zapomnieć o bólu i zmęczeniu. Atmosfera na trasie też była bardzo gorąca.  Starałem się często przybijać „piątki” zwłaszcza z najmłodszymi. Na dwa kilometry przed metą wiedziałem już w zasadzie, że cel uda się zrealizować. Nie miałem jedynie świadomości jaki ostatecznie osiągnę wynik. Byłem już  zbyt zmęczony, aby dokładnie to kalkulować. Postanowiłem o tym nie myśleć i po prostu nadal robić swoje. Zrobiło się nawet szybciej, niż wcześniej. Ostatnie kilkaset metrów jeszcze przyspieszyłem, bo zerknałem kątem oka na zegarek i dostrzegłem, że będzie blisko granicy 1:42. Ostatecznie na metę wpadłem z czasem 1:41:56. Nawet nie czułem się bardzo źle. Było na tyle dobrze, że w zasadzie siłą rozpędu dobiegłem do depozytów odebrać swoje rzeczy i udało mi się biegiem zdążyć  na wcześniejszy, niż planowałem pociąg do Siedlec. Przebrałem się już wewnątrz w toalecie. Jeszcze tylko półtorej godziny jazdy i w domu.

      Wróciłem bardzo zadowolony. Udało się potwierdzić, że treningi w sierpniu nie poszły na marne.  To mój ósmy najszybszy półmaraton w życiu, co niewątpliwie bardzo mnie ucieszyło, zwłaszcza, że mimo wszystko było to bardzo niespodziewane, ale myślami już też jestem trochę przy kolejnych. Jak nic się nie wydarzy nieprzewidzianego to w tym roku czeka mnie jeszcze sześć, choć pewnie już trochę spokojniej i bez szczególnych oczekiwań jeśli chodzi o wyniki. Kolejny już za dwa tygodnie Platerów…

2025.09.06 Warszawa Półmaraton: WIZZAIR WARSAW PRASKI NIGHT HALFMARATHON – 1:41:56


Potop Szwedzki

         Jednym z moich turystyczno-biegowych kierunków odnośnie których plany zostały pogrzebane przez pandemię była Szwecja. W 2020 roku byłem już w zasadzie zapisany na wydarzenie, które nazywało się Biegowy Potop Szwedzki i czekałem już tylko na lato, by móc te plany zrealizować. Nazwa nawiązywała oczywiście do wojny z XVII wieku i najazdu wojsk szwedzkich na ówczesną Rzeczpospolitą. Z tym, że teraz role miały się odwrócić i to biegacze z Polski planowali najechać Szwecję. Uczestnicy mieli spotkać się w Gdyni, skąd do Szwecji pływa prom sponsora tej imprezy i którym to mieliśmy dotrzeć do Karlskrony, a potem pięknymi malowniczymi trasami planowaliśmy pobiec organizowany na miejscu na jednym z dwóch wybranych przez siebie dystansów bieg. Na koniec miało na nas czekać zwiedzanie tego pięknego średniowiecznego miasteczka i powrót do kraju dokładnie tą samą drogą, którą przypłynęliśmy. Nic jednak z tego nie wyszło. Wydarzenie zostało odwołane, a ja z zaliczeniem Szwecji musiałem poczekać ładnych kilka lat. Teraz w końcu przyszła pora i na ten kraj. Biorąc jednak pod uwagę, że zmieniły się trochę okoliczności to postanowiłem najechać Szwecję już tylko w pojedynkę, po swojemu i na własnych warunkach. Zamiast Karlskrony wybrałem stolicę Sztokholm, planowane wówczas piętnaście kilometrów zamieniłem na półmaraton, a prom zastąpiłem samolotem.

      Wylot z Warszawy miałem w piątek bardzo wcześnie rano. Czekała mnie więc znowu noc spędzona na lotnisku.  Po niespełna dwóch godzinach w powietrzu wylądowałem w Nyköping. Potem niemalże tyle samo czasu musiałem jeszcze przetrwać w autobusie z lotniska do centrum Sztokholmu. Uciążliwości związane z podróżą rekompensowała trochę możliwość podziwiania pięknych, gęstych skalistych szwedzkich lasów i drewnianych czerwonych domków. Przywołały mi one trochę wspomnienia sprzed wielu lat i serial, który oglądałem w dzieciństwie o  sympatycznym urwisie Emilu z Lönnebergi. Wyglądały dokładnie tak samo, jak je zapamiętałem.

       Gdy w końcu wysiadłem na dworcu w Sztokholmie nie tracąc czasu pierwsze kroki skierowałem do Kungsträdgården. Położony w samym centrum miasta park to jeden z najstarszych i najbardziej znanych parków w tym mieście. Nazwa oznacza dosłownie „Ogród Królewski”, bo kiedyś był częścią królewskich ogrodów pałacowych. Dziś to tętniące życiem miejsce spotkań, spacerów i wydarzeń kulturalnych. Latem odbywają się tu koncerty, festiwale i wystawy plenerowe, a zimą park podobno zamienia się w lodowisko. To tu także rozstawiono całe Expo ze stoiskami głównego sponsora, główną scenę i biuro zawodów, w którym wydawane były pakiety startowe na bieg. Gdy tu dotarłem kwadrans przed otwarciem przez chwilę zamarłem. Moim oczom ukazała się bowiem ogromna kolejka. Sznur ludzi, w którym obok siebie stał z jednej strony elegancko ubrany w drogi garnitur Pan Biznesmen z teczką, a tuż obok budowlaniec w brudnych roboczych ciuchach i cała reszta przekroju społecznego od najmłodszych biegaczy po tych w podeszłym wieku ciągnęła się pewnie przez kilkaset metrów. Gdy w końcu wybiła jedenasta i otworzyli Expo odwróciłem się za siebie. Końca kolejki nie było już w zasadzie widać. W sumie można się było tego trochę spodziewać. To największa biegowa impreza w Szwecji. Organizatorzy spodziewali się przez trzy dni dwudziestu pięciu tysięcy gości, w tym około dwudziestu tysięcy biegaczy. Na szczęście w środku już wszystko poszło naprawdę sprawnie i pół godziny później po odebraniu swojego pakietu skierowałem się do położonego nieopodal hostelu.

      Cieszyło mnie bardzo, że udało mi się znaleźć nocleg w tej okolicy Starego Miasta w rozsądnej cenie. To jeden z najlepiej zachowanych średniowiecznych zespołów miejskich w Europie. Wąskie uliczki, kolorowe kamienice i brukowane place tworzą wyjątkowy klimat. Dosłownie kilkaset metrów od mojego hostelu zostały zaplanowane też start i meta. Co ciekawe bieg miał odbyć się nie jak prawie wszędzie w niedzielę, ale w sobotę i nie rano, a po południu. Biegnąc w Oslo dwa lata temu wiedziałem już jednak, że w tej części Europy mogę się czegoś takiego spodziewać i nie było to dla mnie żadnym zaskoczeniem.

      Generalnie w Sztokholmie przywitał mnie dość chłodny ponury dzień. Niższej temperatury i małego deszczu się spodziewałem, bo oczywiście sprawdzałem prognozy, ale sama aura mnie trochę zaskoczyła. Było wyjątkowo ciemno, szaro i ponuro. Mimo nienajlepszej pogody postanowiłem nie czekać i od razu rozpocząć odkrywanie miasta. W sobotę większość dnia zdominować mi miał przecież bieg, a na niedzielę prognozy wcale nie były lepsze. Spacerując przygotowanym jeszcze przed wyjazdem szlakiem miałem okazję zobaczyć coś, czego się nie spodziewałem, a mianowicie zmianę warty pod Pałacem Królewskim. Ceremonii, której przyglądało się kilkuset gapiów towarzyszyła parada żołnierzy na koniach i orkiestra wojskowa. To podobno duża atrakcja, a ja miałem sporo szczęścia. Poza letnim sezonem, czyli od początku września świadkiem takiego wydarzenia można być jedynie w wybrane dni. Mi się udało zobaczyć to bardzo ciekawe widowisko w zasadzie w ostatnim momencie przedostatniego dnia sierpnia. Jednym z miejsc, do których dotarłem od razu był zbudowany pod koniec XIII wieku kościół Riddarholmen. To jeden z najstarszych i najbardziej symbolicznych zabytków Sztokholmu. Dodatkowo pełni także funkcję nekropolii szwedzkich monarchów. W podziemiach i kaplicach kościoła spoczywają niemal wszyscy królowie Szwecji od czasów Gustawa II Adolfa. Po kilkugodzinnym spacerze, podładowaniu węglowodanów pizzą i zrobieniu małych zakupów wróciłem do miejsca noclegu.

      W pokoju zakwaterowany byłem tym razem z ubranym w skóry, jak rockandrollowiec Björnem i Marcusem. Dwaj Panowie po sześćdziesiątce spakowani w dwie ogromne torby zamieszkali w tym hostelu na dwa tygodnie z powodu problemów mieszkaniowych. Nie wnikałem jakich. Już w zasadzie na dzień dobry dostałem ostrzeżenie od Björna, że Marcus strasznie chrapie i każdy kto z nimi zamieszka na to narzeka. Uśmiechnąłem się myśląc, że pewnie trochę przesadza, ale rzeczywiście… już pierwszej nocy przekonałem się, jak ogromny ma z tym problem, a w zasadzie jaki to inni mają z nim problem. Na szczęście chyba zmęczenie podróżą sprawiło, że suma summarum spałem zaskakująco dobrze i obudziłem się w nocy na krótko jedynie dwa razy. 

      W sobotni poranek wybrałem się na Mariaberget. To malownicza, historyczna część miasta położona na wzgórzu z widokiem na zatokę i Stare Miasto. Miejsce pełne kawiarni, czy galerii słynie z urokliwych uliczek, zabytkowych kamienic i jednego z najpiękniejszych punktów widokowych w Sztokholmie. To właśnie chęć podziwiania panoramy miasta z tej perspektywy przygnała mnie w te okolice. Spędziłem tu chwilę, zrobiłem kilka zdjęć, a chwilę potem wróciłem do hostelu zbierać siły i przygotowywać się do tego, po co do Sztokholmu przyjechałem, czyli do popołudniowego biegu.  Gdy do rozpoczęcia zawodów pozostawało już jedynie dwie godziny skierowałem się w stronę startu.

     Bieg zaczynamy na moście Strömbron, by potem swoje zmagania zakończyć na położonym tuż obok innym moście Norrbro. Jest ich tutaj podobno, aż około pięćdziesięciu. Łączą one czternaście wysp, na których położone jest miasto zwane przez to często „Wenecją Północy”. Co do wyniku szczególnych oczekiwań nie mam. Po Chicago pobiegłem jeszcze trzy półmaratony w kraju w Radomiu, w podsiedleckim Zbuczynie i Kaliszu i już wtedy było widać gorszą dyspozycję. Potem przyszło lato, wakacje i było jeszcze gorzej. Pierwszy raz od czasów pandemii zrobiłem sobie dwutygodniowe letnie roztrenowanie i niestety także szybko odbiło się to na mojej dyspozycji. Okazało się, że w moim wieku chyba łatwiej jest stracić formę w dwa tygodnie, niż potem ją w miesiąc odbudować. Zrobiłem, co mogłem, aby zdążyć, ale czy się udało to tak naprawdę do końca nie wiem. Nie czuję się zresztą najlepiej. Po raz kolejny przekonałem się, że zdecydowanie wolę startować rano. To przedłużające się całodzienne czekanie mnie po prostu męczy. Zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Mam wrażenie, że jestem jakiś osłabiony, ale gdy rozlega się sygnał startera przy aplauzie kibiców ruszam na trasę z animuszem i nadzieją na satysfakcjonujący wynik. Nogi wydają się być bardzo ciężkie. Mimo to staram się biec w tempie poniżej pięciu minut na kilometr. Po czterech kilometrach zmagań dobiegamy do okolicy, w której znajduje się Karlbergs Slott. Ten imponujący pałac został zbudowany pięćset lat temu. Dziś mieści się tu szkoła wojskowa i jest to najstarsza na świecie akademia wojskowa działająca nieprzerwanie w tym samym miejscu. Choć budynek ze względu na militarny charakter jest zamknięty dla zwiedzających to jednak jego park jest otwarty dla gości. Co ciekawe przed wyjazdem wyczytałem, że jedną z jego największych atrakcji jest podobno grób psa Pompego, ulubieńca króla Karola XII. Pamiątkowy kamień z wyrytym napisem, kto pod nim spoczął stoi tu od ponad czterystu lat.  Pozostaje mi wierzyć na słowo. Jest zbyt daleko od centrum, aby chciało mi się tu wrócić po biegu tylko po to, aby przekonać się na własne oczy. Po pięciu kilometrach poczułem bolesne ukłucie w kolanie. Ogarnął mnie mały niepokój, bo w ostatnich tygodniach miałem z nim mały problem. Od tej pory staram się biec ostrożnie stawiając stopę. Na szczęście nie ma to wpływu na tempo, a z czasem, gdy do głosu dojdzie zmęczenie i inne dolegliwości o tym bólu zapomnę już całkiem. W połowie dystansu rozpoczął się dla mnie najprzyjemniejszy odcinek tego biegu. To tutaj bowiem zebrało się najwięcej kibiców i doping jest najbardziej gorący. Staram się wypatrywać polskich flag, ale nie udaje mi się odnaleźć żadnej. Sporo jest za to Polaków na trasie wśród biegaczy i co jakiś czas dostrzegam polskie koszulki. Kilku uczestników z Polski spotkałem jeszcze przed biegiem. Jedną z nich była Patrycja. Chwilę miło porozmawialiśmy. Zapowiedziała, że zamierza pobiec ambitnie. Nie wnikałem w szczegóły, ale po sportowej sylwetce i dresie reprezentacji Polski wyczułem, że będzie mocno. Już po biegu sprawdzę i okaże się, że ambitnie oznaczało dziewiąte miejsce na prawie siedem tysięcy kobiet. Nieźle. Gdy na liście wyników odnajdę nazwisko „Miazek” okaże się, że jest mi doskonale znane i często przewija się wśród laureatek wielu biegów masowych organizowanych w Polsce. Startowała też na ostatnich Mistrzostwach Polski w Bydgoszczy na dystansie 5000m dosłownie tydzień temu.

      Po jedenastu kilometrach mijamy miejski ratusz Stockholms Stadshus. Byłem tutaj już poprzedniego dnia. Został zbudowany z około ośmiu milionów czerwonych cegieł. Jego wieża ma sto sześć metrów wysokości i wieńczy ją symbol Trzech Koron – godło Szwecji. Przy jednej z bocznych ścian znajduje się także grobowiec Birgera Jarla, prawdopodobnego założyciela Sztokholmu żyjącego w XIII wieku, uznawanego za najwybitniejszego męża stanu średniowiecznej Szwecji oraz twórcę skonsolidowanego królestwa tego kraju. Ratusz to jeden z najbardziej rozpoznawalnych budynków w Szwecji – zarówno ze względu na swoją architekturę, jak i znaczenie symboliczne. To właśnie tutaj, w Błękitnej Sali, co roku odbywa się bankiet noblowski – uroczysta kolacja po wręczeniu Nagród Nobla. Następnie goście przenoszą się do Złotej Sali, ozdobionej mozaikami z osiemnastu milionów złotych płytek. W Sztokholmie jest też zresztą Muzeum Nagrody Nobla poświęcone jej laureatom, które mam okazję mijać każdego dnia swojego pobytu, gdyż znajduje się dosłownie kilkadziesiąt metrów od mojego hostelu i każdego dnia jest oblegane przez turystów.

      Do mety już coraz bliżej, a mi udaje się utrzymywać cały czas to samo wysokie tempo. Mimo, że trasa jest stosunkowo trudna i dość pagórkowata moje ambicje i oczekiwania zaczynają coraz bardziej rosnąć. Sprzyja pogoda. Około dwudziestu stopni i pochmurny dzień to dobre warunki do biegania. Na ostatnich kilometrach zostało mi tyle sił, by jeszcze przyspieszyć. Ostatnie dwa są najszybsze ze wszystkich. Gdy mijam pałac królewski Kungliga Slottet wiem, że już jest bardzo blisko. Znam go już doskonale, gdyż byłem tu już poprzedniego dnia, a i bieg zaczynał się przecież tuż obok. To oficjalna rezydencja króla Szwecji i jeden z największych pałaców królewskich w Europie. Inspirowany był włoskimi pałacami, a jego budowa zakończyła się w połowie XVIII wieku. Znajduje się w nim około sześćset pomieszczeń w tym reprezentacyjne apartamenty królewskie, czy muzea. Choć rodzina królewska na co dzień mieszka gdzie indziej to właśnie ten pałac jest miejscem oficjalnych uroczystości i pracy monarchy. Przed jego fasadą stoją dwa spiżowe lwy, o których przez lata mówiło się, że pochodzą z warszawskiego pałacu Kazanowskich i zostały wywiezione do Szwecji podczas potopu szwedzkiego. Dziś jednak już w zasadzie wiadomo, że była to tylko legenda, a lwy są autentycznie szwedzkie. Polskich akcentów nie brakuje natomiast podobno w tutejszym muzeum w królewskiej zbrojowni, gdzie można zobaczyć na przykład przepiękną zbroję króla Zygmunta III Wazy, czy też uprząż królewskiego powozu z symbolami Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Niesiony żywiołowym dopingiem zebranych w tym miejscu licznie kibiców chwilę potem dobiegam do Riksdagshuset, czyli siedziby szwedzkiego parlamentu – Riksdagu i została mi już jedynie ostatnia prosta. Daje z siebie tyle ile jeszcze zostało sił i metę mijam w czasie trochę powyżej godziny i czterdziestu czterech minut. To pięć minut szybciej, niż się spodziewałem. Uśmiechnąłem się będąc z siebie bardzo zadowolonym. To była dla mnie naprawdę miła niespodzianka. Pokibicuję jeszcze chwilę i wrócę do hostelu odpoczywać.

      W niedziele rano tak jak prognozowano przywitał mnie deszcz. Delikatna mżawka będzie mi towarzyszyć przez pierwszą część dnia. Nie były to jednak warunki, które zatrzymałyby mnie w hostelu, zwłaszcza że przed wylotem miałem jeszcze kilka ważnych rzeczy do załatwienia. Przystąpiłem więc do realizacji swojego planu. Pierwszym punktem było położone stosunkowo niedaleko Nationalmuseum. Widziałem je już z dalekiej perspektywy mostu, na którym rozpoczynaliśmy bieg. Piękny budynek tuż przy zatoce prezentuje się okazale. Teraz miałem możliwość podziwiania go z bliska. To największe muzeum sztuki w Szwecji zostało założone pod koniec XIII wieku i od tamtej pory gromadzi dzieła sztuki od średniowiecza po współczesność. W jego zbiorach odnaleźć można m.in. rzeźbę, rzemiosło artystyczne, grafikę i malarstwo europejskie, w tym takich autorów jak Rembrandt, Rubens, Goya, Renoir.

      Kolejny punkt mojej wyprawy był położony kilka kilometrów dalej na zielonej wyspie Djurgarden. To Muzeum Vasa wraz z jego największą atrakcją. Galeon, który miał być miał być dumą i symbolem szwedzkiej potęgi morskiej, głównie przeciwko Polsce zatonął podczas swojego dziewiczego rejsu w 1628 roku w wyniku błędów konstrukcyjnych. Wydobyto go po ponad trzystu latach, a dzięki wyjątkowym warunkom w Bałtyku zachował się niemalże całkowicie z oryginalnych części. Jest naprawdę imponujący, a co ciekawe na jego zdobieniach można odnaleźć nawet figurki, będące karykaturą polskich szlachciców. Zrobił na mnie ogromne wrażenie. Patrząc na tę imponującą konstrukcję, aż trudno uwierzyć, że ma tyle lat i tak długo pozostawała pod wodą na dnie morza.

      Na sam koniec swojej szwedzkiej przygody zostawiłem sobie Stadion Olimpijski – Stockholms Olympiastadion, czyli zabytkową arenę sportową zbudowaną specjalnie na potrzeby Letnich Igrzysk Olimpijskich w 1912 roku. To miejsce ma wyjątkowe znaczenie historyczne. Stadion był świadkiem wielu epokowych wydarzeń lekkoatletycznych. To właśnie tutaj Jim Thorpe zdobył dwa złote medale i rodziła się jego legenda jednego z największych i najwybitniejszych sportowców wszechczasów. Poprawiono tu także ponad osiemdziesiąt rekordów świata wliczając w to ten ostatni w skoku o tyczce Armanda Duplantisa w czerwcu tego roku. Przypominają o nich wszystkich złote tablice z wygrawerowaną listą ustawione przy wejściu, a także płyty wkomponowane w chodnik otaczający stadion i stanowiące swoiste „Walk of Fame”. Stadion był także gospodarzem koncertów światowych gwiazd, takich jak Michael Jackson, The Rolling Stones, czy Metallica. Jeszcze przed wyjazdem wyczytałem, że generalnie jest on ogólnodostępny dla mieszkańców i turystów na co dzień. Można na niego wejść i pobiegać po bieżni. Była to na tyle kusząca perspektywa, że nie mogłem sobie darować, by się tu nie wybrać mimo, że  położony jest z dala od ścisłego centrum.  Ucieszyłem się, że miałem możliwość go zobaczyć i było to dla mnie ogromne przeżycie. To zdaje się już piąta po Atenach, Helsinkach, Rio i Amsterdamie arena olimpijskich zmagań, którą miałem możliwość podziwiać z bliska.

      Podekscytowany wróciłem do hostelu by spakować się i po kilku godzinach udać się na autobus na lotnisko. Byłem przekonany, że to właśnie tam spędzę ostatnią noc przed odlotem. Przynajmniej taki był plan. Szybko okazało się, że jest nie do zrealizowania. Skavska, przez które wiodła moja droga do i ze Sztokholmu to bardzo małe lotnisko. Terminal o północy jest zamykany i otwierany dopiero rano. Po kilku godzinach musiałem więc go opuścić. Na noc spędzoną pod przysłowiową „chmurką” się nie zdecydowałem. Nie było sensu się męczyć, zwłaszcza, że w nocy było dość chłodno. Udałem się więc do pobliskiego hotelu i tę noc spędziłem właśnie tam. Może to i dobrze. Przynajmniej wrócę do domu jak człowiek: wyspany i wypoczęty.

2025.08.28 Sztokholm (Szwecja) ADIDAS STOCKHOLM HALFMARATHON – 1:44:27

Więcej zdjęć z biegu:

Więcej zdjęć ze Stadionu Olimpijskiego:

Więcej zdjęć ze Sztokholmu:


Z wisienką w tle

     Wykorzystując wakacyjną przerwę od półmaratońskich startów wybrałem się do podsiedleckiego Wiśniewa, gdzie już od kilkunastu lat organizowany jest Bieg z Wisienką w tle. W tym roku w trochę nowej odsłonie i z większym rozmachem. Muszę przyznać, że kompletnie nie planowałem tego startu. Postanowiłem jednak skorzystać z zaproszenia zaprzyjaźnionych organizatorów, po pierwsze aby zmobilizować się trochę jakimś mocniejszym akcentem do przygotowań do jesiennych półmaratonów, a po drugie wiedziałem, że będzie to doskonała okazja by w jednym miejscu spotkać wielu często niewidzianych od dawna biegowych przyjaciół.

      Do Wiśniewa wybrałem się rowerem. To raptem kilkanaście kilometrów. Wiedziałem, że będzie ciężko o dobry wynik. Przez cały tydzień miałem urlop, co skwapliwie starałem się wykorzystać na aktywności sportowe. Brakowało więc mi świeżości. Dodatkowo wiedziałem, że po kilkutygodniowej przerwie zaczynałem dopiero walkę o lepszą formę i nie była ona na najwyższym poziomie. Trudno więc było cokolwiek oczekiwać, zwłaszcza, że w staraniach o dobry rezultat nie pomagały na pewno, ani trudna crossowa trasa, ani tym bardziej upalna pogoda.

      Wystartowałem jednak dość ambitnie. Już pierwszy kilometr sprowadził mnie jednak na ziemię. Ukończyłem go w czasie 4:10. Było to tempo dla mnie zdecydowanie za szybkie. Musiałem zwolnić i każdy z trzech kolejnych kilometrów pobiegłem około pół minuty wolniej. Mimo, że biegłem w tempie, którym jeszcze nie tak dawno biegałem przecież półmaratony to nie czułem się najlepiej. Ostatni kilometr to powrót do miejsca, w którym zaczynaliśmy na tutejszym stadionie. Kończyła go pętla po bieżni. Udało się wykrzesać jeszcze odrobinę sił, by pobiec go trochę szybciej i zakończyć mocniejszym finiszem. Ostatecznie do mety dobiegłem na osiemnastym miejscu  w siedemdziesięcioosobowej stawce z czasem 23:22.

      Z ogólnego wyniku jestem generalnie zadowolony. Mniej z aktualnej dyspozycji. Wystarczył luźniejszy miesiąc, by forma trochę uciekła. Na szczęście jest jeszcze trochę czasu, by poprawić ją przez zbliżającymi się półmaratonami, których w tym roku planuję jeszcze, co najmniej siedem. Po biegu czekało mnie jeszcze to najprzyjemniejsze w tego typu małych kameralnych zawodach, czyli delektowanie się smakołykami i długie rozmowy, nie tylko o bieganiu. Generalnie, mimo że tego biegu nie planowałem to jednak cieszę się, że się na niego wybrałem i był to naprawdę miło spędzony czas. 

2025.07.26 Wiśniew 5km: XII BIEG Z WISIENKĄ W TLE – 23:22

Zdjęcia: własne / Jacek Giereło / SportSiedlce.pl