Piramidalne trudności

      Byłem przekonany, że podróż do Albanii i Czarnogóry będzie moim ostatnim wyjazdem w tym roku. Koniec jednego jest jednak zawsze początkiem drugiego, dlatego gdy tylko wróciłem do domu zabrałem się za szukanie pomysłów na kolejny sezon. W mojej głowie pewien wstępny plan funkcjonował już od kilku miesięcy. Rok 2024 chciałem zacząć od wyjazdu na półmaraton do Bolonii we Włoszech. Po pierwsze upatrywałem tu szansę na zaliczenie kolejnego kraju – San Marino, do którego z Bolonii jest stosunkowo blisko, a najbardziej to w sumie zależało mi na tym, aby odwiedzić znajdujący się w tym mieście polski cmentarz wojskowy. W 2014 wracając z Monte Cassino do Polski przejeżdżaliśmy przez Bolonię i miałem okazję zobaczyć go z perspektywy szyby autokaru. Ponieważ w 2024 roku przypada osiemdziesiąta rocznica bitwy chciałem odwiedzić go już na własną rękę. Plan ten był jednak obciążony wieloma wątpliwościami dotyczącymi terminów lotów, kosztów i czasu, który musiałbym poświęcić na jego realizację na tyle mocno, że długo powstrzymywało mnie to przed podjęciem ostatecznej decyzji. Gdy teraz już na spokojnie mogłem skupić się i bardziej przemyśleć wszystkie kwestie okazało się, że te wątpliwości były na tyle uzasadnione by jednak dokonać zmian w swoim pierwotnym planie i Bolonię przesunąć o co najmniej rok.

      Szukając jakiejś alternatywy, która mogła by wypełnić tę lukę zupełnie przypadkowo natrafiłem na informację po przeczytaniu której zaświeciły mi się od razu oczy. To był MARAKEZ PYRAMIDS HALFMARATHON organizowany tuż przed Wigilią na pustyni w Gizie w Egipcie. Zainteresowało mnie to i zacząłem przeglądać informacje, ale raczej w formie ciekawostki. Jakoś nie brałem pod uwagę startu w tej imprezie, przynajmniej na ten moment. Wydawało mi się, że to zbyt kosztowne przedsięwzięcie i nie na moją kieszeń, ale jak poznałem więcej szczegółów, wszystko sobie przeanalizowałem i coraz dłużej o tym myślałem to byłem coraz bliżej tego, by sezon 2024 zacząć jeszcze w tym roku. Na ostateczną decyzję dałem sobie dwadzieścia cztery godziny, żeby nie dać się za bardzo ponieść emocjom. Gdy jednak ochłonąłem w mej głowie ciągle była ta sama myśl – Giza. Postanowiłem więc pójść za ciosem.

      Od poprzedniej podróży minęło raptem dwa miesiące, ale wyjątkowo niecierpliwie odliczałem kolejne tygodnie do tego wyjazdu załatwiając po drodze formalności, których było trochę więcej niż zwykle. Jeszcze przed wyjazdem dotarło do mnie, że tym razem to może być dużo większe wyzwanie, niż miało to miejsce podczas moich ostatnich europejskich wojaży. Trudno mi było bowiem znaleźć w Internecie wszystkie potrzebne informacje, by na spokojnie sobie w szczegółach zaplanować pobyt, efektywnie poruszać się po Kairze i oddalonej od stolicy Egiptu kilkanaście kilometrów Gizie. Dodatkowo dosłownie kilka dni przed wyjazdem dotarło do mnie, że w hostelu, w którym miałem planowany pobyt nie ma sygnału WiFi. Podróżując wiele po krajach w naszej części świata wydawało mi się to być już oczywistą oczywistością i nawet do głowy mi nie przyszło, że może go nie być. Udało się na szczęście znaleźć inny hostel, natomiast wiązało się to przeorganizowaniem swojego planu pobytu i zwiedzania w zasadzie w ostatniej chwili.

      Samolot do Kairu miałem w czwartek popołudniu. Po czterech godzinach lotu powinienem być na miejscu. Wiedząc, że będzie już bardzo późno i mogę nie zdążyć na ostatni autobus do miasta postanowiłem nie ryzykować i tym razem zarezerwowałem sobie prywatny transport do hostelu. Wylecieliśmy niestety z pewnym opóźnieniem, a na trasie nie udało się nic nadrobić dlatego zacząłem niepokoić się, czy gdy dolecę, ktokolwiek będzie tam jeszcze na mnie w ogóle czekał. Na szczęście, gdy wylądowaliśmy odprawa paszportowo poszła szybko, a gdy opuściłem halę lotniska wśród tłumu od razu wypatrzyłem kierowcę z tabliczką z moim nazwiskiem. Dwudziestokilometrowa droga minęła na rozmowie i wkrótce byłem już na miejscu. Po niemalże całym dniu w podróży można było w końcu odpocząć. Było już naprawdę późno, więc nawet do końca się nie rozpakowywałem tylko po prostu poszedłem spać, by nie przeszkadzać już śpiącym współmieszkańcom.

      Gdy rano otworzyłem oczy na środku pokoju ujrzałem gościa, który uprawiał jakieś dziwne ćwiczenia rozciągające. Niewiele mu brakowało by mógł sobie założyć nogę na głowę. Na moje „hello” nie odpowiedział słowa pochłonięty swoim zajęciem, więc później już nie szukałem bliższego kontaktu. Podobnie zresztą było z innymi współlokatorami, który raczej stronili od wchodzenia w jakiekolwiek relacje. Zupełnie inny obraz, niż ten który znam z podróży po Europie, gdzie jednak dominują ludzie zdecydowanie bardziej otwarci. Podczas kolejnej nocy obudzony chrapaniem jednego ze współmieszkańców nagle usłyszałem w jego kierunku wypowiedziane: „Don’t make that sounds. You are not a pig”. Trochę się uśmiechnąłem, a trochę zdębiałem. Podczas kilkunastu lat mojego podróżowania nigdy nie spotkałem się z taką uwagą, a przecież mimo, że w Europie to jednak spotykałem na swojej drodze tak naprawdę ludzi z całego świata. Podczas kolejnych dni mojego pobytu, gdy wracałem do pokoju i moje powitanie było ignorowane przez innych gości wiedziałem już, że na jakieś ciekawe znajomości to tym razem nie mam za bardzo co liczyć.

      Plan na pierwszy dzień miałem bardzo ambitny. Przede wszystkim musiałem odebrać pakiet startowy. Expo niestety mieściło się w ogromnej galerii handlowej Mall of Arabia w Gizie. Z mojego hostelu było to mniej więcej piętnaście kilometrów. Dodatkowo nigdzie nie byłem wstanie uzyskać informacji jak tam w ogóle dojechać. Jeszcze przed wyjazdem próbowałem znaleźć coś w Internecie. W ten sposób poznałem Omara. Podobnie jak ja jest biegaczem, startował we wszystkich dotychczasowych edycjach tej imprezy, a dodatkowo miał pełnić role pacemakera w biegu na 10 kilometrów. Zaproponował, że możemy wybrać się tam razem. Ponieważ Expo miało być otwarte dopiero po godzinie 12:00 umówiliśmy się pod moim hostelem po południu, a ranek postanowiłem wykorzystać na samotne zwiedzanie miasta.

      Swoją wycieczkę po Kairze rozpocząłem od położonego nieopodal mojego hostelu placu Tahrir. To główny plac i ścisłe centrum Kairu. Powstał w połowie poprzedniego stulecia i był świadkiem dokonujących się w Egipcie przemian politycznych. W 1952 roku protestowano tu przeciwko dominacji Brytyjczyków, dwadzieścia pięć lat później przeciwko polityce gospodarczej Prezydenta Sadata, w 2003 przeciwko wojnie w Iraku. W 2011 roku miały tu miejsce zamieszki i starcia pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami Prezydenta Mubaraka i tak zwany Marsz Miliona. Wielu z uczestników wymienionych wydarzeń poniosło tutaj śmierć. Jest więc to istotne miejsce w historii współczesnego Egiptu. Na placu znajdują się także ważne instytucje, jak na przykład siedziba Ligi Arabskiej czy też kampus Amerykańskiego Uniwersytetu w Kairze. Pełni również rolę głównego węzła komunikacji miejskiej z dwoma liniami metra krzyżującymi się pod nim. Nic zatem dziwnego, że nazywany jest także Sercem Kairu. Koło dziewiątej rano, gdy tu dotarłem było jeszcze dość pusto, ale dzięki temu można było zobaczyć jak duża jest to przestrzeń.

      Dosłownie tuż obok znajdował się kolejny punkt mojej wycieczki, czyli sławne na całym świecie Muzeum Egipskie. Było jeszcze zamknięte więc postanowiłem wrócić tu jeszcze w drodze powrotnej. Skierowałem się w stronę wybudowanego blisko sto lat temu mostu Kasr El-Nil, którym zamierzałem przedostać się na drugą stronę najdłuższej na świecie rzeki – Nilu. Na obu jego krańcach  znajdują się cztery imponujące lwy z brązu. Choć przekraczając go nie ma się takiego wrażenia, most ma długość prawie dwóch kilometrów. Pierwszym celem mojej wycieczki po drugiej stronie rzeki miała być Cairo Tower. Wieża, którą mogłem dostrzec już z perspektywy mostu to wolnostojąca wybudowana pół wieku temu wieża telewizyjna. Jej wysokość to sto osiemdziesiąt siedem metrów i uważana jest za klejnot architektoniczny. Jej kształt przypomina kwiat lotosu – najważniejszej rośliny w życiu starożytnych Egipcjan.

     Przemierzając most i podążając w stronę wieży niby przypadkiem zaczepił mnie pewien mężczyzna. Zaczęliśmy rozmawiać. O sobie powiedział, że wraca właśnie do domu po całej nocy w pracy i że stara się trenować angielski dlatego zaczepia turystów. Spytał skąd jestem i gdzie idę. Gdy powiedziałem, że w stronę wieży próbował mnie od tego odrzec i zaproponował byśmy zamiast tego poszli na pobliski bazar, gdzie można znaleźć wiele ciekawych rzeczy. Grzecznie podziękowałem wywołując rozczarowanie na jego twarzy, ale od razu poczułem, że to zwykły naganiacz klientów lokalnym kupcom. Gdy wracałem i stał czekając na kolejną ofiarę niemalże dokładnie w tym samym miejscu na moście wiedziałem już ze miałem rację. Podczas kolejnych dni jeszcze co najmniej kilka razy musiałem zmierzyć się podobnymi sytuacjami.

      Tak, jak sobie wcześniej założyłem wróciłem do Muzeum Egipskiego. Było już otwarte. Choć wstęp dla obcokrajowców nie jest tani to jednak wiec nie mogłem sobie pozwolić by nie wejść do środka, bo skrywa w sobie wiele pamiątek czasów antycznych. Założone w 1835 roku muzeum posiada około sto sześćdziesiąt tysięcy eksponatów: sarkofagi, papirusy, królewskie mumie, rzeźby, posągi faraonów, ich żon oraz bogów i bogiń. Przemierzając kolejne pomieszczenia można przenieść się w tamte czasy i poczuć pewną niesamowitą tajemniczą magię. Na wyższym poziomie dwukondygnacyjnego budynku w jego centralnym punkcie znajduje się chyba najcenniejszy eksponat  – słynna dziesięciokilogramowa złota maska Tutenchamona będącego u władzy w XIV wieku p.n.e. Jest to jedyny eksponat tego muzeum, którego pilnuje specjalnie wyznaczona do tego ochrona, i którego nie można fotografować, nawet bez flesza. Przed budynkiem ustawiono popiersia najwybitniejszych archeologów i badaczy starożytnego Egiptu. Od 2007 roku jest wśród nich także to prof. Kazimierza Michałowskiego. Chciałem podejść i je odnaleźć. Niestety z powodu jakiegoś remontu i utrudnionego dostępu musiał mi wystarczyć jedynie widok na figury z odległości kilkunastu metrów.

      Kolejny punktem mojej wyprawy po Kairze była Panorama 6 października. To muzeum przedstawiające wydarzenia wojny egipsko-izraelskiej z 1973 roku. Biorąc pod uwagę swoje zainteresowania historią, zwłaszcza XX wieku jeszcze przed wyjazdem byłem przekonany, że będę chciał je odwiedzić, mimo, że jest z dala od centrum. Chyba zagraniczni turyści nie są tu częstym gościem, bo żeby wejść do środka to musiałem pokazać paszport i odpowiedzieć na kilka pytań skąd jestem i po co chcę wejść, a następnie człowiek, który wprowadzał mnie na teren muzeum powtarzał wyraźnie podekscytowany każdemu napotkanemu z obsługi jakby to była jakaś sensacja „Bolanda”, co w tutejszym języku oznacza „Polska”. Spacerując po terenie muzeum podziwiałem samoloty, czołgi, działa i inne relikty tamtego konfliktu , ale szczerze mówiąc byłem trochę rozczarowany. Na zdjęciach zgromadzonego tu sprzętu, które znałem z Internetu było widać zniszczenia i bezpośrednie naoczne pamiątki tamtych walk. To, co zastałem i co mogłem zobaczyć na żywo to być może sprzęt który faktycznie brał udział w tamtych walkach, ale albo odremontowany, albo w ogóle nie dotknięty żadnymi zniszczeniami. Tuż obok muzeum znajduje się także piłkarski stadion narodowy Egiptu. Miałem nadzieję go obejrzeć dokładniej, ale z perspektywy ulicy jedynie co widać to betonową, szarą  bryłę i wystające ponad to jupitery. Niebawem musiałem już wracać do hostelu, bo przecież byłem umówiony z Omarem. Gdy w drodze powrotnej wsiadłem do metra i przemierzałem kolejne wagony trochę mi zajęło zanim znalazłem wolne miejsce siedzące, ale się udało. Przejechałem tak z dziesięć minut, aż nagle zaczepiła mnie ubrana w tradycyjny strój muzułmański kobieta. Spytała czy jestem Egipcjaninem, a gdy odpowiedziałem, że nie powiedziała mi, że ten wagon jest przeznaczony jedynie dla kobiet. Rozejrzałem się… Faktycznie, wszędzie były tylko kobiety. Przeprosiłem i przeniosłem się do innego wagonu. Zresztą i tak już za chwilę wysiadałem.

      O godzinie 14:00, tak jak się umawiałem byłem gotowy na spotkanie z Omarem i wycieczkę do Mall of Arabia. Okazało się, że towarzyszy mu także koleżanka lub jego dziewczyna – Manar. Rozmawiając i poznając się nawzajem we trójkę udaliśmy się w okolice placu Tahrir w okolice dworca autobusowego i wkrótce siedzieliśmy już w rozklekotanym białym pewnie trzydziestoletnim busiku, którym mogliśmy się dostać na miejsce. Generalnie przez tych kilka dni które spędziłem w Kairze zauważyłem, że chyba wśród lokalnej społeczności jest to bardzo popularny środek transportu. Leciwe trzydziesto-, czy nawet czterdziestoletnie busiki w większości sprowadzone są chyba z Niemiec i w Egipcie dostają swoje drugie nowe życie.  Właścicielom wielu z nich nie chciało się nawet odkręcić starej niemieckiej tablicy rejestracyjnej, a na niej dokręcana jest po prostu druga lokalna. Nie mają swojego rozkładu jazdy, zabierają ludzi na machniecie ręką, a podróż jest naprawdę wyjątkowym doświadczeniem pełnym wrażeń. Naprawdę dynamiczna jazda wrakiem na kółkach, w którym kierowca jedną ręką przyjmuje i wydaje pieniądze za bilety, w drugim trzyma telefon przez który notorycznie rozmawia, a kierownicę kontroluje tylko w sobie wiadomy sposób, to było coś, czego się nie spodziewałem. Zresztą niewiele lepiej jest z perspektywy pieszego. Jeden dzień na ulicach Kairu wystarczył mi by zrozumieć, że zasad ruchu drogowego to tu nie ma żadnych. Nikt nikogo nie przepuszcza, nikt się nie zatrzymuje, każdy sobie radzi jak może. Trzeba się naprawdę postarać, by bezpiecznie przejść na drugą stronę ulicy, a z drugiej strony co ciekawe przez pięć dni pobytu mimo tego wszystkiego nie zauważyłem nawet ani jednej stłuczki, czy też jakiegoś przykrego zdarzenia drogowego z udziałem pieszego. W zasadzie najbliżej potrącenia byłem ja sam, gdy w ostatniej chwili udało mi się odskoczyć przed samochodem, który przed przejściem dla pieszych niby hamował…, ale jednak nie hamował.  Pół godziny jazdy busikiem minęło szybko i wkrótce mogliśmy odebrać nasze pakiety. Omar, który miał być na biegu pacemakerem miał jakieś dodatkowe obowiązki i spotykał się tu ze swoimi przyjaciółmi biegaczami dlatego został dłużej. Odprowadził mnie więc tylko i zadbał bym wsiadł do odpowiedniego busa, a do hostelu wróciłem już sam.

      O ile pierwszej nocy, być może zmęczony podróżą spałem jak zabity, o tyle drugiej już tak dobrze nie było. Dokuczały mi trochę komary. Ponadto starałem się być czujny by nie zaspać. Start biegu był przewidziany o 7:00, ale autobusy, które z różnych części miasta miały zabrać i dowieść biegaczy na pustynie odjeżdżały punktualnie już o piątej rano. Wstałem więc o czwartej, a według polskiego czasu to była nawet trzecia. Aby nie budzić nad ranem współmieszkańców wszystko miałem przygotowane już poprzedniego dnia, a na śniadanie było zdecydowanie za wcześnie, więc już po piętnastu minutach byłem gotowy opuścić hostel i ze sporym zapasem czasu skierowałem się w miejsce, gdzie spodziewałem się, że będzie podstawiony mój autokar. Niestety go tam nie było. Zacząłem go poszukiwać w okolicy. Miejsce było dość problematyczne o tyle, że w tym miejscu zbiegało się co najmniej kilka dużych ulic, dworzec autobusowy z wieloma innymi autobusami i jakieś wiadukty, które na pewno nie ułatwiały poszukiwań, podobnie zresztą jak pora. Panował jeszcze zmrok. Pytałem napotykane po drodze osoby, ale nikt nie był mi w stanie pomoc. W końcu ktoś, komu wydawało się, że wie gdzie to jest zaprowadził mnie w pewne miejsce i kazał czekać w tym miejscu. Nie miałem jednak do końca zaufania, że to tu i niestety faktycznie okazało się, że chyba miał na myśli nie tego busa, o który mi chodziło, a jakiś zupełnie inny przypadkowy rejsowy. Gdy w końcu minęła godzina, o której mieliśmy odjechać wiedziałem już, że mam naprawdę ogromny problem. W pierwszej chwili byłem załamany i zrezygnowany. Nie wiedziałem co robić. Chciałem wrócić do hotelu. Trudno jednak było tak po prostu się poddać. Napotkany człowiek z obsługi jednego z tutejszych hoteli pomógł mi zamówić Ubera, a także przekazał kierowcy, który nie znał angielskiego o co mi chodzi i gdzie ma mnie zawieść. Wkrótce siedziałem już w samochodzie, choć tak naprawdę nie wiedziałem czy jestem w stanie jeszcze cokolwiek tutaj uratować, bo pamiętałem przeczytaną gdzieś informację o tym, że z powodu biegu wjazd na teren Piramid dla prywatnych samochodów bez specjalnej przepustki nie będzie możliwy. Nawet nie wiem dokładnie jak długo jechaliśmy, wydawało mi się, że trwało to wieczność, ale w końcu dotarliśmy do Gizy. Podjechaliśmy pod teren jakiegoś ogrodzonego luksusowego hotelu. Nawet nie wiem w sumie dlaczego akurat tutaj. Zatrzymaliśmy się przy jakiejś budce strażniczej. Bardzo łamaną angielszczyzną kierowca przekazał mi, że dalej nie pojedziemy, bo tak jak myślałem wjazd jest zamknięty. Próbowałem mu wytłumaczyć, że ja tam jednak muszę się jakoś dostać. Po chwili w dyskusję włączyło się co najmniej kilka kolejnych osób. W międzyczasie kierowca poinformował mnie, że musi już jechać do Kairu. Stanąłem przed ogromnym dylematem zostawać, czy wracać. W tym momencie miałem już wszystkiego dość. Chciałem po prostu udać się z nim z powrotem do hostelu. Po chwili refleksji uznałem jednak, że powrót byłby zupełnie bez sensu. Stwierdziłem, że skoro pokonałem taki kawał to, żeby nie jechać tutaj znowu to już zostanę, poczekam na otwarcie i przynajmniej obejrzę piramidy jeśli już została mi już jedynie rola turysty. Człowiek, który najlepiej z nich znał angielski wytłumaczył mi drogę w stronę w Sfinksa. Poszedłem więc zgodnie ze wskazówkami po drodze mając okazję obejrzeć przedmieścia Gizy. Przyznam się szczerze, że ten spacer zrobił na mnie spore wrażenie. Brud, smród, ubóstwo i tony walących się śmieci, bezpańskie zwierzęta a wśród nich pies, który ciągnął gdzieś niczym szmacianką zabawkę zwłoki zdechłego kota, jakby czuł, że może w odnaleźć w nim odrobinę pożywienia to był świat, którego do tej pory nie znałem.

      Minęło ze czterdzieści minut i dotarłem do pustyni na której, zlokalizowane są Sfinks i piramidy. Już nawet z dużej odległości z za muru zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Żeby jednak obejrzeć je z bliska musiałem zaczekać na otwarcie. W pewnym momencie zauważyłem wchodzących przez specjalna bramkę na teren pustyni pracowników. Pomyślałem, że podejdę do strażnika i zapytam czy mnie nie wpuści wcześniej. W sumie nie miałem nawet pewności, czy w ogóle będę mógł wejść. Opłata na ten teren jest dość wysoka, a ja w zasadzie większość pieniędzy, które zabrałem ze sobą na bieg wydałem na Ubera. Miałem ze sobą za to specjalną przepustkę w postaci opaski na rękę, która uprawniała biegaczy do wejścia do Piramid bez opłaty, ale nie tu, a w zupełnie innym miejscu i nie pieszo, a autobusem i w ramach biegu, a nie turysty. Nie wiedziałem więc czy będzie w ogóle respektowana. Po wytłumaczeniu strażnikowi sytuacji i zapytaniu czy mnie wpuści wykonał telefon. Jak się potem okazało dzwonił do głównego menadżera biegu. Po piętnastu minutach czekania zostałem wpuszczony i udałem się pieszo w stronę Sfinksa. Muszę przyznać, że posąg który ma wysokość około dwudziestu metrów i ponad siedemdziesiąt długości jest imponujący. Rzeźba wykuta w skale pozostałej po wykuciu bloków użytych do konstrukcji piramidy Cheopsa stoi tu podobno od około 2550 r. p.n.e. Jest to pierwsza monumentalna rzeźba w sztuce egipskiej. Tuż obok znajdują się trzy największe i najbardziej znane egipskie piramidy. Największą z nich jest mająca sto czterdzieści siedem metrów wysokości i dwieście trzydzieści metrów w podstawie piramida Cheopsa  – jeden z siedmiu antycznych cudów świata, jedyny nadal istniejący. Pozostałe dwie to trochę mniejsza Piramida Chefrena, a także piramida Mykerinosa. Nie ukrywam że zobaczenie ich z bliska było dla mnie ogromnym przeżyciem, które sprawiło, że przynajmniej na tą chwilę zupełnie zapomniałem o biegu. Spędziłem więc tu chwilę i zrobiłem kilka pamiątkowych zdjęć.

      W pewnym momencie usłyszałem muzykę. Postanowiłem pójść w tamtym kierunku zakładając, że to pewnie głos dochodzący z miejsca gdzie organizowany był start i meta półmaratonu. Pomyślałem, że skoro sam nie pobiegłem to może chociaż pokibicuje. Po pokonaniu około trzech kilometrów dotarłem tam. Pokręciłem się trochę, zrobiłem kilka zdjęć, czułem się okropnie. To był chyba jeden z najgorszych momentów kilkunastu lat mojego biegania i jedna z największych porażek. Nie wiem czy bardziej byłem załamany i rozczarowany, czy zły. Po pewnym czasie dotarło do mnie, że przecież po półmaratonie i 10 kilometrach, które wystartowały razem będzie jeszcze dodatkowy bieg na 5 kilometrów. Poprawiło mi to delikatnie samopoczucie, choć trudno powiedzieć, że czułem jakąkolwiek, choćby najmniejszą radość. Z zazdrością patrzyłem na tych, którzy docierali do mety półmaratonu i było mi naprawdę przykro. Jeszcze bardziej zrobiło mi się  przykro, gdy dotarło do mnie że przecież to już czwarta godzina biegu, a do mety ciągle docierają zawodnicy i choć oficjalnie obowiązywał trzygodzinny limit czasu to nadal mają możliwość ukończyć. Gdybym na przekór wszelkim trudnościom, które piętrzyły się od samego początku po dotarciu na miejsce spróbował pobiec miałbym swoją szansę w samotności, to w samotności, ale mimo wszystko przebiec ta trasę i ukończyć bieg. Wówczas jednak nie przyszło mi to w ogóle do głowy. Tak, czy inaczej teraz nie miało to już żadnego znaczenia i w końcu trzeba było się wziąć w garść, gdyż zbliżała się godzina startu piątki.

      Nie nastawiałem się na żaden wynik. W zasadzie to było mi wszystko jedno, bo przecież nie na piątkę tu przyleciałem, a po drugie czułem spore zmęczenie, czy to stresem, który mi towarzyszył od samego rana, czy wczorajszym zwiedzaniem, podczas którego zrobiłem pieszo prawie dwadzieścia kilometrów, czy też porannym marszem, gdzie w sumie dołożyłem kolejnych kilkanaście, a potem musiałem czekać kilka godzin w słońcu. O ile rano pogoda do biegania była dość dobra, bo pewnie około dziesięciu stopni, o tyle teraz słońce było już bardzo wysoko i zrobiło się naprawdę ciepło, a w dodatku wietrznie. Trasa była jednocześnie prosta w formie, tylko z kilkoma zakrętami i nawrotką, a z drugiej strony trudna ze względu na fakt, że częściowo prowadziła przez piach, a druga połowa dystansu była zarówno pod górkę, jak i pod wiatr. Wkrótce jednak udało się osiągnąć metę, a na mojej szyi zawisł medal. Mimo, że od tego z półmaratonu różnił się jedynie kolorem to jednak trochę słodko-gorzki miał smak. Do Kairu wróciłem już tym autobusem, którym miałem przyjechać. Gdy wysiadałem poczułem znowu ogromną złość, bo wysadził nas za zakrętem dosłownie może trzydzieści metrów od miejsca, w którym obok innych rano także go szukałem. Dlaczego ja go nie zauważyłem?!?!  Ech…

      Następnego dnia ciągle jeszcze w głębi duszy przeżywałem to co się wydarzyło i w sumie to już trochę chciałem wracać do domu. Jedyne co jednak mogłem jeszcze zrobić to godnie dokończyć realizację planu tego wyjazdu i odwiedzić miejsca, które sobie założyłem. Z pierwszym punktem mojej wycieczki był położony nieopodal Pałac Abdeen, który został zbudowany w drugiej połowie XIX wieku jako jedna z oficjalnych rezydencji dla byłej monarchii i rodziny królewskiej Egiptu. Obecnie jest głównym miejscem pracy prezydenta, a także siedzibą kilku muzeów. Pałac był również miejscem narodzin i śmierci wielu członków rodziny królewskiej, a także miejscem podpisywania wielu traktatów i umów. Idąc dalej dotarłem do Muzeum Sztuki Islamskiej. Jest ono uważane za jedno z najwspanialszych muzeów na świecie. Posiada wyjątkową kolekcję około stu tysięcy rzadkich wyrobów z drewna i gipsu, a także przedmiotów metalowych, ceramicznych, szklanych, kryształowych i tekstylnych ze wszystkich epok, pochodzących z całego świata islamu. Wśród nich znajdują się rzadkie manuskrypty Koranu, kaligrafia, mozaiki, dywany, lampy, monety, biżuteria, zegary, broń i instrumenty muzyczne. Kolejnymi przystankami na mojej drodze były dwa położone obok siebie meczety: Al Azhar oraz Abu al-Dhahab. Zwłaszcza ten pierwszy wybudowany w 970 roku, który był pierwszym meczetem w tym mieście robi wrażenie. Tuż obok znajdował się King Bazar. Uznałem, że skoro już tu jestem w takim miejscu to, żeby potem nie szukać kupię od razu jakieś pamiątki dla rodziny. Targowałem się bardzo twardo i nieustępliwie i w zasadzie udało mi się zbić cenę zaproponowana przez kupca o ponad połowę. Gdy jednak w pełni usatysfakcjonowany wyszedłem ze sklepu i zacząłem to sobie jeszcze raz wszystko kalkulować na spokojnie to już taki zadowolony sam z siebie nie byłem. Wyszło mi, że w sumie to wcale tak tanio nie było. Hmm… biorąc po uwagę lokalne ceny to może nawet trochę przepłaciłem…  Trudno powiedzieć.

      Kontynuując zwiedzanie dotarłem do Parku Azhar. Wiele się naczytałem zachwytów o tym miejscu, więc nie sposób go było nie odwiedzić nawet mimo konieczności potrzeby kupna biletu. Podobno jest to jeden z największych i najwspanialszych parków Afryki i został nawet wymieniony przez amerykańską organizację prowadzącą działania na rzecz rewitalizacji miejskich przestrzeni publicznych Project for Public jako jedna z sześćdziesięciu wspaniałych przestrzeni publicznych na świecie. Nie zrobił on jednak na mnie jakiegoś wrażenia. W zasadzie poza jedną piękną centralną alejką z fontanną i palmami to cała reszta wygląda całkowicie zwyczajnie i może robi wrażenie na ludziach z tej części świata, gdzie naprawdę brakuje zieleni, ale my Europejczycy mamy moim zdaniem zdecydowanie piękniejsze parki i w dodatku nie musimy za nie płacić. Co ciekawe byłem w Kairze w trzech parkach i w każdym z nich trzeba było kupić bilet. Dziwne…

      Po opuszczenie parku skierowałem się w stronę kolejnego punktu na mapie mojej wycieczki – Miasta Umarłych. To miejsce jeszcze przed wyjazdem wzbudzało we mnie dreszczyk emocji. Jest to ogromna cześć Kairu, w której na terenie bardzo starych cmentarzysk w połowie poprzedniego stulecia zaczęła osiedlać się najbardziej uboga część mieszkańców przerabiając stare grobowce, sarkofagi i mauzolea na namiastkę domów i żyje tak od dziesięcioleci. Szacuje się, że aktualnie Miasto Umarłych zamieszkuje od dwóch do nawet trzech milionów ludzi. Szczerze przyznam, że chyba nigdzie gdzie byłem nie widziałem takiego ubóstwa. Ludzie tu żyjący nie mają dostępu do kanalizacji, śmieci, opieki zdrowotnej czy edukacji. Miałem w ogóle trochę wątpliwości czy się tam zapuszczać, bo nie dociera tu nawet egipska policja, a opinie czy jest tu bezpiecznie dla turystów są podzielone. Na szczęście nie wydarzyło się nic niepokojącego. Kolejny przystanek mojej podróży po Kairze widziałem już z daleka nawet z perspektywy Parku Azhar. To Cytadela Kairska – średniowieczna twierdza, symbol i jeden z najczęściej odwiedzanych zabytków przez turystów. Została zbudowana przez słynnego Sułtana Saladyna, który walczył z Krzyżowcami i była siedzibą władców Egiptu przez prawie siedemset lat. Ogromne mury naprawdę robią wrażenie. Ostatnim punktem mojej podroży po Kairze tego dnia był meczet Ibn Tulum. Mająca około tysiąc dwieście lat świątynia to jeden z najcenniejszych i najpiękniejszych meczetów w mieście. Ma charakterystyczny kształt kwadratu i dziedziniec w środku, a także unikalny minaret, na który można wejść i podziwiać widok na miasto. Do hostelu wróciłem inną drogą, niż przybyłem mając okazję zobaczyć jak wygląda zwykłe życie w tych mniej turystycznych i biedniejszych rejonach miasta. Zarówno wówczas, jak i wcześniej przez tych kilka dni czułem się w Kairze naprawdę bezpiecznie. Jedyny nieprzyjemny moment, który mnie spotkał to sytuacja, w której jakiś zupełnie przypadkowo napotkany dzieciak najpierw chciał przybić ze mną piątkę, a po chwili pożegnał mnie już z daleka soczystym „fuck off”. Generalnie jednak ludzie byli bardzo przyjaźni i pomocni.

      Popołudnie spędziłem już w hostelu leżąc w łóżku. Wysłałem życzenia do rodziny. Pewnie akurat zasiadali do wigilijnego stołu, a ja jakoś w ogóle nie czułem, że to Boże Narodzenie. Dziwna to była dla mnie Wigilia spędzana z dala od domu, gdy za oknem dwadzieścia stopni. Co ciekawe mimo, że w Kairze zdecydowanie dominują muzułmanie to zdarzało mi się widzieć akcenty bożonarodzeniowe. Na ulicach widziałem handlarzy sprzedających szmaciane Św. Mikołaje, a poprzedniego dnia przez otwarte okno swojego pokoju choć kompletnie nie wiem skąd to jednak można było usłyszeć kolędę. Leżąc tak sobie nie mogłem też nie wracać pamięcią do poprzedniego dnia i do tego, po co tu tak naprawdę przyjechałem, a co nie było mi dane, czyli udziału w półmaratonie. Ciągle jeszcze czułem żal i przeżywałem, że się nie udało. Marnym pocieszeniem był nawet fakt, że według wyników na prawie tysiąc zapisanych nie pobiegło, aż około trzystu zawodników. Ta zupełnie nietypowa sytuacja świadczy, że chyba i organizacyjnie coś tu poszło nie tak. Może po prostu miało tak być? Ja generalnie uważam, że Wigilia i Święta to czas, który należy spędzać w domu z rodziną. Zawsze tak do tego podchodziłem i ten jedyny raz zrobiłem wyjątek i dałem się skusić wizji półmaratonu pod piramidami. Najwyraźniej nie był to jednak dobry moment. Generalnie ten bieg zazwyczaj odbywa się w pierwszej połowie grudnia. W tym roku został przełożony o dwa tygodnie z powodu lokalnych wyborów, dlatego wypadł dopiero tuż przed samą Wigilią. Może za rok, albo dwa wrócę tu w bardziej dogodnym terminie i spróbuję raz jeszcze. Tak… wrócę i dokończę to co zacząłem. Muszę. Następnego dnia rano powrót do domu na Święta…

2023.12.23 Giza (Egipt) Półmaraton: MARAKEZ PYRAMIDS HALFMARATHON – DNS

2023.12.23 Giza (Egipt) 5km: MARAKEZ PYRAMIDS HALFMARATHON – 23:40


Więcej zdjęć z Kairu i Gizy:


Więcej zdjęć z biegu:

Oceń ten wpis

Ile gwiazdek przyznajesz?

Średnia ocena 5 / 5. Ilość głosów: 5

Brak głosów! Bądź pierwszym oceniającym.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *