Potwierdzenie

      Na kolejny swój półmaraton przyszło mi poczekać jedynie tydzień. Tym razem był to WIZZAIR WARSAW NIGHT HALFMARATHON PRASKI. To był już mój piąty start na tych zawodach i czwarty raz z rzędu. Startowałem tu w 2013 roku, czyli pierwszej edycji, która jescze miała charakter biegu dzinenego, a także w latach 2022, 2023 i 2024 już w nocnej scenerii i mozna powiedzieć, że ten bieg już na stałe wpisał się w mój kalendarz. Lubię tę imprezę głównie ze względu na bliskość, przyjazną płaską trasę i możliwość spotkania w jednym miejscu wielu biegowych przyjaciół poznanych na różnych etapach mojej biegowej przygody. Na to liczyłem i tym razem.

      Trzeba przyznać, że w tym roku pogoda szczęśliwe dopisała. Początek września to czas, gdy biegaczom często towarzyszy jeszcze upał. Tym razem było inaczej. Temperatura do biegu bardzo dobra, choć przeszkadzać mogła trochę wysoka wilgotność powietrza. Przed biegiem tak jak się spodziewałem udało się spotkać wielu znajomych. Czas mijał na wspomnieniach i miłych rozmowach. W końcu trzeba było jednak zająć miejsce w swojej strefie startowej.

      Szczególnych oczekiwań co do wyniku w zasadzie nie miałem. Tak jak często ostatnio plan minimum zakładał czas 1:50:00, maksimum poprawę rezultatu sprzed tygodnia ze Sztokholmu (1:44:27), który mnie bardzo pozytywnie zaskoczył i zastanawiałem się czy ta forma rzeczywiście jest, czy też był to jedynie przypadek i tak zwany „dzień konia”. Zegarek ustawiłem na 1:45. Początkowo zaraz po starcie utknąłem trochę w wielotysięcznym tłumie, ale po kilkuset metrach udało się ustabilizować tempo na 4:50-4:55 i tak pokonywałem kilometr po kilometrze. Biegło mi się chyba trochę ciężej niż w Szwecji, ale było delikatnie szybciej. Po dziesiątym kilometrze miałem czas kilkanaście sekund powyżej czterdziestu ośmiu minut. To 45 sekund lepiej, niż w Sztokholmie. Przez kolejne kilometry udawało mi się utrzymywać swoje tempo. Ułatwiała to bardzo płaska trasa. Na całym dystansie był w zasadzie jeden bardziej wymagający podbieg, ale był na tyle krótki, że udało się go pokonać bez strat.

      Zaczynało się robić coraz ciężej. Mimo to każde kolejne tysiąc metrów zwiększało zapas do ustawionej na starcie w zegarku bariery 1:45. Pomagało niewątpliwie to, że zrobiło się już bardziej rześko, a rozgrzane ciała chłodził delikatny wiatr. Szesnasty czy siedemnasty kilometr to czas, gdy zwykle zmęczenie zaczyna odzywać się już na dobre. Na Półmaratonie Praskim ten odcinek biegnie się stosunkowo dobrze. To bardzo długa prosta zakończona nawrotką. Przemierzając ten fragment zawsze lubię wypatrywać z naprzeciwka znajome twarze, pozdrawiać. Pozwala to na chwilę zapomnieć o bólu i zmęczeniu. Atmosfera na trasie też była bardzo gorąca.  Starałem się często przybijać „piątki” zwłaszcza z najmłodszymi. Na dwa kilometry przed metą wiedziałem już w zasadzie, że cel uda się zrealizować. Nie miałem jedynie świadomości jaki ostatecznie osiągnę wynik. Byłem już  zbyt zmęczony, aby dokładnie to kalkulować. Postanowiłem o tym nie myśleć i po prostu nadal robić swoje. Zrobiło się nawet szybciej, niż wcześniej. Ostatnie kilkaset metrów jeszcze przyspieszyłem, bo zerknałem kątem oka na zegarek i dostrzegłem, że będzie blisko granicy 1:42. Ostatecznie na metę wpadłem z czasem 1:41:56. Nawet nie czułem się bardzo źle. Było na tyle dobrze, że w zasadzie siłą rozpędu dobiegłem do depozytów odebrać swoje rzeczy i udało mi się biegiem zdążyć  na wcześniejszy, niż planowałem pociąg do Siedlec. Przebrałem się już wewnątrz w toalecie. Jeszcze tylko półtorej godziny jazdy i w domu.

      Wróciłem bardzo zadowolony. Udało się potwierdzić, że treningi w sierpniu nie poszły na marne.  To mój ósmy najszybszy półmaraton w życiu, co niewątpliwie bardzo mnie ucieszyło, zwłaszcza, że mimo wszystko było to bardzo niespodziewane, ale myślami już też jestem trochę przy kolejnych. Jak nic się nie wydarzy nieprzewidzianego to w tym roku czeka mnie jeszcze sześć, choć pewnie już trochę spokojniej i bez szczególnych oczekiwań jeśli chodzi o wyniki. Kolejny już za dwa tygodnie Platerów…

2025.09.06 Warszawa Półmaraton: WIZZAIR WARSAW PRASKI NIGHT HALFMARATHON – 1:41:56


Potop Szwedzki

         Jednym z moich turystyczno-biegowych kierunków odnośnie których plany zostały pogrzebane przez pandemię była Szwecja. W 2020 roku byłem już w zasadzie zapisany na wydarzenie, które nazywało się Biegowy Potop Szwedzki i czekałem już tylko na lato, by móc te plany zrealizować. Nazwa nawiązywała oczywiście do wojny z XVII wieku i najazdu wojsk szwedzkich na ówczesną Rzeczpospolitą. Z tym, że teraz role miały się odwrócić i to biegacze z Polski planowali najechać Szwecję. Uczestnicy mieli spotkać się w Gdyni, skąd do Szwecji pływa prom sponsora tej imprezy i którym to mieliśmy dotrzeć do Karlskrony, a potem pięknymi malowniczymi trasami planowaliśmy pobiec organizowany na miejscu na jednym z dwóch wybranych przez siebie dystansów bieg. Na koniec miało na nas czekać zwiedzanie tego pięknego średniowiecznego miasteczka i powrót do kraju dokładnie tą samą drogą, którą przypłynęliśmy. Nic jednak z tego nie wyszło. Wydarzenie zostało odwołane, a ja z zaliczeniem Szwecji musiałem poczekać ładnych kilka lat. Teraz w końcu przyszła pora i na ten kraj. Biorąc jednak pod uwagę, że zmieniły się trochę okoliczności to postanowiłem najechać Szwecję już tylko w pojedynkę, po swojemu i na własnych warunkach. Zamiast Karlskrony wybrałem stolicę Sztokholm, planowane wówczas piętnaście kilometrów zamieniłem na półmaraton, a prom zastąpiłem samolotem.

      Wylot z Warszawy miałem w piątek bardzo wcześnie rano. Czekała mnie więc znowu noc spędzona na lotnisku.  Po niespełna dwóch godzinach w powietrzu wylądowałem w Nyköping. Potem niemalże tyle samo czasu musiałem jeszcze przetrwać w autobusie z lotniska do centrum Sztokholmu. Uciążliwości związane z podróżą rekompensowała trochę możliwość podziwiania pięknych, gęstych skalistych szwedzkich lasów i drewnianych czerwonych domków. Przywołały mi one trochę wspomnienia sprzed wielu lat i serial, który oglądałem w dzieciństwie o  sympatycznym urwisie Emilu z Lönnebergi. Wyglądały dokładnie tak samo, jak je zapamiętałem.

       Gdy w końcu wysiadłem na dworcu w Sztokholmie nie tracąc czasu pierwsze kroki skierowałem do Kungsträdgården. Położony w samym centrum miasta park to jeden z najstarszych i najbardziej znanych parków w tym mieście. Nazwa oznacza dosłownie „Ogród Królewski”, bo kiedyś był częścią królewskich ogrodów pałacowych. Dziś to tętniące życiem miejsce spotkań, spacerów i wydarzeń kulturalnych. Latem odbywają się tu koncerty, festiwale i wystawy plenerowe, a zimą park podobno zamienia się w lodowisko. To tu także rozstawiono całe Expo ze stoiskami głównego sponsora, główną scenę i biuro zawodów, w którym wydawane były pakiety startowe na bieg. Gdy tu dotarłem kwadrans przed otwarciem przez chwilę zamarłem. Moim oczom ukazała się bowiem ogromna kolejka. Sznur ludzi, w którym obok siebie stał z jednej strony elegancko ubrany w drogi garnitur Pan Biznesmen z teczką, a tuż obok budowlaniec w brudnych roboczych ciuchach i cała reszta przekroju społecznego od najmłodszych biegaczy po tych w podeszłym wieku ciągnęła się pewnie przez kilkaset metrów. Gdy w końcu wybiła jedenasta i otworzyli Expo odwróciłem się za siebie. Końca kolejki nie było już w zasadzie widać. W sumie można się było tego trochę spodziewać. To największa biegowa impreza w Szwecji. Organizatorzy spodziewali się przez trzy dni dwudziestu pięciu tysięcy gości, w tym około dwudziestu tysięcy biegaczy. Na szczęście w środku już wszystko poszło naprawdę sprawnie i pół godziny później po odebraniu swojego pakietu skierowałem się do położonego nieopodal hostelu.

      Cieszyło mnie bardzo, że udało mi się znaleźć nocleg w tej okolicy Starego Miasta w rozsądnej cenie. To jeden z najlepiej zachowanych średniowiecznych zespołów miejskich w Europie. Wąskie uliczki, kolorowe kamienice i brukowane place tworzą wyjątkowy klimat. Dosłownie kilkaset metrów od mojego hostelu zostały zaplanowane też start i meta. Co ciekawe bieg miał odbyć się nie jak prawie wszędzie w niedzielę, ale w sobotę i nie rano, a po południu. Biegnąc w Oslo dwa lata temu wiedziałem już jednak, że w tej części Europy mogę się czegoś takiego spodziewać i nie było to dla mnie żadnym zaskoczeniem.

      Generalnie w Sztokholmie przywitał mnie dość chłodny ponury dzień. Niższej temperatury i małego deszczu się spodziewałem, bo oczywiście sprawdzałem prognozy, ale sama aura mnie trochę zaskoczyła. Było wyjątkowo ciemno, szaro i ponuro. Mimo nienajlepszej pogody postanowiłem nie czekać i od razu rozpocząć odkrywanie miasta. W sobotę większość dnia zdominować mi miał przecież bieg, a na niedzielę prognozy wcale nie były lepsze. Spacerując przygotowanym jeszcze przed wyjazdem szlakiem miałem okazję zobaczyć coś, czego się nie spodziewałem, a mianowicie zmianę warty pod Pałacem Królewskim. Ceremonii, której przyglądało się kilkuset gapiów towarzyszyła parada żołnierzy na koniach i orkiestra wojskowa. To podobno duża atrakcja, a ja miałem sporo szczęścia. Poza letnim sezonem, czyli od początku września świadkiem takiego wydarzenia można być jedynie w wybrane dni. Mi się udało zobaczyć to bardzo ciekawe widowisko w zasadzie w ostatnim momencie przedostatniego dnia sierpnia. Jednym z miejsc, do których dotarłem od razu był zbudowany pod koniec XIII wieku kościół Riddarholmen. To jeden z najstarszych i najbardziej symbolicznych zabytków Sztokholmu. Dodatkowo pełni także funkcję nekropolii szwedzkich monarchów. W podziemiach i kaplicach kościoła spoczywają niemal wszyscy królowie Szwecji od czasów Gustawa II Adolfa. Po kilkugodzinnym spacerze, podładowaniu węglowodanów pizzą i zrobieniu małych zakupów wróciłem do miejsca noclegu.

      W pokoju zakwaterowany byłem tym razem z ubranym w skóry, jak rockandrollowiec Björnem i Marcusem. Dwaj Panowie po sześćdziesiątce spakowani w dwie ogromne torby zamieszkali w tym hostelu na dwa tygodnie z powodu problemów mieszkaniowych. Nie wnikałem jakich. Już w zasadzie na dzień dobry dostałem ostrzeżenie od Björna, że Marcus strasznie chrapie i każdy kto z nimi zamieszka na to narzeka. Uśmiechnąłem się myśląc, że pewnie trochę przesadza, ale rzeczywiście… już pierwszej nocy przekonałem się, jak ogromny ma z tym problem, a w zasadzie jaki to inni mają z nim problem. Na szczęście chyba zmęczenie podróżą sprawiło, że suma summarum spałem zaskakująco dobrze i obudziłem się w nocy na krótko jedynie dwa razy. 

      W sobotni poranek wybrałem się na Mariaberget. To malownicza, historyczna część miasta położona na wzgórzu z widokiem na zatokę i Stare Miasto. Miejsce pełne kawiarni, czy galerii słynie z urokliwych uliczek, zabytkowych kamienic i jednego z najpiękniejszych punktów widokowych w Sztokholmie. To właśnie chęć podziwiania panoramy miasta z tej perspektywy przygnała mnie w te okolice. Spędziłem tu chwilę, zrobiłem kilka zdjęć, a chwilę potem wróciłem do hostelu zbierać siły i przygotowywać się do tego, po co do Sztokholmu przyjechałem, czyli do popołudniowego biegu.  Gdy do rozpoczęcia zawodów pozostawało już jedynie dwie godziny skierowałem się w stronę startu.

     Bieg zaczynamy na moście Strömbron, by potem swoje zmagania zakończyć na położonym tuż obok innym moście Norrbro. Jest ich tutaj podobno, aż około pięćdziesięciu. Łączą one czternaście wysp, na których położone jest miasto zwane przez to często „Wenecją Północy”. Co do wyniku szczególnych oczekiwań nie mam. Po Chicago pobiegłem jeszcze trzy półmaratony w kraju w Radomiu, w podsiedleckim Zbuczynie i Kaliszu i już wtedy było widać gorszą dyspozycję. Potem przyszło lato, wakacje i było jeszcze gorzej. Pierwszy raz od czasów pandemii zrobiłem sobie dwutygodniowe letnie roztrenowanie i niestety także szybko odbiło się to na mojej dyspozycji. Okazało się, że w moim wieku chyba łatwiej jest stracić formę w dwa tygodnie, niż potem ją w miesiąc odbudować. Zrobiłem, co mogłem, aby zdążyć, ale czy się udało to tak naprawdę do końca nie wiem. Nie czuję się zresztą najlepiej. Po raz kolejny przekonałem się, że zdecydowanie wolę startować rano. To przedłużające się całodzienne czekanie mnie po prostu męczy. Zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Mam wrażenie, że jestem jakiś osłabiony, ale gdy rozlega się sygnał startera przy aplauzie kibiców ruszam na trasę z animuszem i nadzieją na satysfakcjonujący wynik. Nogi wydają się być bardzo ciężkie. Mimo to staram się biec w tempie poniżej pięciu minut na kilometr. Po czterech kilometrach zmagań dobiegamy do okolicy, w której znajduje się Karlbergs Slott. Ten imponujący pałac został zbudowany pięćset lat temu. Dziś mieści się tu szkoła wojskowa i jest to najstarsza na świecie akademia wojskowa działająca nieprzerwanie w tym samym miejscu. Choć budynek ze względu na militarny charakter jest zamknięty dla zwiedzających to jednak jego park jest otwarty dla gości. Co ciekawe przed wyjazdem wyczytałem, że jedną z jego największych atrakcji jest podobno grób psa Pompego, ulubieńca króla Karola XII. Pamiątkowy kamień z wyrytym napisem, kto pod nim spoczął stoi tu od ponad czterystu lat.  Pozostaje mi wierzyć na słowo. Jest zbyt daleko od centrum, aby chciało mi się tu wrócić po biegu tylko po to, aby przekonać się na własne oczy. Po pięciu kilometrach poczułem bolesne ukłucie w kolanie. Ogarnął mnie mały niepokój, bo w ostatnich tygodniach miałem z nim mały problem. Od tej pory staram się biec ostrożnie stawiając stopę. Na szczęście nie ma to wpływu na tempo, a z czasem, gdy do głosu dojdzie zmęczenie i inne dolegliwości o tym bólu zapomnę już całkiem. W połowie dystansu rozpoczął się dla mnie najprzyjemniejszy odcinek tego biegu. To tutaj bowiem zebrało się najwięcej kibiców i doping jest najbardziej gorący. Staram się wypatrywać polskich flag, ale nie udaje mi się odnaleźć żadnej. Sporo jest za to Polaków na trasie wśród biegaczy i co jakiś czas dostrzegam polskie koszulki. Kilku uczestników z Polski spotkałem jeszcze przed biegiem. Jedną z nich była Patrycja. Chwilę miło porozmawialiśmy. Zapowiedziała, że zamierza pobiec ambitnie. Nie wnikałem w szczegóły, ale po sportowej sylwetce i dresie reprezentacji Polski wyczułem, że będzie mocno. Już po biegu sprawdzę i okaże się, że ambitnie oznaczało dziewiąte miejsce na prawie siedem tysięcy kobiet. Nieźle. Gdy na liście wyników odnajdę nazwisko „Miazek” okaże się, że jest mi doskonale znane i często przewija się wśród laureatek wielu biegów masowych organizowanych w Polsce. Startowała też na ostatnich Mistrzostwach Polski w Bydgoszczy na dystansie 5000m dosłownie tydzień temu.

      Po jedenastu kilometrach mijamy miejski ratusz Stockholms Stadshus. Byłem tutaj już poprzedniego dnia. Został zbudowany z około ośmiu milionów czerwonych cegieł. Jego wieża ma sto sześć metrów wysokości i wieńczy ją symbol Trzech Koron – godło Szwecji. Przy jednej z bocznych ścian znajduje się także grobowiec Birgera Jarla, prawdopodobnego założyciela Sztokholmu żyjącego w XIII wieku, uznawanego za najwybitniejszego męża stanu średniowiecznej Szwecji oraz twórcę skonsolidowanego królestwa tego kraju. Ratusz to jeden z najbardziej rozpoznawalnych budynków w Szwecji – zarówno ze względu na swoją architekturę, jak i znaczenie symboliczne. To właśnie tutaj, w Błękitnej Sali, co roku odbywa się bankiet noblowski – uroczysta kolacja po wręczeniu Nagród Nobla. Następnie goście przenoszą się do Złotej Sali, ozdobionej mozaikami z osiemnastu milionów złotych płytek. W Sztokholmie jest też zresztą Muzeum Nagrody Nobla poświęcone jej laureatom, które mam okazję mijać każdego dnia swojego pobytu, gdyż znajduje się dosłownie kilkadziesiąt metrów od mojego hostelu i każdego dnia jest oblegane przez turystów.

      Do mety już coraz bliżej, a mi udaje się utrzymywać cały czas to samo wysokie tempo. Mimo, że trasa jest stosunkowo trudna i dość pagórkowata moje ambicje i oczekiwania zaczynają coraz bardziej rosnąć. Sprzyja pogoda. Około dwudziestu stopni i pochmurny dzień to dobre warunki do biegania. Na ostatnich kilometrach zostało mi tyle sił, by jeszcze przyspieszyć. Ostatnie dwa są najszybsze ze wszystkich. Gdy mijam pałac królewski Kungliga Slottet wiem, że już jest bardzo blisko. Znam go już doskonale, gdyż byłem tu już poprzedniego dnia, a i bieg zaczynał się przecież tuż obok. To oficjalna rezydencja króla Szwecji i jeden z największych pałaców królewskich w Europie. Inspirowany był włoskimi pałacami, a jego budowa zakończyła się w połowie XVIII wieku. Znajduje się w nim około sześćset pomieszczeń w tym reprezentacyjne apartamenty królewskie, czy muzea. Choć rodzina królewska na co dzień mieszka gdzie indziej to właśnie ten pałac jest miejscem oficjalnych uroczystości i pracy monarchy. Przed jego fasadą stoją dwa spiżowe lwy, o których przez lata mówiło się, że pochodzą z warszawskiego pałacu Kazanowskich i zostały wywiezione do Szwecji podczas potopu szwedzkiego. Dziś jednak już w zasadzie wiadomo, że była to tylko legenda, a lwy są autentycznie szwedzkie. Polskich akcentów nie brakuje natomiast podobno w tutejszym muzeum w królewskiej zbrojowni, gdzie można zobaczyć na przykład przepiękną zbroję króla Zygmunta III Wazy, czy też uprząż królewskiego powozu z symbolami Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Niesiony żywiołowym dopingiem zebranych w tym miejscu licznie kibiców chwilę potem dobiegam do Riksdagshuset, czyli siedziby szwedzkiego parlamentu – Riksdagu i została mi już jedynie ostatnia prosta. Daje z siebie tyle ile jeszcze zostało sił i metę mijam w czasie trochę powyżej godziny i czterdziestu czterech minut. To pięć minut szybciej, niż się spodziewałem. Uśmiechnąłem się będąc z siebie bardzo zadowolonym. To była dla mnie naprawdę miła niespodzianka. Pokibicuję jeszcze chwilę i wrócę do hostelu odpoczywać.

      W niedziele rano tak jak prognozowano przywitał mnie deszcz. Delikatna mżawka będzie mi towarzyszyć przez pierwszą część dnia. Nie były to jednak warunki, które zatrzymałyby mnie w hostelu, zwłaszcza że przed wylotem miałem jeszcze kilka ważnych rzeczy do załatwienia. Przystąpiłem więc do realizacji swojego planu. Pierwszym punktem było położone stosunkowo niedaleko Nationalmuseum. Widziałem je już z dalekiej perspektywy mostu, na którym rozpoczynaliśmy bieg. Piękny budynek tuż przy zatoce prezentuje się okazale. Teraz miałem możliwość podziwiania go z bliska. To największe muzeum sztuki w Szwecji zostało założone pod koniec XIII wieku i od tamtej pory gromadzi dzieła sztuki od średniowiecza po współczesność. W jego zbiorach odnaleźć można m.in. rzeźbę, rzemiosło artystyczne, grafikę i malarstwo europejskie, w tym takich autorów jak Rembrandt, Rubens, Goya, Renoir.

      Kolejny punkt mojej wyprawy był położony kilka kilometrów dalej na zielonej wyspie Djurgarden. To Muzeum Vasa wraz z jego największą atrakcją. Galeon, który miał być miał być dumą i symbolem szwedzkiej potęgi morskiej, głównie przeciwko Polsce zatonął podczas swojego dziewiczego rejsu w 1628 roku w wyniku błędów konstrukcyjnych. Wydobyto go po ponad trzystu latach, a dzięki wyjątkowym warunkom w Bałtyku zachował się niemalże całkowicie z oryginalnych części. Jest naprawdę imponujący, a co ciekawe na jego zdobieniach można odnaleźć nawet figurki, będące karykaturą polskich szlachciców. Zrobił na mnie ogromne wrażenie. Patrząc na tę imponującą konstrukcję, aż trudno uwierzyć, że ma tyle lat i tak długo pozostawała pod wodą na dnie morza.

      Na sam koniec swojej szwedzkiej przygody zostawiłem sobie Stadion Olimpijski – Stockholms Olympiastadion, czyli zabytkową arenę sportową zbudowaną specjalnie na potrzeby Letnich Igrzysk Olimpijskich w 1912 roku. To miejsce ma wyjątkowe znaczenie historyczne. Stadion był świadkiem wielu epokowych wydarzeń lekkoatletycznych. To właśnie tutaj Jim Thorpe zdobył dwa złote medale i rodziła się jego legenda jednego z największych i najwybitniejszych sportowców wszechczasów. Poprawiono tu także ponad osiemdziesiąt rekordów świata wliczając w to ten ostatni w skoku o tyczce Armanda Duplantisa w czerwcu tego roku. Przypominają o nich wszystkich złote tablice z wygrawerowaną listą ustawione przy wejściu, a także płyty wkomponowane w chodnik otaczający stadion i stanowiące swoiste „Walk of Fame”. Stadion był także gospodarzem koncertów światowych gwiazd, takich jak Michael Jackson, The Rolling Stones, czy Metallica. Jeszcze przed wyjazdem wyczytałem, że generalnie jest on ogólnodostępny dla mieszkańców i turystów na co dzień. Można na niego wejść i pobiegać po bieżni. Była to na tyle kusząca perspektywa, że nie mogłem sobie darować, by się tu nie wybrać mimo, że  położony jest z dala od ścisłego centrum.  Ucieszyłem się, że miałem możliwość go zobaczyć i było to dla mnie ogromne przeżycie. To zdaje się już piąta po Atenach, Helsinkach, Rio i Amsterdamie arena olimpijskich zmagań, którą miałem możliwość podziwiać z bliska.

      Podekscytowany wróciłem do hostelu by spakować się i po kilku godzinach udać się na autobus na lotnisko. Byłem przekonany, że to właśnie tam spędzę ostatnią noc przed odlotem. Przynajmniej taki był plan. Szybko okazało się, że jest nie do zrealizowania. Skavska, przez które wiodła moja droga do i ze Sztokholmu to bardzo małe lotnisko. Terminal o północy jest zamykany i otwierany dopiero rano. Po kilku godzinach musiałem więc go opuścić. Na noc spędzoną pod przysłowiową „chmurką” się nie zdecydowałem. Nie było sensu się męczyć, zwłaszcza, że w nocy było dość chłodno. Udałem się więc do pobliskiego hotelu i tę noc spędziłem właśnie tam. Może to i dobrze. Przynajmniej wrócę do domu jak człowiek: wyspany i wypoczęty.

2025.08.28 Sztokholm (Szwecja) ADIDAS STOCKHOLM HALFMARATHON – 1:44:27

Więcej zdjęć z biegu:

Więcej zdjęć ze Stadionu Olimpijskiego:

Więcej zdjęć ze Sztokholmu:


Z wisienką w tle

     Wykorzystując wakacyjną przerwę od półmaratońskich startów wybrałem się do podsiedleckiego Wiśniewa, gdzie już od kilkunastu lat organizowany jest Bieg z Wisienką w tle. W tym roku w trochę nowej odsłonie i z większym rozmachem. Muszę przyznać, że kompletnie nie planowałem tego startu. Postanowiłem jednak skorzystać z zaproszenia zaprzyjaźnionych organizatorów, po pierwsze aby zmobilizować się trochę jakimś mocniejszym akcentem do przygotowań do jesiennych półmaratonów, a po drugie wiedziałem, że będzie to doskonała okazja by w jednym miejscu spotkać wielu często niewidzianych od dawna biegowych przyjaciół.

      Do Wiśniewa wybrałem się rowerem. To raptem kilkanaście kilometrów. Wiedziałem, że będzie ciężko o dobry wynik. Przez cały tydzień miałem urlop, co skwapliwie starałem się wykorzystać na aktywności sportowe. Brakowało więc mi świeżości. Dodatkowo wiedziałem, że po kilkutygodniowej przerwie zaczynałem dopiero walkę o lepszą formę i nie była ona na najwyższym poziomie. Trudno więc było cokolwiek oczekiwać, zwłaszcza, że w staraniach o dobry rezultat nie pomagały na pewno, ani trudna crossowa trasa, ani tym bardziej upalna pogoda.

      Wystartowałem jednak dość ambitnie. Już pierwszy kilometr sprowadził mnie jednak na ziemię. Ukończyłem go w czasie 4:10. Było to tempo dla mnie zdecydowanie za szybkie. Musiałem zwolnić i każdy z trzech kolejnych kilometrów pobiegłem około pół minuty wolniej. Mimo, że biegłem w tempie, którym jeszcze nie tak dawno biegałem przecież półmaratony to nie czułem się najlepiej. Ostatni kilometr to powrót do miejsca, w którym zaczynaliśmy na tutejszym stadionie. Kończyła go pętla po bieżni. Udało się wykrzesać jeszcze odrobinę sił, by pobiec go trochę szybciej i zakończyć mocniejszym finiszem. Ostatecznie do mety dobiegłem na osiemnastym miejscu  w siedemdziesięcioosobowej stawce z czasem 23:22.

      Z ogólnego wyniku jestem generalnie zadowolony. Mniej z aktualnej dyspozycji. Wystarczył luźniejszy miesiąc, by forma trochę uciekła. Na szczęście jest jeszcze trochę czasu, by poprawić ją przez zbliżającymi się półmaratonami, których w tym roku planuję jeszcze, co najmniej siedem. Po biegu czekało mnie jeszcze to najprzyjemniejsze w tego typu małych kameralnych zawodach, czyli delektowanie się smakołykami i długie rozmowy, nie tylko o bieganiu. Generalnie, mimo że tego biegu nie planowałem to jednak cieszę się, że się na niego wybrałem i był to naprawdę miło spędzony czas. 

2025.07.26 Wiśniew 5km: XII BIEG Z WISIENKĄ W TLE – 23:22

Zdjęcia: własne / Jacek Giereło / SportSiedlce.pl


Bursztynowa Hellena

      Kolejnym punktem na mojej półmaratońskiej mapie stał się Kalisz. Planując swoje starty w tym roku nie brałem pod uwagę tych zawodów. Decyzja zapadła dość spontanicznie mniej wiecej półtora miesiąca temu. Szukałem jakiegoś dodatkowego biegu, aby zamknąć pierwsze półrocze dziesięcioma półmaratonami i Kalisz wydawał się pod tym względem idealny. Zadecydował niekolidujący z niczym termin oraz nocna formuła. Uznałem, że skoro bieg jest w nocy to mimo lipca upał nie powinien się jakoś strasznie dawać we znaki i będzie to dobra okazja zaliczyć kolejny bieg, którego do tej pory nigdy nie miałem okazji pobiec.

      Do Kalisza wybrałem się w sobotnie południe. Pierwszy pociąg z Siedlec do Warszawy, drugi już bezpośrednio na miejsce. Jadąc tak nie czułem się najlepiej. Zmęczyły mnie trochę te upały ostatnich dni. Od czasu do czasu zerkałem na znajdujący się w pociągu wyświetlacz, na którym mimo późnego już popołudnia termometr nadal wskazywał 33 stopnie. Podróż w taką pogodę trwała na tyle długo, że mimo klimatyzacji i tak dało się odczuwać skutki. Specjalnych planów jeśli chodzi o wynik więc nie miałem i choć chciałem złamać 1:50 to jednak brałem pod uwagę, że być może skończy się czasem pięć, a może nawet dziesięć minut gorszym. Byłem na to mentalnie przygotowany. Na start zlokalizowany w okolicach hali sportowej Kalisz Arena dotarłem przed dwudziestą. Na szczęście o tej porze zrobiło się już trochę chłodniej. Niebawem spotkałem kolegów Andrzeja i Konrada. Wiedziałem, że tutaj będą. Chłopaki mieli już tego dnia za sobą jeden półmaraton w Katowicach. Potem przyjechali do Kalisza zaliczyć drugi. Szacun. Od tej pory czas wyczekiwania na start i cały powrót spędzimy już razem.

      Punktualnie o 22 rozległ się sygnał do startu. Ustawiłem się za pacemakerem na 1:50 i zacząłem dość spokojnie. Zresztą nawet jakbym chciał szybciej  to ze względu na tłok byłby problem. Biegło się dość ciężko od początku, ale lepiej niż się spodziewałem. Postanowiłem więc przyspieszyć czując duży dyskomfort  w dużej grupie za pacemakerem.  Od tego momentu wyrobiona przewaga nad wynikiem 1:50 rosła z każdym kilometrem. Dziesieć pierwszych pokonałem w czasie niemalże równo 50 minut. Dość szybko jak na swoje ostatnie starty. Na trasie biorąc pod uwagę późną porę było sporo kibiców. Zwłaszcza punkt kibicowania na osiedlu Kaliniec robił wrażenie i było tam bardzo sympatycznie. Mniej więcej od połowy dystansu zaczął się trudniejszy odcinek. Organizatorzy przed biegiem wspominali, że trasa jest dość wymagająca i rzeczywiście. Ta część trasy dawała się mocno we znaki. Miałem wrażenie, że od tego momentu, aż do 15 kilometra czasami więcej czasami mniej, ale cały czas było pod górkę. Na tym odcinku mój zapas nad wynikiem 1:50 w zasadzie przestał rosnąć, ale na szczęście nie malał i cały czas ciągle było to ponad 2 minuty. Od 16 kilometra zrobiło się w końcu trochę łatwiej. Profil trasy jakby trochę się wyrównał, czasami zaczynało być nawet z górki. O tej porze zrobiło się też już troszkę chłodniej. Ostatnie kilometry  trochę przyspieszyłem i ostatecznie do mety dotarłem z czasem 1:47:00. Jeszcze tylko posiłek regeneracyjny, noc spędzona w pociągach i rano będę w domu. Teraz parę tygodni przerwy. Na półmaratońskie szlaki wracam pod koniec sierpnia. Myślę, że będzie ciekawie. Już się trochę nie mogę doczekać.

2025.07.05 Kalisz Półmaraton: 7 KALISKI NOCNY PÓŁMARATON BURSZTYNOWA HELLENA – 1:47:00


(prawie) Wakacje

      Organizatorzy mojego kolejnego półmaratonu reklamują się hasłem, że wakacje zaczynają się w Zbuczynie. To oczywiście nawiązanie do końca szkoły i rozpoczęcia kalendarzowego lata, ale równie dobrze mogę odnieść to także do swoich startów. Rok temu to właśnie Zbuczyn był moim ostatnim biegiem przed wakacjami, po którym czekał mnie odpoczynek i w zasadzie dwumiesięczna przerwa od zawodów. W tym roku koniec wiosennego sezonu postanowiłem odłożyć o tydzień i przede mną jeszcze jeden półmaraton w Kaliszu. Nie mniej faktycznie też wszedłem już trochę w tryb wakacyjny, biegam mniej, mniej intensywniej i szybko odbiło się to na dyspozycji. W ostatnich dniach nienajlepsze było też samopoczucie. Szczególnych planów jeśli chodzi o wynik więc nie miałem, zwłaszcza, że letnia pogoda też już bardziej przeszkadza, niż pomaga.

      W zasadzie bieg w Zbuczynie przyzwyczaił już wszystkich do bardzo trudnych warunków, jak na koniec czerwca przystało. Tym razem większym problemem od upału i słońca okazał się silny wiatr, choć bardzo ciepłe powietrze także nie ułatwiało zadania. Już na rozgrzewce czułem, że będzie ciężko. Przed startem udało mi się zrobić wspólne zdjęcie z Robertem Celińskim – utytułowanym zawodnikiem ekstremalnych biegów górskich. Pan Robert kikukrotnie ukończył na przykład Tenzing Hillary Everest Marathon na zboczu Mount Everest. Piękna sprawa. Jest także mistrzem Polski oraz medalistą Mistrzostw Świata i Europy Masters w biegach średnich i długich. W Zbuczynie pojawił się po raz kolejny jako ambasador tej imprezy z planem pobiegnięcia w biegu towarzyszącym na 5km.

      W półmaratonie ze mną pobiegła za to kolejna ambasadorka i znakomitość w świecie biegowym Patrycja Bereznowska – świeżo upieczona  rekordzistka świata w biegu czterdziestoośmiogodzinnym. Biorąc pod uwagę, że ten bieg postanowiła potraktować treningowo miałem możliwość i przyjemność biec tuż obok Niej pierwsze dwa kilometry. Później jednak musiałem odpuścić. Tego dnia, w tych warunkach atmosferycznych dla mnie było za szybko. Nie czułem się najlepiej w zasadzie od samego początku. Każdy kilometr był sporym wyzwaniem. Już nawet nie próbowałem jakoś szczególnie walczyć. Nie czułem jakieś ogromnej motywacji, a i docierało do mnie, że to po prostu nie jest mój dzień. Ostatni raz tak ciężko biegło mi się w kwietniu w Poznaniu. Chciałem po prostu ukończyć w dwóch godzinach. Starałem się dużo pić, korzystałem też z nasączonych zimną woda gąbek, którymi polewałem kark i głowę. Ulga była jednak jedynie krótkotrwała. Dziesięć kilometrów w niecałe 52 minuty. W sumie nienajgorzej, ale z drugiej strony wiedziałem ile kosztowało mnie te dotychczasowe 10 kilometrów energii. Wiedziałem też, że przecież od 8 kilometra jeszcze zwolniłem i to nie tylko dlatego, że chciałem, ale po prostu musiałem. Gdzieś w połowie dystansu wyprzedziła mnie legenda polskiego maratonu, znany na całym świecie atestator tras Pan Tadeusz Dziekoński. Tę w Zbuczynie także wyznaczał On. Poznałem go kiedyś po półmaratonie na Malcie, spotkalismy się także w tym roku w Wiązownej. Wtedy byłem trochę szybszy. Teraz mnie wyprzedził, a ja nie miałem siły, by utrzymać Jego tempo.

      Potem było już coraz wolniej w zasadzie do samej mety, do której dotarłem ostatecznie z czasem 1:54:57. Słabo. To jeden z dwóch najwolniejszych moich półmaratonów w tym roku obok Poznania. Wynik nie jest dla mnie jakimś strasznym rozczarowaniem, zwłaszcza, że jak wspomniałem mentalnie jestem już trochę na wakacjach. Bardziej martwi dyspozycja i szybki zjazd formy, choć trudno tu też ocenić wpływ gorszego samopoczucia ostatnich dni i trudnych warunków. Na pocieszenie zostaje miło spędzony czas, towarzystwo wielu biegowych kolegów i koleżanek, no i kolejny 68 już ukończony półmaraton. Za tydzień czeka mnie jeszcze jeden, następnie wakacje i 7 tygodni przerwy od startów. Potem wracam, mam nadzieję, ze zdwojoną energią, głodem biegania i kolejnych podróży.

2025.06.29 Zbuczyn Półmaraton: VI PÓŁMARATON ZBUCKI – 1:54:57


Radomski Czerwiec

      Kolejnym punktem na mojej półmaratońskiej mapie okazał się Radom. Byłem już kiedyś w tym mieście.  Raz, wiele, wiele lat temu. Nigdy natomiast nie miałem okazji w Radomiu biegać. Teraz zresztą też był to raczej spontaniczny nie do końca planowany start, o którym ostatecznie przesądziła w miarę bliska odległość i stosunkowo korzystny termin. Połowa czerwca to czas, gdy wielu biegów na tym dystansie się nie organizuje. Nie było więc innych alternatyw i choć wiedziałem, że pogoda o tej porze roku może mocno utrudniać zmagania postanowiłem się zapisać.

      Czemu akurat czerwiec jest tutaj, aż tak bardzo istotny?  Odpowiedzi trzeba szukać w historii. To właśnie w czerwcu 1976 roku  na ulice Radomia wyszło ponad 20 tysięcy robotników, by zaprotestować przeciwko drastycznym i rujnującym ich domowe budżety podwyżkom cen żywności. Robotniczy bunt, choć rozpędzony przez milicję, zmusił jednak władze do wycofania się z podwyżek i co równie ważne – doprowadził do powstania szeregu ugrupowań opozycyjnych, które protestowały przeciwko brutalnym represjom, jakie spotkały uczestników manifestacji. W ten sposób radomski Czerwiec 1976 wpisał się na trwałe w najnowszą historię Polski jako kolejny z „polskich miesięcy” i dziś już nikt nie ma wątpliwości, że przybliżał Polaków do odzyskania pełnej wolności i suwerenności. Przypominając tamte wydarzenia postanowiono organizować bieg, który w tym roku miał odbyć się już po raz trzynasty

      Początkowo planowałem do Radomia pojechać pociągiem dzień wcześniej i przenocować w hotelu. Gdy okazało się, że z Siedlec na ten bieg wybierają się także inni moi biegowi znajomi samochodem postanowiłem jednak zmienić plany i wybrać się razem z nimi licząc się z tym, że tym razem wątek turystyczny trzeba będzie odłożyć na kiedy indziej. Trochę szkoda, bo miasto wydaje się być bardzo ładne, ale przynajmniej będzie powód, aby tu kiedyś wrócić.

      By na spokojnie zdążyć na bieg z Siedlec wyjeżdżaliśmy jeszcze przed piątą rano. Trudno więc było się dobrze wyspać. Bardziej jednak niepokoiła mnie pogoda. Ostatnie tygodnie były zdecydowanie chłodne. Nie pamiętam już nawet kiedy w maju i czerwcu temperatury były tak niskie, jak tego roku. W dniu biegu sytuacja miała się jednak zdecydowanie odwrócić. Zapowiadano nawet 26 stopni co biorąc pod uwagę nieprzygotowany organizm mogło całkowicie pokrzyżować szyki. Specjalnych oczekiwań co do wyniku nie miałem więc i chciałem pobiec w miare spokojnie w czasie poniżej 1:50. Jak będzie szansa to może nawet 1:48.

      Trochę żałowałem, gdy okazało się, że w tym roku ten bieg wyglądał trochę inaczej, niż w poprzednich latach. Zamiast startu i mety na stadionie lekkoatletycznym, co zawsze dodaje kolorytu, tym razem ze względu na inne organizowane tam wydarzenia zostało wszystko przesunięte w inne miejsce, a konkretnie w okolice nowego stadionu piłkarskiego, na którym swoje mecze rozgrywa tutejsza drużyna Radomiak. W sumie też fajnie, zwłaszcza jak się jest kibicem. Zarówno start jak i meta wyznaczono jednak poza jego terenem. No cóż… trudno. Kolejny powód, by kiedyś tu wrócić.

      Gdy na zegarze wybiła godzina 9  wystartowaliśmy. Zacząłem trochę szybciej, niż planowałem, ale od początku biegło mi się zdecydowanie ciężko.   Upał  dawał się we znaki od pierwszej minuty. Mniej więcej po trzech kilometrach dobiegliśmy do stadionu, o którym już wspomniałem. Będę miał okazje go zobaczyć z daleka raz jeszcze, gdyż bieg odbywał się na dwóch pętlach. Po siedmiu kilometrach miałem wypracowany zapas około półtorej minuty, ale wiedząc ile wysiłku musiałem włożyć w każdy z nich czułem, że może być problem by utrzymać to tempo i aby udało się zrealizować założony przed startem cel. Wiedziałem już też, że przyjdzie nam się zmierzyć nie tylko z upalną pogodą, ale także z licznymi stromymi podbiegami. Mniej więcej na 8 kilometrze w punkcie z wodą udało mi się chwycić od wolontariuszy namoczoną chłodną gąbkę. Bardzo mi to pomogło. Biegłem z nią wsuniętą za koszulkę na karku i wkrótce pozwoliło mi to poczuć pewną ulgę, a także odzyskać trochę wigoru. Ten manewr powtórzę jeszcze dwa razy na kolejnych punktach z wodą. Po czternastu kilometrach mam zapasu 2 minuty i od tego momentu w zasadzie będzie mnie stać już jedynie na kontrolowanie tego, by ten wypracowany od początku biegu margines czasu się nie kurczył. Po piętnastu kilometrach dobiegliśmy do najdłuższego i najbardziej stromego podbiegu na wiadukt. Znałem go już po pierwszej pętli, ale tym razem dał się we znaki chyba jeszcze bardziej. Po osiemnastu kilometrach nadal miałem około dwóch minut zapasu i choć biegło mi się coraz trudniej to jednak zaczynałem nabierać przekonania, że uda się zrealizować cel. Przedostatni kilometr to kolejny podbieg, choć już nie taki straszny jak ten wcześniej. Ostatecznie do mety dobiegam z czasem 1:48:09. W zasadzie więc dokładnie tak jak chciałem, choć przyznam szczerze, że mimo wszystko myślałem, że będzie dużo łatwiej. Nie doceniłem warunków w których przyszło nam rywalizować, a które były naprawde wymagające. Z drugiej strony dzięki temu satysfakcja, że się udało jest jeszcze większa. Po biegu solidna porcja makaronu, dekoracja najlepszych i można wracać do domu. Półmaraton numer 67 zaliczony. Przede mną jeszcze dwa biegi przed wakacjami i chyba trzeba się już powoli oswajać, że będzie podobnie ciężko, jak dziś.  Lato zbliża się wielkimi krokami. 

2025.06.15 Radom Półmaraton: XIII PÓŁMARATON RADOMSKIEGO CZERWCA – 1:48:09


Sami Swoi

      Na swój drugi wyjazd zagraniczny tego roku musiałem poczekać, aż do czerwca, ale było warto. Miejscem, które planowałem tym razem odwiedzić miało być bowiem amerykańskie Chicago i kolejny kroczek w swojej podróży po coraz to nowych, najbardziej odległych zakątkach świata. Teoretycznie biegałem już w Ameryce Północnej. Byłem przecież na Kubie, która geograficznie też zaliczana jest do tego kontynentu, ale po pierwsze to bardziej Ameryka Środkowa, a po drugie to wyspa. Teraz miałem mieć już możliwość pobiec w samym sercu kontynentu i całkowicie uciąć wszelkie męczące mnie czasem na tym polu wątpliwości.

      Zanim jednak doszło do tego, że mogłem stanąć na amerykańskiej ziemi czekała mnie długa droga i to nie tylko w wymiarze geograficznym. Trochę zaskoczył mnie fakt, gdy okazało się, że mimo, że Polacy już generalnie wiz nie potrzebują to jednak poza posiadaniem paszportu dodatkowo trzeba wypełnić i opłacić specjalny wniosek o pozwolenie na wjazd. Jeszcze bardziej się zdziwiłem, gdy okazało się że dostałem odmowę możliwości skorzystania z tej uproszczonej ścieżki, a to ze względu na podróż w zeszłym roku na Kubę, która traktowana jest przez Stany jako państwo wspierające terroryzm. Nie przekreślało to moich szans na wjazd do USA, ale wiedziałem już że muszę przejść całą drogę starania się o normalną wizę i wiąże się to nie tylko z dodatkowymi sporymi kosztami, ale też dłuższym czasem oczekiwania i licznymi formalnościami. W sumie i tak odetchnąłem z ulgą, że nie przyszło mi do głowy, aby we wniosku skłamać i napisać, że na Kubie nie byłem, licząc, że nikt tego nie sprawdzi. Dopiero później wyczytałem, że urzędnicy przeczesują dość skrupulatnie nawet media społecznościowe i generalnie ciężko jest ukryć fakt że się tam było, a złapanie na kłamstwie w tej kwestii często wiąże się nawet z dożywotnim zakazem wjazdu.  Nie chciałbym tego. 

      Nie ukrywam, że przejście przez proces wizowy było sporym wyzwaniem. To nie to samo co czekało mnie podczas poprzednich swoich wyjazdów do Turcji, Egiptu, Brazylii, Izraela, czy nawet na Kubę, gdzie formalności sprowadzały się w zasadzie do wniesienia opłaty. Tym razem samo wypełnienie kwestionariusza na stronie internetowej trwało blisko dwie godziny, a dodatkowo musiałem sobie odświeżyć w pamięci łącznie z datami przebieg swojej edukacji, karierę zawodową, powymieniać kraje, w których byłem w ciągu pięciu ostatnich lat, a trochę się ich przecież nazbierało. Na sam koniec czekał na mnie cały zestaw ciekawych pytań w stylu czy nie jestem członkiem organizacji terrorystycznej, czy nie zajmuje się praniem brudnych pieniędzy lub handlem organami, czy nie brałem udziału w ludobójstwie oraz czy nie zamierzam w Ameryce uprawiać prostytucji. Po wypełnieniu kwestionariusza i opłaceniu wniosku, czekała mnie już tylko wizyta w Ambasadzie USA w Warszawie i rozmowa konsulem. Ta na szczęście poszła szybko i gładko. Skończyło się na trzech krótkich prostych pytaniach: po co lecę do Stanów, co robiłem na Kubie i jak długo tam przebywałem. Potem mogłem już spokojnie odliczać ostatnie tygodnie do wyjazdu. Aż w końcu nadszedł ten dzień…

      Swoją podróż zaczynałem z Siedlec w piątek w zasadzie jeszcze w środku nocy. Na lotnisku musiałem być bowiem już rano. Pierwotnie miałem lecieć przez Finlandię i Helsinki. Jednak dwa dni przed podrożą odwołali mi lot. Załamałem się w pierwszej chwili i myślałem, że to koniec tej przygody, zanim się tak naprawdę zaczęła, ale już po kilku minutach zdenerwowany zacząłem szukać alternatywy. Gdy znalazłem inne połączenie i w akcie desperacji byłem nawet gotów zaakceptować dwa razy droższy bilet okazało się, że moje nerwy były niepotrzebne. Linia rozwiązała ten problem za mnie. W ciągu dwóch godzin dostałem wiadomość z propozycją alternatywnego lotu, tym razem przez Londyn. W dodatku na miejscu miałem być trzy godziny wcześniej. Jedynym minusem był fakt, że miałem niewiele czasu i musiałem się bardzo mocno spieszyć by w Londynie dostać się z jednego terminalu na drugi. Na szczęście nie okazało się to być dużą przeszkodą, a ja mogłem odetchnąć z ulgą. Uff…

     Po czternastu godzinach spędzonych w powietrzu i na lotniskach wylądowałem w końcu Chicago. W miarę sprawnie udało mi się namierzyć metro i po kolejnej godzinie jazdy dotarłem do komunikacyjnego serca miasta, czyli Chicago Loop, co w wolnym tłumaczeniu oznacza chicagowską pętlę. To tu bowiem zbiegają się ze sobą wszystkie linie. Stąd miałem już tylko kilkaset metrów do hostelu. Z hostelem trzeba przyznać, że trafiłem w dziesiątkę. Nie należał może do najtańszych, ale też nic innego konkurencyjnego pod względem ceny nie było. Chyba takie tutaj po prostu realia. Niewątpliwie ogromną zaletą była lokalizacja. Zaledwie pięćset metrów do jednej z głównych stacji metra, z której to otwierały się przede mną wszelkie szlaki do miejsc, które planowałem odwiedzić to była rzecz, której nie mogłem nie docenić. Wyposażenie, przestrzeń, czystość i generalnie wysoki standard spełniał moje oczekiwania, a nawet mocno je przewyższał. Zwykle w hostelach, których nocuje jest po prostu ciasno. Tutaj sala, w której przyszło mi przez tych kilka dni zamieszkać była ogromna. Pewnie to efekt tego legendarnego amerykańskiego zamiłowania do przestrzeni i wszystkiego co duże, które zresztą widać na każdym kroku.

      W sobotę przede wszystkim musiałem odebrać pakiet startowy. Zanim się jednak po niego wybrałem miałem jeszcze jedno zadanie do wykonania. Planując ten wyjazd nie sądziłem, że tak się to wszystko ułoży, że za granicą przyjdzie mi głosować w wyborach prezydenckich. Pierwsza tura, która miała miejsce dwa tygodnie wcześniej nie przyniosła rozstrzygnięcia. Druga przypadła akurat na czas mojego pobytu w Stanach. To były dla mnie zbyt ważne wybory, aby sobie je tak po prostu odpuścić. Jeszcze długo przed wyjazdem skontaktowałem się z polskim konsulatem, by dowiedzieć się co powinienem zrobić aby móc głosować w Chicago, potem wizyta w Urzędzie Gminy po stosowne zaświadczenie i z czystym sumieniem mogłem lecieć wiedząc, że będę miał możliwość spełnić swój obywatelski obowiązek. Konsulat, gdzie zlokalizowany był lokal wyborczy oddalony był od mojego hostelu prawie pięć kilometrów. Pojechałem więc metrem. Po oddaniu głosu mogłem w końcu skierować się w stronę pawilonu, gdzie znajdowało się biuro zawodów i gdzie wydawano pakiety startowe. Po załatwieniu formalności resztę dnia mogłem już wykorzystać na zwiedzanie.

      W zasadzie to przed wyjazdem niewiele wiedziałem co najbardziej warto w Chicago zobaczyć. Podobnie jak inne amerykańskie metropolie powstało stosunkowo niedawno, jego historia nie jest zbyt długa. Nie ma więc tu bardzo starej architektury i historycznych miejsc, które zawsze budzą moje zainteresowanie. To, z czym mi się do tej pory zawsze kojarzyło to miasto to ogromna licząca prawie dwa miliony polonia i perypetie bohaterów trzeciej części trylogii Sylwestra Chęcińskiego „Sami Swoi”, którzy wyruszyli do Ameryki w odwiedziny do Johna, brata Pawlaka. Wiedziałem więc, że na pewno nie zabraknie akcentów polskich i bardzo na nie liczyłem, ale udało mi się też stworzyć listę takich miejsc i atrakcji niekoniecznie z Polską związanych, a których zaliczenie sprawiłoby, że mógłbym uznać wyjazd za turystycznie spełniony.

      Pierwszym takim punktem był znajdujący się niedaleko mojego hostelu pomnik Abrahama Lincolna. Rzeźba siedzącego na fotelu jednego z najbardziej rozpoznawalnych byłych Prezydentów Stanów Zjednoczonych Ameryki, który wsławił się chociażby tym, że zniósł niewolnictwo stoi w tym miejscu od połowy lat dwudziestych poprzedniego stulecia. Podążając dalej przygotowanym szlakiem dotarłem do dość symbolicznego miejsca, czyli do punktu, gdzie zaczyna się otwarta niemalże dokładnie sto lat temu Route 66. Kilka miesięcy przed wyjazdem przygotowując się do wyjazdu wyczytałem gdzieś, że początek tej legendarnej drogi znajduje się właśnie w Chicago i stoi tam nawet specjalny znak informujący o tym fakcie. Znana jako „Matka dróg” trasa, która ma długość 3940 km i która prowadzi przez cały kontynent, aż do Santa Monica w Kalifornii stała się symbolem amerykańskiej kultury i jest często wspominana w literaturze, filmach, czy muzyce. Gdy pół roku wcześniej  podejmowałem decyzję o biegu w Chicago jeszcze tego nie wiedziałem, że półmaraton w tym mieście będzie moim 66 biegiem na tym dystansie, ale tak właśnie się stało. Zbieżność tym razem zupełnie przypadkowa, ale jednak bardzo symboliczna. Dosłownie w tym samym miejscu tyle, że na przeciwko po drugiej stronie ulicy znajdował się kolejny przystanek na mojej mapie, czyli Art Institute of Chicago. To założone sto pięćdziesiąt lat temu jedno z najważniejszych muzeów sztuki na świecie. Muzeum posiada imponującą kolekcję dzieł sztuki, obejmującą różne epoki, kultury i style, w tym prace takich mistrzów jak Vincent van Gogh, Pablo Picasso, czy Claude Monet. Tuż za instytutem odnalazłem Chicago Stock Exchange Arch. Jest on jednym z nielicznych fragmentów historycznego budynku chicagowskiej giełdy z końca XIX wieku. Stąd było już niedaleko do Cloud Gate. Ta monumentalna rzeźba znajdująca się w Millennium Park zwana również ze względu na swój kształt „fasolką” została wykonana z polerowanej stali nierdzewnej i zaprojektowana tak, by odbijała otoczenie, w tym panoramę miasta, niebo oraz przechodniów z różnych perspektyw. Jest codziennie czyszczona, aby utrzymać jej lustrzaną powierzchnię w idealnym stanie. Wracając powoli w stronę, z której rozpoczynałem zwiedzanie nagle usłyszałem ryk silników. Obejrzałem się za siebie. Była to wataha około stu motocykli różnego typu, począwszy od legendarnych klasycznych Harleyów Davidson, po nowoczesne ścigacze. Niesamowity widok, który prawdopodobnie można zobaczyć jedynie w Ameryce.

      Ponieważ było jeszcze wcześnie, a nie wiedziałem do końca jak rozwiną się plany następnego dnia to postanowiłem odwiedzić od razu jeszcze jedno miejsce – United Center, czyli halę, która jest domem dla drużyn sportowych koszykarskiej Chicago Bulls i hokejowej Chicago Blackhawks. Arena jest również miejscem wielu koncertów, wydarzeń kulturalnych i innych imprez masowych. United Center gościło wiele światowych gwiazd muzyki, takich jak na przykład U2, Madonna, czy Taylor Swift. Wyczytałem przed wyjazdem, że przy głównym wejściu do areny znajduje się słynny pomnik Michaela Jordana, który stał się jednym z ulubionych miejsc do fotografowania dla fanów koszykówki. Nigdy nie przepadałem akurat za tą dyscypliną, nawet mimo wzrostu, ale jak na miłośnika sportu przystało doskonale pamiętałem lata dziewięćdziesiąte, gdzie drużyna prowadzona przez Jordana przez wiele lat zdominowała całą ligę NBA, a on sam został okrzyknięty koszykarzem wszechczasów. Obszedłem halę dookoła. Natrafiłem jedynie na pomnik poświęcony hokeistom, w tym Stanisława Mikity, nie znanego mi do tej pory podobno w latach sześćdziesiątych poprzedniego stulecia najlepszego na świecie zawodnika z Rosji, który spędził w Chicago najlepsze lata swojej kariery. W końcu jednak udało się znaleźć także Jordana.  Okazało się, że stoi w środku budynku w głównym hallu.

      Kierując się już powoli w stronę metra zauważyłem mały kościółek. Postanowiłem wejść do środka. Akurat odbywał się pogrzeb jakiegoś starszego czarnoskórego mężczyzny. Na środku kościoła przy ołtarzu  ustawiony był ekran, na którym wyświetlano zdjęcia zmarłego, obok na ustawionych instrumentach wliczając w to perkusję zespół grał muzykę Gospel, a zebrani ludzie, za pewne przyjaciele i rodzina śpiewali. Wśród zgromadzonych kilkudziesięciu osób byłem jedynym białym. Pomodliłem się chwilę i poszedłem dalej  w stronę metra.

      Początek biegu w niedzielę stosunkowo wcześnie, bo o siódmej rano. Nie zdążyłem się jeszcze przestawić do nowej strefy czasowej więc bardzo nie odczułem porannego wstawania nawet mimo tego, że słabo spałem, co chwilę się budząc. Generalnie nie licząc pierwszej nocy po podróży to ten problem towarzyszył mi będzie przez cały wyjazd. Niestety na start miałem dość daleko. Bieg organizowany był z dala od centrum, a dojazd metrem trwał ponad pół godziny. Wysiadłem na stacji metra Pulaski. Nazwanie jej od nazwiska Polaka nie jest przypadkowe. To polsko-amerykański bohater walk o niepodległość. W naszym kraju walczył z Rosją jako konfederata barski, w Stanach Zjednoczonych uratował życie przyszłemu pierwszemu prezydentowi Jerzemu Waszyngtonowi. Gdy ten znalazł się w opałach w walce z doborowymi oddziałami Brytyjczyków wraz z trzydziestoma swoimi kawalerzystami pospieszył na ratunek przyszłemu pierwszemu Prezydentowi Stanów Zjednoczonych, zatrzymał ich natarcie, co następnie pozwoliło amerykańskiemu wodzowi na ujście z pola bitwy. Zginął śmiercią bohatera na amerykańskiej ziemi podczas bitwy pod Savannah. Ze stacji Pułaski czekał mnie jeszcze krótki spacer i wkrótce byłem na miejscu, czyli w Garfield Park, jednym z największych i najstarszych parków miejskich w Chicago. Z każdą zbliżającą się minutą tłum gęstniał i w sumie zebrało się prawie dziesięć tysięcy biegaczy.

      Tuż przed startem jak to często bywa na wydarzeniach sportowych w Ameryce pewna Pani odśpiewała amerykański hymn i w zasadzie punktualnie o 7:00 rozlega się wystrzał startera. Specjalnych oczekiwań co do wyniku nie mam. Chcę po prostu złamać godzinę i pięćdziesiąt minut i tak ustawiłem sobie zegarek, by do takiego celu mnie poprowadził. Początkowo nie biegnie mi się jakoś wyjątkowo lekko,  ale w zasadzie od pierwszego kilometra wypracowuje sobie dość znaczny zapas. Staram się by każdy kolejny kilometr był w tempie poniżej pięciu minut. Mniej więcej po kwadransie dobiegamy do Douglas Park. Jest w miarę ciepło, cieplej niż podczas moich ostatnich półmaratonów, ale nie gorąco. Promienie słoneczne niwelowane są przez drzewa która chronią organizm przed przegrzaniem. Często wiejący silny wiatr, sprawia, że Chicago nadano łatkę „wietrznego miasta”, ale tego poranka nie jest on zbyt silny. Dystans na trasie oznaczany jest w milach. Utrudnia to trochę pilnowanie tempa, skupiam się więc jedynie na informacji z zegarka. Na szczęście jest też kilka punktów odmierzonych w kilometrach. Na tym po piątym ustawione są flagi krajów, z których pochodzi najwięcej biegaczy. Ucieszyłbym się z takiego widoku, ale ta polska odwrócona jest do góry nogami. Hmm… Udam więc, że tego nie widziałem. Po dziesiątym kilometrze odnotowuje czas na poziomie czterdziestu ośmiu minut. To szybko jak na moje ostatnie starty. Biegnie mi się jednak coraz swobodniej i pewniej. Nie przeżywam żadnych kryzysów i jestem coraz bardziej zmotywowany, tym bardziej, że czuję mocne wsparcie kibiców, zwłaszcza tych biało-czerwonych, którzy widząc moją koszulkę z orłem mocno mnie dopingują. Polaków spotykam także w stawce biegaczy. Pozdrawiamy się nawzajem. Na trzynastym kilometrze zebrało się najwięcej ludzi i jest najgłośniej. W tym miejscu ustawiony jest także duży punkt wsparcia polskiej grupy biegaczy z Chicago, którzy dopingują każdego, a zwłaszcza rodaków. Ich duży biało-czerwony baner dostrzegłem już z daleka. Jeszcze przed startem spotkałem kilkunastoosobową grupę tutejszych biegaczy polskiego pochodzenia. Miło i wesoło chwilę porozmawialiśmy, zrobiliśmy wspólne zdjęcie i umówiliśmy się na spotkanie po biegu.  Gdzieś po piętnastu kilometrach dobiegliśmy do Humboldt Park. Znany ze swoich malowniczych krajobrazów i szerokich terenów rekreacyjnych zielony kompleks to centrum życia społecznego i kulturalnego, szczególnie dla społeczności portorykańskiej. W parku znajduje się na przykład Narodowe Muzeum Sztuki i Kultury Portorykańskiej, które podkreśla dziedzictwo tej grupy. W pewnym momencie przebiegam obok pomnika patrona. Już po powrocie do domu dowiem się, że Alexander von Humboldt to pruski przyrodnik i odkrywca, który wniósł znaczący wkład w dziedziny meteorologii, geografii, oceanografii i magnetyzmu. Na tym etapie biegu wiem już, że cel prawdopodobnie uda mi się zrealizować. Jestem coraz bardziej pewny siebie. Nie tracę animuszu, zwłaszcza, że im bliżej mety tym mam wrażenie, że doping jest coraz bardziej żywiołowy i coraz głośniejszy. Co jakiś czas wśród rozradowanych gardeł daje się wyłowić głośne „Brawo Polska”, a nawet „Go Poland, let’s go!”. Na ostatnich kilometrach zachowałem jeszcze sporo sił i zaczynam wierzyć, że tego dnia stać mnie nawet na to by pobiec swój rekordowy bieg zagranicą. Ten aktualnie najlepszy wynik (1:42:42) pochodzi z Malty z 2017 roku, już się więc trochę zakurzył. Jeśli miałoby mi zabraknąć motywacji to w tym właśnie momencie odnalazłem jej dodatkowe pokłady. Chcę poprawić ten rekord, nie mogę już odpuścić. W końcówce już nawet nie do końca słyszę własnych myśli. W uszach dzwonią natomiast dzwoneczki sponsora rozdawane kibicom tysiącami w biurze zawodów dzień wcześniej. Przekraczając metę już wiem, że się udało. Jestem szczęśliwy. Na mecie spędzę jeszcze trochę czasu na rozmowach z tutejszą Polonią i pora wracać.

      Tego dnia czekało mnie jeszcze spotkanie z Mariuszem i Moniką. Przed laty pracowaliśmy w jednej firmie w Warszawie. Potem Mariusz dostał propozycje przeniesienia się do biura w Chicago i z tej możliwości skorzystał, a wraz z nim do Stanów wyemigrowała Jego żona Monika. Z Nią spotkałem się zupełnie przypadkowo przez chwilę na lotnisku w Warszawie, gdy wracałem z Lublany ponad rok temu, z Mariuszem nie widziałem się prawie siedem lat. Była więc niepowtarzalna okazja powspominać dawne czasy. Co ciekawe, gdy w piątek popołudniu wylądowałem w Chicago i wychodziłem z hali lotniska natknąłem się na Janka, który mnie w tej samej firmie przed osiemnastu laty zatrudniał i był moim pierwszy menadżerem. Wszystkiego bym się spodziewałem, ale nie takiego spotkania. Był to naprawdę niesamowity zbieg okoliczności i kolejny dowód na to jaki ten świat jest tak naprawdę mały.

      Z Mariuszem i Moniką umówiliśmy się pod moim hostelem, a potem poszliśmy w stronę jeziora Michigan. To jedno z pięciu Wielkich Jezior Ameryki Północnej i jedyne, które leży całkowicie na terenie Stanów Zjednoczonych.  Jego powierzchnia to prawie jedna piąta powierzchni Polski, co czyni je jednym z największych jezior na świecie. Spacerując promenadą dotarliśmy do Planetarium, przed którym stoi ustawiony tutaj w pięćsetną rocznicę urodzin pomnik Mikołaja Kopernika. Nie wiedziałem o nim. Była więc to dla mnie miła niespodzianka. Spod pomnika pojechaliśmy autobusem już do ścisłego centrum, a chwilę potem byliśmy pod Chicago Theatre. Ten ikoniczny teatr został otwarty w 1921 roku i jest znany ze swojej charakterystycznej fasady w stylu francuskiego baroku oraz ogromnego znaku „CHICAGO”. Charakterystyczny świetlny napis jest nieoficjalnym symbolem miasta i często można go zobaczyć w filmach, telewizji, sztuce i fotografii. Po krótkiej przerwie na pizzę kontynuowaliśmy swój spacer dalej. Kierując się tym razem na północ dotarliśmy do Tribune Tower. Budowa tego jednego z najbardziej charakterystycznych wieżowców zakończyła się dokładnie sto lat temu. Budynek ma trzydzieści sześć pięter i wysokość stu czterdziestu jeden metrów. Pierwotnie siedzibą gazety Chicago Tribune oraz związanych z nią mediów. W ostatnich latach został przekształcony w luksusowe rezydencje. Przed wyjazdem wyczytałem, że jednym z najbardziej charakterystycznych elementów Tribune Tower są fragmenty historycznych budowli z całego świata wmurowane w jego fasadę, w tym kawałki Wielkiego Muru Chińskiego, Partenonu, Colosseum, katedry Notre-Damme i Taj Mahal, czy nawet Wawelu. Następnego dnia tu wrócę i odnajdę w jego murach fragmenty kilku znanych budowli. Tego z Wawelu mi się nie uda. Tuż obok po drugiej stronie ulicy lśnił w słońcu szklany Trump Tower, czyli drugi co do wielkości mający ponad czterysta metrów hotel w Stanach. Jest naprawdę imponujący. Poszliśmy dalej wzdłuż rzeki. Rzeka Chicago to unikalny ciek wodny, którego naturalny bieg został odwrócony przez człowieka. Stanowi ważną drogę wodną łączącą Wielkie Jeziora Północnoamerykańskie z rzeką Missisipi. Na przełomie XVIII i XIX wieku inżynierowie zmienili jej kierunek, aby zapobiec zanieczyszczeniu wody pitnej w jeziorze Michigan. Odwrócenie biegu rzeki wymagało stworzenia skomplikowanego systemu śluz, który kontroluje przepływ wody. Rzeka Chicago jest znana z licznych mostów zwodzonych, które umożliwiają przepływ statków i ruch drogowy. Dzięki temu Chicago ma więcej mostów zwodzonych niż jakiekolwiek inne miasto na świecie. W końcu nadszedł moment, gdy trzeba było zakończyć naszą wycieczkę. Podziękowałem za wspólnie spędzony czas i spotkanie, pożegnaliśmy się i wróciłem do hostelu.

     To był już ten moment, gdy można było nasłuchiwać wyniku wyborów. Okazało się jednak, że choć minęło już kilka godzin od zamknięcia lokali to nadal nic nie było jasne, a stawka była tak wyrównana, że wszystko zmieniało się z godziny na godzinę. Czekałem z pójściem spać na ogłoszenie wyników. Gdy w Polsce dochodziła druga, podano te ze zdecydowanej większości komisji i w zasadzie niewiele mogło się już zmienić poszedłem spać.

      Poniedziałek to dzień najbardziej intensywnego zwiedzania. Pierwszym miejscem, które planowałem odwiedzić było betonowe molo na brzegu jeziora Michigan zwane  Queen‘s Landing. Nazwa tego miejsca pochodzi od wizyty królowej Elżbiety II w 1959 roku, która to wysiadła wasnie tu z królewskiej barki podczas Jej pierwszej wizyty w Chicago. Wówczas zgromadziło się tu milion ludzi by powitać Królową, która następnie przeszła po mającym prawie siedemset metrów najdłuższym czerwonym dywanie na świecie w stronę kolejnego punktu na mojej mapie, czyli Navy Pier. To popularne miejsce odwiedzane przez turystów i oferujące szeroki wachlarz atrakcji przez cały rok, na przykład rejsy wycieczkowe po jeziorze Michigan, czy też słynne diabelskie koło, które zapewnia niesamowite widoki na miasto i jezioro. Ma długość ponad jednego kilometra i jest jednym z najdłuższych pomostów na świecie.

      Kolejne miejsce, do którego podążałem było związane z dramatyczną historią Chicago. Już kiedyś dawno temu słyszałem o ogromnym pożarze pod koniec XIV wieku w tym mieście. Legenda głosi, że wybuchł na skutek kopnięcia przez krowę lampy naftowej. Był on jedną największych katastrof tamtego stulecia w Ameryce, doszczętnie strawił całe wybudowane wówczas z drewna centrum miasta i skończył się śmiercią około trzystu osób. Odbudowa, która rozpoczęła się niemal natychmiast po ostygnięciu zgliszcz uczyniła z Chicago jedno z najludniejszych i gospodarczo najważniejszych miast Ameryki. Jednym z nielicznych budynków ówczesnego centrum Chicago, które przetrwały była Water Tower. Budynek został zbudowany w 1869 roku, aby pomieścić potężną pompę wodną. Ironią jest fakt, że stacja pomp przestała działać podczas pożaru, ponieważ dach, który nie był wykonany z wapienia, zapalił się. Dziś znajduje się tu mała galeria sztuki. Będąc pod wieżą zapytałem po angielsku pewne starsze małżeństwo, czy mogliby mi zrobić zdjęcie. Ku mojemu zdziwieniu usłyszałem odpowiedź łamaną polszczyzną: „Oczywyście”. Roześmiałem się ewidentnie zaskoczony. Pan poznał, że jestem z Polski po orle na mojej koszulce. Porozmawialiśmy chwilę o Polsce, o wyborach, nowym Prezydencie i poszedłem dalej. Na sam koniec zostawiłem sobie Willis Tower. Budynek znany w przeszłości jako Sears Tower to ikoniczny wieżowiec w Chicago ukończony w 1973 roku. Ma wysokość 442 metry, a razem z antenami 527 metrów. Przez prawie 25 lat był najwyższym budynkiem na świecie, aż do roku 1998, kiedy to został zdetronizowany przez Petronas Towers w Kuala Lumpur w Malezji. To był już mój ostatni punkt zaplanowany tego dnia.

     W hostelu przypadkowo poznałem Izę. Już drugiego dnia minęliśmy się na korytarzu. Wówczas skończyło się na krótkiej wymianie uprzejmości i pozdrowieniach. Teraz po dwóch dniach spotkaliśmy się znowu. Tym razem mogliśmy już porozmawiać dłużej i lepiej się poznać. Okazało się, że choć obecnie mieszka w Warszawie to w niedalekiej przyszłości planuje przeprowadzkę w okolice Siedlec i w Siedlcach czasem bywa, w dodatku lubi moje miasto. Niesamowity zbieg okoliczności, którego nikt nie był w stanie przewidzieć. Czas na rozmowie mijał naprawdę miło, niestety w końcu trzeba było się pożegnać.  Może jescze kiedyś będzie okazja się spotkac, ale to juz raczej w Polsce, bo następnego dnia powrót do kraju.

      Lot mam jednak dopiero wieczorem. Dlatego też na ten dzień zostawiłem sobie odwiedzenie tych miejsc w Chicago, które są mocno związane z Polską, a które były na trasie metra z hostelu na lotnisko. Pierwszym moim przystankiem był tak zwany „Trójkąt Polonijny”. To skwer w polskiej dzielnicy, którą w latach dwudziestych i trzydziestych zamieszkiwało około 80% chicagowskich Polaków. Miejsce to funkcjonowało jako swego rodzaju stolica amerykańskiej Polonii, z siedzibami najważniejszych polskich organizacji w Stanach Zjednoczonych. Po dawnej świetności nie ma dziś śladu, ale ciągle znajduje się tu renomowany Chopin Theatre, a plac jest wykorzystywany jako miejsce procesji Bożego Ciała przez polskie parafie. Jadąc metrem kilka przystanków dalej w stronę lotniska dotarłem do Jackowa zwanego również „Polish Village”. Sporo poczytałem przed wyjazdem o tej historycznej polskiej dzielnicy i nie ukrywam, że bardzo zależało mi, aby ją odwiedzić. Nazwa przyjęła się po 1921 roku, kiedy to zakończona została budowa kościoła Św. Jacka, który stał się centralnym punktem tutejszej społeczności. Okres świetności „Polish Village” przeżywała zwłaszcza w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, kiedy to po upadku komunizmu w Europie spłynęły tu największe fale emigracyjne. Język polski usłyszeć można było tu niemal wszędzie, masowo powstawały polskie biznesy, sklepy, punkty usługowe oraz restauracje, zaś Milwaukee Avenue, przecinająca dzielnicę żartobliwie nazywana była Ulicą Marszałkowską. Czasy, kiedy Jackowo było ostoją polskości w USA powoli też odchodzą jednak do przeszłości. Polacy ustąpili miejsca Latynosom, Portorykańczykom i Afroamerykanom. Wyczytałem, że mimo upływu czasu i dokonujących się zmian, w Jackowie nadal można znaleźć kilka polskich sklepów i restauracji, które oferują tradycyjne polskie potrawy, często uważane za lepsze, niż te dostępne w Polsce i chciałem je zobaczyć.

      Swoje zwiedzanie Jackowa rozpocząłem od budynku, który pamiętałem jako dom Johna Pawlaka z filmu „Kochaj albo rzuć”. Adres 3517 Wolfram Street odnalazłem niemalże od razu. Mimo upływu prawie pół wieku budynek niewiele się zmienił. Znak czasu widać jedynie po drzewie, które rośnie tuż przed wejściem. Idąc dalej Pope John Paul II Way dotarłem do wspomnianego już Kościoła. W bazylice znajdują się relikwie wielu świętych, w tym św. Jacka, św. Stanisława Kostki, św. Faustyny Kowalskiej i św. Jana Pawła II. Parafia do dziś odgrywa kluczową rolę w życiu polskiej społeczności w Chicago. Już miałem podążać dalej, gdy wychodząc przy bramie parafii spostrzegłem grupkę rozmawiających ludzi. Podszedłem by zapytać, gdzie tu jeszcze można odnaleźć kolejne ślady polskości. Okazało się, że był to kościelny Pan Stanisław, który mieszka w Chicago od czterdziestu czterech lat, a także kilku żołnierzy Sił Powietrznych z Warszawy. Zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się nawet, że mamy w Siedlcach wspólnych znajomych. Chwilę potem Pan Stanisław oprowadził nas po Kościele pokazując wszelkie zakamarki i tajemnice, wliczając w to dzwonnicę i dach, z którego rozpościera się widok na okolicę.

      Dalsze zwiedzanie kontynuowałem już z nowymi znajomymi. Niebawem dotarliśmy do polskiego sklepu „Kurowski Sausage Shop”, gdzie zdecydowaną większość stanowiły produkty z Polski. Można było też zjeść Polski obiad. Stwierdziłem, że schabowy z ziemiankami w naprawdę rozsądnej cenie to dobry pomysł przed czekającą mnie wielogodzinną podróżą. Gdy miałem już powoli dziękować za towarzystwo i kierować się w stronę lotniska nowo poznani koledzy powiedzieli, że przyjechali do Jackowa samochodem, wybierają się jeszcze pod położony około 15 mil od Chicago filmowy dom „Kevina samego w domu” i zaproponowali, że chętnie zabiorą mnie ze sobą. Miałem jeszcze sporo czasu więc postanowiłem z tej nieoczekiwanej atrakcji skorzystać. Pojechaliśmy tam, a potem odwieźli mnie na lotnisko. Gdy po kilku godzinach oczekiwania stanąłem przed bramką kontroli paszportowej i myślałem, że nic mnie już nie będzie w stanie zaskoczyć od urzędnika w amerykańskim mundurze sprawdzającego dokumenty usłyszałem po polsku: „Ooo, z Siedlec… , a ja jestem z Lublina!”. Uśmiechnąłem się. Znowu sami swoi… Jeszcze tylko kilkanaście godzin, powrót tą samą drogą przez Londyn i w końcu w domu…

2025.06.01 Chicago (USA) BANK OF AMERICA CHICAGO 13.1 – 1:42:15

Więcej zdjęć z biegu:

Więcej zdjęć z Chicago:

Więcej zdjęć z Jackowa:


Z sercem po raz czwarty

     Niewątpliwie szczególne miejsce w historii mojej biegowej przygody (oczywiście poza półmaratonami) zajmują starty w warszawskiej sztafecie maratońskiej Ekiden. To zawody, w których sześcioosobowa drużyna ma do przebiegnięcia maraton. Pierwsza osoba pokonuje 7 kilometrów i 195 metrów, dwie kolejne 10 kilometrów, a ostatnie trzy po 5 kilometrów – razem dokładnie tyle, ile wynosi ten królewski dystans. To, co wyróżnia Ekiden od innych zawodów to to, że poza emocjami i przeżyciami związanymi z własnym biegiem dochodzi czynnik drużynowy, współodpowiedzialność za kolegów i wynik całej drużyny oraz kilka godzin miło spędzonego czasu wśród bliższych, lub dalszych znajomych. Uczestniczę w tym biegu od 2014 roku. Do tego momentu miałem na koncie ukończonych już dziewięć edycji i za każdym razem wracam na tą imprezę z ogromną przyjemnością. Mam także wiele związanych z nimi wspaniałych wspomnień. Dotyczą one zarówno sześciu startów w mojej poprzedniej firmie, jak i aktualnej, w barwach, której pobiegłem do tej pory trzy razy. Biorąc pod uwagę, że od czasów pandemii pracuję zdalnie całkowicie poza biurem z dala od Warszawy jest też to dla mnie wspaniała okazja, by spotkać się z kolegami z pracy i spędzić  miło czas.

    Tak, jak w ostatnich latach tak i w tym roku miejscem rywalizacji miał być warszawski park Kępa Potocka. Wystawiliśmy tym razem, aż cztery drużyny, przy czym to ta nasza z założenia miała być tą najszybszą, choć na szczególny wynik w tym roku specjalnie nie liczyliśmy.  Nieobecność kilku osób, które miałyby pewne miejsce w pierwszym składzie sprawiła, że po dwóch latach biegania zmiany na zmianie pięciokilometrowej w tym roku przyszło mi pobiec dziesięć kilometrów przejmując pałeczkę od Renaty, która rozpoczynała nasza rywalizację. Początkowo planowałem pobiec solidnie, ale asekuracyjnie nie ryzykując kontuzji przed kolejnymi półmaratonami i chcąc po prostu pobiec poniżej 50 minut, ale szybko te plany zweryfikowałem. Już pierwszy kilometr w tempie około 4:35 pokazał, że to jednak ambicja i adrenalina będą rozdawać karty. Na kolejnych czując, że może być za szybko troszkę zwolniłem, ale nadal było to cały czas tempo poniżej 4:45. Pogoda do biegania była chyba idealna. Upał, który często towarzyszył biegaczom, w tym roku nie przeszkadzał wcale. Przeciwnie, było dość rześko. Nogi więc niosły.  Do mety pierwszej pętli dobiegłem z czasem 23:11. Druga okazała się być jeszcze szybsza (23:00). Co ciekawe czas, który przed biegiem wziąłbym w ciemno na tę chwilę dawał nam nawet trzecie miejsce w klasyfikacji Służby Zdrowia i Firm Medycznych. Było to dla nas totalnym zaskoczeniem. Pałeczkę przekazałem Kamili, a potem w naszej drużynie swoje pięciokilometrowe odcinki pobiegli Ola, Gosia i Łukasz. Ostatecznie ukończyliśmy z czasem 3:36:04, czyli około dwudziestu minut wolniej, niż w zeszłym roku, ale i tak w naszej kategorii skończyliśmy na szóstym miejscu, co myślę, że jest sporym sukcesem.

      Miałem się już powoli pakować i wracać do domu z poczuciem miło spędzonego dnia i wykonania dobrej roboty. Spotkałem się jednak na sam koniec jeszcze z kolegami z poprzedniej firmy, którzy także wystawili swoje drużyny by chwilę porozmawiać. Okazało się, że mają problem ze składem i jedna z drużyn będzie miała problem by dokończyć rywalizację, gdyż osoba z ostatniej zmiany nie pojawiła się na starcie. Zgodziłem się, na szczęście to już tylko 5 kilometrów. Pobiegłem i to nawet całkiem szybko. Choć planowałem po prostu złamać 25 minut do mety udało się dotrzeć w czasie 23:58. W ten o to sposób choć to mój bieg numer 255 to pierwszy raz w życiu na tych samych zawodach pobiegłem dwa razy, dwa różne dystanse, w dodatku w dwóch różnych koszulkach. Myślę, że to fajna klamra, która spina te 10 lat mojego biegania na Ekidenie, czy to w starych barwach, czy aktualnych. Dało mi to też dodatkową satysfakcję. Motto mojej firmy brzmi „With heart” nabrało dziś dla mnie dodatkowego znaczenia. To był niewątpliwie miło spędzony czas..

2024.05.24 Warszawa EKIDEN 2025 MARATON SZTAFET – PAREXEL I: 3:14:34 (Moje 10km: 22:25) / NIQ 6: 3:53:52 (Moje 5km:23:58)

 


W kratkę

      Można powiedzieć, że w tym roku biega mi się w kratkę. Po świetnym wyniku w Wiązownie, bardzo dobrym w Bolonii przyszły gorsze starty w Warszawie, gdzie pobiegłem tak sobie i bardzo słabo w Poznaniu. Potem na szczęście w Gdyni poszło mi jak na moje skromne możliwości rewelacyjnie, co pokazało, że Poznań to była jedynie jednorazowa wpadka i tknęło to we mnie nowego ducha. Gdy z dużą wiarą w swoje możliwości zaczynałem patrzeć w kierunku kolejnych czekających mnie w tym roku startów znów stało się coś, co nadszarpnęło ten optymizm. Dosłownie dzień przed kolejnym czekającym mnie półmaratonem tym razem w Białymstoku pojawiło się przeziębienie, problemy w postaci osłabienia i zatkanego katarem nosa. Choć nie planowałem jakoś wyjatkowo mocno ściagć się ze swoimi rekordami to wiedziałem też już, że na jakieś szczególne fajerwerki liczyć nie mogę.

      Do Białegostoku pojechałem pociągiem już w sobotę. To już moja trzecia wizyta w tym mieście. Planów turystycznych więc też nie miałem i po odebraniu pakietu zameldowałem się od razu w hostelu. W pokoju tym razem miałem towarzystwo Mateusza z Malborka, oraz Pana Stanisława, który do Białegostoku przyjechał z Podkarpacia. Popołudnie minęło na miłych rozmowach, a mi dodatkowo na emocjach piłkarskich. Tego popołudnia bowiem siedlecka Pogoń grała swój kolejny ligowy mecz o być albo nie być w I lidze i trochę nawet żałowałem, że nie było mnie na stadionie. Pozostała transmisja w internecie. Mimo, że Pogoń nie była faworytem udało się wygrać z dużo silniejszym rywalem Miedzią Legnica przedłużając swoje nadzieje na utrzymanie. Jeszcze dwa kroki do zrobienia i się uda. Wierzę w to. Powodzenia chłopaki!

      Następnego dnia start. Pogoda do biegania stosunkowo dobra. Choć świecił słońce to jednak zwłaszcza rano jest dość chłodno. W ciągu dnia ma się także pojawić zachmurzenie i delikatne opady. Zastanawiałem się jak się ubrać. Ostatecznie decyduję się na koszulkę z krótkim rękawem. Cel jaki przez sobą stawiam to 1:50. Rozpoczynam jednak troszkę szybciej sprawdzając jak się będzie biegło. Nie jest łatwo od samego początku. Nogi wydają się bardzo ciężkie, brakuje trochę sił, ale udaje się utrzymywać to samo tempo. Zwolnię dopiero koło 5 kilometra, gdy pojawi się pierwszy z dwóch większych podbiegów na tej trasie. Na tym etapie mam już jednak spory zapas, który daje duże nadzieje na pozytywne zakończenie. Na półmetku to już prawie trzy minuty. Od czasu do czasu udaje się wypatrzeć na trasie jakieś znajome twarze. Każde takie spotka nie kończy się pozdrowieniami.

      Po drodze możemy też podziwiać kilka murali. Białystok z nich słynie. W całym mieście jest ich podobno około trzydziestu, w tym ten najbardziej znany „Dziewczynka z konewką”. Mniej więcej od trzynastego kilometra zaczyna się najtrudniejszy etap tego biegu, a mianowicie około trzech kilometrów pod górkę. Wiem, że jeśli uda mi się przetrwać ten odcinek bez żadnego kryzysu to cel będzie zrealizowany. Mimo, że trochę zwolniłem to jednak jest to cały czas tempo na poniżej 1:50.  Przebiegamy między innymi obok stadionu Jagiellonii. Gdy w zeszłym roku tu biegłem dzień wcześniej Jagiellonia zdobywała na tym stadionie właśnie swój pierwszy w historii tytuł mistrza Polski, w tym sezonie już im tak dobrze nie poszło. Skończy się prawdopodobnie na trzecim miejscu. Mniej więcej na 15 kilometrze zaczyna padać deszcz z delikatnym gradem. Nie trwa to jednak zbyt długo. Gdy dobiegamy do campusu uniwersyteckiego, a mi nadal udaje się utrzymywać tempo powoli zaczynam mieć pewność, że nic złego nie powinno się już tu wydarzyć i uda się zrealizować zamierzony cel. Od tego momentu to już jedynie trzy kilometry, w dodatku z górki. Na metę wpadam z czasem 1:45:39. Przed biegiem biorąc pod uwagę samopoczucie taki wynik wziąłbym w ciemno, zwłaszcza że ze wszystkich trzech startów które mam za sobą w Białymstoku ten wynik jest zdecydowanie najlepszy. Do domu wróciłem w dobrym nastroju, choć ciągle z przeziębieniem. Miałem tylko nadzieje, że po biegu nie rozwinie się to w coś poważniejszego. Nie mam przecież teraz czasu na chorowanie.

2025.05.11 Białystok Półmaraton: PKO BIAŁYSTOK PÓŁMARATON – 1:45:39


Rachunki z przeszłości

      Dobrze ten 2025 rok się dla mnie rozwinął. Poprzedni zaczynałem przecież z problemami zdrowotnymi i kontuzją pleców, a do mety kwietniowego półmaratonu w Poznaniu docierałem ledwo mieszcząc się w dwóch godzinach i zastanawiając się, czy nie będę musiał przynajmniej na jakiś czas w ogóle zrezygnować z biegania. Dziś jestem w zupełnie innym miejscu. Znowu jak chcę i mi zależy to biegam jedne ze swoich najszybszych półmaratonów w życiu i choć może zbudowanie dobrej dyspozycji kosztuje mnie więcej wysiłku, niż jeszcze kilka lat temu, to wiem, że ciągle jestem w stanie i nie ukrywam, że czuję z tego powodu dużą radość i satysfakcję.

      Po Wiązownie i Bolonii były kolejne wiosenne półmaratony w kraju. Tradycyjnie już Warszawa i Poznań, choć te pobiegłem już wolniej. Po Wiązownie, która była w tym roku dla mnie najważniejsza spuściłem trochę z tonu z intensywnością treningów i dość szybko znalazło to przełożenie w aktualnej dyspozycji i wynikach. Kolejna miała być Gdynia, której nie dane mi było pobiec w 2020 roku z powodu wybuchu pandemii. Przez te ostatnie lata zdarzało mi się wracać wspomnieniami do czasu, gdy miałem właśnie pobiec swój prawdopodobnie najważniejszy bieg w życiu. To miały być przecież Mistrzostwa Świata, a otwarta formuła tych zawodów stwarzała niepowtarzalną okazję na to by mógł tam się pojawić nawet taki amator, jak ja. Solidnie trenowałem całą zimę i zrobiłem naprawdę wiele, by był to najszybszy półmaraton jaki kiedykolwiek przebiegłem. Niestety los spłatał figla. Bieg został w ostatniej chwili najpierw przełożony na jesień, a potem odwołany, a ja zostałem z tą ciężko przygotowaną formą niczym „Himilsbach z angielskim”. Przez tych kilka ostatnich lat było to dla mnie trochę jak wbita drzazga. Uwierało mnie to i wiedziałem, że prędzej czy później będę chciał to nadrobić i w Gdyni ostatecznie pobiegnę. Oczywiście czasu się nie cofnie, a teraz po tych kilku latach, ani ranga tych zawodów nie jest już aż tak bardzo wysoka, jak wtedy, ani moja motywacja tak silna, by nawet próbować ponownie mierzyć się z życiówką. Zwłaszcza, że dziś jest już na zupełnie innym poziomie, niż wówczas. W końcu jednak rzeczywiście pojawiła się okazja na to, by w Gdyni pobiec i to miejsce na swojej biegowej mapie ostatecznie odhaczyć.

      Gdy czasu do tego wydarzenia zostawało coraz mniej znowu dopadł mnie pech. Nie wiem w sumie co było przyczyną, ale mając w pamięci pandemię sprzed kilku lat pierwsze skojarzenie nasunęło się samo. Zaatakował mnie jakiś wirus. Już na Półmaratonie w Poznaniu, który miał miejsce dwa tygodnie wcześniej źle się czułem i poszło mi bardzo słabo, czego nie potrafiłem do końca zrozumieć i racjonalnie wytłumaczyć. Potem przez kolejny tydzień bardzo bolała mnie głowa, mięśnie, czułem się osłabiony. Na treningach borykałem się niewytłumaczalną niemocą, z którą ledwo udawało mi się przetruchtać co najwyżej dziesięć, góra dwanaście kilometrów, a do domu mimo wolnego tempa wracałem naprawdę zmęczony. Przytłoczony tym wszystkim zacząłem się nawet zastanawiać, czy jest sens w ogóle tam jechać, bo nie czułem się nawet na siłach by ten bieg ukończyć, a po prostu przemaszerować go nie chciałem. Na ostateczną decyzję dałem sobie więcej czasu. Do biegu było bowiem jeszcze kilka dni. Gdy w końcu zacząłem odczuwać delikatną poprawę i pojawiła się decyzja „Może po prostu pojadę i zobaczę co z tego wyjdzie” zdarzyło się coś, co znowu postawiło wszystko pod znakiem zapytania. Zmarł Papież Franciszek, a na dzień, w którym miał się odbyć bieg na okoliczność pogrzebu Prezydent RP wprowadził dzień żałoby narodowej. Przez kolejne długie godziny w oczach pięciu tysięcy zapisanych na te zawody biegaczy oznaczało to w zasadzie jedno. Bieg będzie odwołany. Znowu!

      Aż trudno mi było uwierzyć w taki zbieg okoliczności i że to właśnie się dzieje. Wszystko wskazywało na to, że podobnie jak kilka lat temu tak i teraz los płata mi wstrętnego figla. Pogodzony już trochę z faktem, że i w tym roku w Gdyni nie pobiegnę miałem wrażenie, że to jakieś fatum ciąży na mnie i na  tych zawodach. Bo jak tu uwierzyć w zwykły przypadek skoro tyle się zadziało by znowu skomplikować mi plany? Targały mną skrajne emocje. Z jednej strony poczułem pewną ulgę, bo ciągle byłem osłabiony, a taki rozwój wypadków sprawiał, iż nie musiałem się zastanawiać nad ostateczną decyzją i problem rozwiązywał się sam. Unikałem też wyrzutów sumienia, że to ja się wycofuję. Po prostu siła wyższa. Nic nie poradzę. Widocznie tak miało być.  Z drugiej strony po cichu liczyłem, że jednak ten bieg się odbędzie. Gdy więc wieczorem okazało się, że zakres żałoby narodowej zostanie wprowadzony w stopniu umożliwiającym organizację imprez sportowych, choć ciągle jeszcze nie miałem pewności czy będę w stanie pobiec, to mimo wszystko odetchnąłem z pewną ulgą.

      Bieg miał się odbyć w sobotni wieczór. Do Gdyni wybrałem się więc rano, a po biegu tuż przed północą czekał mnie od razu powrót do domu. W pociągu miałem towarzystwo. Jeszcze przed wyjazdem wiedziałem, że spotkam tam Kamila z Puław, którego poznałem na półmaratonie w Białymstoku w 2023 roku. Minęło dwa lata zanim dane było nam się znowu zobaczyć. Podróż minęła na miłych rozmowach i wkrótce dojechaliśmy do Gdyni. Z dworca spacerkiem skierowaliśmy się bezpośrednio w stronę Skweru Kościuszki, gdzie zlokalizowane miało być miasteczko biegowe oraz start i meta. Czasu do biegu było jeszcze sporo. Odebraliśmy więc pakiety i skupiliśmy uwagę, na tym co Gdynia ma do zaoferowania turystom, czyli zacumowanych w tym miejscu okręcie ORP Błyskawica oraz żaglowcu „Dar Pomorza”. Robią naprawdę spore wrażenie.

      Pierwszy z nich to prawdziwa perła naszej historii i dawna duma naszej floty. W czasach swojej świetności był jednym z najpotężniejszych niszczycieli, a dziś jest najstarszym na świecie zachowanym okrętem tego typu. Brał udział w wielu ważnych operacjach, takich jak kampania norweska, ewakuacja Dunkierki i bitwa o Atlantyk. To jedyny okręt Marynarki Wojennej Polski, który został odznaczony Virtuti Militari, najwyższym polskim odznaczeniem wojskowym za męstwo. Dziś dumnie stoi zacumowany w gdyńskim porcie pełniąc rolę pływającego muzeum. Tuż obok odnaleźliśmy „Dar Pomorza” zwany także ze względu na swój charakterystyczny wygląd „Białą Fregatą”. Ten historyczny polski żaglowiec zbudowany na początku poprzedniego stulecia to pierwszy polski statek, który opłynął ziemię. W ciągu pięćdziesięciu lat swojej służby jako statek szkoleniowy wyszkolił kilkanaście tysięcy żeglarzy. Od 1982 roku stoi zacumowany w Gdyni jako statek-muzeum, będący oddziałem Narodowego Muzeum Morskiego w Gdańsku. Jest naprawdę piękny.

      Gdy kilkugodzinny czas oczekiwania na bieg się skończył, na zegarze wybiła 20:30 i nadszedł moment startu trzeba się było skupić już jedynie na tym, po co do Gdyni przyjechaliśmy. Ustawiłem się więc w swojej strefie w gronie kilku tysięcy biegaczy. Żałoba wymusiła na organizatorach zmianę formuły wydarzenia na bardziej skromną i stonowaną. Start poprzedziła też minuta ciszy. W końcu jednak ruszyliśmy na trasę. Zrobiło się już ciemno więc nawet za bardzo nie planowałem skupiać się na podziwianiu Gdyni, a bardziej na swoim samopoczuciu. Choć czułem się już zdecydowanie lepiej to jednak ciągle jeszcze miałem w pamięci niedawne osłabienie. Brałem pod uwagę fakt, że długa podróż też na pewno nie pomoże. Przypominał mi się trochę czerwiec 2023, gdy w pogoni za ostatnim brakującym elementem do Korony Półmaratonów wybrałem się w podobnych okolicznościach do Wrocławia i też przyszło mi biec bezpośrednio po podróży w dodatku w upalny wieczór. Dobrze pamiętałem, że była to trudna przeprawa. Celów więc żadnych szczególnych przed sobą nie stawiałem i dość zachowawczo chciałem po prostu ukończyć w zdrowiu. Reszta miała być drugorzędna. Pierwsze kilometry, które pokonałem w tempie poniżej pięciu minut biegło mi się jednak zaskakująco dobrze. Minęliśmy Muzeum Emigracji. To muzeum powstałe w gmachu Dworca Morskiego skąd przez dziesięciolecia wypływały polskie transatlantyki. Poświęcone jest  milionom Polek i Polaków, którzy na przestrzeni dziejów opuścili kraj i udali się w świat w poszukiwaniu chleba, wolności, czy po prostu lepszego życia. Cały czas czekałem, aż pojawi się gorsze samopoczucie. W Warszawie, czy Poznaniu stało się to w zasadzie już po trzech kilometrach i musiałem po prostu zwolnić. Tutaj nadal mogłem kontynuować bieg w tym samym założonym na początku tempie. Niewątpliwie pomagała pogoda. Dwa poprzednie biegi odbywały się w ciepłe słoneczne dni w dodatku poprzedzone chłodniejszymi i organizm najwyraźniej nie był w stanie odnaleźć się w tej nagłej przemianie. Tym razem było odwrotnie. Po cieplejszym okresie przyszło ochłodzenie i gdy startowaliśmy na termometrze było jedynie kilka stopni. Na czwartym kilometrze przebiegliśmy obok wybudowanej po I wojnie światowej Stoczni Gdynia. Powstało tutaj ponad 600 statków. Na siódmym minęliśmy Pomnik Ofiar Grudnia 1970 poświęcony tragicznym wydarzeniom sprzed pół wieku. Wówczas doszło do brutalnych starć między protestującymi robotnikami, a siłami bezpieczeństwa ówczesnej komunistycznej władzy, które otworzyły ogień do bezbronnych ludzi. Według oficjalnych danych zginęło wtedy 18 osób, a wiele zostało rannych. W rzeczywistości ofiar było jednak więcej. Mijały kolejne kilometry, a mi biegło się nadal bardzo dobrze i nie odczuwałem kryzysu coraz bardziej wierząc w dobry wynik. Niewątpliwie animuszu dodawali liczni i żywiołowo dopingujący na trasie kibice. Atmosfera była naprawdę wspaniała. Mniej więcej na trzynastym kilometrze przebiegaliśmy obok stadionu piłkarskiego Arki Gdynia. Tak się ciekawie złożyło, że dokładnie w tym samym momencie drużyna Arki rozgrywała mecz w moim rodzinnym mieście, z którego do Gdyni przyjechałem, z siedlecką Pogonią. Nawet trochę żałowałem przed wyjazdem, że nie będę mógł być na tym meczu. Ale cóż…  Miałem nadzieję, że przynajmniej wynik będzie satysfakcjonujący. Już po biegu sprawdziłem, że padł remis 1:1. Biorąc pod uwagę możliwości i aktualne ambicje obu drużyn wynik trzeba szanować. Po blisko półtorej godzinie zmagań na trasie byłem coraz bardziej nastawiony optymistycznie i coraz mocniej zmotywowany. Mimo sporych obaw na starcie udało mi się przebiec wszystkie dotychczasowych piętnaście kilometrów w tempie poniżej pięciu minut i to ze sporym marginesem, a ja nadal czułem się naprawdę dobrze i nawet przez chwilę nie straciłem animuszu. W głowie zacząłem sobie kalkulować na jaki biegnę rezultat i wyszło mi, że powinno to być około 1:43. W tym momencie w mej głowie zrodził się pomysł by spróbować pobiec na wynik taki, jak chciałem wtedy w marcu 2020, bo ciągle była na to szansa (1:41:49). Jak się później okaże kolejne kilometry, aż do samej mety to będą najszybsze kilometry całego biegu. Na dwudziestym dobiegliśmy do bulwarów. Przed biegiem trochę bałem się, że w naszych zmaganiach będzie nam przeszkadzał wiejący od strony morza wiatr. Nic takiego nie miało jednak miejsca. Pojawiające się od czasu do czasu podmuchy nie miały większego znaczenia. Z każdą kolejną sekundą docierało już do mnie powoli, że biegnę właśnie jeden ze swoich najszybszych półmaratonów w życiu i raczej nic nie będzie w stanie mi przeszkodzić. Ostatnie kilkaset metrów to jeszcze mocniejszy zryw i do mety w blasku szpaleru ogni po niebieskim dywanie dobiegłem z czasem 1:40:51. Przekraczając metę uśmiechnąłem się nie mogąc w to uwierzyć. Nigdy bym nie przypuszczał, że stać mnie było na taki sukces. To mój czwarty wynik ze wszystkich sześćdziesięciu czterech półmaratonów, które do tej pory przebiegłem, ale właśnie taki, o jakim wtedy w 2020 marzyłem, bo wówczas oznaczałby mój życiowy rekord poprawiony o minutę. Nie wiem jak to się stało i co tu się wydarzyło, bo przez ostatnie tygodnie, dni, czy nawet godziny nic, ale to nic nie wskazywało na to, że tak to będzie wyglądać, ale jestem bardzo szczęśliwy. Jest to dla mnie ogromna niespodzianka, bo po pierwsze udało mi się w pewnym sensie wyrównać rachunki z przeszłości, a po drugie okazało się, że wpadka w Poznaniu i gorsza dyspozycja to był jedynie incydent, a nie trwała tendencja. Po biegu jeszcze chwila na biegowym After party i marsz na dworzec. Czeka mnie cała noc spędzona w pociągach, ale nie zmrużę nawet oka. Radość i emocje pulsujące w żyłach na to nie pozwolą.

2025.04.26 Gdynia Półmaraton: PKO GDYNIA PÓŁMARATON – 1:40:51


2014 Mariusz Ryżkowski