Piekło

      Piekło – tak mógłbym podsumować krótko swój kolejny półmaraton, który przyszło mi pobiec w podsiedleckim Zbuczynie. Od kilku dni zapowiadano nadejście fali afrykańskich upałów i tak się nieszczęścliwie złożyło, że według prognoz punkt kulminacyjny miał przypaść dokładnie na niedzielę, czyli dzień zawodów. Nie ukrywam, że wiedząc w jakich warunkami przyjdzie nam się zmierzyć czułem duży respekt i miałem w sobie przed tym startem sporo obaw. Gdybym kilka miesięcy temu mógł przewidzieć, że będzie, aż tak ekstremalnie, bo temperatura osiągnie nawet 39 stopni to pewnie bym sobie darował te zawody i się nie zapisał. No ale nie przewidziałem… i się zapisałem.

      Jeszcze w sobotę wahałem, czy jest sens stawać w ogóle na starcie, bo dla mnie bieganie jest przede wszystkim przyjemnością, a trudno o to, gdy trzeba zmierzyć się z takim upałem. Trudno też o jakąś satysfakcję, gdy wiesz, że jesteś w sumie w formie, a nawet jak jakimś ogromnym wysiłkiem ukończysz ten bieg to być może będzie to i tak najwolniejszy półmaraton ze wszystkich, które do tej pory przebiegłeś i da Ci więcej rozczarowania, niż radości. Miałem wrażenie, że co nie postanowię to na końcu i tak będę niezadowolony. Postanowiłem jednak doprowadzić sprawę do końca i wystartować licząc się z tym, że osiągnięty wynik będzie dla mnie porażką i nie spełni moich nawet najmniejszych oczekiwań ustawionych na poziomie dwóch godzin.

      Start zaplanowano na 9:30. Szkoda, że nie ze dwie godziny wcześniej, bo byłoby ciepło, ale jeszcze znośnie, ale któż mógł przewidzieć taki upał kilka miesięcy temu, a na zmianę decyzji ze względów organizacyjnych było za późno. Termometr mimo porannej godziny wskazuje już 32 stopnie, potem w ciągu dnia ma być jeszcze cieplej. Mam już trochę tych biegów na koncie, ale pierwszy raz w życiu zamierzam pobiec zaopatrzony w czapeczkę oraz wiedząc, że na trasie będą miejsca, gdzie nadarzy się okazja by je nawilżać dodatkowo gąbkę i buffa, którymi zamierzałem regularnie schładzać rozgrzaną głowę i kark. Liczyłem, że te szczególne środki ułatwią mi zmagania choć trochę. Tak bardzo skupiłem się na schładzaniu, że zapomniałem zabrać ze sobą na trasę buteleczkę z wodą z elektrolitami i powędrowała do depozytu gdzie przleżała cały bieg. Ech, jak pech to pech. No trudno.

      Planuję zacząć w tempie po 5:20 na kilometr. To prawie pół minuty wolniej, niż średnio biegałem w tym roku. Mój plan zakłada wytrzymać tak chociaż do połowy, a potem kontrolować każdy kolejny kilometr i pokonywać je w co najwyżej sześć minut każdy. Efektem ma być wynik poniżej dwóch godzin na mecie. To biorąc pod uwagę okoliczności by mnie w pełni usatysfakcjonowało. Zaczynam jednak troszkę szybciej. Punkty z wodą biorąc pod uwagę ekstremalne warunki ustawiono co dwa kilometry. Zamierzam z nich regularnie korzystać, wiem jak bardzo jest to istotne. Na początku pije w locie, ale już po pięciu kilometrach dochodzę wniosku, że to samobójstwo i w taką pogodę daleko tak nie zajadę. Od tego momentu zatrzymuje się już w każdym punkcie by nie tylko napić się trochę więcej niż dotychczas, ale także polewać wodą coraz bardziej rozgrzane ciało, nawet kosztem utraconych sekund postoju. Przyniosło to od razu efekt i biegnie się trochę lżej. Tętno jednak od samego początku bardzo wysokie. Dziesiąty kilometr według planu powinienem ukończyć po pięćdziesięciu czterech minutach, jestem tam jednak trzy minuty wcześniej. To dobra wiadomość, która tknęła we mnie trochę optymizmu. Od tego momentu plan zakłada biec po sześć minut na kilometr. Nadal udaje się jednak urywać kolejne sekundy na każdym z nich mimo, że zdecydowanie zwolniłem. Po trzynastu kilometrach jest delikatny podbieg w dodatku w słońcu. Tutaj biegnie się ciężko, ale mimo tego tempo jest nadal szybsze, niż planowałem. Robi się coraz cieplej, ale szczęśliwie jakichś dużych kryzysów nie doświadczam. Być może to efekt tego że bardzo sumiennie korzystam z punktów nadawdniania dużo pijąc i polewając ciało, a zwłaszcza głowę kark, i plecy.  O ile w pierwszej części dystansu biegłem mając w zasięgu wzroku innych biegaczy, o tyle teraz trzeba już walczyć jedynie w samotności. Po piętnastym kilometrze, gdy moje tempo cały czas jest poniżej sześciu minut na kilometr zaczynam nabierać coraz więcej optymizmu i przekonania, że plan uda się zrealizować. Trzy ostatnie czując narastające zmęczenie trochę zwalniam, ale nadal każdy kilometr jest szybszy, niż planowałem na początku. Na ostatnim z nich dogoniła mnie kilkuosobowa grupa. Ten fakt wyzwala we mnie jeszcze ostatnie pokłady energii i ochoty, by trochę się zmobilizować i powalczyć. Na finiszu ostatnimi siłami mocno przyspieszam dobiegając do mety w czasie 1:54:18.

      Taki wynik zdecydowanie spełnia moje oczekiwania i na starcie brałbym w ciemno. Cieszę się, że jednak mimo ogromnych wątpliwości zdecydowałem się na ten bieg i ukończyłem w czasie, który daje mi pełną satysfakcję. Dziś receptą na to była nawet nie wysoka forma, nie ambicja, ale po prostu doświadczenie. Tak, czy inaczej kolejny półmaraton ukończony. Myślę, że biorąc pod uwagę pogodę był to mój najtrudniejszy, a na pewno jeden z najtrudniejszych, wliczając w to te afrykańskie.

      Na koniec ogromne podziękowania dla organizatorów, lokalnej Straży Pożarnej i licznej rzeszy kibiców, którzy zrobili naprawdę dużo, aby ograniczyć trudy tych zmagań i aby udało mi się dotrzeć do mety w zdrowiu i z pełną satysfakcją. Myślę, że bez tego wsparcia dziś byłoby to niemożliwe. Doceniam.

2026.06.28 Zbuczyn Półmaraton: 5 PÓŁMARATON ZBUCKI – 1:54:18

Zdjęcia: własne / Zabłąkany Aparat – Paweł Pietruczanis


Oczywista nieoczywistość

      Kolejny swój osiemdziesiąty piąty już półmaraton postanowiłem pobiec w podwarszawskim Piasecznie. Planując swój sezon pod koniec ubiegłego roku nie zakładałem, że w moim kalendarzu znajdzie się ten bieg. Nie mogłem, gdyż na biegowej mapie ten półmaraton jeszcze nie istniał. Pojawił się dopiero w tym roku. Gdy jednak udostępniona została informacja, że takie zawody się odbędą postanowiłem się zapisać. Nie była to oczywista decyzja. Poza półmaratonami w Platerowie, czy Zbuczynie, które są blisko mojego domu i jest to zawsze wspaniała okazja by spotkać wielu znajomych staram się raczej wybierać większe imprezy w dużych miastach organizowane z rozmachem. Tym razem jednak, podobnie jak w przypadku mojego ostatniego startu w Swarzędzu postanowiłem to zmienić. Co zadecydowało? Mimo wszystko bliskość Siedlec i dobry dojazd, a także generalnie wolny termin w kalendarzu. Nocna formuła ograniczała także ryzyko związane z upałem. Liczyłem, że mimo końcówki czerwca wieczorem już bardzo gorąco nie będzie. Tymczasem pogoda zaskoczyła i po chłodnym okresie dosłownie w dniu biegu przyszło spore ocieplenie, a znacznie wyższe temperatury dawało się odczuć nawet wieczorem. No trudno, jakoś sobie trzeba będzie z tym poradzić…

      Od mojego ostatniego biegu minęło już trzy tygodnie. Po najważniejszych wiosennach startach tego roku nie trenuję już tak intensywnie i czuje, że forma już nie jest tak wysoka jak jeszcze dwa, trzy miesiące temu. W dodatku ten upał… Specjalnych oczekiwań zatem nie miałem, ale mimo wszystko wydawało się, że 1:50 powinno udać się złamać. Do Piaseczna pojechałem prosto z domu w sobotnie popołudnie. Po niespełna trzech godzinach byłem na miejscu, odebrałem pakiet w Biurze Zawodów zlokalizowanym w gmachu tutejszego Muzeum i mogłem oczekiwać na start. Oczekiwania umilały rozmowy z licznie napotykanymi biegowymi znajomymi. Zarówno tymi starymi, a także nowopoznanymi.

      Początek biegu zaplanowano na 21:00. Nie czuję się najlepiej. Mam wrażenie że od samego początku brakuje mi sił. Mimo tego zaczynam dość mocno. Wystaczyły jednak trzy kilometry by przekonać się, że dziś na wiele to mnie stać nie będzie. No cóż. Trudno. Nic na to nie poradzę. Postanowiłem delikatnie zwolnić. Już na początku biegaczy czeka pętla po bieżni kamealnego, ale bardzo ładnego tutejszego stadionu przy akompaniamencie orkiestry dętej. Wrócimy tu biegnąc w odwrotnym kierunku tuż przed metą. Niedługo potem dobiegamy do jakiegoś pięknie oświetlonego jeziorka. Po kilku kilometrach wybiegamy z Piaseczna i czeka nas dłuższy odcinek przez sąsiednie miejscowości i położone między nimi tutejsze lasy. Biegaczy na całej trasie zywiołowo dopinguje wiele grup kibiców. Ciągle jest bardzo ciepło. Zmieni się to dopiero mniej więcej w połowie dystansu, gdy zrobi się już ciemno. Trasa także jest dość nieprzyjemna. Mimo, że nie ma jakichś spektakularnych podbiegów to jest sporo różnych mniejszych wzniesień. Mniej więcej od piętnastego kilometra zaczyna dokuczać mi kolka. Od tego momentu moje tempo zaczyna spadać. Biegnie mi się naprawdę coraz trudniej. Dwa kilometry od mety zdaje sobie sprawę, że cały wypracowany od początku zapas już straciłem i prawdopodobnie na mecie będę na granicy 1:50. Próbuję zrobić wszystko, aby być poniżej. Dokuczliwa kolka skutecznie mi to jednak uniemożliwia. Ostatecznie trochę pogodzony, a trochę bezsilny do mety dobiegam z czasem 1:50:37. Jeszcze chwilę podelektuję się samą impreza, a potem droga na pociąg i podwrót do domu. Noc czeka mnie na dworcu w Warszawie. Będzie czas by sobie przeżyć wszystko jeszcze raz w swojej głowie. Jak na pierwszą edycję to była fajna impreza. Chyba przekonałem się do tych mniej oczywistych mniejszych biegów i je polubiłem. Na plus zdecydowanie atmosfera, pofalowana trasa choć bardzo malownicza dała się trochę odczuć, zwłaszcza w połączeniu z wysoką temperaturą, ale generalnie było ok. Nie ma co zresztą narzekać. Za tydzień w Zbuczynie może być jeszcze trudniej.

2026.06.20 Piaseczno Półmaraton: 1 NOCNY PÓŁMARATON PIASECZYŃSKI – 1:50:37


Sorry, taki mamy klimat

      Kolejnym półmaratonem, który zaplanowałem w tym roku był 5 Szpot Swarzędz Półmaraton. Czemu akurat Swarzędz? W zasadzie to nie wiem. To była dość spontaniczna decyzja i chyba najbardziej zadecydowała po prostu dobra opinia, wolny niekolidujący z niczym innym termin i w miarę dogodny dojazd. Początkowo planowałem pojechać na te zawody prosto z domu w Siedlcach. Umożliwiała to stosunkowo późna godzina startu (11:00). Gdy jednak okazało się, że na przesiadkę na drugi pociąg będę miał w Warszawie jedynie trzy minuty stało się jasne, że raczej nie ma co ryzykować. Postanowiłem więc wyruszyć już w sobotni wieczór, a że w samym Swarzędzu ciężko było znaleźć jakikolwiek nocleg w rozsądnej cenie postanowiłem nocować w Poznaniu dokładnie w tym samym hostelu, co przy okazji poznańskiego półmaratonu w kwietniu, a do oddalonego od dziesięć kilometrów Swarzędza pojechać pociągiem rano z Poznania.

      Nie ukrywam, że mimo, że tym razem nie nastawiałem się na jakieś szczególne wyniki i ściganie z czasem to przed tym biegiem czułem pewien niepokój. Po wiosennej naprawdę wysokiej formie nie ma już chyba za bardzo śladu. Przynajmniej tak mi się wydawało. Poza tym niepokoiła mnie trochę pogoda. Wyjątkowo chłodne jak na tę porę roku ostatnie miesiące pozwalały podczas treningów i dotychczasowych zawodów unikać upału i słońca, a wszystko wskazywało na to, że tym razem trzeba się będzie jednak z tym zmierzyć. Bałem się trochę reakcji swojego ciała. Znaczne ocieplenie w ostatnim czasie i start niemalże w samo południe w pogodę, do której tak naprawdę organizm nie miał jeszcze w tym roku za bardzo okazji się przystosować mógł się znacząco odbić na dyspozycji i samopoczuciu podczas biegu. Jakby tego było mało zmienna ostatnio pogoda i duża dzienna aplituda temperatur sprawiła, że chyba dwa dni przed biegiem się trochę przeziębiłem i czułem małe osłabienie. Z domu wyjeżdzałem więc z głową pełną obaw.

      W Poznaniu byłem późnym wieczorem. Zjadłem więc tylko kolację i położyłem się w zasadzie od razu spać, zwłaszcza, że czułem się zmęczony. O ile w kwietniu w tym hostelu noc minęła bardzo dobrze, tak tym razem jakoś słabo spałem. Ostatecznie wstałem w zasadzie przed budzikiem w pół do siódmej. Godzinę później siedziałem już w pociągu do Swarzędza, a niedługo potem dotarłem do tutejszego ośrodka sportowego, na terenie którego było zlokalizowane biuro zawodów, gdzie odebrałem numer startowy. Start zaplanowano o godzinie 11. Zrobiło się już ciepło. Słońce na szczęście chowało się za chmurami, ale już od rana dawało się wyczuć, że pogoda raczej nie będzie sprzymierzeńcem. Przed nami dwie pętle dookoła Jeziora Swarzędziego. Profilu trasy nawet nie sprawdzałem. Zakładałem jednak, że nie powinna być trudna. Ostatecznie okazało się, że łatwa nie była, ale też nie jakoś wyjątkowo strasznie wymagająca.

      Od początku biegło mi sie ciężko. Po pierwszym kilometrze dotarliśmy na swarzędzki rynek. Trzeba przyznać, że jest dość urokliwy. Na samym jego środku stoi piękny ratusz. Chwilę potem ku swojemu zaskoczeniu wśród kibiców wypatrzyłem świeżoupieczonego Mistrza Polski, zawodnika Lecha Poznań Michała Gargula. Będzie okazja zobaczyć go jeszcze raz już na drugiej pętli. Nie kontrolowałem jakoś specjalnie tempa, ale udawało mi się biec około pięciu minut na kilometr. Nie zwolniłem nawet wtedy, gdy na trzecim kilometrze dotarliśmy do najtrudniejszego i najdłuższego z podbiegów, które przygotowali dla nas organizatorzy. Po nim na szczęście było trochę z górki. Dało się więc złapać głębszy oddech. Wiedziałem też już, że na drugiej pętli przyjdzie zmierzyć się z tym wyzwaniem raz jeszcze. Ostatnie kilometry pętli przyszło nam biec w lesie tuż obok jeziora. Tu, podobnie jak na większości trasy towarzyszył nam gorący doping zebranej publiczności. Niewąpliwie dodawało to skrzydeł. Jako że nie biegłem na sto procent był też czas na przybijanie piątek z dzieciakami. Po dziesięciu kilometrach dobiegliśmy do stadionu Unii Swarzędz. Startujący na 10km tu zakończyli tu swoją rywalizację. Przed nami była jednak jeszcze druga pętla. Mój czas na tym etepie to trochę więcej niż pięćdziesiąt minut. Na trasie zrobiło się już luźniej. Trochę wiało. Słońce, choć było ciepło nadal chowało się za chmurami. Niewąpliwie była to dobra wiadomość. Generalnie spodziewałem się gorszych warunków. Na kilka kilometrów przed metą w zasadzie już wiedziałem, że na pewno uda mi się złamać 1:50, a z każdym kolejnym zaczynało do mnie docierać że wynik może oscylować nawet w graniach 1:45. Jako że nadal czułem się dobrze to na ostatnich metrach postanowiłem trochę powalczyć i ostatecznie finiszując po bieżni stadionu na metę wbiegłem z wynikiem 1:44:53. Naprawdę zadowolony i mimo wszystko zaskoczony. Przed biegiem taki wynik brałbym w ciemno.

      Na odpoczynek i korzystanie z tego wszystkiego co dla biegaczy przygotowali organizatorzy czasu za wiele nie było. Miałem jedynie niecałą godzinę by odebrać rzeczy z depozytu, przebrać się i dotrzeć na dworzec. Tak też się stało. W pociągu był za to czas na to by w myślach podsumować ten start. Generalnie to był dla mnie udany wyjazd. Same zawody mimo, że lokalne to organizowane z dość sporym rozmachem, do tego świetna atmosfera i wielu kibiców. Pogoda też ostatecznie na szczęście się zlitowała i pozwoliła osiągnąć jak na moje możliwości naprawdę dobry wynik. To był udany weekend. 84 półmaraton zaliczony…

 

2026.05.31 Swarzędz Półmaraton: 5 SZPOT SWARZĘDZ PÓŁMARATON – 1:44:53