Na początku była oczywiście Europa. Wiadomo. Przez pierwsze lata podróżowałem jedynie po naszym kontynencie. Powodem były głównie ograniczone finanse, brak doświadczenia i chyba trochę lęk przed dalekimi wyprawami. Potem zupełnie niespodziewanie pojawiła się Afryka. Na kolejne kontynenty, czyli Azję, Amerykę Południową i Północną musiałem trochę poczekać, ale udało się dotrzeć także i tam. Aż w końcu przyszedł czas na Australię, gdzie postanowiłem zaliczyć swój osiemdziesiąty ósmy półmaraton, a jako wydarzenie, na którym miało się to dokonać wybrałem ASICS RUN MELBOURNE. Specjalnych przygotowań nie było. Od czasu kwietniowego wyjazdu do Kapsztadu startowałem jednak nadal całkiem sporo. Jeszcze w kwietniu pobiegłem w Poznaniu i Gdyni, gdzie udało mi się osiągnąć jedne z lepszych wyników w życiu. Potem na kolejnych półmaratonach zarówno w maju w Białymstoku i Swarzędzu, a zwłaszcza na tych na przełomie czerwca i lipca w Piasecznie, podsiedleckim Zbuczynie oraz w Kaliszu widać już było gorszą dyspozycję, no ale miałem wrażenie, że głównym powodem tego stanu rzeczy były przede wszystkim upały, a w Australli jest przecież teraz zima… Dlatego też mimo wszystko liczyłem na stosunkowo przyzwoity wynik, zwłaszcza, że miał to być pierwszy, ale prawdopodobnie także ostatni mój półmaraton na tym, tak bardzo odległym dla nas przecież kontynencie. Szansy więc na poprawkę raczej nie będzie.

Długo zastanawiałem się czy ten wyjazd dojdzie w ogóle do skutku. Wiosenny konflikt militarny między Stanami Zjednoczonymi, a Iranem rozlewał się także na sąsiednie kraje. Od czasu do czasu atakowane były nawet cywilne lotniska w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, w tym także to w Abu Dhabi, gdzie miałem mieć międzylądowanie. Przez ostatnie miesiące z pewnym napięciem nasłuchiwałem wieści z tamtego rejonu świata i z nadzieją oczekiwałem, że nic nie będzie w stanie mi przeszkodzić. Na szczęście z czasem sytuacja uspokoiła się się na tyle, że wyleciałem zgodnie z planem i wkrótce mogłem zacząć cieszyć się kolejną turystyczno-biegową przygodą.

W Melbourne wylądowałem w piątek po południu po blisko dwudziestu czterech godzinach w podróży, by potem autobusem dotrzeć do centrum miasta. Tego dnia niczego już nie planowałem i udałem się prosto do hostelu. Trzeba było przecież w końcu trochę odpocząć i się wyspać. Hostel nie był tani, ale jego zdecydowanie najmocniejszą stroną była lokalizacja. Znajdował się tuż obok historycznego dworca na Flinders Street z powieszonymi nad wejściem legendarnymi zegarami. Przez dziesięciolecia stały się one nie tylko źródłem informacji o czasie, ale także symbolem miasta, popularnym punktem orientacyjnym i miejscem spotkań mieszkańców. Stąd miałem też blisko po pakiet startowy, na start i metę oraz wielu ciekawych atrakcji miasta, które zamierzałem podczas swojego pobytu koniecznie zobaczyć.

Sobotę rozpocząłem od porannego spaceru do położonego niedaleko Melbourne Park. To nowoczesny kompleks sportowy składający się z kilkudziesięciu kortów tenisowych, na których co roku rozgrywany jest jeden z najważniejszych na świecie tenisowy turniej wielkiego szlema Australian Open. W centralnym jego punkcie znajduje się też miejsce, na którym ustawione są popiersia kilkudzesięciu najwybitniejszych tenisistów tego kraju. To właśnie w Melbourne Park na jednym z obiektów wydawano pakiety startowe. W tej okolicy następnego dnia będzie też start i meta oraz całe miasteczko wydarzenia. Podążając tam wzdłuż przepływającej przez miasto rzeki Yarra miałem okazję widzieć dziesiątki biegaczy, rowerzystów, czy nawet kajakarzy, którzy swój sobotni poranek postanowili zacząć od aktywności sportowych.

Po odebraniu numeru startowego zostawiłem tylko rzeczy w hostelu i wybrałem się na Federation Square, gdzie czekała na mnie jedna z organizowanych specjalnie dla turystów darmowych wycieczek po głównych atrakcjach centrum miasta. Co ciekawe plac nazywany jest przez niektórych najbrzydszym placem na świecie, a to ze względu na jego dość awangardową architekturę. Mówi się, że można go albo kochać, albo nienawidzić. Na mnie ten artystyczny nieład faktycznie chyba nie zrobił jakiegoś niesamowitego wrażenia, ale generalnie moim zdaniem nie jest tak źle. Ponieważ miałem jeszcze trochę czasu postanowiłem zacząć zwiedzanie samemu i odwiedzić miejsca, na których mi zależało najbardziej, a które były zlokalizowane tuż obok mojego hostelu. Pierwszym takim miejscem była Hozier Lane. Ta znana z kolorowych graffiti i street artu uliczka podobno przyciąga rzesze turystów i rzeczywiście, gdy tam dotarłem mimo wczesnej pory było sporo ludzi. Ulica stała się sławna, gdy w 1998 roku władze miasta dały zielone światło dla legalnego graffiti i zapyziała do tego momentu alejka zaczęła być atrakcją turystyczną. Każdego dnia powstają tu nowe dzieła, a stare przykrywane są kolejnymi warstwami farby. Przyznam się szczerze miejsce to kompletnie mnie nie urzekło. Ot takie tam bazgroły bez ładu i składu. Znacznie bardziej spodobała się mi natomiast kolejna artystyczna alejka, tym razem poświęcona i oddająca hołd jednemu z najsłynniejszych zespołów hard rockowych na świecie, a mianowicie zespołowi AC/DC. Trzecim i ostatnim miejscem była chatka znanego żeglarza, odkrywcy i podróżnika Johna Cooka. Domek został wybudowowany w połowie XVIII wieku w jednej z angielskich wiosek przez jego rodziców, a około stu lat temu został zakupiony przez australijskiego filantropa i przetransportowany do Melbourne. Każda cegła i każdy inny element konstrukcyjny budynku podczas rozbiórki został ponumerowany i zapakowany w dwieście pięćdziesiąt trzy skrzynie oraz czterdzieści beczek i przewieziony do Australii, gdzie został ponownie odbudowany, a następnie przekazano go mieszkańcom Wiktorii z okazji stulecia założenia miasta. Choć James Cook prawdopodobnie nigdy w nim na stale nie mieszkał, w latach młodości na pewno go odwiedzał. Wraz z domkiem do Australii przewieziono sadzonki oryginalnego bluszczu, który posadzono w ogrodzie i rośnie tam do dziś.

Tuż przed 11:00 zgodnie z planem stawiłem się na Federation Square. Przewodnikiem wycieczki był młody chłopak Frank. Atmosfera zrobiła się naprawdę sympatyczna i wesoła, ale ponieważ więcej było opowiadania o historii i faktach, które już znałem, niż rzeczywistego zwiedzania będąc w katedrze Św. Pawła tuż obok mojego hostelu postanowiłem się od grupy odłączyć. Zostałem w Kościele chwilkę dłużej, by się pomodlić za pomyślność w biegu i przedwcześnie wróciłem do hostelu odpocząć. Czułem się trochę zmęczony i chciało mi się spać. Generalnie na początku pobytu w Melbourne odczuwałem senność cały czas. W dzień chciało mi się spać, bo w Polsce była właśnie noc, a w nocy, bo noc była akurat w Australii. Mimo to i tak często się budziłem. Przed biegiem nastawiłem sobie budzik przed piątą, ale tak naprawdę już od trzeciej w zasadzie nie mogłem zmrużyć oka.

Start biegu zaplanowano na Batman Avenue falami od godziny 6:30. Nazwa ulicy nie jest przypadkowa, ale nie nawiązuje do bohatera filmowego, a założyciela tego miasta – Johna Batmana. Teoretycznie to piękny letni niedzielny poranek, ale w praktyce niewiele się zgadza. W Melbourne aktualnie jest przecież zima, jest ciemno, a i w czasie, gdy zaczynamy bieg w Polsce ciągle mamy jeszcze sobotę. Dopiero finiszowe kilometry będę pokonywał, gdy w Polsce minie północ. Do ostatniej chwili zwlekam z przebraniem się. Termometr wskazuje pięć stopni i dopiero koło południa jak wyjdzie słońce temperatura wzrośnie do szesnastu. Żałuję trochę, że nie mam koszulki z długim rękawem, która po wielu wahaniach ostatecznie została w Polsce. W końcu jednak trzeba stawić czoła warunkom i się przebrać. Na szczęście, gdy stanąłem już w swojej strefie gotowy na to wyzwanie zrobiło się dużo cieplej. Adrenalina i towarzystwo tysięcy innych biegaczy wokół zrobiło swoje. W sumie nie jest tak źle.

Już na pierwszych kilkuset metrach na biegaczy czeka podbieg. Potem będzie ich znacznie więcej. Nie sprawdzałem profilu trasy, więc w tym momencie nawet nie wiem, że będzie dość trudna. Poza wspomnianymi licznymi wzniesieniami będzie też wietrznie, miejscami tłoczno i z wieloma zakrętami. Zaczynam w tempie po pięć minut na kilometr. Czuję się zaskakująco dobrze i biegnie mi się dość swobodnie. Po siedmiu kilometrach dobiegamy do Marvel Stadium. To ogromny stadion znany z ruchomego dachu i ponad pięćdziesięciu trzech tysięcy pojemności. Gości rozgrywki footballu australijskiego, krykieta, rugby, piłki nożnej, czy żużla. Poza sportem, stadion pełni także funkcję ważnego centrum rozrywki. Swoje koncerty grali tu choćby Coldplay, Taylor Swift, Adele i Elton John. Chwilę potem dobiegamy do przystani, przy której zacumowane są dziesiątki pięknych jachtów. Tutaj najbardziej we znaki daje się wiatr. Mimo wszelkich trudności pierwsze dziesięć kilometrów pokonałem dość szybko, bo w czasie poniżej czterdziestu dziewięciu minut. Na mecie, jeśli tylko wytrzymam, powinno mi to dać wynik poniżej godziny i czterdziestu pięciu minut. Taki rezultat w pełni by mnie usatysfakcjonował. Po piętnastu kilometrach dobiegliśmy do Shrine of Resembrence. Czytałem o tym miejscu przed wyjazdem i wiedziałem, że na pewno będę chciał je odwiedzić. To monumentalny pomnik wojenny, który upamiętnia, tych którzy służyli w I wojnie światowej, a także w kolejnych. Pomnik ma formę piramidy i jest inspirowany grobowcami starożytnej Grecji. Wewnątrz znajduje się także muzeum. Na razie skupiam się jednak na biegu. Przez chwilę mam wrażenie, że wśród kibiców widzę biało-czerwoną flagę. Przyjrzałem się bliżej. To jednak nie nasza, a Indonezji, bo czerwono-biała. Generalnie, ani wśród kibiców, ani wśród biegaczy nie dostrzegłem kogoś, kto mógłby sprawić choćby najmniejsze wrażenie, że jest z Polski. Kolejne kilometry wiodą przez Królewskie Ogrody Botaniczne założone w tym miejscu sto osiemdziesiąt lat temu. Zebrało się tutaj sporo kibiców i jest dość głośno. Mimo wszystko spodziewałem się więcej ludzi na trasie. Być może wielu odstraszyła wczesna pora. W końcu to przecież niedzielny poranek. Na ostatnich kilkuset metrach między arenami Australian Open trzeba jeszcze zmierzyć się z dość stromym podbiegiem, ale ostatecznie docieram do mety. Na ostatniej prostej nawet bardzo nie walczyłem z czasem. Uśmiechnąłem się jedynie w głębi duszy, bo już wiem, że przebiegłem półmaratony na wszystkich sześciu zamieszkałych kontynentach…, w dodatku na wszystkich z przyzwoitym czasem poniżej godziny i czterdziestu pięciu minut i nikt mi już tego nigdy nie zabierze. Przez tę krótką chwilę poczułem się naprawdę z siebie dumny.

Po biegu wróciłem do hostelu, a niedługo potem siedziałem już w tramwaju jadącym w stronę plaży St. Kilda. To jedna z najbardziej popularnych plaż w Melbourne i częste miejsce wypoczynku. Wysiadłem przy historycznym parku rozrywki z ikonicznym wejściem w kształcie paszczy postaci zwanej „Mr. Moon”. To maskotka parku, która wita gości od przeszło stu lat. Pojawia się ono często na widokówkach z Melbourne. Zrobiłem pamiątkowe zdjęcie i zahaczając o molo pomaszerowałem plażą w kierunku Parku Alberta. Położony wokół malowniczego jeziora park co roku zamienia się w tor wyścigowy, po którym pędzą bolidy Formuły 1. Niestety główny budynek, który przyjmuje rolę centrum całego wydarzenia, i w którym przygotowywane są pit stopy zespołów był akurat przebudowywany. Popatrzyłem więc jedynie przez ustawiony tymczasowo płot i poszedłem dalej w kierunku Shrine of Resembrance. Teraz w końcu mogłem wejść do środka i obejrzeć go na spokojnie. W środku znajduje się wiele wojennych pamiątek. Jest też galeria składająca się z czterech tysięcy wojskowych medali, a każdy jeden z nich reprezentuje stu australijskich żołnierzy poległych we wszystkich dotychczasowych konfliktach. Łatwo więc policzyć, że było ich już czterysta tysięcy. Biorąc pod uwagę zainteresowania historią miejsce to zrobiło na mnie spore wrażenie. Na koniec tego aktywnego dnia zostawiłem sobie jeszcze Melbourne Cricket Ground. Stadion jest miejscem, na którym swoje mecze rozgrywają lokalne drużyny rugby, krykieta i footballu australijskiego. Był także areną igrzysk olimpijskich w 1956. To tu swój jedyny wówczas polski złoty medal (w skoku w dal) zdobyła Elżbieta Krzesińska, o której podobnie jak o innych triumfatorach tamtej imprezy do dziś przypominają wmurowane pamiątkowe tablice. Pod stadionem zbierały się właśnie tłumy. Wkrótce miał się bowiem rozpocząć mecz tutejszej drużyny footballu australijskiego – Tygrysów. Naprawdę zmęczony, ale równie zadowolony i podekscytowany całym dniem wróciłem do hostelu.


W środku nocy obudziło mnie zapalone światło i nowowprowadzający się do naszego pokoju gość. Widząc moją koszulkę z polskimi napisami zapytał mnie w naszym języku czy jestem z Polski. Przetarłem oczy upewniając się, że dobrze widzę, ale z ciemną i śniadą cerą nie wyglądał na naszego rodaka. Okazało się, że choć Sunil jest rodowitym Australijczykiem i pochodzi z oddalonego osiemdziesiąt kilometrów od melbourne Geelong to teraz od kilku już lat mieszka i studiuje medycynę w Białymstoku. Wiążę też przyszłość z naszym krajem. Trudno było uwierzyć w taki zbieg okoliczności i takie spotkanie, a jednak… W kolejnych dniach wieczory będą nam mijać na miłych rozmowach z mieszanką jezyków angielskiego i polskiego. Kto wie, może kiedyś przy okazji jakiegoś kolejnego półmaratonu w Białymstoku będzie okazja spotkać się znowu. Tym razem już na polskiej ziemii.

Następnego dnia w poniedziałek czekała mnie wycieczka. Jeszcze długo przed wyjazdem postanowiłem, że na jeden dzień opuszczę Melbourne i poruszając się wzdłuż wybrzeża tak zwaną Great Ocean Road, czyli Wielką Drogą Oceaniczną zobaczę co do zaoferowania ma australijska natura. Wcześnie rano jedząc śniadanie i wykorzystując wolną chwilę postanowiłem zrobić przez Internet odprawę lotniskową. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że powrót mam dzień później, niż przypuszczałem. Nie mogłem uwierzyć w to, co widzę. Od listopada, gdy kupowałem bilety wiele razy zmieniali mi godziny lotu, ale zazwyczaj było to przesunięcie o kilkadziesiąt minut w jedną lub w drugą stronę. W całym tym zamieszaniu mimo, że jak zwykle skrupulatnie przygotowywałem się i analizowałem szczegóły wyjazdu kompletnie nie zauważyłem, że za którymś razem poza godziną zmieniła się też data. Wiedziałem już, że będzie czekał mnie w Australii jeden dodatkowy, nieplanowany dzień. I choć nie lubię takich niespodzianek, to teraz już z tym nic zrobić nie mogłem. Poza tym nie był to też dobry moment, aby o tym myśleć i lepiej było skupić się już na wycieczce, która wkrótce miała się rozpocząć. Za kierownicą naszego autokaru siedział sympatyczny młody Chińczyk. Kazał mówić na siebie Tony. Towarzystwo w autokarze też głównie azjatyckie, jedynie z nielicznymi wyjątkami.

Pierwszym przystankiem było Anglesee. Samo miasteczko pewnie niewiele ma do zaoferowania, ale widoki na klify i ocean były przepiękne. Po zrobieniu kilku zdjęć ruszyliśmy w dalszą drogę i po kolejnych dwudziestu minutach dotarliśmy pod Memorial Arch, czyli historyczny łuk upamiętniający australijskich żołnierzy biorących udział w I wojnie światowej. Stanowi on symboliczną bramę wjazdową na wspomnianą już malowniczą trasę turystyczną Great Ocean Road. Podążając nią dalej dojechaliśmy do znanej ze złotego piasku plaży w turystycznym miasteczku Lorne, a potem do miejscowości przyciągającej surferów o dość intrygującej nazwie Apollo Bay. Niewątpliwie czułem się trochę zaskoczony, bo w mojej świadomości dominował głównie obraz Australii pustynnej, pełnej raczej czerwonych piaskowców przeczesywanych przez poszukiwaczy złota. Tymczasem dość szybko przekonałem się, że stan Wiktoria to także piękne zielone lasy, rozległe pastwiska kojarzone już bardziej z Nową Zelandią. Podążając trasą na wschód cały czas mieliśmy okazję podziwiać przepiękny Narodowy Park Great Otway z pięknymi bujnymi wiecznie zielonymi lasami deszczowymi, gdzie można zobaczyć jedne z najwyższych kwitnących drzew jesionu górskiego, czy też drzewa eukaliptusa, a co za tym idzie, gdzie łatwo można spotkać koale. Kierowcy zajęło dosłownie kilka minut by wypatrzeć kilka z nich i zjechać na pobocze, byśmy mogli sobie je obejrzeć na spokojnie z bliska. W końcu dotarliśmy do głównego punktu wycieczki, a mianowiecie do legendarnych Dwunastu Apostołów. To miejsce o dość intrygującej nazwie to grupa wysokich naturalnych wapiennych kolumn stojących w oceanie tuż przy brzegu. Ich powstanie było wynikiem erozji i mają one różną grubość i wysokość. Choć nazwa wskazuje co innego faktycznie dziś jest ich już tylko osiem. W 2005 roku jeden z najpiękniejszych „apostołów” zawalił się, a kilka lat później został zniszczony kolejny. Te, które przetrwały wyglądają przepięknie i nic dziwnego, że co roku przyciągają do siebie miliony turystów, bo widoki są niepowtarzalne. Po zrobieniu kilku zdjęć ruszyliśmy w kierunku kolejnego przystanku, a mianowicie w okolice wąwozu Loch Ard. On znany jest z historii związanej z katastrofą, która miała miejsce w 1878 roku. Szkocki statek o tej nazwie rozbił się tutaj pod koniec swojej trzymiesięcznej podróży z Anglii do Melbourne. Z pięćdziesięciu czterech osób na pokładzie przeżyły tylko dwie. Historyczny cmentarz ofiar tej tragedii wciąż znajduje się na szczycie klifu. Ostatnim punktem naszej wycieczki był Most Londyński. To słynny naturalny łuk wapienny, który niegdyś stanowił most o podwójnym połączonym przęśle, ale jego część upadła w 1990 roku. Mimo tego ubytku nadal prezentuje się interesująco i warto było go zobaczyć. Kto wie jak długo przetrwa to, co jeszcze z niego zostało. Wracając w końcu do Melbourne po dwunastu godzinach zwiedzania kierowca gwałtownie zaczął hamować. Na środku jezdni, którą podążaliśmy rozsiadł się kangur i przez dłuższą chwilę nie miał zamiaru się ruszyć. Ratował się ucieczką w ostatniej chwili dosłownie dwa metry przed rozpędzonym autokarem i udało mu się prawdopodobnie tylko dzięki szybkiej reakcji kierowcy i gwałtownemu wciśnięciu hamulca. Uff. Było blisko. Nie tak wyobrażałem sobie australijskie spotkanie z tym zwierzęciem.

Wtorek, czyli nadprogramowy dzień pobytu w Melbourne postanowiłem wykorzystać na odwiedzenie kilku dodatkowych miejsc, których pierwotnie nie planowałem. Udało się zobaczyć między innymi katedrę Św. Patryka, Muzeum Sztuki i Galerię Iana Pottera, gdzie akurat prezentowano różne wystawy sztuki współczesnej poświęcone na przykład pożarom w australijskim buszu, czy Aborygenom, a także tutejszy Parlament. Była też okazja przejść się i poznać te rejony miasta, gdzie niewątpliwie nowoczesne miasto jakim jest dzisiejsze Melbourne jeszcze bardziej przenika się ze starą architektura wiktoriańską. Na sam koniec dotarłem do Queen Victoria Market. Rynek funkcjonuje nieprzerwienie od prawie stu pięćdziesięciu lat. Handluje się tu wszystkim, w dodatku w rozsądnych cenach. Uznałem, że to idealne miejsce by to właśnie tu zakończyć swoją wielką australijską przygodę. Kupiłem trochę pamiątek i wróciłem do hostelu. Następnego dnia już tylko powrót do Polski dokładnie tą samą długą i żmudną drogą, którą do Melbourne przybyłem.
No cóż… Był to dla mnie wyjazd szczególny. Po pierwsze tak daleko od domu, czyli prawie piętnaście i pół tysiąca kilometrów jeszcze nigdy nie byłem i tym bardziej nigdy nie biegałem. Po drugie dzięki niemu ostatecznie udało mi zrealizować dwa z kilku postawionych przed samym sobą dawno temu celów. Założyłem sobie przecież, że do pięćdziesiątego roku życia chciałbym przebiec przynajmniej po jednym półmaratonie na każdym z sześciu zamieszkałych kontynentów, a także odwiedzić co najmniej sześćdziesiąt krajów. Dziś mogę w końcu powiedzieć, że Australia jest moim sześćdziesiątym odwiedzonym krajem i zarazem szóstym ostatnim zamieszkałym kontynentem, na którym udało mi się ukończyć oficjalny półmaraton. Biorąc pod uwagę okoliczności i tenisowe miejsce, w którym się to ostatecznie dokonało traktuje to w pewnym sensie jako zdobycie swojego osobistego biegowego wielkiego szlema. Oczywiście ani podróżować, ani biegać nie przestaję, bo to jedynie przystanek, a nie meta. Jest przecież jeszcze tyle miejsc i tyle innych wyzwań, które czekają na swój moment i swoją kolej…
2026.07.19 Melbourne (Australia) ASICS RUN MELBOURNE – 1:44:05
Więcej zdjęć z biegu:
Więcej zdjęć z Melbourne:
Więcej zdjęć z Great Ocean Road:

































































































































































































