Kolejnym półmaratonem, który zaplanowałem w tym roku był 5 Szpot Swarzędz Półmaraton. Czemu akurat Swarzędz? W zasadzie to nie wiem. To była dość spontaniczna decyzja i chyba najbardziej zadecydowała po prostu dobra opinia, wolny niekolidujący z niczym innym termin i w miarę dogodny dojazd. Początkowo planowałem pojechać na te zawody prosto z domu w Siedlcach. Umożliwiała to stosunkowo późna godzina startu (11:00). Gdy jednak okazało się, że na przesiadkę na drugi pociąg będę miał w Warszawie jedynie trzy minuty stało się jasne, że raczej nie ma co ryzykować. Postanowiłem więc wyruszyć już w sobotni wieczór, a że w samym Swarzędzu ciężko było znaleźć jakikolwiek nocleg w rozsądnej cenie postanowiłem nocować w Poznaniu dokładnie w tym samym hostelu, co przy okazji poznańskiego półmaratonu w kwietniu, a do oddalonego od dziesięć kilometrów Swarzędza pojechać pociągiem rano z Poznania.

Nie ukrywam, że mimo, że tym razem nie nastawiałem się na jakieś szczególne wyniki i ściganie z czasem to przed tym biegiem czułem pewien niepokój. Po wiosennej naprawdę wysokiej formie nie ma już chyba za bardzo śladu. Przynajmniej tak mi się wydawało. Poza tym niepokoiła mnie trochę pogoda. Wyjątkowo chłodne jak na tę porę roku ostatnie miesiące pozwalały podczas treningów i dotychczasowych zawodów unikać upału i słońca, a wszystko wskazywało na to, że tym razem trzeba się będzie jednak z tym zmierzyć. Bałem się trochę reakcji swojego ciała. Znaczne ocieplenie w ostatnim czasie i start niemalże w samo południe w pogodę, do której tak naprawdę organizm nie miał jeszcze w tym roku za bardzo okazji się przystosować mógł się znacząco odbić na dyspozycji i samopoczuciu podczas biegu. Jakby tego było mało zmienna ostatnio pogoda i duża dzienna aplituda temperatur sprawiła, że chyba dwa dni przed biegiem się trochę przeziębiłem i czułem małe osłabienie. Z domu wyjeżdzałem więc z głową pełną obaw.

W Poznaniu byłem późnym wieczorem. Zjadłem więc tylko kolację i położyłem się w zasadzie od razu spać, zwłaszcza, że czułem się zmęczony. O ile w kwietniu w tym hostelu noc minęła bardzo dobrze, tak tym razem jakoś słabo spałem. Ostatecznie wstałem w zasadzie przed budzikiem w pół do siódmej. Godzinę później siedziałem już w pociągu do Swarzędza, a niedługo potem dotarłem do tutejszego ośrodka sportowego, na terenie którego było zlokalizowane biuro zawodów, gdzie odebrałem numer startowy. Start zaplanowano o godzinie 11. Zrobiło się już ciepło. Słońce na szczęście chowało się za chmurami, ale już od rana dawało się wyczuć, że pogoda raczej nie będzie sprzymierzeńcem. Przed nami dwie pętle dookoła Jeziora Swarzędziego. Profilu trasy nawet nie sprawdzałem. Zakładałem jednak, że nie powinna być trudna. Ostatecznie okazało się, że łatwa nie była, ale też nie jakoś wyjątkowo strasznie wymagająca.

Od początku biegło mi sie ciężko. Po pierwszym kilometrze dotarliśmy na swarzędzki rynek. Trzeba przyznać, że jest dość urokliwy. Na samym jego środku stoi piękny ratusz. Chwilę potem ku swojemu zaskoczeniu wśród kibiców wypatrzyłem świeżoupieczonego Mistrza Polski, zawodnika Lecha Poznań Michała Gargula. Będzie okazja zobaczyć go jeszcze raz już na drugiej pętli. Nie kontrolowałem jakoś specjalnie tempa, ale udawało mi się biec około pięciu minut na kilometr. Nie zwolniłem nawet wtedy, gdy na trzecim kilometrze dotarliśmy do najtrudniejszego i najdłuższego z podbiegów, które przygotowali dla nas organizatorzy. Po nim na szczęście było trochę z górki. Dało się więc złapać głębszy oddech. Wiedziałem też już, że na drugiej pętli przyjdzie zmierzyć się z tym wyzwaniem raz jeszcze. Ostatnie kilometry pętli przyszło nam biec w lesie tuż obok jeziora. Tu, podobnie jak na większości trasy towarzyszył nam gorący doping zebranej publiczności. Niewąpliwie dodawało to skrzydeł. Jako że nie biegłem na sto procent był też czas na przybijanie piątek z dzieciakami. Po dziesięciu kilometrach dobiegliśmy do stadionu Unii Swarzędz. Startujący na 10km tu zakończyli tu swoją rywalizację. Przed nami była jednak jeszcze druga pętla. Mój czas na tym etepie to trochę więcej niż pięćdziesiąt minut. Na trasie zrobiło się już luźniej. Trochę wiało. Słońce, choć było ciepło nadal chowało się za chmurami. Niewąpliwie była to dobra wiadomość. Generalnie spodziewałem się gorszych warunków. Na kilka kilometrów przed metą w zasadzie już wiedziałem, że na pewno uda mi się złamać 1:50, a z każdym kolejnym zaczynało do mnie docierać że wynik może oscylować nawet w graniach 1:45. Jako że nadal czułem się dobrze to na ostatnich metrach postanowiłem trochę powalczyć i ostatecznie finiszując po bieżni stadionu na metę wbiegłem z wynikiem 1:44:53. Naprawdę zadowolony i mimo wszystko zaskoczony. Przed biegiem taki wynik brałbym w ciemno.

Na odpoczynek i korzystanie z tego wszystkiego co dla biegaczy przygotowali organizatorzy czasu za wiele nie było. Miałem jedynie niecałą godzinę by odebrać rzeczy z depozytu, przebrać się i dotrzeć na dworzec. Tak też się stało. W pociągu był za to czas na to by w myślach podsumować ten start. Generalnie to był dla mnie udany wyjazd. Same zawody mimo, że lokalne to organizowane z dość sporym rozmachem, do tego świetna atmosfera i wielu kibiców. Pogoda też ostatecznie na szczęście się zlitowała i pozwoliła osiągnąć jak na moje możliwości naprawdę dobry wynik. To był udany weekend. 84 półmaraton zaliczony…

2026.05.31 Swarzędz Półmaraton: 5 SZPOT SWARZĘDZ PÓŁMARATON – 1:44:53