Z wizytą u Neptuna

      Kontynuując letnio-jesienną serię zaplanowanych półmaratonów tym razem dotarłem do Gdańska. To mój drugi start w tym mieście. Ten pierwszy miał miejsce w 2024 roku, a że byłem wówczas naprawdę w wysokiej formie to udało mi się pobiec jeden ze swoich najszybszych na tamtą chwilę biegów na tym dystansie (1:43:58) i do domu zabrałem bardzo dobre wspomnienia – zarówno turystyczne jak i sportowe. W tym roku szczyt mojej formy przypadł raczej na wiosnę. Oczekiwania były więc zdecydowanie mniejsze i z domu wyjeżdzałem z zamiarem złamania po prostu 1:50, co jest już od dawna dla mnie taką granicą minimalnej satysfakcji.

      Podobnie, jak dwa lata temu do Gdańska wybrałem się pociągiem. Kilka godzin podróży minęło zaskakująco szybko i zaraz po wyjściu z dworca  siedziałem już w tramwaju jadącym w okolice stadionu Polsat Arena, na którym zlokalizowane miało być całe miasteczko biegowe. O ile poprzednim razem Expo mnie trochę rozczarowało to w tym roku działo się tu już naprawdę całkiem sporo. Poza wieloma stoiskami wystawienniczymi można było spotkać także legendę polskich biegów długodystansowaych Pana Jerzego Skarżyńskiego. Pan Jerzy reklamował swoje książki. Widać, że przez ten czas impreza się troszkę rozwinęła organizacyjnie i wcale nie mam tu na myśli jedynie faktu, że liczba uczestników podwoiła się (tym razem miało pobiec, aż 15000 biegaczy). Pokręciłem się trochę po stadionie zrobiłem kilka zdjęć i z nowopoznanym kolegą Marcinem z Krakowa udałem się tramwajem do centrum, gdzie miałem zarezerowany nocleg. Przeszedłem się jeszcze dobrze znanym mi już szlakiem koło Starej Zbrojowni, Bazyliki Mariackiej i Długim Targiem dotarłem do symbolu Gdańska – Neptuna, a potem wzdłuż Motławy udałem się już do hostelu na zasłużony odpoczynek. W hostelu dominowali oczywiście biegacze, choć najlepszy kontakt złapałem z Michałem spod Krakowa, który kończył w Gdańsku swoją pieszą i autostopową wędrówkę po Polsce. Kiedyś też biegał, jednak kontuzja narciarska przerwała jego starty. Może kiedyś wróci do tego. Wieczór minął nam na bardzo miłych i ciekawych rozmowach.

      Następnego ranka na start dotarłem tramwajem w towarzystwie koleżanek z podsiedleckiego klubu Wiśniew Biega i Maszeruje Pauliny i Gosi. Miło porozmawialiśmy. Wkrótce trzeba było jednak się rozdzielić i zacząć przygotowania do startu. Od rana nie czułem się najlepiej. Pogoda też raczej nie sprzyjała. Już poprzedniego dnia przywitało mnie w Gdańsku piękne słońce, a w dniu biegu świeciło jeszcze bardziej. Zacząłem w tempie po 5:00 na kilometr. To moje standardowe ostatnio tempo. Biegło mi się jednak ciężko w zasadzie od samego początku. Nie pomogła nawet przybita piątka z Norbim, który na trzecim kilometrze dopingował biegaczy swoimi utworami. Trafiłem akurat na znany hit „Kobiety są gorące”. Po pięciu kilometrach dobiegliśmy do Stoczni Gdańskiej. Znaczna część początku trasy była pod górkę. Na drugiej piątce podbiegów było jeszcze więcej. Dychę przebiegłem w czasie powyżej pięćdziesięciu minut. To wolniej o około dwie minuty, niż regularnie biegałem podczas półmaratonów w tym roku, a wcale nie czułem, że jest lekko. W zasadzie już od trzeciego kilometra myślałem o tym, że skoro nogi w ogóle nie niosą to może tym razem warto odpuścić i zwolnić. Podjąłem jednak walkę i w sumie opłacało się, bo choć niewiele, to potem komfort biegu się trochę poprawił. Już w domu, gdy sprawdziłem profil trasy okazało się, że być może dlatego, że w tym miejscu zaczęło być więcej z górki. Kilka kilometrów przed metą już w zasadzie wiem, że plan prawdopodobnie uda mi się zrealizować, a szyki pokrzyżować mi już może jedynie podbieg na wiadukt. Doskonale pamiętałem go sprzed dwóch lat, bo to najtrudniejszy moment tego półmaratonu. Na szczęście i tym razem straty były tu niewielkie. Chwilę wcześniej minąłem klubowego kolegę Leszka. Nie wiedziałem, że się wybierał na ten bieg. Miło było zobaczyć znajomą twarz. Na ostatnim kilometrze przebiegliśmy przez stadion Polsat Arena. Dwa lata temu to tu był start i meta. W tym roku zaczynaliśmy i kończyliśmy obok stadionu.

      Ostatecznie udało mi się dowieźć do mety wynik taki, jaki chciałem, choć przyznam szczerze kosztowało mnie to trochę energii. 1:48:29 w takich okolicznościach szanuję i jestem zadowolony. Czasem tak jest, że jak nie idzie to nie idzie. Tymbardziej cieszy, gdy udaje się to jakoś przezwycieżyć. Najważniejsze dla mnie jest i tak, że nadal mam tyle samo startów co met i kolejny 92 już półmaraton zaliczony w zdrowiu. Gratulacje dla Elżbiety Glinki, która w tym biegu pobiła rekord Polski kobiet. Jak widać mimo wszystko dało się biegać szybko. Na koniec jeszcze krótki spacer przez Stare Miasto i można wracać do domu. Kolejny półmaraton już za dwa tygodnie.

2026.09.27 Gdańsk GARMIN PÓŁMARATON GDAŃSK  – 1:48:29


Oceń ten wpis

Ile gwiazdek przyznajesz?

Średnia ocena 0 / 5. Ilość głosów: 0

Brak głosów! Bądź pierwszym oceniającym.

Dodaj komentarz