Zakończenie lata

      Już się trochę przyzwyczaiłem, że koniec wakacji to dla mnie początek intensywnych startów. Podobnie jest i w tym roku i na kolejny swój półmaraton, czyli Wizzair Warsaw Praski Night Halfmarathon musiałem czekać jedynie sześć dni. O ile po biegu w Siedlcach wiedziałem już coś, czego wcześniej mogłem się jedynie domyślać, czyli, że po lecie w szczytowej formie to ja nie jestem, o tyle teraz przekonałem się, że jest lepiej, niż by się mogło wydawać. Zanim jednak do tego doszło czekało mnie kilka dni niepewności i niepokoju. Dwa dni przed zawodami pojawił się ból stopy w okolicach ścięgna Achillesa, a im było bliżej zawodów tym bolało coraz bardziej. Było to o tyle niezrozumiałe i niepokojące, że w zasadzie przez cały tydzień w ogóle nie biegałem i jedynie regenerowałem się po biegu w Siedlcach. Pozostało mieć nadzieję, że ból nie przeszkodzi i uda się dotrzeć do mety, najlepiej w czasie przynajmniej zbliżonym do tego sprzed tygodnia.

     Tym razem sprzymierzeńcem miała być w miarę szybka trasa i pogoda. Wieczorna pora, kilka stopni Celsjusza mniej to na pewno handicap. Z drugiej strony pokrzyżować plany mógł zapowiadany deszcz i dość silny wiatr. Do Warszawy wybrałem się pociągiem, po odebraniu pakietu w centrum Warszawy, wróciłem w okolice Stadionu Narodowego, gdzie od lat organizowane jest miasteczko biegowe tego wydarzenia. Długi czas oczekiwania na start minął pod znakiem spotkań i rozmów z wieloma napotykanymi biegowymi znajomymi.

      Gdy na zegarze wybiła 20:30 rozległ się wystrzał startera. Mam w sobie mały niepokój. Jeszcze na rozgrzewce próbowałem rozbiegać bolącą stopę, ale nadal czułem pewien dyskomfort. Dlatego też zaczynam bardzo ostrożnie. Pierwszy kilometr będzie najwolniejszy z całego biegu. Potem trochę przyspieszam. Po dwóch, trzech kilometrach zapominam o bólu. Najwyraźniej adrenalina zrobiła swoje. To najlepszy środek przeciwbólowy. Od tej pory staram się trzymać tempo poniżej 5 min na kilometr. Na trasie jest wielu kibiców. Przyzwyczaiłem się już do tego, że atmosfera na tym biegu należy do najlepszych w Polsce. Być może to dzięki temu kilometry mijają bardzo szybko. Dziesięć pokonałem w niespełna 49 minut. To dobry wynik.  Miało trochę popadać. Na szczęście poza kilkoma kroplami deszcz chyba przeszedł bokiem. Wiatr w gęstym tłumie biegaczy też raczej nie przeszkadza.

      W drugiej części biegnie mi się już dużo mniej swobodnie. Najważniejsze jednak, że nie boli i nie ma żadnych poważnych kryzysów. Na szesnastym i siedemnastym kilometrze tradycyjnie jest długa prosta z nawrotką. Lubię to miejsce, bo wypatrując znajomych twarzy z naprzeciwka można choć trochę zapomnieć o zmęczeniu. Niedługo potem dobiegamy już do błoni stadionu. Tego miejsca dla odmiany nie lubię, gdyż wydaje się już, że meta jest na wyciągnięcie ręki, a tak naprawdę to zawijas o długości prawie dwóch kilometrów. Strasznie się tu dłuży. Na szczęście udaje się utrzymać tempo w zasadzie do samej mety i ostatecznie docieram tam z czasem 1:44:09. Niewątpliwie cieszy mnie ten rezultat. Nie spodziewałem się, że w ciągu tygodnia uda mi się urwać, aż cztery minuty, zwłaszcza biorąc pod uwagę kłopoty ze stopą. W dodatku to 21 rezultat na 91 oficjalnych półmaratonów, które do tej pory ukończyłem. Cieszę się, że mimo niepewności, niepokoju i dyskomfortu na starcie udało się zaliczyć ten bieg i zrobić kolejny krok do swojego celu. Następny półmaraton dopiero za trzy tygodnie. Mam więc nadzieję, że do tego czasu wszystko już wróci do normy.

     Do domu wróciłem nie pociągiem jak planowałem, ale samochodem wraz z klubowymi przyjaciółmi Krzyśkiem i Basią. Spotkaliśmy się jeszcze na trasie, odnaleźliśmy się także na mecie. Droga do Siedlec minęła nam na miłych rozmowach.

2026.09.05 Warszawa WIZZAIR WARSAW PRASKI NIGHT HALFMARATHON  – 1:44:09


Powrót do korzeni

      Tak się złożyło, że swój 90 półmaraton pobiegłem w rodzinnych Siedlcach podczas Biegu Jacka i śmiało można powiedzieć, że to taki trochę powrót do korzeni, bo przecież to te zawody w 2010 roku były mój pierwszym oficjalnym biegiem w życiu, dwa lata później drugim. Tu też w 2013 przebiegłem swój pierwszy w życiu oficjalny półmaraton. W sumie zaliczonych mam trzynaście z siedemnastu dotychczasowych edycji. Lata mijają i tylko jedno pozostaje tutaj  bez zmian… to, że udział traktuje najbardziej jako okazję do miłego spędzenia czasu i spotkania z biegowymi przyjaciółmi, niż zmaganie się z czasem i pogoń za wynikami. Nie inaczej było i w tym roku, a dodatkowy fakt, że latem jakoś szczególnie nie trenowałem i poza bieganiem więcej jeździłem rowerem jedynie utwierdzał mnie w przekonaniu, że każdy wynik poniżej godziny i pięćdziesięciu minut trzeba będzie szanować i traktować jako mały to mały…, ale sukces.

      Wiele mogło zależeć od pogody. Na przestrzeni lat zdarzały się różne warunki atmosferyczne. O ile mój debiut z 2013 roku na zawsze pozostał w pamięci jako ten, w którym lał deszcz i zwłaszcza na początku zmagań było przenikliwie zimno, o tyle w ostatnich latach zawody te kojarzyły mi się już raczej z upałem. W tym roku wydawało się, że pogoda może być dużym sprzymierzeńcem. Ostatecznie jednak, choć daleko było od upałów, to jednak trzeba było zmierzyć się ze słońcem i dość wysoką temperaturą.

      Start i metę już tradycyjnie zaplanowano na siedleckim stadionie lekkoatletycznym. Czas przed startem mijał bardzo miło na spotkaniach i rozmowach z licznie zgromadzonymi biegowymi kolegami poznanymi na różnych etapach mojej biegowej przygody, a którzy tego dnia postanowili pojawić się w moim rodzinnym mieście. W końcu jednak trzeba było zająć miejsce na starcie. Wystartowałem dość szybko. Pierwszy kilometr pokonałem w czasie 4:40. Tak szybko ostatnio biegałem jedynie na skórzeckich parkrunach, ale tam dystans jest pięcokilometrowy. Czułem się dość dobrze, może więc dlatego tak mocne otwracie. Wkrótce jednak dotarło do mnie, że w tym tempie będzie za szybko i zwolniłem do około pięciu minut na kilometr. Tak pokonałem pierwszą siedmiokilometrową pętlę. Na tym etapie miałem zapasu minutę i czterdziestu pięciu sekund by na mecie złamać godzinę i pięćdziesiąt minut, czyli do wyniku, który generalnie by mnie satysfakcjonował.

      Potem zwolniłem o kolejnych kilka sekund, ale miałem pełną kontrolę i kontynując bieg tym tempem cały czas utrzymywałem wypracowany na dotychczasowym dystansie zapas na poziomie prawie dwóch minut. Powoli traciłem jednak motywację i determinację. Na trasie było około dwustu półmaratończyków. Stawka jednak dość szybko się rozciągnęła. Grupa za pacemakerem na 1:45 była tego dnia dla mnie za szybka, za to 1:50 było dla mnie zbyt wolno. Większość dystansu musiałem więc pokonywać samotnie. Dało się to we znaki zwłaszcza na ostatniej pętli, gdy zmęczenie narastało. Mimo, że trudy biegu z każdym kolejnym kilometrem stawały się coraz wieksze to jednak udawało mi się trzymać swoje tempo. Jedynie piętnasty kilometr był trochę wolniejszy. Ostatecznie do mety docieram z wynikiem 1:48:18. To około dwudziestu sekund szybciej, niż dwa lata temu (w zeszłym roku w Biegu Jacka nie startowałem, bo biegałem półmaraton w Sztokholmie)  i ciągle ponad pięć minut szybciej, niż podczas debiutu w 2013.

 

      No cóż… Mimo, że plan i cel udało się w pełni zrealizować, to jednak uczciwie muszę przyznać, że kosztowało mnie to więcej energii, niż się spodziewałem. Na tym dystansie i w moim wieku żadnego wyniku nie dostaje się już „za darmo” i na treningach trzeba się jednak pomęczyć i swoje przepracować. Czasem o tym zapominam, ale potem na zawodach szybko sobie przypominam. Na szczęście nie była to, aż tak bolesna lekcja i choć po drodze komfortu nie było to wychodzę z niej i tak z pełną satysfakcją.

 

2026.08.30 Siedlce 17 BIEG SIEDLECKIEGO JACKA – 1:48:18