Nadal Pod górkę

      Gdy tydzień temu w niedzielę w Zbuczynie udało mi się przetrwać ekstremalne warunki i tropikalny upał sięgający czterdziestu stopnii to wydawało się, że na kolejnych zawodach powinno być już dużo zdecydowanie z górki. Upały w końcu zelżały, przyszło ochłodzenie, a i sam bieg miał się przecież odbyć dopiero po zmroku. Tymczasem kolejne trudności czaiły się już „tuż za rogiem”. W poniedziałek wieczorem poczułem się źle. We wtorek było jeszcze gorzej. Dopadła mnie wirusowa grypa żołądkowa. Rozpoczęła się walka z czasem i choć każdego kolejnego dnia było coraz lepiej to jednak nadal nie czułem się na siłach, by mierzyć się z tak długim dystansem. Rzeczywista poprawa przyszła w czwartek i choć nadal nie było idealnie to na szczęście w piątek mogłem uznać, że planów nie zmieniam i mogę rozpocząć pakowanie plecaka. W sobotnie popołudnie siedziałem już w pociągu najpierw do Warszawy, potem do Kalisza, a koło dziewiętnastej byłem już na miejscu gotowy na kolejne półmaratońskie wyzwanie.

      W Kaliszu na Nocnym Półmaratonie Bursztynowa Hellena biegałem już rok temu na jego siódmej edycji. Wówczas zapisałem się dość spontanicznie i w sumie spodobało mi się na tyle, że w tym roku postanowiłem tam wrócić. Nie pamiętałem za bardzo trasy, co wydawało mi się, że jest dowodem na to, że jakoś strasznie wymagająco nie było. Gdy jednak zacznie się rywalizacja szybko sobie przypomnę, że będzie jednak pare miejsc, które mogą okazać się być większym wyzwaniem, jak na przykład stromy podbieg na trzynastym kilometrze z  różnicą wzniesień około czterdziestu metrów.

      Na trasę ruszamy punktualnie o 22:00 z okolic hali sportowej Kalisz Arena. Zacząłem tak, jak zwykle ostatnio w tempie pięć minut na kilometr, ale biegnie mi się od samego początku bardzo trudno. Czuję się nadal osłabiony i niepewny swojego żołądka, po którym nie wiadomo czego się tak naprawdę mogę spodziewać, ale raczej na pewno niczego dobrego. Mimo, że pogoda do biegania tym razem idealna, to jest mi ciężko i brakuje mi sił. Nie ma to ciągle przełożenia na tempo biegu, ale w głowie już pojawiają się pierwsze myśli, że wcześniej czy póżniej kryzys przyjdzie. Mijają kolejne kilometry: piaty, szósty, siódmy… Trudy biegu umila doping kibiców. Doskonale pamietałem, że i rok wcześniej atmosfera na trasie była bardzo fajna i bardzo mi się podobała. Na półmetku dobiegliśmy do muralu, który przypomina o tym, że Kalisz to najstarsze miasto w Polsce. Przyciągnął moje oko i na chwilę pomógł zapomnieć o biegowych zmaganiach. Paradoksalnie z każdym kolejnym kilometrem biegnie mi się coraz lepiej. Oczywiście doszła kwestia zmęczenia, ale dolegliwości związane przebytą chorobą jakby przeszkadzają mniej. Pojawiło się też od razu więcej optymizmu. Od tej pory, choć po pierwszych kilometrach trochę straciłem na to nadzieję, powrócił plan złamania 1:50, zwłaszcza, że w zasadzie niewiele zwolniłem nawet na wspomnianym już stromym podbiegu. Gdy do mety pozostawało pięć kilometrów jestem już w zasadzie przekonany, że mimo kłopotów zdrowotnych ostatnich dni uda mi się ukończyć ten bieg z satysfakcjonującym wynikiem. W końcówce udaje się utrzymać tempo i do mety dobiegam w czasie 1:47:34. Tylko pół minuty wolniej,  niż rok temu, w pełni sił.  Cieszę się, że choć znowu pojawiły się nieprzewidziane trudności, to i tym razem się nie wycofałem i doprowadziłem sprawę do końca. Dało mi to naprawdę dużo satysfakcji. Po biegu jeszcze przygotowany przez organizatorów dla biegaczy wyjątkowo obfity posiłek, miłe rozmowy i można kierować się na dworzec. Noc minie w podróży. W domu będę dopiero 9 rano, ale było warto.

  

2026.07.04 Kalisz Półmaraton: 8 KALISKI PÓŁMARATON NOCNY BURSZTYNOWA HELLENA – 1:47:34


Piekło

      Piekło – tak mógłbym podsumować krótko swój kolejny półmaraton, który przyszło mi pobiec w podsiedleckim Zbuczynie. Od kilku dni zapowiadano nadejście fali afrykańskich upałów i tak się nieszczęścliwie złożyło, że według prognoz punkt kulminacyjny miał przypaść dokładnie na niedzielę, czyli dzień zawodów. Nie ukrywam, że wiedząc w jakich warunkami przyjdzie nam się zmierzyć czułem duży respekt i miałem w sobie przed tym startem sporo obaw. Gdybym kilka miesięcy temu mógł przewidzieć, że będzie, aż tak ekstremalnie, bo temperatura osiągnie nawet 39 stopni to pewnie bym sobie darował te zawody i się nie zapisał. No ale nie przewidziałem… i się zapisałem.

      Jeszcze w sobotę wahałem, czy jest sens stawać w ogóle na starcie, bo dla mnie bieganie jest przede wszystkim przyjemnością, a trudno o to, gdy trzeba zmierzyć się z takim upałem. Trudno też o jakąś satysfakcję, gdy wiesz, że jesteś w sumie w formie, a nawet jak jakimś ogromnym wysiłkiem ukończysz ten bieg to być może będzie to i tak najwolniejszy półmaraton ze wszystkich, które do tej pory przebiegłeś i da Ci więcej rozczarowania, niż radości. Miałem wrażenie, że co nie postanowię to na końcu i tak będę niezadowolony. Postanowiłem jednak doprowadzić sprawę do końca i wystartować licząc się z tym, że osiągnięty wynik będzie dla mnie porażką i nie spełni moich nawet najmniejszych oczekiwań ustawionych na poziomie dwóch godzin.

      Start zaplanowano na 9:30. Szkoda, że nie ze dwie godziny wcześniej, bo byłoby ciepło, ale jeszcze znośnie, ale któż mógł przewidzieć taki upał kilka miesięcy temu, a na zmianę decyzji ze względów organizacyjnych było za późno. Termometr mimo porannej godziny wskazuje już 32 stopnie, potem w ciągu dnia ma być jeszcze cieplej. Mam już trochę tych biegów na koncie, ale pierwszy raz w życiu zamierzam pobiec zaopatrzony w czapeczkę oraz wiedząc, że na trasie będą miejsca, gdzie nadarzy się okazja by je nawilżać dodatkowo gąbkę i buffa, którymi zamierzałem regularnie schładzać rozgrzaną głowę i kark. Liczyłem, że te szczególne środki ułatwią mi zmagania choć trochę. Tak bardzo skupiłem się na schładzaniu, że zapomniałem zabrać ze sobą na trasę buteleczkę z wodą z elektrolitami i powędrowała do depozytu gdzie przleżała cały bieg. Ech, jak pech to pech. No trudno.

      Planuję zacząć w tempie po 5:20 na kilometr. To prawie pół minuty wolniej, niż średnio biegałem w tym roku. Mój plan zakłada wytrzymać tak chociaż do połowy, a potem kontrolować każdy kolejny kilometr i pokonywać je w co najwyżej sześć minut każdy. Efektem ma być wynik poniżej dwóch godzin na mecie. To biorąc pod uwagę okoliczności by mnie w pełni usatysfakcjonowało. Zaczynam jednak troszkę szybciej. Punkty z wodą biorąc pod uwagę ekstremalne warunki ustawiono co dwa kilometry. Zamierzam z nich regularnie korzystać, wiem jak bardzo jest to istotne. Na początku pije w locie, ale już po pięciu kilometrach dochodzę wniosku, że to samobójstwo i w taką pogodę daleko tak nie zajadę. Od tego momentu zatrzymuje się już w każdym punkcie by nie tylko napić się trochę więcej niż dotychczas, ale także polewać wodą coraz bardziej rozgrzane ciało, nawet kosztem utraconych sekund postoju. Przyniosło to od razu efekt i biegnie się trochę lżej. Tętno jednak od samego początku bardzo wysokie. Dziesiąty kilometr według planu powinienem ukończyć po pięćdziesięciu czterech minutach, jestem tam jednak trzy minuty wcześniej. To dobra wiadomość, która tknęła we mnie trochę optymizmu. Od tego momentu plan zakłada biec po sześć minut na kilometr. Nadal udaje się jednak urywać kolejne sekundy na każdym z nich mimo, że zdecydowanie zwolniłem. Po trzynastu kilometrach jest delikatny podbieg w dodatku w słońcu. Tutaj biegnie się ciężko, ale mimo tego tempo jest nadal szybsze, niż planowałem. Robi się coraz cieplej, ale szczęśliwie jakichś dużych kryzysów nie doświadczam. Być może to efekt tego że bardzo sumiennie korzystam z punktów nadawdniania dużo pijąc i polewając ciało, a zwłaszcza głowę kark, i plecy.  O ile w pierwszej części dystansu biegłem mając w zasięgu wzroku innych biegaczy, o tyle teraz trzeba już walczyć jedynie w samotności. Po piętnastym kilometrze, gdy moje tempo cały czas jest poniżej sześciu minut na kilometr zaczynam nabierać coraz więcej optymizmu i przekonania, że plan uda się zrealizować. Trzy ostatnie czując narastające zmęczenie trochę zwalniam, ale nadal każdy kilometr jest szybszy, niż planowałem na początku. Na ostatnim z nich dogoniła mnie kilkuosobowa grupa. Ten fakt wyzwala we mnie jeszcze ostatnie pokłady energii i ochoty, by trochę się zmobilizować i powalczyć. Na finiszu ostatnimi siłami mocno przyspieszam dobiegając do mety w czasie 1:54:18.

      Taki wynik zdecydowanie spełnia moje oczekiwania i na starcie brałbym w ciemno. Cieszę się, że jednak mimo ogromnych wątpliwości zdecydowałem się na ten bieg i ukończyłem w czasie, który daje mi pełną satysfakcję. Dziś receptą na to była nawet nie wysoka forma, nie ambicja, ale po prostu doświadczenie. Tak, czy inaczej kolejny półmaraton ukończony. Myślę, że biorąc pod uwagę pogodę był to mój najtrudniejszy, a na pewno jeden z najtrudniejszych, wliczając w to te afrykańskie.

      Na koniec ogromne podziękowania dla organizatorów, lokalnej Straży Pożarnej i licznej rzeszy kibiców, którzy zrobili naprawdę dużo, aby ograniczyć trudy tych zmagań i aby udało mi się dotrzeć do mety w zdrowiu i z pełną satysfakcją. Myślę, że bez tego wsparcia dziś byłoby to niemożliwe. Doceniam.

2026.06.28 Zbuczyn Półmaraton: 5 PÓŁMARATON ZBUCKI – 1:54:18

Zdjęcia: własne / Zabłąkany Aparat – Paweł Pietruczanis


Oczywista nieoczywistość

      Kolejny swój osiemdziesiąty piąty już półmaraton postanowiłem pobiec w podwarszawskim Piasecznie. Planując swój sezon pod koniec ubiegłego roku nie zakładałem, że w moim kalendarzu znajdzie się ten bieg. Nie mogłem, gdyż na biegowej mapie ten półmaraton jeszcze nie istniał. Pojawił się dopiero w tym roku. Gdy jednak udostępniona została informacja, że takie zawody się odbędą postanowiłem się zapisać. Nie była to oczywista decyzja. Poza półmaratonami w Platerowie, czy Zbuczynie, które są blisko mojego domu i jest to zawsze wspaniała okazja by spotkać wielu znajomych staram się raczej wybierać większe imprezy w dużych miastach organizowane z rozmachem. Tym razem jednak, podobnie jak w przypadku mojego ostatniego startu w Swarzędzu postanowiłem to zmienić. Co zadecydowało? Mimo wszystko bliskość Siedlec i dobry dojazd, a także generalnie wolny termin w kalendarzu. Nocna formuła ograniczała także ryzyko związane z upałem. Liczyłem, że mimo końcówki czerwca wieczorem już bardzo gorąco nie będzie. Tymczasem pogoda zaskoczyła i po chłodnym okresie dosłownie w dniu biegu przyszło spore ocieplenie, a znacznie wyższe temperatury dawało się odczuć nawet wieczorem. No trudno, jakoś sobie trzeba będzie z tym poradzić…

      Od mojego ostatniego biegu minęło już trzy tygodnie. Po najważniejszych wiosennach startach tego roku nie trenuję już tak intensywnie i czuje, że forma już nie jest tak wysoka jak jeszcze dwa, trzy miesiące temu. W dodatku ten upał… Specjalnych oczekiwań zatem nie miałem, ale mimo wszystko wydawało się, że 1:50 powinno udać się złamać. Do Piaseczna pojechałem prosto z domu w sobotnie popołudnie. Po niespełna trzech godzinach byłem na miejscu, odebrałem pakiet w Biurze Zawodów zlokalizowanym w gmachu tutejszego Muzeum i mogłem oczekiwać na start. Oczekiwania umilały rozmowy z licznie napotykanymi biegowymi znajomymi. Zarówno tymi starymi, a także nowopoznanymi.

      Początek biegu zaplanowano na 21:00. Nie czuję się najlepiej. Mam wrażenie że od samego początku brakuje mi sił. Mimo tego zaczynam dość mocno. Wystaczyły jednak trzy kilometry by przekonać się, że dziś na wiele to mnie stać nie będzie. No cóż. Trudno. Nic na to nie poradzę. Postanowiłem delikatnie zwolnić. Już na początku biegaczy czeka pętla po bieżni kamealnego, ale bardzo ładnego tutejszego stadionu przy akompaniamencie orkiestry dętej. Wrócimy tu biegnąc w odwrotnym kierunku tuż przed metą. Niedługo potem dobiegamy do jakiegoś pięknie oświetlonego jeziorka. Po kilku kilometrach wybiegamy z Piaseczna i czeka nas dłuższy odcinek przez sąsiednie miejscowości i położone między nimi tutejsze lasy. Biegaczy na całej trasie zywiołowo dopinguje wiele grup kibiców. Ciągle jest bardzo ciepło. Zmieni się to dopiero mniej więcej w połowie dystansu, gdy zrobi się już ciemno. Trasa także jest dość nieprzyjemna. Mimo, że nie ma jakichś spektakularnych podbiegów to jest sporo różnych mniejszych wzniesień. Mniej więcej od piętnastego kilometra zaczyna dokuczać mi kolka. Od tego momentu moje tempo zaczyna spadać. Biegnie mi się naprawdę coraz trudniej. Dwa kilometry od mety zdaje sobie sprawę, że cały wypracowany od początku zapas już straciłem i prawdopodobnie na mecie będę na granicy 1:50. Próbuję zrobić wszystko, aby być poniżej. Dokuczliwa kolka skutecznie mi to jednak uniemożliwia. Ostatecznie trochę pogodzony, a trochę bezsilny do mety dobiegam z czasem 1:50:37. Jeszcze chwilę podelektuję się samą impreza, a potem droga na pociąg i podwrót do domu. Noc czeka mnie na dworcu w Warszawie. Będzie czas by sobie przeżyć wszystko jeszcze raz w swojej głowie. Jak na pierwszą edycję to była fajna impreza. Chyba przekonałem się do tych mniej oczywistych mniejszych biegów i je polubiłem. Na plus zdecydowanie atmosfera, pofalowana trasa choć bardzo malownicza dała się trochę odczuć, zwłaszcza w połączeniu z wysoką temperaturą, ale generalnie było ok. Nie ma co zresztą narzekać. Za tydzień w Zbuczynie może być jeszcze trudniej.

2026.06.20 Piaseczno Półmaraton: 1 NOCNY PÓŁMARATON PIASECZYŃSKI – 1:50:37


Sorry, taki mamy klimat

      Kolejnym półmaratonem, który zaplanowałem w tym roku był 5 Szpot Swarzędz Półmaraton. Czemu akurat Swarzędz? W zasadzie to nie wiem. To była dość spontaniczna decyzja i chyba najbardziej zadecydowała po prostu dobra opinia, wolny niekolidujący z niczym innym termin i w miarę dogodny dojazd. Początkowo planowałem pojechać na te zawody prosto z domu w Siedlcach. Umożliwiała to stosunkowo późna godzina startu (11:00). Gdy jednak okazało się, że na przesiadkę na drugi pociąg będę miał w Warszawie jedynie trzy minuty stało się jasne, że raczej nie ma co ryzykować. Postanowiłem więc wyruszyć już w sobotni wieczór, a że w samym Swarzędzu ciężko było znaleźć jakikolwiek nocleg w rozsądnej cenie postanowiłem nocować w Poznaniu dokładnie w tym samym hostelu, co przy okazji poznańskiego półmaratonu w kwietniu, a do oddalonego od dziesięć kilometrów Swarzędza pojechać pociągiem rano z Poznania.

      Nie ukrywam, że mimo, że tym razem nie nastawiałem się na jakieś szczególne wyniki i ściganie z czasem to przed tym biegiem czułem pewien niepokój. Po wiosennej naprawdę wysokiej formie nie ma już chyba za bardzo śladu. Przynajmniej tak mi się wydawało. Poza tym niepokoiła mnie trochę pogoda. Wyjątkowo chłodne jak na tę porę roku ostatnie miesiące pozwalały podczas treningów i dotychczasowych zawodów unikać upału i słońca, a wszystko wskazywało na to, że tym razem trzeba się będzie jednak z tym zmierzyć. Bałem się trochę reakcji swojego ciała. Znaczne ocieplenie w ostatnim czasie i start niemalże w samo południe w pogodę, do której tak naprawdę organizm nie miał jeszcze w tym roku za bardzo okazji się przystosować mógł się znacząco odbić na dyspozycji i samopoczuciu podczas biegu. Jakby tego było mało zmienna ostatnio pogoda i duża dzienna aplituda temperatur sprawiła, że chyba dwa dni przed biegiem się trochę przeziębiłem i czułem małe osłabienie. Z domu wyjeżdzałem więc z głową pełną obaw.

      W Poznaniu byłem późnym wieczorem. Zjadłem więc tylko kolację i położyłem się w zasadzie od razu spać, zwłaszcza, że czułem się zmęczony. O ile w kwietniu w tym hostelu noc minęła bardzo dobrze, tak tym razem jakoś słabo spałem. Ostatecznie wstałem w zasadzie przed budzikiem w pół do siódmej. Godzinę później siedziałem już w pociągu do Swarzędza, a niedługo potem dotarłem do tutejszego ośrodka sportowego, na terenie którego było zlokalizowane biuro zawodów, gdzie odebrałem numer startowy. Start zaplanowano o godzinie 11. Zrobiło się już ciepło. Słońce na szczęście chowało się za chmurami, ale już od rana dawało się wyczuć, że pogoda raczej nie będzie sprzymierzeńcem. Przed nami dwie pętle dookoła Jeziora Swarzędziego. Profilu trasy nawet nie sprawdzałem. Zakładałem jednak, że nie powinna być trudna. Ostatecznie okazało się, że łatwa nie była, ale też nie jakoś wyjątkowo strasznie wymagająca.

      Od początku biegło mi sie ciężko. Po pierwszym kilometrze dotarliśmy na swarzędzki rynek. Trzeba przyznać, że jest dość urokliwy. Na samym jego środku stoi piękny ratusz. Chwilę potem ku swojemu zaskoczeniu wśród kibiców wypatrzyłem świeżoupieczonego Mistrza Polski, zawodnika Lecha Poznań Michała Gargula. Będzie okazja zobaczyć go jeszcze raz już na drugiej pętli. Nie kontrolowałem jakoś specjalnie tempa, ale udawało mi się biec około pięciu minut na kilometr. Nie zwolniłem nawet wtedy, gdy na trzecim kilometrze dotarliśmy do najtrudniejszego i najdłuższego z podbiegów, które przygotowali dla nas organizatorzy. Po nim na szczęście było trochę z górki. Dało się więc złapać głębszy oddech. Wiedziałem też już, że na drugiej pętli przyjdzie zmierzyć się z tym wyzwaniem raz jeszcze. Ostatnie kilometry pętli przyszło nam biec w lesie tuż obok jeziora. Tu, podobnie jak na większości trasy towarzyszył nam gorący doping zebranej publiczności. Niewąpliwie dodawało to skrzydeł. Jako że nie biegłem na sto procent był też czas na przybijanie piątek z dzieciakami. Po dziesięciu kilometrach dobiegliśmy do stadionu Unii Swarzędz. Startujący na 10km tu zakończyli tu swoją rywalizację. Przed nami była jednak jeszcze druga pętla. Mój czas na tym etepie to trochę więcej niż pięćdziesiąt minut. Na trasie zrobiło się już luźniej. Trochę wiało. Słońce, choć było ciepło nadal chowało się za chmurami. Niewąpliwie była to dobra wiadomość. Generalnie spodziewałem się gorszych warunków. Na kilka kilometrów przed metą w zasadzie już wiedziałem, że na pewno uda mi się złamać 1:50, a z każdym kolejnym zaczynało do mnie docierać że wynik może oscylować nawet w graniach 1:45. Jako że nadal czułem się dobrze to na ostatnich metrach postanowiłem trochę powalczyć i ostatecznie finiszując po bieżni stadionu na metę wbiegłem z wynikiem 1:44:53. Naprawdę zadowolony i mimo wszystko zaskoczony. Przed biegiem taki wynik brałbym w ciemno.

      Na odpoczynek i korzystanie z tego wszystkiego co dla biegaczy przygotowali organizatorzy czasu za wiele nie było. Miałem jedynie niecałą godzinę by odebrać rzeczy z depozytu, przebrać się i dotrzeć na dworzec. Tak też się stało. W pociągu był za to czas na to by w myślach podsumować ten start. Generalnie to był dla mnie udany wyjazd. Same zawody mimo, że lokalne to organizowane z dość sporym rozmachem, do tego świetna atmosfera i wielu kibiców. Pogoda też ostatecznie na szczęście się zlitowała i pozwoliła osiągnąć jak na moje możliwości naprawdę dobry wynik. To był udany weekend. 84 półmaraton zaliczony…

 

2026.05.31 Swarzędz Półmaraton: 5 SZPOT SWARZĘDZ PÓŁMARATON – 1:44:53


Wreszcie, czyli na Podlasiu czas płynie inaczej

      Wreszcie. Po pięciu tegorocznych półmaratonach, w których zależało mi aby pobiec szybko i sprawdzić jak wysoką formę udało się wypracować zimą przyszedł moment na serię kilku startów, w których wynik schodzi na dalszy plan, a ważniejsza ma być atmosfera i dobra zabawa. Pierwszym z nich miał być 13 PKO Białystok Półmaraton. Wiadomo. Na Podlasiu czas płynie trochę inaczej. Nie ma się więc co spieszyć.

      To już czwarty rok z rzędu, gdy wybrałem się na bieg w stolicy Podlasia. W poprzednich latach dominowała raczej wysoka temperatura. W tym roku długo wydawało się, że może być podobnie. Dopiero w ostatniej chwili jakiś nagły front pogodowy sprawił, że nie tylko nie było gorąco, ale wręcz trzeba było zmierzyć się z uciążliwym zimnem. Do Białegstoku wybrałem się tradycyjnie pociągiem. Po kilku godzinach byłem na miejscu i skierowałem się w stronę znanego mi już przepięknego Pałacu Branickich. To w tej okolicy było biuro zawodów. Następnego dnia miał być też start. Po odebraniu pakietu skierowałem się w stronę hostelu, gdzie miałem zaplanowany nocleg. Miejsce było sprawdzone. Nocowałem tu bowiem już po raz trzeci.

      W pokoju zakwaterowany byłem z młodym chłopakiem z Poznania Piotrem oraz Witkiem z Katowic. Piotr ma imponujący wzrost – 201cm. W czasach liceum był nawet młodzieżowym reprezentatntem Polski w koszykówce, a dobrze zapowiadającą się karierę przerwały niestety kontuzje. Teraz próbuje swoich sił w nowej, coraz bardziej popularnej dyscyplinie sportowej zwanej Hyrox, a dodatkowo biega. Dla obu moich współlokatorów wizyta w Białymstoku była kolejnym przystankiem w  drodze po Koronę Półmaratonów. Mimo, że przyjechaliśmy z trzech róznych zakątków kraju, mimo że dzieliła nas spora różnica wieku i mieliśmy różne charaktery to jednak wieczór minął nam sympatycznie na rozmowach. To było naprawdę miłe towarzystwo.

      Następnego dnia bieg. Chłodno, choć naszczęscie nie pada. Przed startem udaje się spotkać wielu znajomych poznanych w różnych miejscach, na różnych biegach, w różnych okolicznościach. Można by było spędzić długi czas na miłych rozmowach, ale w końcu trzeba było zająć miejsce na starcie. Po godzinie dziesiątej rozlega się start i ruszamy. Zaczynam wolniej, głównie ze względu na tłok, ale i tak biegnie mi się dość ciężko. W nocy słabo spałem, boli mnie trochę głowa. Tak, jak zakładałem na starcie nie mam w sobie jakiejś ogromnej determinacji, aby walczyć za wszelką cenę z czasem, ale przynajmniej na początku staram się, aby tempo było poniżej pięciu minut na kilometr. Udaje mi się to, aż do trzynastego kilometra, gdzie jest dłuższy znany mi już doskonale z poprzednich edycji podbieg. Na trasie panuje świetna atmosfera, która niewątpliwie dodaje skrzydeł mimo nienajlepszego samopczucia. Gdy kolejne kilometry znowu przebiegam w czasie około pięciu minut na kilometr dociera do mnie, że 1:50 powinno się udać złamać. Nie zachwiało tego przekonania nawet to, że na 17 i 18 kilometrze znowu troszeczkę musiałem zwolnić. To, co tu straciłem odrobiłem na ostatnim kilometrze i ostatecznie do mety dobiegłem w czasie 1:45:59. Zadowolony. Chwilę potem do mety dobiegł Piotr. Pogratulowaliśmy sobie, chwilę jeszcze porozmawialiśmy i się pożegnaliśmy.

      Czułem satysfakcję. Mimo, że to najwolniejszy ze wszystkich sześciu półmaratonów tej wiosny, to ten wynik jest tym, na co tym razem liczyłem. Niepokoił mnie tylko narastające uczucie dyskomfortu w gardle. Być może ból głowy nie był przypadkowy i już poprzedniego dnia złapałem przeziębienie, a może to kwestia chłodnego powietrza, czy zimnej wody na punktach odżywczych podczas biegu. Trudno powiedzieć. W każdym razie czułem, że z każdą godziną sytuacja staje się coraz gorsza i bałem się, czy nie rozwinie się to w jakąś poważniejszą infekcję. Na szczeście wieczór pod kocem z gorącą herbatą z cytryną uratuje sytuację. Do domu wróciłem już samochodem ze znajomymi. Kolejny kroczek zrobiony. To był już mój 83 półmaraton.   

2026.05.10 Białystok Półmaraton: PKO BIAŁYSTOK PÓŁMARATON – 1:45:59


Nadbałtycki Armageddon

      Wiosną wszystko dzieje się szybko. Nie opadły jeszcze emocje po Kapsztadzie, a już wsiadałem do pociągu do Poznania, ledwo wróciłem, a znów trzeba było szykować się do kolejnego wyjazdu. Tym razem Gdynia. To mój drugi bieg w tym mieście. W zeszłym na nic szczególnego nie liczyłem. Poszło mi nadspodziewanie dobrze i do domu, choć się tego kompletnie nie spodziewałem przywiozłem czwarty wynik w życiu. Tym razem oczekiwania były bardzo duże od samego początku. Pierwsze półmaratony tego roku pokazały, że jest potencjał i ciężko przetrenowana zima przyniosła efekty. Chciałem to wykorzystać, zwłaszcza, że to prawdopdobnie ostatni bieg tej wiosny, w którym szczególnie zależało mi na wyniku. Kolejny za kilka tygodni w Białymstoku planuję pobiec już wolniej i bez presji na wynik. Wizyta w Gdyni była także okazją by spotkać się z Karoliną. Wiele lat temu pracowaliśmy razem w Warszawie w jednej firmie. Potem los rzucił Ją do Gdyni, ja wróciłem do Siedlec. Mieliśmy się spotkać w 2020 roku, ale wówczas ze względu na pandemię bieg w Gdyni odwołano. Tym razem po siedmiu latach można było to nadrobić i powspominać dawne dobre czasy.

      Wyjeżdżając w południe z ciepłych i słonecznych Siedlec trudno było uwierzyć w prognozy, że wieczorem poza dystansem biegaczom przyjdzie zmierzyć się także ze sztormowym wiatrem, przenikliwym zimnem i deszczem. Gdy jednak dotarłem na miejsce zaczynałem rozumieć, że ten scenariusz faktycznie może się ziścić. Wiało i było zdecydowanie chłodniej, choć wszystko co najgorsze miało się wydarzyć i tak dopiero późnym wieczorem. Z dworca dość szybko dotarłem do znanego mi już Skweru Kościuszki. Podobnie jak rok temu to tu zorganizowano miasteczko biegowe, start i metę. Pamiętałem drogę doskonale, zwłaszcza, że nie była dość skomplikowana. Po odberaniu pakietu mogłem już powoli oczekiwać startu, co chwilę nadziewając się na znajome twarze poznawane na różnych etapach mojej biegowej przygody. Tak, jak zaplanowałem udało się spotkać także z Karoliną. Ponad godzinka wspólnego spaceru i miłej rozmowy szybko minęły i trzeba było w końcu zacząć szykować się do startu.

      Początek biegu o 20:30. Zaczynam dość mocno, choć troszkę wolniej, niż w Poznaniu. Pierwsze kilometry to niestety wiatr wiejący prosto w twarz. Mam jeszcze jednak siły, aby z nim z powodzeniem walczyć. Od dziewiątego kilometra zaczyna się podbieg. Studiowałem trasę przed wyjazdem więc byłem jego świadomy. Nie jest być może jakoś strasznie stromy, za to mocno rozciągnięty. Skończy się dopiero koło piętnastego kilometra. Tu na szczeście mniej wieje. Do półmetka dobiegam kilkanaście sekund szybciej, niż w Poznaniu. Wiary w 1:40 chyba już jednak we mnie nie ma. Pacemaker przed którym biegłem przez pierwszą część dystansu zaczął się ode mnie oddalać i oddalać, a ja nie czuję się wystarczająco silny i zdeterminowany, aby go gonić. Nie zmienili mojego nastawienia nawet żywiołowo dopingujący kibice. Atmosfera jest naprawdę fajna. Koło piętnastego kilometra zaczyna się prawdziwy pogodowy armageddon. Zimny wiatr wiejący od strony morza zmaga się coraz bardziej, a do tego zaczyna padać przenikliwy deszcz. Temperatura też spadła do zaledwie kilku stopni. Do mety na szczeście coraz bliżej. Trasa też już wiedzie raczej z górki, więc jakoś to wytrzymam. Gdy do mety zostaje jakieś sześcset metrów rozwiązało mi się sznurowadło. Stwierdziłem, że już nie ma sensu się zatrzymywać i tracić cennego czasu, choć być może trzeba było. Mam wrażenie, że nie zawiązujac go straciłem jeszcze więcej, gdyż komfort biegu znacznie się pogorszył. Trudno. Ostatnie dwieście metrów to zbieg na plażę i w końcu meta. Czas 1:41:48. To dziesiąty wynik w moim życiu i dwadzieścia sekund wolniej, niż w Poznaniu. Mam mieszane uczucia. Z jednej strony przed wyjazdem liczyłem na więcej, z drugiej rywalizacja w takich warunkach była naprawdę trudna. Ostatecznie przyjmuję wynik z pokorą i satysfakcją. Jeszcze tylko droga w deszczu na dworzec, opoźniony półtorej godziny pociąg i noc spędzona w drodze do domu. Kolejny półmaraton zaliczony. To na pewno jeden z tych bardziej pamiętnych.

2026.04.25 Gdynia Półmaraton: PKO GDYNIA PÓŁMARATON – 1:41:48


Od ściany do ściany

     Jeśli są jakieś zawody, o których mogę powiedzieć, że wywołują we mnie skrajne wspomnienia to niewątpliwie należy do nich Poznań Półmaraton. Z jednej strony to przecież w Poznaniu pobiegłem swój najszybszy i jedyny do tej pory półmaraton poniżej 1:40, a z drugiej wśród kilku najwolniejszych moich biegów na tym dystansie, aż dwa miały miejsce właśnie w tym mieście. Można więc powiedzieć, że odbijałem się tam od sćiany do ściany. W tym roku do Poznania wybrałem się na półmaraton po raz czwarty. Naładowany pozytywnie swoimi dotychczasowymi tegorocznymi startami i aktualną formą miałem tym razem nadzieję bardziej na ten pozytywny scenariusz. Towarzyszyli mi koledzy z klubu Wiśniew Biega i Maszeruje – Robert i Tomek

      Po kilku godzinach w pociągu byliśmy na miejscu i swoje pierwsze kroki skierowaliśmy sdo Expo tradycyjnie już znajdujacego się w Hali Międzynzarodowych Targów Poznańskich. Odebraliśmy pakiety i niebawem dotarliśmy już do hostelu. Mieliśmy sporo szczęścia, bo jeden z zakwaterownaych w naszym pokoju gości nie dojechał i cały czterososobowy pokój był jedynie do naszej dyspozycji.

      Start biegu o 9:00 pogoda do biegania może nie idealna, ale raczej sprzyja. Oczekiwania co do wyniku są spore. W pierwszych półmaratonach tego roku osiagnąłem czwarty i szósty wynik w życiu na tym dystansie co tknęło we mnie sporo wiary, że zimowe treningi wiele mi dały. Gdy do tego wszystkiego tydzień przed Poznaniem na drugim końcu świata na wyjątkowo trudnej trasie w Cape Town w RPA pobiegłem tylko kilka minut wolniej to poczułem, że jestem w stanie w Poznaniu naprawdę powalczyć. Nie ukrywam, że liczyłem na  bieg w okolicach 1:40, a może nawet na życiówkę. Postanowiłem więc zaryzykować i zobaczyć co z tego wyjdzie.

      Szczęście nie sprzyjało już jednak od samego początku. Spory tłok na pierwszym kilometrze, chwilę potem rozwiązane sznurowadło sprawiły, że optymizm dość szybko osłabł, ale ciągle walczyłem, choć przy tym tempie biegło się dość ciężko. Udało mi się je utrzymać do 10 km. Ostatecznie w połowie dystansu trzeba się było pogodzić z faktem, że tego ambitnego celu zrealizować się dziś nie uda. Nie odpuściłem jednak całkowicie i nadal starałem się dawać z siebie ile mogłem, choć mocny początek mocno nadszarpnął siłami, których momentami zaczynało brakować. Nadszarpnięta była też już niestety także trochę determinacja. Na trasie, jak to zwykle w Poznaniu bardzo duża grupa zywiołowych kibiców. Doping towarzyszył nam niemalże przez cały dystans. Na dwunastym kilometrze przebiegliśmy przez murawę stadionu Lecha. To pierszy raz, gdy miałem taką możliwość. W poprzednich latach trasa była trochę inna. Było to niewatpliwie ciekawe doświadczenie choć ten krótki odcinek biegło się dość ciężko ze względu na miekkie podłoże. Biegło się coraz trudniej, w nogach chyba czuć było ciągle jeszcze półudniowoafrykańskie górki.  Na ostatnich kilometrach dodatkowo pojawiła się kolka, która mocno ograniczyła moje tempo. Czekałem na końcówkę. Pamietałem z poprzednich edycji dość długi podbieg tuż przed samą metą, który mocno dawał się we znaki. W tym roku na szczęście go nie było. Ostatecznie do mety tradycyjnie po niebieskim dywanie dobiegłem w czasie 1:41:28. To mój ósmy wynik w życiu. Mimo więc, że oczekiwania były troszkę wyższe nie narzekam. Cieszę się i życzyłbym sobie takiej formy jak najdłużej. To bowiem już bezapelacyjnie mój drugi najlepszy sezon w życiu po 2022. Za tydzień Gdynia, gdzie pobiegnę ambitnie, a potem już w kolejnych startach więcej luzu i zabawy.

  2026.04.19 Poznań Półmaraton: 18 POZNAŃ PÓŁMARATON – 1:41:28


Dobra Nadzieja

    Szukając inspiracji na kolejne wyjazdy od dawna po głowie krążyła mi Republika Południowej Afryki. Powody są w zasadzie oczywiste. To przede wszystkim piękne, naprawdę wyjątkowe miejsce począwszy od spektakularnej przyrody, przez unikalną historię polityczną, aż po położenie na mapie. Jest to bowiem najbardziej wysunięta na południe część Afryki i miejsce, gdzie łączą się ze sobą nawzajem dwa oceany: Atlantycki i Indyjski. Kraj ten zapisał się także na stałe w historii odkryć geograficznych. Na południowym krańcu RPA znajduje się bowiem Przylądek Dobrej Nadziei. Jego odnalezienie pod koniec XV wieku przez Bartolomeu Diasa było pierwszym krokiem do wyznaczenia morskiego szlaku z Europy do Indii. Nie ukrywam, że podróż do Republiki Południowej Afryki i możliwość ukończenia tam jakiegoś biegu była dla mnie sporym wyzwaniem, ale też coraz większym pragnieniem. Gdy okazało się, że co roku w kwietniu w Kapsztadzie organizowany jest TOTALSPORT TWO OCEANS MARATHON, określany przez organizatorów najpiękniejszym maratonem na świecie, podczas którego jest możliwość pobiegnięcia także półmaratonu wiedziałem już, że chcę tam być… chcę tam być… i będę.

      Swoją podróż zaczynałem w czwartek popołudniu lotem do Frankfurtu. Stąd już bezpośrednio na miejsce. Mój niepokój budził trochę dość krótki czas na przesiadkę. Po niespodziewanej zmianie godziny wylotu zostało mi jedynie siedemdziesiąt minut, co na tym ogromnym, jednym z największych lotnisk w Europie mogło okazać się niewystraczające. Na szczęście wszystko poszło w miarę sprawnie, obyło się bez niespodziewanych przygód i po kilkunastu godzinach w powietrzu rano wylądowałem w Kapsztadzie. Z lotniska nie ma zbyt dobrego dojazdu do centrum miasta. Dlatego też jeszcze przed wyjazdem zarezerwowałem sobie transport. Kierowcę oczekującego na mnie z tabliczką z moim nazwiskiem udało się znaleźć bez problemu i zgodnie z planem mogłem ruszyć w kierunku miasta.

      W hostelu miałem możliwość zameldować się dopiero popołudniu. Postanowiłem więc wolny czas wykorzystać przede wszystkim na odebranie pakietu. Expo było zlokalizowane w centrum kongresowym Cape Town International Convention Center i to tam zawiózł mnie kierowca. Po załatwieniu formalności mogłem już na spokojnie oczekiwać na niedzielny poranek i zacząć cieszyć się pobytem w tym wyjątkowym miejscu. Na początek skierowałem się w stronę położonego niedaleko Green Point Stadium. Nowoczesny zbudowany z myślą o Mistrzostwach Świata w 2010 roku stadion stał się wówczas jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli tego globalnego wydarzenia. Konstrukcja stadionu z jej charakterystycznym, okrągłym kształtem i szklaną fasadą, przyciąga z daleka wzrok i stanowi nowoczesny akcent na tle malowniczego krajobrazu Kapsztadu. Stadion jest naprawdę ogromny. Może pomieścić nawet sześćdziesiąt osiem tysięcy widzów. Podążając dalej dotarłem do jednego z najbardziej egzotycznych miejsc tego miasta, czyli Bo-Kaap. Przy wąskich, krętych uliczkach tej historycznej zwanej kiedyś Malay Quarter dzielnicy stoją odrestaurowane, pomalowane na pastelowe kolory domy z początków XVIII i XIX wieku. Sprowadzano tu niewolników, rzemieślników i pracowników z Malajów, Indonezji oraz innych części Afryki i Azji. Byli to przede wszystkim muzułmanie, co doprowadziło do powstania silnej społeczności islamskiej, która przetrwała do dziś i zachowała swoją odrębność kulturową.

      Podążając dalej skierowałem się w stronę centrum i niedługo potem byłem już na głównym placu w mieście zwanym Grand Parade, gdzie znajduje się miejski Ratusz. Budynek otwarto na początku ubiegłego stulecia. Obecnie urzędy administracji miejskiej znajdują się w innym miejscu, natomiast w ratuszu odbywają się liczne wydarzenia kulturalne, jest on również miejscem regularnych koncertów Cape Philharmonic Orchestra. Budynek zyskał ogromne znaczenie historyczne w 1990 roku, kiedy to Nelson Mandela wygłosił ze swojego balkonu pierwsze publiczne przemówienie po zwolnieniu z więzienia, stając się symbolicznym momentem w drodze RPA ku demokracji. Dziś na tym samym balkonie stoi jego mosiężny posąg naturalnych rozmiarów z charakterystycznym gestem dłoni pozdrawiającym ludzi zgromadzonych przed budynkiem. Pewnie dokadnie tak samo wyglądało to trzydzieści sześć lat temu. Przechodzącego obok młodego chłopaka poprosiłem o zrobienie mi zdjęcia. Rozczulił mnie trochę. Zapytał skąd jestem, a gdy opowiedziałem, że z Europy, z Polski, nie szukał wsparcia finansowego i paru groszy, jak inni, których spotykałem po drodze, ale po prostu poprosił, aby się za nich w domyśle „Afrykanerów” pomodlić. Chwycił mnie tym trochę za serce. Tuż obok ratusza odnalazłem kolejny punkt na swojej liście – Zamek Dobrej Nadziei. Ta forteca będąca najstarszą istniejącą kolonialną budowlą w kraju została zbudowana przez Holendrów w XVII wieku. Co ciekawe powstała pierwotnie nad brzegiem, by chronić miasto przed atakami z morza oraz jako punkt zaopatrzeniowy dla statków przemierzających drogę do Indii i na Daleki Wschód. Obecnie leży w centrum miasta. Świadczy to o zmianie linii brzegowej na przestrzeni wieków. Zamek ma kształt pentagonu, z pięcioma wieżami, z których każdy nosi nazwę związaną z władcami Niderlandów. W murach kryją się liczne zabytki, w tym na przykład eleganckie sale, które niegdyś były świadkami kolonialnych balów i oficjalnych uroczystości. Obecnie kompleks pełni również funkcje kulturalne i turystyczne. Można w nim odwiedzić liczne muzea, czy inne historyczne pomieszczenia, w tym dawne więzienia i sale tortur, które świadczą o mrocznej historii tego miejsca. Kierując się już powoli w stronę hostelu odnalazłem anglikańską katedrę Św. Jerzego. Budynek w tym miejscy stoi od ponad stu dwudziestu lat i jest jednym z najbardziej znaczących zabytków RPA, nie tylko ze względów religijnych, ale również jako miejsce ważnych wydarzeń społecznych i politycznych. Katedra była centrum protestów przeciwko apartheidowi, a jej ówczesny arcybiskup Desmond Tutu, znany z walki o prawa człowieka późniejszy laureat Pokojowej Nagrody Nobla często prowadził tu nabożeństwa. Tuż obok znajdują się ogrody Companys Gardens. Założony w XVII wieku przez Holendrów, jako miejsce uprawy warzyw dla zaopatrywania statków park jest dziś ulubionym miejscem spacerów lokalnych mieszkańców i turystów. Można powiedzieć, że to zielona oaza w samym centrum miasta i nie jest to żadną przesadą. Ponieważ to był dobry moment i miejsce na to, aby w końcu coś zjeść i odpocząć przysiadłem sobie na chwilę na ławeczce. Mimo, że to piątek i środek dnia w parku było pełno ludzi, którzy wypoczywali leżąc na trawnikach na rozłożonych kocach. Wokół biegało też pełno wiewiórek. Widok ten przywołał trochę wspomnienie z Delhi, bo tam też przecież było ich pełno, choć te afrykańskie były chyba zdecydowanie bardziej odważne i oswojone. Podchodziły do ludzi, dawały się karmić z dłoni, wyglądały też trochę inaczej. Kierując się dalej w stronę hostelu dotarłem do Muzeum District Six. To miejsce upamiętniające wzruszającą historię dzielnicy i losy jej mieszkańców wysiedlonych podczas apartheidu. Dystrykt Szósty był kiedyś tętniącym życiem, wielokulturowym centrum, w którym mieszkały osoby różnych ras i wyznań. W 1966 roku rząd południowoafrykański ogłosił ten obszar „białą” dzielnicą, w wyniku czego ponad sześćdziesiąt tysięcy jego mieszkańców zostało przymusowo przesiedlonych, a ich domy zrównane z ziemią. Muzeum mieści się w dawnym kościele metodystów, jednym z nielicznych budynków ocalałych po wysiedleniach. Ekspozycja jest rozmieszczona na dwóch piętrach i obejmuje fotografie i malowidła przedstawiające życie codzienne mieszkańców dzielnicy, rzeczy osobiste często przekazywane przez byłych lokatorów, czy mapy dzielnicy, na których dawni mieszkańcy zaznaczają lokalizację swoich zburzonych domów. Na koniec tego dnia zostawiłem sobie dwie instytucje kulturowe. Założone w 1825 r. Iziko South African Museum było pierwszym muzeum narodowym w RPA i specjalizuje się w zoologii, paleontologii i archeologii. Zbiory zawierają ponad półtora miliona obiektów, od skamieniałości sprzed siedmiuset milionów lat, poprzez dinozaury i ssaki morskie, po współczesne gatunki zwierząt. Natomiast Iziko South African National Gallery to najważniejsza instytucja kulturalna w Kapsztadzie i wybitne muzeum sztuki w Republice Południowej Afryki. Znajdując się w sercu miasta galeria jest domem dla niezwykłej kolekcji dzieł sztuki od malowniczych pejzaży po współczesne instalacje. Galeria została założona w 1871 roku i od tego czasu gromadzi, konserwuje i prezentuje sztukę zarówno południowoafrykańską, jak i międzynarodową. Jej zbiory zawierają prace artystów z różnych okresów i stylów z silnym naciskiem na sztukę afrykańską i południowoafrykańską. Kolekcja obejmuje malarstwo, rzeźbę, fotografię, grafikę, ceramikę, tekstylia i biżuterię, co czyni ją jednym z najbardziej wszechstronnych muzeów sztuki na kontynencie.

      W końcu po kilku godzinach wędrówki dotarłem do mejsca, gdzie miałem spędzić kilka najbliższych nocy. Tym razem miał to być hostel, w którym czekało na mnie miejsce w czteroosobowym pokoju i muszę powiedzieć, że od razu poczułem, że to był dobry wybór. Już na recepcji przywitała mnie swoim szerokiem uśmiechem od ucha do ucha sympatyczna Niquie. Gdy podczas krótkiej pogawędki opowiedziałem Jej po co przyjechałem do Kapsztadu i jakie mam plany była pod ogromnym wrażeniem, czemu dawała zresztą upust nie mogąc opanować emocji. Podekscytowana zdradziła, że niedawno też zaczęła biegać, na razie jedynie po sześć kilometrów, ale obiecała że za rok wystartuje w półmaratonie. Gorąco trzymam kciuki. Trochę onieśmielony tym niespowiedziewanym zainteresowaniem i uznaniem poszedłem do swojego pokoju odpoczywać. Przez kolejne dni mojego pobytu będziemy się widywać w zasadzie codziennie i i za każdym razem będą to miłe spotkania. Na sam hostel też nie mogłem narzekać. Było czysto, schludnie i znajdowało się w nim wszystko czego potrzebowałem. Po ostatnich doświadczeniach w Nairobi, czy Delhi naprawdę to doceniłem. Jedynie, do czego można się było przyczepić to hałas. Zlokalizowane na dole restauracje czy kluby, w których do późnych godzin nocnych grała głośna muzyka skutecznie odbierały szansę na dobry sen, co zwłaszcza przed biegiem było bardzo istotne. No cóż… Trudno.

      W pokoju początkowo zameldowany byłem z Sheinem, młodym Amerykaninem, który co prawda do Kapsztadu przyjechał w charakterze turysty, to jednak ma za sobą całkiem udaną akademicką karierę biegacza, a także z Yo z Japonii, który swoją otwartością przeczył trochę obrazowi, który wyrobiłem sobie przez te lata o tej nacji. Panowie wkrótce opuścili hotel, a ich miejsce zajął z Florian z Polinezji Francuskiej, Ronaldo chłopak, który do Kapsztadu przyjechał z niedalekiego Johannesburga wyrobić jakiś certyfikat umożliwiający pracę na promach, a którego rodzice musieli być chyba ogromnymi fanami sławnego piłkarza skoro nadali mu takie imię, czy Rehema, agentka turystyczna z Zanzibaru, która przybyła tu na jakieś branżowe targi. Było to niewątpliwie miłe towarzystwo, choć generalnie widywaliśmy się rzadko. Nikt z nas mimo różnych celów nie przyleciał przecież do Kapsztadu, po to, aby siedzieć w hostelu.

      Wieczorem przeglądając w telefonie informacje z kraju znalazłem coś, co przez chwilę mną wstrząsnęło i nie mogłem uwierzyć, że to, co widzę to prawda. Podczas biegania zasłabł, a następnie zmarł asystent selekcjonera piłkarskiej reprezentacji Polski Jacek Magiera. Poruszyło mną to podwójnie. Po pierwsze, bo szanowałem Pana Jacka, za osiągnięcia, osobowość i charakter, a po drugie ze względu na okoliczności. Biegał, był zdrowy, wysportowany i tylko dwa lata starszy ode mnie… Smutne.

      Na sobotę specjalnych planów nie miałem. To, na czym mi zależało w mieście zobaczyłem już w piątek. Sobotę mogłem więc wykorzystać na odrobinę odpoczynku i relaksu na plaży. Wybrałem się tam pociągiem. Po godzinie jazdy dotarłem do popularnej miejscowości Muizenberg. Jest ona znana głównie z plaży z białym wyjątkowo drobnym piaskiem i pięknymi ikonicznymi kolorowymi domkami, które bardzo chciałem zobaczyć. Piękna plaża przyciąga nie tylko turystów, ale także surferów, i co ciekawe pojawiają się tu nawet białe rekiny. Wywieszona właśnie czarna flaga oznaczała ich aktywność i teoretycznie zakaz wchodzenia do wody. Śmiałków jednak nie brakowało. Po kilku godzinach na plaży wróciłem do hostelu. Trzeba było trochę odpocząć i przygotować się do biegu. Start przecież bardzo wcześnie rano.

      Jeszcze długo przed wyjazdem zastanawiałem się jak dostanę się na start. Od mojego hostelu to prawie dziesięć kilometrów. Początkowo brałem pod uwagę taksówkę. W ostatniej chwili okazało się, że dla uczestników zawodów będzie przygotowany specjalny pociąg. Uznałem, że to najlepsza opcja. Taksówką byłoby trudniej ze względu na ograniczenia w ruchu. Pociąg dojeżdżał do miejsca oddalonego od startu dosłownie kilkaset metrów. Problemem było jedynie dotarcie o czwartej w nocy w mieście uchodzącym za bardzo niebezpieczne na dworzec. Miałem tam około dwóch kilometrów. Czułem trochę obawy, ale trzeba było się z tym jakoś zmierzyć. Dość szybko dotarło do mnie, że chyba nie będzie tak źle. Zupełnie inaczej wyobrażałem sobie ulice Kapsztadu o tej porze. Mimo bardzo wczesnej godziny pełno było ludzi. Dominowała zwłaszcza młodzież, która ciągle jeszcze kontynuowała sobotnie klubowe imprezy, ale porządku pilnowało także wielu policjantów. Ostatecznie udało się dotrzeć do dworca bezpiecznie i bez żadnych stresujących sytuacji. Na dworcu poznałem Edwarda, biegacza z Johanessburga i na miejsce dotarliśmy już razem miło rozmawiając.

      Start biegu wyznaczono falami o 6:15. Już przed wyjazdem wiedziałem, że trasa będzie naprawdę wymagająca. Studiując jej profil nie dało się nie zauważyć dwóch bardzo wysokich podbiegów. Pierwszy już niebawem po starcie, bo na trzecim kilometrze sto metrów w górę, drugi od połowy dystansu wysoki na sto osiemdziesięciąt metrów. Było więc dla mnie oczywiste, że mimo dobrej formy nie będę w stanie pobiec tak szybko, jak w Delhi w lutym, czy w marcu w Warszawie, gdzie uzyskałem niemalże dokładnie takie same bardzo dobre wyniki. Uznałem więc, że bieg potraktuje przede wszystkim treningowo przed czekającymi mnie niebawem startami już w Polsce, w Poznaniu i Gdyni, a rezultat poniżej dwóch godzin mnie zadowoli. Gdzieś w głębi duszy mam jednak nadzieję, że uda się powalczyć o godzinę pięćdziesiąt. Czuję się mimo wszystko dobrze. Startujemy jeszcze o zmroku. Dzięki temu jest możliwość podziwiania krajobrazu pięknie oświetlonego miasta z górami w tle. Piękny to widok. Początek trasy wiedzie wzdłuż winnic Constantia. Przetrwałem jakoś pierwszy podbieg. Dziesięć kilometrów w czterdzieści dziewięć i pół minuty, to na tym etapie wynik powyżej oczekiwań. Od tego momentu zaczyna się jednak drugie jeszcze trudniejsze wzniesienie, które będzie miało, aż pięć kilometrów długości. Do tej pory starałem się o nim nie myśleć i po prostu robiłem swoje. Teraz nie ma już innego wyjścia. Trzeba się z nim zmierzyć. Tempo trochę spadło, ale mniej niż się mogłem tego spodziewać. Pomaga wspaniała atmosfera. Żywiołowy doping ludzi, którzy mimo wczesnej pory pojawili się na trasie, by mocno nas wspierać momentami wywołuje we mnie wręcz delikatne wzruszenie. Naprawdę ciesze się, że tu jestem i biorę w tym wszystkim udział. Gdy dobiegam do szesnatego kilometra czuję się tak, jakbym ten bieg właśnie skończył. Wypełnia mnie ulga, która zwykle pojawia się dopiero na mecie. Wiem już bowiem, że wszystko co najgorsze prawdopdoobnie mam już za sobą, bo ostatnie kilometry w dużej mierze będą z górki. Co prawda w końcówce pojawiają się jeszcze pewne wzniesienia, ale to już w nic w porównaniu z tym, z czym mierzyliśmy się wcześniej. Do mety ustawionej na uniwersyteckim stadionie do rugby dobiegam z czasem 1:44:53 – z absolutnym zaskoczeniem, pełną satysfakcją i biało-czerwoną flagą wzniesioną w górę w geście triumfu.

      Po biegu zostałem chwilę by wymienić wrażenia z innymi biegaczami, pocieszyć sie atmosferą i tym wszystkim, co dla biegaczy przygotowali organizatorzy, ale tego dnia miałem jeszcze inne plany, dlatego zależało mi jednak, aby w miarę szybko wrócić do hostelu. Okazało się, że nie bardzo jest czym. Pociąg do centrum odjeżdżał dopiero o trzynastej, czyli za trzy godziny. Trochę już pogodzony, że zostałem na pewien czas uziemiony wpadłem na pomysł, aby zapytać tutejszych biegaczy, czy ktoś z nich nie jedzie akurat swoim autem do centrum miasta i nie wziąłby mnie ze sobą. Pierwsza próba zakończyła sie porażką, ale za drugim razem się udało. Pewna miła czarnoskóra para odstawiła mnie w zasadzie pod sam hostel, a ja mogłem przejść do realizacji dalszych planów.

      Po południu czekała mnie wyprawa na Signal Hill. To jedno z najbardziej malowniczych miejsc w Kapsztadzie. Jeszcze przed wyjazdem wyczytałem, że ta położona bezpośrednio obok słynnej Góry Stołowej niewysoka wznosząca się na około trzysta pięćdziesiąt metrów góra oferuje niezapomniane widoki na miasto i okolicę, w tym na przepiękną Zatokę Stołową. Jest to idealne miejsce na piknik, romantyczny spacer o zachodzie słońca czy sesję fotograficzną z panoramą Kapsztadu w tle. Znajduje się tu także słynna armata Noon Gun, która jest wystrzeliwana codziennie w południe. To tradycja sięgająca połowy XIX wieku, która służyła jako sygnał czasowy dla okrętów. Kapsztad był dobrze znanym przystankiem podczas podróży morskich, w którym cumowało wiele statków. Bez nowoczesnej komunikacji sygnalizującej przybycie gości, działa na Wzgórzu Sygnałowym były używane do informowania mieszkańców o przybyciu nowego statku. Gdy nowoczesna komunikacja zastąpiła tę potrzebę, wzgórze nadal pozostało związane z sygnalizacją, czy to przybywających statków, czy ogłaszania pory dnia i dlatego stało się znane jako Signal Hill. Co ciekawe jeszcze przed wyjazdem wyczytałem, że u wybrzeży RPA spoczywa w sumie około dwóch tysięcy wraków statków, a większość z nich ma ponad pięćset lat. Do podnóża góry podjechałem autobusem. Dalej trzeba było radzić sobie już pieszo. Pierwsze kilometry pokonałem asfaltową drogą, ostatni z nich to już niestety kamiennisty górski szlak. Po godzinie marszu byłem na miejescu, a oszałamiające widoki wynagrodziły trudy wspinaczki.

      Na poniedziałek jeszcze przed wyjazdem wykupiłem sobie wycieczkę do miejsc, które traktowałem jako obowiązkowe, a do których trudno byłoby mi dotrzeć na własna rękę. Tuż przed ósmą odebrała mnie z hotelu Nuria, młoda sympatyczna dziewczyna, która była zarówno kierowcą, jak i przewodnikiem. Drugą uczestniczką naszej wyprawy była pochodząca z Ghany, a na stałe mieszkająca w Londynie Jennifer. Rozbawiła mnie, gdy się okazało, że pochodzę z Polski. Podobno w Londynie ma polską sąsiadkę, która nazywa ją „wariacka”. Gdy sprecyzowałem, że pewnie raczej „wariatka” przy okazji tłumacząc co to znaczy śmialiśmy się już we trójkę. Rzeczywiście była trochę szalona. Do pierwszego punktu naszej wyprawy, czyli Góry Stołowej dotarliśmy w ciągu kilkudziesięciu minut. Na szczyt wysokiej na ponad tysiąc metrów góry, która jest jednym z siedmiu nowych naturalnych cudów świata  wjechaliśmy kolejką linową. Podziwiając panoramę miasta z tej perspektywy usłyszałem polski język. Były to dwie panie mieszkające w Stanach. Starsza Zofia urodziła się w Polsce w czasie wojny, jej córka już za oceanem i choć trudno się wyzbyć akcentu to jednak obie Panie świetnie mówią po polsku. Podczas krótkiej rozmowy opowiedziałem im w skrócie, co mnie do RPA sprowadziło i jakie mam cele. Były na tyle pod wrażeniem ze poprosiły o kontakt i wspólne zdjęcie. Nie ukrywam, że cieszą mnie tego typu spotkania i reakcje. Daje mi to poczucie, że to co robię już od tylu lat ma sens i naprawdę coś znaczy.

      Podążając dalej autem minęliśmy jeden z Townshipów, czyli porównywalnych do brazylijskich faveli dzielnic, które powstały w wyniku polityki apartheidu, mającej na celu kontrolę nad ludnością kolorową. Ludzie żyją tam w ogromnej biedzie i mając ograniczone możliwości funkcjonowania. Niedługo potem minęliśmy plażę Camps Bay. To dla kontrastu dość luksusowa okolica, która przyciąga bogaczy. Podobno dom w tej okolicy ma na przykład pochodząca z RPA hollywodzka gwiazda Charlize Theron. Jadąc dalej wykutą w skale trasą Chapman’s Peak, która uchodzi za jedną z najpiękniejszych tras górskich na świecie dotarliśmy do przepięknej zatoki Haut Bay. Muszę przyznać, że otaczające ją krajobrazy były po prostu cudowne i zrobiły na mnie ogromne wrażenie.

      Niebawem dotarliśmy do spektakularnego punktu naszej wyprawy, a mianowicie do Przylądka Dobrej Nadziei. To miejsca, gdzie w zasadzie kończy się kontynent afrykański. Czułem ogromne emocje. Do tej pory znak informujący o najdalej wysuniętym punkcie południowo-zachodniej Afryki znałem jedynie z telewizji i zdjęć. Teraz stałem tuż obok niego i byłem niesamowicie podekscytowany. W oddali rzucały się w oczy ustawione tuż nad oceanem dwa kamienne krzyże. Ten po lewej to krzyż Vasco da Gamy, ten po prawej to krzyż Bartolomeo Diasa. Portugalscy odkrywcy zwykli oznaczać swoje nowo odkryte miejsca kamiennymi pomnikami zwanymi „padro”. Te duże kamienne filary zwięńczone krzyżami i herbem Portugalii były symbolami imperialnych ambicji i chrztu niezbadanych dotąd brzegów. Oba „padro”, zostały wzniesione w latach sześćdziesiątych poprzedniego stulecia w miejscu domniemanego przybycia odkrywców i stanowią przejmujące przypomnienie ich morskich wypraw, które ukształtowały dzisiejszy świat. Odwiedzenie tego miejsca było dla mnie sporym przeżyciem i cudowną przygodą.

      Podążając dalej dojechaliśmy do Cape Point. Na szczycie góry znaduje się postawiona w polowie XIX wieku latarnia morska. Na górę można dostać się albo pieszo, albo kolejką zwaną po żeglarsku „Latający Holender”. Ja wybrałem marsz. Dotarcie na szczyt nie było tak wymagające, jak myślałem i w kwadrans dotarłem na miejsce. Tak, czy inaczej było warto, bo widoki na bezkresny ocean i klify są przepiękne. Ostatnim przystankiem naszej wycieczki byla plaża Bolder Beach. To jedno z najbardziej unikalnych miejsc na świecie. Co ciekawe na tej plaży w zasadzie nie ma piasku. Są za to imponujące naturalne baseny skalne, które nadaja temu miejscu uroku. Jednakże i tak naciekawsza atrakcją są żyjące tutaj afrykańskie pingwiny, z którymi można w zasadzie stanąć oko w oko w odległości kilku metrów. Nie uciekają. Zresztą nie należą do zbyt ruchliwych ptaków. Długimi minutami siedziały w zupełnym bezruchu obserwując podziwiających ich turystów i pozując do zdjęć niczym obyte z obiektywem modele i modelki.

      We wtorek rano spotkałem się z Debbie. Poznaliśmy się jeszcze w sobotę. Mieliśmy się spotkać w niedzielę po biegu, nie udało się. Potem liczyliśmy na spotkanie w poniedziałek po wycieczce, także się nie udało. Udało się za trzecim razem, w zasadzie w ostatniej chwili. Debbie próbuje swoich sił jako modelka i influencerka. Dodatkowo prowadzi internetowy butik z odzieżą. Sprowadza produkty z Chin i sprzedaje je potem lokalnie w RPA. Było bardzo miło, ale w końcu trzeba było kierować się w stronę lotniska, a potem już długa, daleka i naprawdę męcząca droga do domu. Z Kapsztadu zabieram wspaniałe wspomnienia. Widziałem już wiele pięknych miejsc, ale chyba nigdzie nie ma ich tak dużo jak tu. Z afrykańskich krajów, które miałem okazję odwiedzić RPA podobało mi się zdecydowanie najbardziej. Kapsztad to chyba też najbardziej europejskie z afrykańskich miast, w których byłem i myślę, że mógłbym tu nawet kiedyś zamieszkać. Kto wie… może kiedyś? 

2026.04.12 Kapsztad (RPA) TOTALSPORT TWO OCEANS HALFMARATHON  – 1:44:53

Więcej zdjęć z biegu:

Więcej zdjęć z Kapsztadu:

Więcej zdjęć z Muizenberg:

Więcej zdjęć z Góry Stołowej i Przylądka Dobrej Nadziei:


Rekordowo

      Kolejny swój półmaraton pobiegłem w Warszawie. To już szósty raz, gdy stanąłem na starcie Półmaratonu Warszawskiego. Była to szczególna edycja o tyle, że po pierwsze dwudziesta jubileuszowa, a po drugie był to w naszym kraju do tej pory największy bieg w historii. Na obu dystansach, czyli w biegu głównym oraz towarzyszącej piątce pobiegło w sumie ponad 30 000 ludzi.

      Do Warszawy tradycyjnie wybrałem się pociągiem i trzeba przyznać, że od pierwszej chwili na brak towarzystwa narzekać nie mogłem. Towarzyszyły mi bowiem koleżanki z zaprzyjaźnionego klubu Wiśniew biega i maszeruje. Gdy już dojechaliśmy na miejsce mimo ogromnego tłumu też co chwilę napotykałem znajome twarze. Była to wspaniała okazja by tego dnia w jednym miejscu spotkać wielu biegowych (i nie tylko) przyjaciół poznawanych na różnym etapie swojego biegowego życia.

      Co do wyniku specjalnych oczekiwań nie miałem. Pierwszy półmaraton tego sezonu w Delhi miesiąc temu był dla mnie ogromną niespodzianką i tknął we mnie wiele wiary w kolejne starty. Po powrocie do Polski złapałem jednak zapalenie zatok i musiałem zrobić ponad tygodniową przerwę od treningów. Trudno więc było tak naprawdę przewidzieć jaki będzie to miało wpływ na moją dyspozycję. W pamięci miałem też zeszły sezon, gdy po dwóch świetnych jak na moje skromne możliwości wynikach w Wiązownie i Bolonii w Warszawie poszło mi już tak raczej średnio. Do biegu podchodziłem więc z dużą dozą ostrożności, ale i z nadzieją.

 

      Wystartowałem w strefie na 1:45 wraz z kolegą Hubertem. Poznaliśmy się na wyjeżdzie na Monte Cassino. Potem jeszcze pare razy mieliśmy miłą okazję się spotkać, ale ostatnio nie widzieliśmy się już ładnych parę lat. Było o czym rozmawiać. Mimo tłoku i faktu, że od razu na początku czekał na nas jeden z dwóch największych tego dnia podbiegów to zacząłem dość szybko. Biegło mi się jednak ciężko. Zdecydowanie ciężej, niż w Delhi. Było na pewno cieplej. W momencie, gdy zaczynaliśmy rywalizację czyli po godzinie jedenastej momentami dawało już o sobie znać słońce. Mimo nienajlepszego samopooczucia udawało mi się jednak utrzymywać cały czas dobre wysokie tempo. Niewątpliwie animuszu dodawali kibicie. Kilkadziesiąt punktów wsparcia i jak chwalą się organizatorzy sto tysięcy kibiców na trasie pozwalało wykrzesać z siebie dodatkowe pokłady energii.  

 

      Gdzieś w połowie stawki wsród kibiców wypatrzyłem Michała Żewłakowa. To nie jedyny reprezentant Polski w piłce nożnej, którego spotkałem tego dnia. Jeszcze przed startem wsród uczestników natnąłem się na Jakuba Wawrzyniaka. Z relacji internetowych wiem, że w stawce tego dnia było także wiele innych znanych osobowości.

 

      Dziesięć kilometrów przebiegłem w czasie 47:45. Ponad pół minuty szybciej, niż w Delhi.  Pokonanie każdego kilometra zajmowało mi sporo poniżej pięciu minut. Dopiero na piętnastym, gdzie był stromy podbieg połączony z bufetem był trochę wolniejszy. Szybko jednak wrociłem na właściwe tory i zostało nawet trochę sił na mocnniejszy finisz. Ostatni kilometr był najszybszy ze wszystkich. Na metę wpadłem z czasem 1:40:44. To siedem sekund szybciej, niż w Delhi.  Byłem naprawdę zadowolony.

      To był mój 79 półmaraton  i czwarty wynik w życiu. Trudno więc się nie cieszyć i z optymizmem nie patrzeć na kolejne zbliżajace się starty. To była naprawdę miła i udana niedziela.

  2026.03.22 Warszawa Półmaraton: 20 PÓŁMARATON WARSZAWSKI – 1:40:44


Niewykorzystana szansa

        Zdarza się, że na naszej drodze pojawiają się pewne szanse, a my ich nie wykorzystujemy. Dzieje się tak z powodu strachu, jakichś ograniczeń, a czasami po prostu braku świadomości. Wiele lat temu w firmie, w której wówczas pracowałem dostałem propozycję wyjazdu służbowego na dwa, trzy tygodnie do Indii. Propozycję odrzuciłem. Powody swojej decyzji tłumaczyłem sobie różnie. Może trochę lękiem przed tak daleką podróżą, może trochę ograniczeniami językowymi, a najbardziej chyba po prostu nie zdawałem sobie sprawy, że ten wyjazd to dla mnie tak naprawdę nie problem, a ogromna szansa na przeżycie czegoś wyjątkowego. Wówczas jeszcze nie doceniałem podróżowania po świecie. Zagranicą byłem jedynie kilka razy. Taki wyjazd na tamtą chwilę mnie po prostu przerastał, nie byłem na niego gotowy. Choć czasu cofnąć nie mogłem, to jednak chciałem ten błąd kiedyś naprawić i do tego dalekiego kraju rzeczywiście się wybrać. Już na własnych warunkach, no i niestety tym razem już na własny koszt. Potrzebowałem blisko dekady, ale w końcu to się stało. Po tych wielu latach dojrzałem do tego, by swój sezon biegowy 2026 rozpocząć w lutym właśnie w Indiach startując w COGNIZANT NEW DELHI HALFMARATHON.

      Na wyjazd czekałem z pewną ekscytacją, ale i zniecierpliwieniem. Po pierwsze od mojego ostatniego półmaratonu minęło już prawie trzy miesiące. Stęskniłem się trochę za zawodami i tym dreszczykiem sportowych emocji. Po drugie ciekawiły mnie same Indie. Wiedziałem przecież, że to niezwykle interesujący kraj pełen kontrastów i skrywający w sobie wiele tajemnic, a jego egzotyka, rozległe dziedzictwo historyczne, duchowe i kulturowe dawało mi gwarancję, że znajdę tam coś, co mnie zaciekawi i będzie to kolejna wspaniała przygoda.

      Podróż zaczynałem tym razem w czwartek po popołudniu. Biorąc pod uwagę długość lotu i cztero- i półgodzinną różnicę czasu na miejscu byłem nad ranem. Po przejściu przez wszelkie przedłużające się trochę formalności i odczekaniu chwilę, aż miasto zacznie budzić się do życia odnalazłem metro i pojechałem do centrum. Przygotowując się do tej podróży wynotowałem sobie miejsca, które chciałbym zobaczyć i okazało się, że ta lista jest naprawdę długa. Co gorsza, wszystko co najciekawsze porozrzucane jest w różnych częściach miasta, a miasto jest po prostu gigantyczne. Cała aglomeracja to około trzydzieści pięć milionów ludzi, czyli niewiele mniej, niż w Polsce. W Indiach planowałem spędzić w sumie aż cztery dni, ale żeby zobaczyć to, co chciałem musiałem skrupulatnie wszystko zaplanować, naprawdę bardzo się postarać i liczyć na odrobinę szcześcia. Dlatego też nie chcąc tracić czasu odkrywanie Delhi miałem zamiar rozpocząć od razu po drodze z lotniska.

     Choć oficjalnie Indie pozostają państwem świeckim to jednak charakteryzują się różnorodnością przekonań i praktyk religijnych. To tu narodziły się aż cztery duże religie: hinduizm, buddyzm, sikhizm i dżinizm. Znajduje się tu niezliczona ilość światyń religijnych różnych wyzwań, które co roku przyciagają miliony turystów z całego świata. Było więc jasne, że to właśnie miejsca kultu religijnego zdominują także plan mojego pobytu. Od nich też postanowiłem zacząć. Pierwszym punktem na mojej liście była Gurdwara Bangla Sahib, czyli świątynia sikhijska poświęcona pamięci jednego z  Guru – Har Krishana, w drugiej hindusitycznej Shri Laxmi Narayan czci się boga Narayana i bogini Lakshmi – symbole dobrobytu i pomyślności. Okazalsza jest ta druga i to ona zrobiła na mnie większe wrażenie. Ciekawostką jest fakt, że nad wejściem widnieje swastyka. W Europie kojarzy nam się z nazizmem, w kulturze hindusitycznej i budyjskiej symbolizuje jednak szczęście i dostatek. Kolejnym miejscem, które odwiedziłem było obserwatorium Jantar Manar. Wzniesione na początku XVIII wieku obserwatorium astronomiczne uważane jest za najstarsze tego typu na świecie. Choć w Europie w tamtym czasie znany był już teleskop to w Jantar Manar nie ma żadnych instrumentów optycznych, a mimo to udawało się określać ruchy słońca, księżyca i planet, co świadczy o dość zaawansowanej wiedzy astronomicznej ówczesnych Indii. W otaczającym obserwatorium parku poza kamiennymi przyrządami moją uwagę zwróciły wiewiórki, setki rozbieganych, ganiających się wzajemnie po trawnikach i drzewach wiewiórek. Nie jak tych naszych rudych, ale szarych, mniejszych z charakterystycznym pasem na grzbiecie. Podobnie było zresztą w innych parkach mijanych po drodze. Od czasu do czasu miałem okazję spotykać także wolnożyjące na ulicach małpy, a czasem nawet piękne zielone papugi. Podążając dalej dotarem w okolice Rashtrapati Bhavan, czyli oficjalnej rezydencji Prezydenta Indii. Budynek z trzysta czterdziestoma pokojami rozłożonymi na czterech piętrach jest największą rezydencją prezydencką na świecie. Jego budowa rozpoczęła się na początku poprzedniego stulecia i trwała około siedemnastu lat. Odbywają się w niej uroczystości państwowe, przyjęcia zagranicznych delegacji i ceremonie. Tuż obok siedziby prezydenta znajduje się Samvidhan Sadan. Przez ponad siedemdziesiąt lat, aż do otwarcia kilka lat temu nowego gmachu budynek był główną siedzibą parlamentu Indii. To tu odbywały się kluczowe debaty, uchwalano ustawy i prowadzono dyskusje, które kształtowały współczesne państwo. Na koniec zostawiłem sobie Pura Quila. Miejsce znane również jako Stary Fort to jeden z najstarszych i najbardziej fascynujących zabytków Delhi, którego korzenie sięgają XVI wieku. Mury fortecy, wykonane z piaskowca, mają około osiemnastu metrów wysokości i rozciągają się na długości prawie dwóch kilometrów, otaczając cały  kompleks pełen pałaców, meczetów i ogrodów. Było to ostatnie miejsce, które zaplanowałem odwiedzić po drodze z lotniska.

      Specerując swojego pierwszego dnia po centrum Delhi co chwilę napotykałem na porozstawiane na ulicach i chodnikach barierki, a także setki policjantów z długą bronią, co mocno ograniczało mi możliwości poruszania się po mieście. Odpowiedz czym były spowodowane aż tak duże środki ostrożności znalazłem już wkrótce na billbordach. Okazało się bowiem, że w tych dniach w Delhi organizowany był międzynarodowy szczyt dotyczący sztucznej inteligencji, na który zjechało sie wiele głów państw z całego świata. Do hotelu, w którym miałem nocować przez najbliższe dni dotarłem z poczuciem nie do końca zrealizowanego planu i potrzebą wybrania się do niektórych miejsc raz jeszcze, już na spokojnie i bez ograniczeń. Mój sztywny i napięty plan pobytu w Delhi właśnie się zachwiał.

      Podobnie jak podczas swoich dwóch ostatnich wyjazdów do krajów afrykańskich, tak i tym razem zdecydowałem się na cały pokój dla siebie w normalnym hotelu. Miejsce na nocleg, które wybrałem na pierwszy rzut oka wydawało się naprawdę całkiem przyzwoite. Okolica co prawda może nie była najlepsza. Znajdujący się w dość biednej muzułmańskiej części miasta otoczony bazarem, na którym handel kwitł od wczesnego rana do północy, gwar, ubrane w hijaby żebrzące kobiety, czy podejrzliwie spoglądający na obcego białego człowieka mężczyzni… budziło to pewien niepokój, ale trochę rekompensowała to wszystko bliskość metra, z którego miałem już otwartą drogę do wielu punktów docelowych swojej wycieczki oraz na start biegu. Byłem naprawdę zmęczony i nawet się do końca nie rozpakowywałem tylko postanowiłem odespać całą noc w podróży. Gdy przebudziłem się po kilku godzinach okazało się, że w łóżku mam pluskwy. Od razu przypomniały mi się nieprzespane noce w Porto przed laty. Nie zastanawiałem się więc ani chwili i poprosiłem o zamianę. Chłopaki na recepcji nie wyglądali na bardzo zdziwionych, że przychodzę z takim problemem. Spojrzeli tylko na siebie i chwilę potem wylądowałem w nowym pokoju. W tym pluskiew już nie było. Od czasu do czasu pojawiały się jedynie prusaki. Zarówno w pierwszym, jak i drugim nie było też ani obiecanego telewizora, ani ciepłej wody, ale dalej już nie wybrzydzałem. Przecież nie przyjechałem tu oglądać telewizję, a do chłodu przyzwyczaiła mnie mroźna zima.

     Kilka tygodni przed wyjazdem skontaktował się ze mną pochodzący z Rumunii, a mieszkający aktualnie w niemieckim Monachium Nicolae. Widząc mój komentarz pod jednym z postów na profilu biegu postanowił się do mnie odezwać z pytaniem, czy nie pomógłbym mu odebrać pakietu. Specjalizuje się w dystansach ultra, ale w drodze na swoje zawody w Hong Kongu miał mieć akurat długie międzylądowanie w Delhi. Postanowił te dwadzieścia godzin oczekiwania na kolejny lot dobrze wykorzystać i pobiec także w stolicy Indii. Biorąc pod uwagę moje doświadczenia sprzed kilku miesięcy, gdy także byłem zdany na łaskę innego biegacza nie mogłem odmówić i oczywiście zgodziłem się mu pomóc.

     Miejscem, gdzie zlokalizowano biuro zawodów, a gdzie następnego dnia miał być także start i meta okazał się imponujący stadion Jawaharlal Nehru. Został stworzony z myślą o wydarzeniach piłkarskich. Dziś odbywają się tu jednak także mecze krykieta, zawody lakkoatletyczne, a także koncerty, czy wydarzenia polityczne. Gdy stawiłem się na miejscu by odebrać pakiety okazało się, że póki co mogę dostać jedynie swój. Stanowisko z numerem startowym Nicolae ciągle nie było gotowe i miało być otwarte z półtoragodzinnym opóźnieniem. Wiedziałem więc, że będę musiał tu niestety wrócić. Na szczeście na ten dzień nie chcąc się za bardzo forsować przed biegiem nie miałem zbyt napiętych planów. Chciałem jedynie odwiedzić świątynię Lotosu. Ten znadujący się na liście światowego dziedzictwa UNESCO obiekt to największa świątynia bahaicka w Indiach. Została otwarta czterdzieści lat temu i od tego momentu odwiedziło ją wedle szacunków ponad sto milionów ludzi, co czyni ją jednym z najczęściej odwiedzanych budynków na świecie. Położony w rozległych ogrodach gmach, którego wygląd zainspirowany jest kwiatem lotosu ma wysokość około czterdziestu metrów. We wnętrzu nie ma żadnych symboli religijnych, dlatego często modlą się w niej także osoby niebędące wyznawcami bahaizmu. W świątyni mogą być czytane lub śpiewane święte pisma wszystkich religii. Nie wolno w niej jednak wygłaszać kazań lub zbierać funduszy. Mogą śpiewać w niej chóry, jednak nie można używać żadnych instrumentów muzycznych. Budynek poza tym, że jest piękny to jest także bardzo praktyczny. Zaprojektowano go tak, że wykorzystuje naturalne światło i system naturalnej wentylacji, aby utrzymać chłód, co jest istotne zwłaszcza w gorącym klimacie Delhi. Zahaczając ponownie o stadion, gdzie tym razem już wszystko poszło bez problemu wróciłem do hotelu odpocząć.

     W końcu nadeszła niedziela, dzień biegu. Z Nicolae umówiłem się pod moim hotelem. Miał przyjechać taksówką prosto z lotniska zaraz po wylądowaniu, wziąć ode mnie swój numer startowy, a potem już razem mieliśmy się udać na start piechotą. Początek biegu zaplanowano o godzinie 6:15. Biorąc pod uwagę różnicę czasu dla mnie to w zasadzie środek nocy. Maratończycy są na trasie już od ponad dwóch godzin. Co do wyniku jakichś szczególnych oczekiwań nie mam. Zimą przyłożyłem się solidnie do treningów i włożyłem w nie naprawdę sporo wysiłku, ale rekordowe, największe od wielu lat mrozy i opady śniegu w Polsce nie pomagały w budowaniu formy. Trudno jest też zawsze do końca przewidzieć jak przy tak dużej i nagłej zmianie klimatu zachowa się organizm. W ostatnich tygodniach temperatury w naszym kraju spadały w nocy do -25 stopni. W Indiach zastała mnie ta sama temperatura tyle, że na plusie. Dochodziła do tego wysoka wilgotność, różnica czasu, zmęczenie podróżą i zwiedzaniem. Mimo wszystko wydawało mi się, że godzinę i pięćdziesiąt minut powinno mi się spokojnie udać złamać. Tuż przed samym biegiem czuję się jednak na tyle zaskakująco dobrze, że postanawiam spróbować zmierzyć się z wynikiem pięć minut lepszym. Na początku biegnąć w tłumie trudno jest się rozpędzić. Gdy jednak po kilku minutach stawka rozciągnęła się udaje się w końcu uzyskać odpowiednie tempo. Po dwóch kilometrach dobiegamy do Lodi Gardens. Ten ogromny park to połączenie flory i historycznych budowli z XV i XVI wieku, w tym zabytkowych grobowców i architektury sprzed kilku setek lat. Po kolejnej pół godzinie zmagań docieramy do okolicy, w której znajduje się grobowiec Humajuna, władcy Indii z dynastii Wielkich Mogołów z XVI wieku. Od przeszło trzydziestu lat grobowiec, który jest jednym z najważniejszych zabytków Indii znajduje się na  Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Wkrótce mijam półmetek. Pierwszych dziesięć kilometrów tego biegu pokonałem w czterdzieści osiem i pół minuty. Dawno tak szybko nie biegałem, a mimo to czuję się nadal świetnie. Nie jest jeszcze gorąco. Na trasie nie brakuje też wody, którą mogę polewać coraz bardziej rozgrzane ciało. Bałem się trochę o jakość powietrza i smog. Już w piątkowy poranek, gdy tylko opuściłem lotnisko miałem okazję przekonać się, że przejrzystość powietrza jest bardzo słaba i nie widać za wiele w perspektywie nawet kilkuset metrów. O ile rano można było jeszcze przypuszczać, że to po prostu mgła to jednak utrzymujący się taki stan rzeczy przez większość słonecznego dnia sugerował, że to raczej zanieczyszczenia. Jakość powietrza nie ma na szczęście znaczącego wpływu na moje samopoczucie i oddychanie podczas biegu, a przynajmniej go nie odczuwam. Chwilę potem dobiegamy do India Gate. Byłem już tutaj w sobotę. Dostęp do tego miejsca był jednak wówczas mocno ograniczony. Wrócę tu także już po biegu, by zrobić parę pamiątkowych zdjęć, bo to jeden z najbardziej rozpoznawalnych pomników w Indiach. Brama powstała w 1931 roku jako hołd dla żołnierzy, którzy polegli w I wojnie światowej oraz wojnach afgańskich. Wysokość bramy wynosi czterdzieści metry, a jej forma inspirowana jest Łukiem Triumfalnym w Paryżu i rzeczywiście nie sposób nie zauważyć podobieństwa. Na szczycie bramy znajduje się napis „INDIA” oraz rzeźba czterystu słoni, symbolizujących siłę i potęgę kraju. Od India Gate biegniemy Karthavya Path, czyli reprezentacyjną aleją, zaprojektowaną w czasach brytyjskich, jako aleja królewska i będącą miejscem najważniejszych uroczystości państwowych. Na jej końcu znajduje się znana mi już oficjalna rezydencja Prezydenta Indii. Na czternastym kilometrze dobiegam do miejsca, gdzie na chodniku zebrało się stado kilkudziesięciu małp. Niczym grupa kibiców rozdziawiając pyszczki z zaciekawieniem przygladają się przebiegającej tuż obok rzece biegaczy nie do końca rozumiejąc co się właściwie dzieje. Kilka kilometrów dalej po nawrotce dostrzegam nadbiegającą z naprzeciwka znajomą sylwetkę biegacza. Gdy się mijamy wykrzyknął „Polska!”. Poznałem od razu. To Wojtek Machnik. Odpowiedziałem pozdrowieniem i szerokim uśmiechem. Jeśli mogę powiedzieć, że ktoś mnie w moich pasjach inspiruje to na pewno między innymi byłby to właśnie On. Kiedyś przez lata pracował w branży finansowej. Porzucił jednak karierę w korporacji na rzecz realizowania swoich marzeń i pasji. Dziś jest rekordzistą świata w ilości maratonów przebiegniętych w ciągu jednego roku w różnych zakątkach świata. Na przełomie roku 2018 i 2019 w ciagu 364 dni ukończył ich w sumie 66. Jest zdobywcą World Marathon Majors jako dwudziesty szósty Polak w historii. Realizuje także projekt polegający na ukończeniu maratonu w każdym kraju świata, wliczając w to także terytoria zależne. Jest ich w sumie 249. do tej pory pobiegł w około 180 z nich. Mam Jego książkę. Przeczytałem ją z ogromną uwagą i zaciekawieniem. Liczyłem że kiedyś na jakimś biegu w końcu się spotkamy, ale tu się Go kompletnie nie spodziewałem.

      Kolejne kilometry mijają, a mnie nie tylko nie dopadają żadne kryzysy, ale wręcz czuję się coraz lepiej. Niesiony świadomością, że nie tylko biegnę na wynik poniżej godziny i czterdziestu pięciu minut, ale wręcz mogę pokusić się o pobicie swojego najlepszego wyniku uzyskanego kiedykolwiek zagranicą ostatnie kilometry pokonuję najszybciej ze wszystkich. Ostatecznie na metę wpadam wznosząc do góry w geście triumfu biało-czerwoną flagę z wynikiem 1:40:52. Nawet nie czuję się jakoś strasznie zmęczony. Spoglądam na zegarek raz jeszcze, bo nie jestem w stanie do końca uwierzyć w to co się właśnie stało. To mój piąty wynik w życiu i rekordowy poza Polską. Ten ostatni z Chicago gorszy o prawie półtorej minuty przetrwał dziewięć miesięcy. Lepszego początku sezonu naprawdę nie mogłem sobie wymarzyć.

      Po biegu spotkałem Nicolae. Zjedliśmy wspólnie czekające na biegaczy typowe indyjskie śniadanie. To był ten moment, że w końcu mogłem skosztować lokalnego jedzenia. Przed biegiem unikałem tego. Nie chcąc ryzykować problemów żołądkowych zwanych tu uroczo „Delhi Belly” zabrałem ze sobą trochę żywności z Polski. Choć lubię ostre przyprawy to jednak kuchnia indyjska generalnie chyba nie do końca przypadła mi do gustu. Po śniadaniu wróciliśmy razem do mojego hotelu, a potem rozpoczeliśmy zwiedzanie kierując się metrem w stronę starej cześci Delhi. Na początek udaliśmy się w okolice Czerwonego Fortu. To wybudowany w XVII wieku, wpisany na listę UNESCO kompleks budowli obronnych. Nazwa pochodzi oczywiście od koloru ścian fortu, którego mury mają długość około dwóch i pół kilometra, a wysokość nawet trzydziestu trzech metrów. Co ciekawe kiedyś fort otaczała rzeka Jamuna, która odgrywała rolę fosy, ale zmieniła koryto i dziś znajduje się około kilometra dalej. W przeszłości fort wykorzystywany był jako kwatera wojsk brytyjskich, potem indyjskich, aż w końcu stał się prawdziwą atrakcją turystyczną, która podobno co roku przyciąga miliony turystów. Rzeczywiście, teraz też były tu tłumy. Jeszcze przed wyjazdem wyczytałem, że aby go dokładnie zwiedzić potrzeba kilku godzin. My aż tyle czasu nie mieliśmy. Ograniczyliśmy się więc do podziwiania go z zewnątrz, a chwilę potem czekał na nas już kolejny punkt na naszej mapie, czyli Chandi Chowk. Ten jeden z najstarszych i najbardziej zatłoczonych targów w Delhi ma prawie pięćset lat. Znany jest z wąskich alejek i kolorowych sklepów, co czyni go jednym z najbardziej charakterystycznych miejsc w Starym Delhi. Początkowo słynął z handlu srebrem i biżuterią, przyciągając kupców z całych Indii. Dziś handluje się tu niemalże wszystkim. Znajdują się tu także ważne świątynie i miejsca kultu różnych religii. Najbardziej znane z nich to Jamia Massid, czyli wybudowany w XVII wieku największy w mieście mieszczący nawet dwadzieścia pięć tysięcy wiernych meczet. Atmosfera tego miejsca trochę mnie przytłaczała. Gwar, ścisk, hałas, ciągłe nagabywanie przez kupców – po tych kilku dniach czułem się już tym wszystkim i całą tą atmosfera po prostu zmęczony. Kupiłem więc jedynie kilka pamiątek i poszliśmy dalej kierując się w stronę Delhi Gate. To zabytkowa brama zbudowana w połowie XVII wieku jako część murów otaczających miasto. Kiedyś było takich bram trzynaście. Do dziś zachowały się jedynie cztery. Kolejnym punktem na naszej mapie tego dnia był Raj Ghat Memorial. Jest to miejsce, w którym 30 stycznia 1948 roku skremowano jednego z najważniejszych bohaterów Indii, „Ojca Narodu” Mahatmę Gandhiego, a które to już następnego dnia stało się miejscem pielgrzymek i refleksji. Jego pamięć symbolizowana jest tu przez płytę z czarnego marmuru, na której płonie wieczny płomień. Pomnik otoczony jest parkiem pełnym klombów i drzew. Alejki zdobią tablice z wypisanymi cytatami filozofa, którego myślą przewodnią była prawda, prostota i brak przemocy. W ogrodach można odnaleźć także zasadzone przez światowych przywódców, takich jak Królowa Elżbieta II czy Dwight D. Eisenhower drzewa, co symbolizuje również międzynarodowy szacunek. Swoją wędrówkę po Delhi zakończyliśmy pod dobrze nam już znaną Bramą Indii. Tu pożegnałem Nicolae życząc mu powodzenia w wyzwaniu, które czeka na niego w Hong Kongu, a sam złapałem tuk-tuka, czyli popularną w Delhi spalinową rykszę i pojechałem w stronę hotelu.

      W poniedziałek rano czekała mnie wycieczka do położonej dwieście kilometrów od Delhi Agry. To właśnie w tym mieście znaduje się Taj Mahal – wpisany na listę UNESCO jeden z siedmiu współczesnych cudów świata. Decydując się na wyjazd do Indii byłem przekonany, że będę chciał go zobaczyć i nie licząc biegu od samego początku był to najważniejszy turystyczny cel całej tej wyprawy. Pierwotnie chciałem tam dotrzeć na własną rękę. Gdy jednak okazało się znajduje się aż tak daleko od Delhi postanowiłem zmienić pierwotne plany i jeszcze przed wyjazdem wykupiłem zorganizowaną wycieczkę z przewodnikiem. W niedzielę wieczorem dostałem informację, że ze względu na brak wystarczajacej ilości uczestników status mojej wycieczki zostaje zmieniony z „grupowy” na „prywatny”. Pewnie z takiego obrotu sprawy powinienem się cieszyć, a mimo wszystko byłem trochę rozczarowany. W końcu to zawsze okazja aby poznać ciekawe osoby z całego świata, ale trudno. Taksówka, za kierownicą której siedział Bablu podjechała pod mój hotel zgodnie z planem o szóstej rano i wkrótce ruszyliśmy w stronę Agry. Dziwnie się trochę czułem. Dosłownie trzy dni wcześniej na tej trasie miał miejsce tragiczny wypadek, w którym zginął lokalny taksówkarz, młody chlopak z Polski Michał, a jego dziewczyna została poważnie ranna. Podobnie jak ja, jechali zobaczyć Taj Mahal. W ich auto wjechała ciężarowka załadowana drzewem. Sprawca odjechał z miejsca wypadku nie udzielając pomocy, szuka go policja. Trochę mnie ta tragiczna historia poruszyła. Równie dobrze to mogłem być przecież ja. Po trzech godzinach na szczęście bezpiecznej jazdy, podczas której byłem katowany tutejszymi hitami muzycznymi i z krótką przerwą na Masala Chai, czyli typową hinduską herbatę z mlekiem oraz przyprawami korzenymi dojechaliśmy na miejsce. Tam czekał już na nas przewodnik „Jelly”. Przemierzając wspólnie z Nim ulice Agry miałem okazję zobaczyć Indie trochę inne, niż te które poznałem w Delhi. Miasto choć nadal milionowe jest jednak dużo mniejsze, spokojniejsze, biedniejsze, a na ulicach można dostrzeć wałęsające się legendarne „święte krowy”. Zwierzęta te w tym kraju uważane są za szczególne stworzenia i jedną z siedmiu matek ludzkości, ponieważ dają mleko. Wkrótce jednak swoją uwagę mogłem skupić już na tym, co było głównym celem mojej podróży – Taj Mahal. To mauzoleum zostało wzniesione przez cesarza Szahdżahana na pamiątkę jego ukochanej żony Mumtaz Mahal, która zmarła przy porodzie. Budowa rozpoczęła się w połowie XVII wieku i trwała dwadzieścia dwa lata. Wnętrza pałacu, który otaczają cudowne ogrody w stylu perskim zdobiły tysiące rzemieślników z różnych krajów. Co ciekawe Taj Mahal zmienia kolor swojej kopuły w zależności od pory dnia – rano jest różowa, w południe biała, wieczorem złota. Białe kopuły odbijające się w wodzie nad brzegiem rzeki Jamuna tworzą spektakularne efekty świetlne, co czyni go jednym z najbardziej rozpoznawalnych zabytków na świecie. Nic dziwnego, że to miejsce co roku przyciąga miliony turystów z całego świata. Byłem strasznie podkescytowany i naprawdę szczęsliwy, że mogłem tu dotrzeć i zobaczyć go na własne oczy. Widok był naprawdę oszałamiający. Spacerując alejkami parku nagle ku swojemu zdziwieniu usłyszałem polskie „Dzień dobry”. W pierwszej chwili pomyślałem, że spotkałem rodaka. Chwila rozmowy ze starszym panem, który mnie zaczepił, bo zobaczył polskiego orła mojej koszulce pozwoliła mi zrozumieć, że jest Anglikiem o imieniu Stanisław, a jego ojciec jest Polakiem. Jeszcze bardziej się zdziwiłem, gdy chwilę później dokładnie z tego samego powodu podszedł do mnie pewien młody Hindus, by podzielić się informacją, że aktualnie od kilku miesięcy mieszka i pracuje w Polsce w jednym z banków w Łodzi i że bardzo mu się u nas podoba. Zawsze cieszą takie słowa i opinie o naszym kraju. 

      Godziny spędzone w Agrze minęły bardzo szybko i trzeba było wracać. W hotelu spakowałem się i poszedłem spać. Czekała mnie przecież pobudka w samym środku nocy. Miałem zamówiony transport na lotnisko na godzinę trzecią. Mimo ze kierowca skontaktował się ze mną dwie godziny przed przyjazdem by potwierdzić adres ostatecznie się nie pojawił i nie było z nim żadnego kontaktu. No cóż…Indie… Na szczęście z pomocą recepcji udało się zamówić taksówkę i jakoś dotarłem na lotnisko na czas. Potem już prosto do Polski bez żadnych przeszkód i dodatkowych atrakcji. Sezon 2026 można uznać za otwarty. Przede mną prawdopodobnie najciekawsze dwa lata tej mojej biegowej przygody. Przynajmniej taką mam nadzieję.

2026.02.22 Delhi (Indie) COGNIZANT NEW DELHI HALFMARATHON – 1:40:52

Więcej zdjęć z biegu:

Więcej zdjęć z Delhi:

Więcej zdjęć z Agry: