Wreszcie, czyli na Podlasiu czas płynie inaczej

      Wreszcie. Po pięciu tegorocznych półmaratonach, w których zależało mi aby pobiec szybko i sprawdzić jak wysoką formę udało się wypracować zimą przyszedł moment na serię kilku startów, w których wynik schodzi na dalszy plan, a ważniejsza ma być atmosfera i dobra zabawa. Pierwszym z nich miał być 13 PKO Białystok Półmaraton. Wiadomo. Na Podlasiu czas płynie trochę inaczej. Nie ma się więc co spieszyć.

      To już czwarty rok z rzędu, gdy wybrałem się na bieg w stolicy Podlasia. W poprzednich latach dominowała raczej wysoka temperatura. W tym roku długo wydawało się, że może być podobnie. Dopiero w ostatniej chwili jakiś nagły front pogodowy sprawił, że nie tylko nie było gorąco, ale wręcz trzeba było zmierzyć się z uciążliwym zimnem. Do Białegstoku wybrałem się tradycyjnie pociągiem. Po kilku godzinach byłem na miejscu i skierowałem się w stronę znanego mi już przepięknego Pałacu Branickich. To w tej okolicy było biuro zawodów. Następnego dnia miał być też start. Po odebraniu pakietu skierowałem się w stronę hostelu, gdzie miałem zaplanowany nocleg. Miejsce było sprawdzone. Nocowałem tu bowiem już po raz trzeci.

      W pokoju zakwaterowany byłem z młodym chłopakiem z Poznania Piotrem oraz Witkiem z Katowic. Piotr ma imponujący wzrost – 201cm. W czasach liceum był nawet młodzieżowym reprezentatntem Polski w koszykówce, a dobrze zapowiadającą się karierę przerwały niestety kontuzje. Teraz próbuje swoich sił w nowej, coraz bardziej popularnej dyscyplinie sportowej zwanej Hyrox, a dodatkowo biega. Dla obu moich współlokatorów wizyta w Białymstoku była kolejnym przystankiem w  drodze po Koronę Półmaratonów. Mimo, że przyjechaliśmy z trzech róznych zakątków kraju, mimo że dzieliła nas spora różnica wieku i mieliśmy różne charaktery to jednak wieczór minął nam sympatycznie na rozmowach. To było naprawdę miłe towarzystwo.

      Następnego dnia bieg. Chłodno, choć naszczęscie nie pada. Przed startem udaje się spotkać wielu znajomych poznanych w różnych miejscach, na różnych biegach, w różnych okolicznościach. Można by było spędzić długi czas na miłych rozmowach, ale w końcu trzeba było zająć miejsce na starcie. Po godzinie dziesiątej rozlega się start i ruszamy. Zaczynam wolniej, głównie ze względu na tłok, ale i tak biegnie mi się dość ciężko. W nocy słabo spałem, boli mnie trochę głowa. Tak, jak zakładałem na starcie nie mam w sobie jakiejś ogromnej determinacji, aby walczyć za wszelką cenę z czasem, ale przynajmniej na początku staram się, aby tempo było poniżej pięciu minut na kilometr. Udaje mi się to, aż do trzynastego kilometra, gdzie jest dłuższy znany mi już doskonale z poprzednich edycji podbieg. Na trasie panuje świetna atmosfera, która niewątpliwie dodaje skrzydeł mimo nienajlepszego samopczucia. Gdy kolejne kilometry znowu przebiegam w czasie około pięciu minut na kilometr dociera do mnie, że 1:50 powinno się udać złamać. Nie zachwiało tego przekonania nawet to, że na 17 i 18 kilometrze znowu troszeczkę musiałem zwolnić. To, co tu straciłem odrobiłem na ostatnim kilometrze i ostatecznie do mety dobiegłem w czasie 1:45:59. Zadowolony. Chwilę potem do mety dobiegł Piotr. Pogratulowaliśmy sobie, chwilę jeszcze porozmawialiśmy i się pożegnaliśmy.

      Czułem satysfakcję. Mimo, że to najwolniejszy ze wszystkich sześciu półmaratonów tej wiosny, to ten wynik jest tym, na co tym razem liczyłem. Niepokoił mnie tylko narastające uczucie dyskomfortu w gardle. Być może ból głowy nie był przypadkowy i już poprzedniego dnia złapałem przeziębienie, a może to kwestia chłodnego powietrza, czy zimnej wody na punktach odżywczych podczas biegu. Trudno powiedzieć. W każdym razie czułem, że z każdą godziną sytuacja staje się coraz gorsza i bałem się, czy nie rozwinie się to w jakąś poważniejszą infekcję. Na szczeście wieczór pod kocem z gorącą herbatą z cytryną uratuje sytuację. Do domu wróciłem już samochodem ze znajomymi. Kolejny kroczek zrobiony. To był już mój 83 półmaraton.   

2026.05.10 Białystok Półmaraton: PKO BIAŁYSTOK PÓŁMARATON – 1:45:59


Nadbałtycki Armageddon

      Wiosną wszystko dzieje się szybko. Nie opadły jeszcze emocje po Kapsztadzie, a już wsiadałem do pociągu do Poznania, ledwo wróciłem, a znów trzeba było szykować się do kolejnego wyjazdu. Tym razem Gdynia. To mój drugi bieg w tym mieście. W zeszłym na nic szczególnego nie liczyłem. Poszło mi nadspodziewanie dobrze i do domu, choć się tego kompletnie nie spodziewałem przywiozłem czwarty wynik w życiu. Tym razem oczekiwania były bardzo duże od samego początku. Pierwsze półmaratony tego roku pokazały, że jest potencjał i ciężko przetrenowana zima przyniosła efekty. Chciałem to wykorzystać, zwłaszcza, że to prawdopdobnie ostatni bieg tej wiosny, w którym szczególnie zależało mi na wyniku. Kolejny za kilka tygodni w Białymstoku planuję pobiec już wolniej i bez presji na wynik. Wizyta w Gdyni była także okazją by spotkać się z Karoliną. Wiele lat temu pracowaliśmy razem w Warszawie w jednej firmie. Potem los rzucił Ją do Gdyni, ja wróciłem do Siedlec. Mieliśmy się spotkać w 2020 roku, ale wówczas ze względu na pandemię bieg w Gdyni odwołano. Tym razem po siedmiu latach można było to nadrobić i powspominać dawne dobre czasy.

      Wyjeżdżając w południe z ciepłych i słonecznych Siedlec trudno było uwierzyć w prognozy, że wieczorem poza dystansem biegaczom przyjdzie zmierzyć się także ze sztormowym wiatrem, przenikliwym zimnem i deszczem. Gdy jednak dotarłem na miejsce zaczynałem rozumieć, że ten scenariusz faktycznie może się ziścić. Wiało i było zdecydowanie chłodniej, choć wszystko co najgorsze miało się wydarzyć i tak dopiero późnym wieczorem. Z dworca dość szybko dotarłem do znanego mi już Skweru Kościuszki. Podobnie jak rok temu to tu zorganizowano miasteczko biegowe, start i metę. Pamiętałem drogę doskonale, zwłaszcza, że nie była dość skomplikowana. Po odberaniu pakietu mogłem już powoli oczekiwać startu, co chwilę nadziewając się na znajome twarze poznawane na różnych etapach mojej biegowej przygody. Tak, jak zaplanowałem udało się spotkać także z Karoliną. Ponad godzinka wspólnego spaceru i miłej rozmowy szybko minęły i trzeba było w końcu zacząć szykować się do startu.

      Początek biegu o 20:30. Zaczynam dość mocno, choć troszkę wolniej, niż w Poznaniu. Pierwsze kilometry to niestety wiatr wiejący prosto w twarz. Mam jeszcze jednak siły, aby z nim z powodzeniem walczyć. Od dziewiątego kilometra zaczyna się podbieg. Studiowałem trasę przed wyjazdem więc byłem jego świadomy. Nie jest być może jakoś strasznie stromy, za to mocno rozciągnięty. Skończy się dopiero koło piętnastego kilometra. Tu na szczeście mniej wieje. Do półmetka dobiegam kilkanaście sekund szybciej, niż w Poznaniu. Wiary w 1:40 chyba już jednak we mnie nie ma. Pacemaker przed którym biegłem przez pierwszą część dystansu zaczął się ode mnie oddalać i oddalać, a ja nie czuję się wystarczająco silny i zdeterminowany, aby go gonić. Nie zmienili mojego nastawienia nawet żywiołowo dopingujący kibice. Atmosfera jest naprawdę fajna. Koło piętnastego kilometra zaczyna się prawdziwy pogodowy armageddon. Zimny wiatr wiejący od strony morza zmaga się coraz bardziej, a do tego zaczyna padać przenikliwy deszcz. Temperatura też spadła do zaledwie kilku stopni. Do mety na szczeście coraz bliżej. Trasa też już wiedzie raczej z górki, więc jakoś to wytrzymam. Gdy do mety zostaje jakieś sześcset metrów rozwiązało mi się sznurowadło. Stwierdziłem, że już nie ma sensu się zatrzymywać i tracić cennego czasu, choć być może trzeba było. Mam wrażenie, że nie zawiązujac go straciłem jeszcze więcej, gdyż komfort biegu znacznie się pogorszył. Trudno. Ostatnie dwieście metrów to zbieg na plażę i w końcu meta. Czas 1:41:48. To dziesiąty wynik w moim życiu i dwadzieścia sekund wolniej, niż w Poznaniu. Mam mieszane uczucia. Z jednej strony przed wyjazdem liczyłem na więcej, z drugiej rywalizacja w takich warunkach była naprawdę trudna. Ostatecznie przyjmuję wynik z pokorą i satysfakcją. Jeszcze tylko droga w deszczu na dworzec, opoźniony półtorej godziny pociąg i noc spędzona w drodze do domu. Kolejny półmaraton zaliczony. To na pewno jeden z tych bardziej pamiętnych.

2026.04.25 Gdynia Półmaraton: PKO GDYNIA PÓŁMARATON – 1:41:48