Archiwum kategorii: Bieganie

Z sercem po raz czwarty

     Niewątpliwie szczególne miejsce w historii mojej biegowej przygody (oczywiście poza półmaratonami) zajmują starty w warszawskiej sztafecie maratońskiej Ekiden. To zawody, w których sześcioosobowa drużyna ma do przebiegnięcia maraton. Pierwsza osoba pokonuje 7 kilometrów i 195 metrów, dwie kolejne 10 kilometrów, a ostatnie trzy po 5 kilometrów – razem dokładnie tyle, ile wynosi ten królewski dystans. To, co wyróżnia Ekiden od innych zawodów to to, że poza emocjami i przeżyciami związanymi z własnym biegiem dochodzi czynnik drużynowy, współodpowiedzialność za kolegów i wynik całej drużyny oraz kilka godzin miło spędzonego czasu wśród bliższych, lub dalszych znajomych. Uczestniczę w tym biegu od 2014 roku. Do tego momentu miałem na koncie ukończonych już dziewięć edycji i za każdym razem wracam na tą imprezę z ogromną przyjemnością. Mam także wiele związanych z nimi wspaniałych wspomnień. Dotyczą one zarówno sześciu startów w mojej poprzedniej firmie, jak i aktualnej, w barwach, której pobiegłem do tej pory trzy razy. Biorąc pod uwagę, że od czasów pandemii pracuję zdalnie całkowicie poza biurem z dala od Warszawy jest też to dla mnie wspaniała okazja, by spotkać się z kolegami z pracy i spędzić  miło czas.

    Tak, jak w ostatnich latach tak i w tym roku miejscem rywalizacji miał być warszawski park Kępa Potocka. Wystawiliśmy tym razem, aż cztery drużyny, przy czym to ta nasza z założenia miała być tą najszybszą, choć na szczególny wynik w tym roku specjalnie nie liczyliśmy.  Nieobecność kilku osób, które miałyby pewne miejsce w pierwszym składzie sprawiła, że po dwóch latach biegania zmiany na zmianie pięciokilometrowej w tym roku przyszło mi pobiec dziesięć kilometrów przejmując pałeczkę od Renaty, która rozpoczynała nasza rywalizację. Początkowo planowałem pobiec solidnie, ale asekuracyjnie nie ryzykując kontuzji przed kolejnymi półmaratonami i chcąc po prostu pobiec poniżej 50 minut, ale szybko te plany zweryfikowałem. Już pierwszy kilometr w tempie około 4:35 pokazał, że to jednak ambicja i adrenalina będą rozdawać karty. Na kolejnych czując, że może być za szybko troszkę zwolniłem, ale nadal było to cały czas tempo poniżej 4:45. Pogoda do biegania była chyba idealna. Upał, który często towarzyszył biegaczom, w tym roku nie przeszkadzał wcale. Przeciwnie, było dość rześko. Nogi więc niosły.  Do mety pierwszej pętli dobiegłem z czasem 23:11. Druga okazała się być jeszcze szybsza (23:00). Co ciekawe czas, który przed biegiem wziąłbym w ciemno na tę chwilę dawał nam nawet trzecie miejsce w klasyfikacji Służby Zdrowia i Firm Medycznych. Było to dla nas totalnym zaskoczeniem. Pałeczkę przekazałem Kamili, a potem w naszej drużynie swoje pięciokilometrowe odcinki pobiegli Ola, Gosia i Łukasz. Ostatecznie ukończyliśmy z czasem 3:36:04, czyli około dwudziestu minut wolniej, niż w zeszłym roku, ale i tak w naszej kategorii skończyliśmy na szóstym miejscu, co myślę, że jest sporym sukcesem.

      Miałem się już powoli pakować i wracać do domu z poczuciem miło spędzonego dnia i wykonania dobrej roboty. Spotkałem się jednak na sam koniec jeszcze z kolegami z poprzedniej firmy, którzy także wystawili swoje drużyny by chwilę porozmawiać. Okazało się, że mają problem ze składem i jedna z drużyn będzie miała problem by dokończyć rywalizację, gdyż osoba z ostatniej zmiany nie pojawiła się na starcie. Zgodziłem się, na szczęście to już tylko 5 kilometrów. Pobiegłem i to nawet całkiem szybko. Choć planowałem po prostu złamać 25 minut do mety udało się dotrzeć w czasie 23:58. W ten o to sposób choć to mój bieg numer 255 to pierwszy raz w życiu na tych samych zawodach pobiegłem dwa razy, dwa różne dystanse, w dodatku w dwóch różnych koszulkach. Myślę, że to fajna klamra, która spina te 10 lat mojego biegania na Ekidenie, czy to w starych barwach, czy aktualnych. Dało mi to też dodatkową satysfakcję. Motto mojej firmy brzmi „With heart” nabrało dziś dla mnie dodatkowego znaczenia. To był niewątpliwie miło spędzony czas..

2024.05.24 Warszawa EKIDEN 2025 MARATON SZTAFET – PAREXEL I: 3:14:34 (Moje 10km: 22:25) / NIQ 6: 3:53:52 (Moje 5km:23:58)

 


W kratkę

      Można powiedzieć, że w tym roku biega mi się w kratkę. Po świetnym wyniku w Wiązownie, bardzo dobrym w Bolonii przyszły gorsze starty w Warszawie, gdzie pobiegłem tak sobie i bardzo słabo w Poznaniu. Potem na szczęście w Gdyni poszło mi jak na moje skromne możliwości rewelacyjnie, co pokazało, że Poznań to była jedynie jednorazowa wpadka i tknęło to we mnie nowego ducha. Gdy z dużą wiarą w swoje możliwości zaczynałem patrzeć w kierunku kolejnych czekających mnie w tym roku startów znów stało się coś, co nadszarpnęło ten optymizm. Dosłownie dzień przed kolejnym czekającym mnie półmaratonem tym razem w Białymstoku pojawiło się przeziębienie, problemy w postaci osłabienia i zatkanego katarem nosa. Choć nie planowałem jakoś wyjatkowo mocno ściagć się ze swoimi rekordami to wiedziałem też już, że na jakieś szczególne fajerwerki liczyć nie mogę.

      Do Białegostoku pojechałem pociągiem już w sobotę. To już moja trzecia wizyta w tym mieście. Planów turystycznych więc też nie miałem i po odebraniu pakietu zameldowałem się od razu w hostelu. W pokoju tym razem miałem towarzystwo Mateusza z Malborka, oraz Pana Stanisława, który do Białegostoku przyjechał z Podkarpacia. Popołudnie minęło na miłych rozmowach, a mi dodatkowo na emocjach piłkarskich. Tego popołudnia bowiem siedlecka Pogoń grała swój kolejny ligowy mecz o być albo nie być w I lidze i trochę nawet żałowałem, że nie było mnie na stadionie. Pozostała transmisja w internecie. Mimo, że Pogoń nie była faworytem udało się wygrać z dużo silniejszym rywalem Miedzią Legnica przedłużając swoje nadzieje na utrzymanie. Jeszcze dwa kroki do zrobienia i się uda. Wierzę w to. Powodzenia chłopaki!

      Następnego dnia start. Pogoda do biegania stosunkowo dobra. Choć świecił słońce to jednak zwłaszcza rano jest dość chłodno. W ciągu dnia ma się także pojawić zachmurzenie i delikatne opady. Zastanawiałem się jak się ubrać. Ostatecznie decyduję się na koszulkę z krótkim rękawem. Cel jaki przez sobą stawiam to 1:50. Rozpoczynam jednak troszkę szybciej sprawdzając jak się będzie biegło. Nie jest łatwo od samego początku. Nogi wydają się bardzo ciężkie, brakuje trochę sił, ale udaje się utrzymywać to samo tempo. Zwolnię dopiero koło 5 kilometra, gdy pojawi się pierwszy z dwóch większych podbiegów na tej trasie. Na tym etapie mam już jednak spory zapas, który daje duże nadzieje na pozytywne zakończenie. Na półmetku to już prawie trzy minuty. Od czasu do czasu udaje się wypatrzeć na trasie jakieś znajome twarze. Każde takie spotka nie kończy się pozdrowieniami.

      Po drodze możemy też podziwiać kilka murali. Białystok z nich słynie. W całym mieście jest ich podobno około trzydziestu, w tym ten najbardziej znany „Dziewczynka z konewką”. Mniej więcej od trzynastego kilometra zaczyna się najtrudniejszy etap tego biegu, a mianowicie około trzech kilometrów pod górkę. Wiem, że jeśli uda mi się przetrwać ten odcinek bez żadnego kryzysu to cel będzie zrealizowany. Mimo, że trochę zwolniłem to jednak jest to cały czas tempo na poniżej 1:50.  Przebiegamy między innymi obok stadionu Jagiellonii. Gdy w zeszłym roku tu biegłem dzień wcześniej Jagiellonia zdobywała na tym stadionie właśnie swój pierwszy w historii tytuł mistrza Polski, w tym sezonie już im tak dobrze nie poszło. Skończy się prawdopodobnie na trzecim miejscu. Mniej więcej na 15 kilometrze zaczyna padać deszcz z delikatnym gradem. Nie trwa to jednak zbyt długo. Gdy dobiegamy do campusu uniwersyteckiego, a mi nadal udaje się utrzymywać tempo powoli zaczynam mieć pewność, że nic złego nie powinno się już tu wydarzyć i uda się zrealizować zamierzony cel. Od tego momentu to już jedynie trzy kilometry, w dodatku z górki. Na metę wpadam z czasem 1:45:39. Przed biegiem biorąc pod uwagę samopoczucie taki wynik wziąłbym w ciemno, zwłaszcza że ze wszystkich trzech startów które mam za sobą w Białymstoku ten wynik jest zdecydowanie najlepszy. Do domu wróciłem w dobrym nastroju, choć ciągle z przeziębieniem. Miałem tylko nadzieje, że po biegu nie rozwinie się to w coś poważniejszego. Nie mam przecież teraz czasu na chorowanie.

2025.05.11 Białystok Półmaraton: PKO BIAŁYSTOK PÓŁMARATON – 1:45:39


Rachunki z przeszłości

      Dobrze ten 2025 rok się dla mnie rozwinął. Poprzedni zaczynałem przecież z problemami zdrowotnymi i kontuzją pleców, a do mety kwietniowego półmaratonu w Poznaniu docierałem ledwo mieszcząc się w dwóch godzinach i zastanawiając się, czy nie będę musiał przynajmniej na jakiś czas w ogóle zrezygnować z biegania. Dziś jestem w zupełnie innym miejscu. Znowu jak chcę i mi zależy to biegam jedne ze swoich najszybszych półmaratonów w życiu i choć może zbudowanie dobrej dyspozycji kosztuje mnie więcej wysiłku, niż jeszcze kilka lat temu, to wiem, że ciągle jestem w stanie i nie ukrywam, że czuję z tego powodu dużą radość i satysfakcję.

      Po Wiązownie i Bolonii były kolejne wiosenne półmaratony w kraju. Tradycyjnie już Warszawa i Poznań, choć te pobiegłem już wolniej. Po Wiązownie, która była w tym roku dla mnie najważniejsza spuściłem trochę z tonu z intensywnością treningów i dość szybko znalazło to przełożenie w aktualnej dyspozycji i wynikach. Kolejna miała być Gdynia, której nie dane mi było pobiec w 2020 roku z powodu wybuchu pandemii. Przez te ostatnie lata zdarzało mi się wracać wspomnieniami do czasu, gdy miałem właśnie pobiec swój prawdopodobnie najważniejszy bieg w życiu. To miały być przecież Mistrzostwa Świata, a otwarta formuła tych zawodów stwarzała niepowtarzalną okazję na to by mógł tam się pojawić nawet taki amator, jak ja. Solidnie trenowałem całą zimę i zrobiłem naprawdę wiele, by był to najszybszy półmaraton jaki kiedykolwiek przebiegłem. Niestety los spłatał figla. Bieg został w ostatniej chwili najpierw przełożony na jesień, a potem odwołany, a ja zostałem z tą ciężko przygotowaną formą niczym „Himilsbach z angielskim”. Przez tych kilka ostatnich lat było to dla mnie trochę jak wbita drzazga. Uwierało mnie to i wiedziałem, że prędzej czy później będę chciał to nadrobić i w Gdyni ostatecznie pobiegnę. Oczywiście czasu się nie cofnie, a teraz po tych kilku latach, ani ranga tych zawodów nie jest już aż tak bardzo wysoka, jak wtedy, ani moja motywacja tak silna, by nawet próbować ponownie mierzyć się z życiówką. Zwłaszcza, że dziś jest już na zupełnie innym poziomie, niż wówczas. W końcu jednak rzeczywiście pojawiła się okazja na to, by w Gdyni pobiec i to miejsce na swojej biegowej mapie ostatecznie odhaczyć.

      Gdy czasu do tego wydarzenia zostawało coraz mniej znowu dopadł mnie pech. Nie wiem w sumie co było przyczyną, ale mając w pamięci pandemię sprzed kilku lat pierwsze skojarzenie nasunęło się samo. Zaatakował mnie jakiś wirus. Już na Półmaratonie w Poznaniu, który miał miejsce dwa tygodnie wcześniej źle się czułem i poszło mi bardzo słabo, czego nie potrafiłem do końca zrozumieć i racjonalnie wytłumaczyć. Potem przez kolejny tydzień bardzo bolała mnie głowa, mięśnie, czułem się osłabiony. Na treningach borykałem się niewytłumaczalną niemocą, z którą ledwo udawało mi się przetruchtać co najwyżej dziesięć, góra dwanaście kilometrów, a do domu mimo wolnego tempa wracałem naprawdę zmęczony. Przytłoczony tym wszystkim zacząłem się nawet zastanawiać, czy jest sens w ogóle tam jechać, bo nie czułem się nawet na siłach by ten bieg ukończyć, a po prostu przemaszerować go nie chciałem. Na ostateczną decyzję dałem sobie więcej czasu. Do biegu było bowiem jeszcze kilka dni. Gdy w końcu zacząłem odczuwać delikatną poprawę i pojawiła się decyzja „Może po prostu pojadę i zobaczę co z tego wyjdzie” zdarzyło się coś, co znowu postawiło wszystko pod znakiem zapytania. Zmarł Papież Franciszek, a na dzień, w którym miał się odbyć bieg na okoliczność pogrzebu Prezydent RP wprowadził dzień żałoby narodowej. Przez kolejne długie godziny w oczach pięciu tysięcy zapisanych na te zawody biegaczy oznaczało to w zasadzie jedno. Bieg będzie odwołany. Znowu!

      Aż trudno mi było uwierzyć w taki zbieg okoliczności i że to właśnie się dzieje. Wszystko wskazywało na to, że podobnie jak kilka lat temu tak i teraz los płata mi wstrętnego figla. Pogodzony już trochę z faktem, że i w tym roku w Gdyni nie pobiegnę miałem wrażenie, że to jakieś fatum ciąży na mnie i na  tych zawodach. Bo jak tu uwierzyć w zwykły przypadek skoro tyle się zadziało by znowu skomplikować mi plany? Targały mną skrajne emocje. Z jednej strony poczułem pewną ulgę, bo ciągle byłem osłabiony, a taki rozwój wypadków sprawiał, iż nie musiałem się zastanawiać nad ostateczną decyzją i problem rozwiązywał się sam. Unikałem też wyrzutów sumienia, że to ja się wycofuję. Po prostu siła wyższa. Nic nie poradzę. Widocznie tak miało być.  Z drugiej strony po cichu liczyłem, że jednak ten bieg się odbędzie. Gdy więc wieczorem okazało się, że zakres żałoby narodowej zostanie wprowadzony w stopniu umożliwiającym organizację imprez sportowych, choć ciągle jeszcze nie miałem pewności czy będę w stanie pobiec, to mimo wszystko odetchnąłem z pewną ulgą.

      Bieg miał się odbyć w sobotni wieczór. Do Gdyni wybrałem się więc rano, a po biegu tuż przed północą czekał mnie od razu powrót do domu. W pociągu miałem towarzystwo. Jeszcze przed wyjazdem wiedziałem, że spotkam tam Kamila z Puław, którego poznałem na półmaratonie w Białymstoku w 2023 roku. Minęło dwa lata zanim dane było nam się znowu zobaczyć. Podróż minęła na miłych rozmowach i wkrótce dojechaliśmy do Gdyni. Z dworca spacerkiem skierowaliśmy się bezpośrednio w stronę Skweru Kościuszki, gdzie zlokalizowane miało być miasteczko biegowe oraz start i meta. Czasu do biegu było jeszcze sporo. Odebraliśmy więc pakiety i skupiliśmy uwagę, na tym co Gdynia ma do zaoferowania turystom, czyli zacumowanych w tym miejscu okręcie ORP Błyskawica oraz żaglowcu „Dar Pomorza”. Robią naprawdę spore wrażenie.

      Pierwszy z nich to prawdziwa perła naszej historii i dawna duma naszej floty. W czasach swojej świetności był jednym z najpotężniejszych niszczycieli, a dziś jest najstarszym na świecie zachowanym okrętem tego typu. Brał udział w wielu ważnych operacjach, takich jak kampania norweska, ewakuacja Dunkierki i bitwa o Atlantyk. To jedyny okręt Marynarki Wojennej Polski, który został odznaczony Virtuti Militari, najwyższym polskim odznaczeniem wojskowym za męstwo. Dziś dumnie stoi zacumowany w gdyńskim porcie pełniąc rolę pływającego muzeum. Tuż obok odnaleźliśmy „Dar Pomorza” zwany także ze względu na swój charakterystyczny wygląd „Białą Fregatą”. Ten historyczny polski żaglowiec zbudowany na początku poprzedniego stulecia to pierwszy polski statek, który opłynął ziemię. W ciągu pięćdziesięciu lat swojej służby jako statek szkoleniowy wyszkolił kilkanaście tysięcy żeglarzy. Od 1982 roku stoi zacumowany w Gdyni jako statek-muzeum, będący oddziałem Narodowego Muzeum Morskiego w Gdańsku. Jest naprawdę piękny.

      Gdy kilkugodzinny czas oczekiwania na bieg się skończył, na zegarze wybiła 20:30 i nadszedł moment startu trzeba się było skupić już jedynie na tym, po co do Gdyni przyjechaliśmy. Ustawiłem się więc w swojej strefie w gronie kilku tysięcy biegaczy. Żałoba wymusiła na organizatorach zmianę formuły wydarzenia na bardziej skromną i stonowaną. Start poprzedziła też minuta ciszy. W końcu jednak ruszyliśmy na trasę. Zrobiło się już ciemno więc nawet za bardzo nie planowałem skupiać się na podziwianiu Gdyni, a bardziej na swoim samopoczuciu. Choć czułem się już zdecydowanie lepiej to jednak ciągle jeszcze miałem w pamięci niedawne osłabienie. Brałem pod uwagę fakt, że długa podróż też na pewno nie pomoże. Przypominał mi się trochę czerwiec 2023, gdy w pogoni za ostatnim brakującym elementem do Korony Półmaratonów wybrałem się w podobnych okolicznościach do Wrocławia i też przyszło mi biec bezpośrednio po podróży w dodatku w upalny wieczór. Dobrze pamiętałem, że była to trudna przeprawa. Celów więc żadnych szczególnych przed sobą nie stawiałem i dość zachowawczo chciałem po prostu ukończyć w zdrowiu. Reszta miała być drugorzędna. Pierwsze kilometry, które pokonałem w tempie poniżej pięciu minut biegło mi się jednak zaskakująco dobrze. Minęliśmy Muzeum Emigracji. To muzeum powstałe w gmachu Dworca Morskiego skąd przez dziesięciolecia wypływały polskie transatlantyki. Poświęcone jest  milionom Polek i Polaków, którzy na przestrzeni dziejów opuścili kraj i udali się w świat w poszukiwaniu chleba, wolności, czy po prostu lepszego życia. Cały czas czekałem, aż pojawi się gorsze samopoczucie. W Warszawie, czy Poznaniu stało się to w zasadzie już po trzech kilometrach i musiałem po prostu zwolnić. Tutaj nadal mogłem kontynuować bieg w tym samym założonym na początku tempie. Niewątpliwie pomagała pogoda. Dwa poprzednie biegi odbywały się w ciepłe słoneczne dni w dodatku poprzedzone chłodniejszymi i organizm najwyraźniej nie był w stanie odnaleźć się w tej nagłej przemianie. Tym razem było odwrotnie. Po cieplejszym okresie przyszło ochłodzenie i gdy startowaliśmy na termometrze było jedynie kilka stopni. Na czwartym kilometrze przebiegliśmy obok wybudowanej po I wojnie światowej Stoczni Gdynia. Powstało tutaj ponad 600 statków. Na siódmym minęliśmy Pomnik Ofiar Grudnia 1970 poświęcony tragicznym wydarzeniom sprzed pół wieku. Wówczas doszło do brutalnych starć między protestującymi robotnikami, a siłami bezpieczeństwa ówczesnej komunistycznej władzy, które otworzyły ogień do bezbronnych ludzi. Według oficjalnych danych zginęło wtedy 18 osób, a wiele zostało rannych. W rzeczywistości ofiar było jednak więcej. Mijały kolejne kilometry, a mi biegło się nadal bardzo dobrze i nie odczuwałem kryzysu coraz bardziej wierząc w dobry wynik. Niewątpliwie animuszu dodawali liczni i żywiołowo dopingujący na trasie kibice. Atmosfera była naprawdę wspaniała. Mniej więcej na trzynastym kilometrze przebiegaliśmy obok stadionu piłkarskiego Arki Gdynia. Tak się ciekawie złożyło, że dokładnie w tym samym momencie drużyna Arki rozgrywała mecz w moim rodzinnym mieście, z którego do Gdyni przyjechałem, z siedlecką Pogonią. Nawet trochę żałowałem przed wyjazdem, że nie będę mógł być na tym meczu. Ale cóż…  Miałem nadzieję, że przynajmniej wynik będzie satysfakcjonujący. Już po biegu sprawdziłem, że padł remis 1:1. Biorąc pod uwagę możliwości i aktualne ambicje obu drużyn wynik trzeba szanować. Po blisko półtorej godzinie zmagań na trasie byłem coraz bardziej nastawiony optymistycznie i coraz mocniej zmotywowany. Mimo sporych obaw na starcie udało mi się przebiec wszystkie dotychczasowych piętnaście kilometrów w tempie poniżej pięciu minut i to ze sporym marginesem, a ja nadal czułem się naprawdę dobrze i nawet przez chwilę nie straciłem animuszu. W głowie zacząłem sobie kalkulować na jaki biegnę rezultat i wyszło mi, że powinno to być około 1:43. W tym momencie w mej głowie zrodził się pomysł by spróbować pobiec na wynik taki, jak chciałem wtedy w marcu 2020, bo ciągle była na to szansa (1:41:49). Jak się później okaże kolejne kilometry, aż do samej mety to będą najszybsze kilometry całego biegu. Na dwudziestym dobiegliśmy do bulwarów. Przed biegiem trochę bałem się, że w naszych zmaganiach będzie nam przeszkadzał wiejący od strony morza wiatr. Nic takiego nie miało jednak miejsca. Pojawiające się od czasu do czasu podmuchy nie miały większego znaczenia. Z każdą kolejną sekundą docierało już do mnie powoli, że biegnę właśnie jeden ze swoich najszybszych półmaratonów w życiu i raczej nic nie będzie w stanie mi przeszkodzić. Ostatnie kilkaset metrów to jeszcze mocniejszy zryw i do mety w blasku szpaleru ogni po niebieskim dywanie dobiegłem z czasem 1:40:51. Przekraczając metę uśmiechnąłem się nie mogąc w to uwierzyć. Nigdy bym nie przypuszczał, że stać mnie było na taki sukces. To mój czwarty wynik ze wszystkich sześćdziesięciu czterech półmaratonów, które do tej pory przebiegłem, ale właśnie taki, o jakim wtedy w 2020 marzyłem, bo wówczas oznaczałby mój życiowy rekord poprawiony o minutę. Nie wiem jak to się stało i co tu się wydarzyło, bo przez ostatnie tygodnie, dni, czy nawet godziny nic, ale to nic nie wskazywało na to, że tak to będzie wyglądać, ale jestem bardzo szczęśliwy. Jest to dla mnie ogromna niespodzianka, bo po pierwsze udało mi się w pewnym sensie wyrównać rachunki z przeszłości, a po drugie okazało się, że wpadka w Poznaniu i gorsza dyspozycja to był jedynie incydent, a nie trwała tendencja. Po biegu jeszcze chwila na biegowym After party i marsz na dworzec. Czeka mnie cała noc spędzona w pociągach, ale nie zmrużę nawet oka. Radość i emocje pulsujące w żyłach na to nie pozwolą.

2025.04.26 Gdynia Półmaraton: PKO GDYNIA PÓŁMARATON – 1:40:51


Poznań Miasto Doznań

      W Poznaniu startowałem do tej pory trzy razy, każdy z tych biegów był szczególny i każdemu z nich towarzyszyły wyjątkowe emocje. Pierwszy był półmaraton w 2022 roku, gdy na fali swoich osobistych sukcesów w tamtym czasie postanowiłem w końcu rozprawić się z wynikiem godzina i czterdzieści minut. Udało się i do tej pory jest to mój najszybszy półmaraton w  życiu (1:38:28). Całkiem prawdopodobnie, że już tak zostanie. Pół roku później był maraton, po którym dla odmiany wracałem do domu przegrany. Miała być życiówka. Mimo ciężkich, sumiennych treningów i formy nadzieję na sukces można było mieć jedynie do 35 kilometra. Potem był jeden wielki dramat i rozczarowanie. Trzeci start to wiosna 2024, gdy mimo kontuzji pojechałem do Poznania na swój 48 półmaraton w życiu tylko dlatego, aby ten w brazylijskim Rio mógł być pięćdziesiątym jubileuszowym. Doczłapałem wówczas do mety ledwo mieszcząc się w dwóch godzinach. W tym roku pojechałem do Poznania po raz czwarty, ale tym razem po raz pierwszy miało być bez większych emocji. Chciałem po prostu bez żadnej presji solidnie przebiec ten bieg, zaliczyć kolejny półmaraton i dobrze się bawić.

      Do Poznania wybrałem się w sobotę. Już w pociągu dało się zauważyć, że znaczną część pasażerów stanowią biegacze. Tradycyjnie od razu po wyjściu z dworca udałem się do położonej tuż obok hali Międzynarodowych Targów Poznańskich, by odebrać pakiet startowy. Nie działo się w sumie nic ciekawego więc po odebraniu numeru startowego i po zrobieniu kilku pamiątkowych zdjęć opuściłem halę. Zwiedzania tym razem nie planowałem żadnego. Wszystko, co chciałem w Poznaniu zobaczyć już widziałem podczas poprzednich pobytów. Udałem się więc bezpośrednio do hostelu odpoczywać. Hostel wybrałem dokładnie ten sam, co rok temu. Jak coś jest dobre i sprawdzone to nie ma co zmieniać. Podobnie, jak w pociągu, w hostelu dominowali biegacze. Tak poznałem choćby Ukraińca Vadima, czy Sławka z Warszawy, z którymi przyszło mi dzielić pokój.

      W nocy choć obudziłem się ze dwa razy to w sumie dobrze spałem. Rano szybkie śniadanie, pakowanie plecaka i niebawem byłem już znowu w okolicach hali targów, gdzie tradycyjnie zaplanowano początek biegu. Gdy punktualnie o godzinie 10:00 rozległ się sygnał do startu ciągle  mogłem mieć jeszcze nadzieję na solidny wynik. Nie miałem szczególnych planów by szarpać się z czasem, ale nie zakładałem też szczególnych problemów. W końcu to już mój czwarty półmaraton w tym roku. Słońce grzało jednak coraz mocniej, chyba nawet bardziej, niż w Warszawie. Po tygodniu nagłego ochłodzenia i temperatur w okolicach zera już poprzedniego dnia było zdecydowanie cieplej, a w dniu zawodów temperatury miały przekroczyć dwadzieścia stopni. Trudno było przewidzieć jak zachowa się w takiej sytuacji nieprzyzwyczajony organizm. Pierwsze trzy kilometry pobiegłem jeszcze dość szybko. Potem jednak nie widząc szans na jakiś szczególny wynik zwolniłem. Mimo dość wolnego jak na mnie tempa nie biegło mi się wcale komfortowo. Przebiegliśmy obok stadionu Lecha. To tutaj zgromadzonych było kilka punktów kibicowania, choć gorąco i żywiołowo dopingujących kibiców nie brakowało w zasadzie na całej trasie. Połowę dystansu pokonałem w około 53 minuty. Tydzień temu na drugim etapie Siedleckiego Półmaratonu na Raty ten sam dystans pokonałem 5 minut szybciej, w dodatku po trudnej leśnej trasie, a mimo to czułem się zdecydowanie lepiej. Z każdym kilometrem robiło się coraz trudniej. Nie myślałem, już nawet o złamaniu 1:50, co ostatnio traktuję jako pewien punkt odniesienia. Ostatnie pięć kilometrów to już naprawdę spore wyzwanie, a przecież na końcu czekały mnie jeszcze 3 kilometry mocno pod górkę. Pamiętałem ten podbieg doskonale z 2022, jak i z 2024 roku. Od czasu do czasu widząc jak trudno mi się biegnie zerkałem na zegarek sprawdzając, czy aby na pewno nie ma ryzyka, że nie zmieszczę się w dwóch godzinach, co traktowałbym już jako totalną klęskę. Na szczęście ciągle miałem spory zapas.

      Ostatecznie do mety dobiegłem w czasie 1:55:57 walcząc jeszcze na ostatnich stu metrach, by nie przekroczyć kolejnej minuty. Miało być wolno, miło i przyjemnie. Było tylko wolno. Nie spodziewałem się, że ten bieg da mi tak bardzo w kość i nawet nie wiem czy to gorsza dyspozycja dnia, czy pogoda, ale było naprawdę ciężko. Wracając do domu pociągiem szukałem odpowiedzi takiego stanu rzeczy i do głowy przychodziło mi tylko jedno. Przez ostatnie dwa tygodnie mało biegałem. Najpierw kilka dni odpoczywałem przez Siedleckim Półmaratonem na Raty, potem w zasadzie cały tydzień regenerowałem się  przed półmaratonem. Brakowało też dłuższych odcinków. Maksymalny dystans jaki przebiegłem w ciągu ostatnich dwóch tygodni to 10 kilometrów. Być może tego zabrakło. W połączeniu z pogodą taki stan rzeczy okazał się być sporym wyzwaniem. Pora wziąć się za siebie i to nadrobić, bo kolejny półmaraton już za dwa tygodnie.

      No cóż. Jak widać startom w #PoznańMiastoDoznań zawsze muszą towarzyszyć jakieś emocje, w dodatku skrajne, nawet jak się ich nie planuje. Na szczęście sześćdziesiąty trzeci półmaraton ukończony. W dodatku poniżej dwóch godzin. To najważniejsze.

2025.04.13 Poznań Półmaraton: 17 PKO POZNAŃ PÓŁMARATON – 1:55:57


Półmaraton na raty

      Wśród 250 zawodów, które ukończyłem do tej pory dominują oczywiście te na najbardziej klasycznych dystansach półmaratonu, dziesięciu, czy pięciu kilometrów, ale zdarzały się także te o dość nietypowej długości trasy. Są tam też takie o dość specyficznej formule. Jednym z biegów, który zresztą bardzo przypadł mi wówczas do gustu był organizowany w 2014 roku nad siedleckim zalewem Maraton na Raty. Podczas 5 dwugodzinnych etapów rozłożonych na 3 dni biegacze wedle własnego uznania pokonywali trzykilometrowe pętle wokół siedleckiego zalewu tak, by się zmieścić w widełkach każdego etapu i by ostatecznie zgromadzić pełen królewski dystans. Wynik to suma czasów przebiegniętych 14 pętli.

Zdjęcie: Mariusz Drabio

      Minęło kilkanaście lat i ta impreza powróciła, choć tym razem w trochę innej formie. Różnicą jest to, że tym razem rywalizacja miała odbyć się w trzech etapach w trzech różnych miejscach naszego miasta i o z góry określonej długości. Mimo tychże zmian i tak przyjąłem tę informację z radością i postanowiłem wystartować, choć biorąc pod uwagę zbliżający się półmaraton w Poznaniu zamiast maratonu wybrałem jedynie półmaraton.

Zdjęcie: SportSiedlce.pl

      Pierwszy etap miał się odbyć w piątkowy wieczór w Parku Aleksandria. Biegacze zebrali się w okolicach Pałacu Ogińskich gdzie znajdowało się biuro zawodów oraz start i meta. Ja do pokonania miałem trzy półtorakilometrowe pętle. Niewiele brakowało, abym zaliczył falstart. Zagadałem się na starcie, a gdy rozległ się wystrzał startera ruszyłem do przodu i dopiero po kilku sekundach refleksji dotarło do mnie, że przecież półmaraton startuje minutę później. Cofnąłem się więc na start i chwilę potem ruszyłem raz jeszcze. Tym razem już tak, jak należy.  Początek był bardzo szybki, a mimo to od razu zostałem z tyłu za ścisłą czołówka. Jeśli mogłem mieć jakieś nadzieje na pierwsza szóstkę przed startem, to momentanie zostały one rozwiane. Naliczyłem przed sobą 8 zawodników, którzy szybko zaczęli znikać mi z oczu. Zwolniłem więc troszkę wiedząc, że tego tempa prawdopodobnie i tak do końca nie wytrzymam. Na trasie udało się wyprzedzić jednego zawodnika, później wyprzedził jeden mnie i choć mając go cały czas w zasięgu wzroku próbowałem z nim powalczyć na końcówce to jednak do mety dotarłem dziesiąty pokonując cztero- i półkilometrowa trasę w czasie 19:15. 

Zdjęcie: Mariusz Drabio

      Drugi dzień zmagań to prawdziwy pogodowy rollercoaster, choć  jeszcze kilkanascie godzin wcześniej podczas pierwszego etapu  było bardzo gorąco. Tym razem na starcie na biegaczy czekało słońce, ale już kilkanaście stopni niższa temperatura, a końcówka rywalizacji odbywała się w iście zimowej scenerii przy wzmagającym się bardzo silnym wietrze i padającym śniegu. Gdy do tego doliczymy trudną, leśną pagórkowatą trasę ścieżkami Rezerwatu Gołobórz i dość długi dystans to było to nie lada wyzwanie. Szczególnych oczekiwań co do wyniku nie miałem. Wiedziałem już, że na najszybsza szóstkę, która przewidziana jest do dekorowania nie mam w zasadzie szans. Z drugiej strony nie czułem się najlepiej. W nocy bardzo słabo spałem i dokuczało mi ogólne osłabienie. Postanowiłem więc spróbować pobiec średnio po 5 minut na kilometr, co na mecie powinno dać wynik poniżej 50 minut. Biegło mi się wyjątkowo dobrze nawet mimo porannych problemów z samopoczuciem. Gdy do mety pozostawało kilka kilometrów a ja nie czułem jakiegoś strasznego kryzysu postanowiłem jeszcze przyspieszyć by wyciągnąć ile się da z tego wyniku. Ostatni kilometr to już walka nie tyle ze zmęczeniem co bardzo silnym wiatrem w twarz i padającym gęstym śniegiem, Przekraczając metę nawet za bardzo jej nie widziałem. Ostateczny wynik 47:00 i 8 miejsce. Nie ukrywam, że wynik totalnie mnie zaskoczył i dał mi sporo satysfakcji. 

Zdjęcie: Janusz Mazurek

      Trzeci etap to słońce, ale za to temperatura na granicy zera i przenikliwy wiatr. Specjalnych oczekiwań sportowych nie miałem. Po dwóch etapach moja strata do siódmego miejsca wynosiła dwie minuty, miałem też minutę przewagi na miejscem dziesiątym. Niewiele zatem mogło się już tu wydarzyć i ostatnie 6 kilometrów chciałem po prostu pokonać w miarę mocno, ale bez szczególnej determinacji. Pierwsze pół okrążenia wokół siedleckiego zalewu pobiegłem jeszcze dość szybko, ale gdy dotarliśmy do przeciwległego brzegu nagłe uderzenie wiatru było tak silne, że nie byłem w stanie utrzymać cały czas tak wysokiego tempa. Lepiej zrobiło się w zasadzie dopiero, gdy wróciliśmy do punktu startu i rozpocząłem drugie okrążenie. Potem jednak historia się znowu powtórzyła. Ostatnie kilkaset metrów pobiegłem już dość szybko i wpadłem na metę z czasem 26:52. Na tym etapie byłem dziewiąty. W całej klasyfikacji zawodów, zwłaszcza dzięki temu biegowi, któremu się najbardziej obawiałem dało mi to ostatecznie ósme miejsce. Myślę, że to miejsce na miarę moich możliwości. Przyjmuje je więc z pokorą i cieszę się nim, aczkolwiek najwięcej satysfakcji daje mi i tak czas spędzony w ciągu tych trzech dni w gronie biegowych znajomych i przyjaciół. Niektórych nie widziałem od lat. To była naprawdę fajna impreza i czekam na kolejną edycję.

Zdjęcie: Tygodnik Siedlecki

2025.04.04 Siedlce 4,5km: SIEDLECKI PÓŁMARATON NA RATY ETAP I – 19:15 (10 miejsce)
 
2025.04.05 Siedlce 10km: SIEDLECKI PÓŁMARATON NA RATY ETAP II – 47:00 (8 miejsce)
 
2025.04.06 Siedlce 6km: SIEDLECKI PÓŁMARATON NA RATY ETAP III – 26:52 (9 miejsce)
 
Wynik końcowy: 01:33:07 – 8 miejsce

Powrót do rutyny

      Organizatorzy Półmaratonu Warszawskiego reklamują się hasłem, że wiosna startuje w Warszawie. Tymczasem dla mnie to już trzeci półmaraton w tym roku. Jeśli chodzi o te największe sportowe ambicje to też choć to dopiero marzec to to, co dla mnie było najważniejsze w sezonie 2025 to już za mną i wydarzyło się miesiąc temu w Wiązownie. Po naprawdę sumienie przepracowanej zimie, gdzie mocno trenowałem udało się na najważniejszym półmaratonie w tym roku zrealizować swoje cele (1:41:21) i mogłem wrócić do swojego normalnego lekkiego trybu treningów. W Bolonii, która była tydzień po Wiązownie udało się jeszcze wykorzystać wysoką formę i pobiec dość szybko (1:43:04), ale potem zdecydowanie spuściłem już z tonu. Nie czułem już ani takiej potrzeby, ani determinacji by ciągle się katować i zluzowałem treningi. Biegałem ciągle dużo, ale nie tak intensywnie.

      Do Warszawy wybrałem się pociągiem. W pociągu w niedzielny poranek poza kilkuosobową grupą kolegów i koleżanek z mojego klubu generalnie dominowali biegacze. Podróż upłynęła nam na miłych rozmowach i po półtorej godzinie, które minęły nie wiadomo kiedy byliśmy na miejscu, czyli na Błoniach Stadionu Narodowego. To tu zlokalizowane było miasteczko biegowe i meta. Na start trzeba było kawałek podejść w okolice Mostu Poniatowskiego. Ilość ludzi, którzy zebrali się w tym miejscu, by wspólnie pobiec i przeżyć ten dzień aktywnie naprawdę robiła wrażenie.

      Już na rozgrzewce czułem, że to chyba nie będzie mój dzień i nie wiem czy bardziej decydowało tu odpuszczenie treningów, niedyspozycja dnia, czy też pogoda. Od rana było naprawdę ciepło i mocno świeciło słońce. Można powiedzieć, że tak jak zapowiadali organizatorzy wiosna wystartowała na dobre właśnie dziś. Specjalnych oczekiwań co do wyniku nie miałem. Nie mniej chciałem sprawdzić ile zostało jeszcze z tej formy sprzed miesiąca. Ustawiłem się więc na starcie na czas 1:45, ale już po kilku kilometrach wiedziałem, że w sumie to chyba za wiele jej nie zostało, a ja też nie czułem jakiejś dużej ochoty się z tym czasem szarpać. Wróciłem więc do swojej rutyny, czyli tego jak biegałem większość  półmaratonów ostatnich dwóch lat z celem złamania 1:50.

      Minęliśmy Muzeum Narodowe, niedługo potem Pałac Kultury i Nauki. Następnie trasa wiodła obok Ogrodu Saskiego i dalej przez Stare Miasto. Był to zdecydowanie najprzyjemniejszy moment tego biegu. Miałem jeszcze sporo sił, a dodatkowo można było podziwiać wspaniałą architekturę tej części Warszawy. Na trasie było też naprawdę sporo kibiców. Co jakiś czas zerkałem na zegarek upewniając się, że jestem na dobrej drodze, aby osiągnąć zamierzony cel. Robiło się coraz cieplej. Sprawy nie ułatwiały także podbiegi na liczne wiadukty. Cały czas miałem jednak zapas wypracowany na pierwszych kilometrach. Gdzieś po trzynastym dobiegliśmy do Wybrzeża Gdyńskiego. Znałem dobrze to miejsce. W poprzednich latach to tu ulokowana była meta tego biegu. Zmieniło się to dopiero w zeszłym roku. W tym miejscu w 2017 roku finiszowałem też swój najszybszy w życiu pełen maraton (3:48:08). Mam więc miłe wspomnienia. Niedługo potem przebiegliśmy mostem przez Wisłę. W oddali można było już dostrzec stadion, choć to jeszcze kilka kilometrów. Ponownie zerknąłem na zegarek. Ciągle miałem jeszcze pewien zapas, ale ten nie wiadomo kiedy znacznie się już skurczył. Postanowiłem więc bardziej to wszystko kontrolować i skupić się trochę na tempie. W końcu zza zakrętu wyłoniła się meta. Widząc, że ciągle mam pół minuty zapasu nawet za bardzo nie finiszowałem. Dobiegłem z czasem 1:49:47.

      Nie ma ani szczególnej radości, ani rozczarowania. Choć mimo wszystko spodziewałem się, że to będzie łatwiejszy bieg to jednak nie miałem szczególnych planów i nie mam czego żałować. Trudności odczuwałem nie tylko ja. Już gdzieś w połowie dystansu minąłem stojącą na poboczu Kenijkę z damskiej elity, która zeszła z trasy. Jak widać kryzysy nie omijają nawet najlepszych. Potem im bliżej mety tym coraz więcej ludzi także wymagało pomocy medycznej. Z drugiej strony szkoda, że ta forma, nad którą tak ciężko pracowałem tak szybko wyparowała. No cóż…  Najbardziej z tego wszystkiego cieszy ukończenie kolejnego już sześćdziesiątego drugiego półmaratonu i możliwość spotkania wielu znajomych. Mam nadzieję, że jeszcze trochę tych biegów na tym dystansie przede mną. Ten był rekordowy. Na starcie stanęło 16250 uczestników. Biegałem już w zawodach gdzie było około 40000 ludzi, ale w Polsce to rekord.

2025.03.30 Warszawa Półmaraton: 116 123. PÓŁMARATON WARSZAWSKI – 1:49:47


Drugie podejście

    Poprzedni sezon mimo, że we Włoszech już kiedyś byłem chciałem zacząć od półmaratonu w Bolonii, a przy okazji ze względu na bliską odległość połączyć ten wyjazd z wyprawą do kolejnego kraju – San Marino. W 2014 roku wracając z Monte Cassino do Polski przejeżdżaliśmy przez to włoskie miasto. Wówczas z perspektywy okna naszego autokaru miałem okazję zobaczyć mury zlokalizowanego tam Polskiego Cmentarza Wojskowego. Ponieważ w zeszłym roku przypadała osiemdziesiąta rocznica bitwy przymierzałem się by niemalże dokładnie po dziesięciu latach wrócić i go odwiedzić już w pełnym tego słowa znaczeniu. Niestety komplikacje wynikające chociażby z terminów lotów, czy znalezieniem noclegu sprawiły, że Bolonię musiałem przesunąć o co najmniej rok. Ten rok właśnie minął i przyszła pora na drugie podejście do tego, by ten plan w końcu zrealizować.

      Lot miał się odbyć w sobotę nad ranem. Noc zatem po raz kolejny przyszło mi spędzić na lotnisku. Na szczęście bez żadnych komplikacji do Bolonii dotarłem przed południem, a chwilę potem siedziałem już w autobusie w kierunku Piazza Maggiore, czyli głównego placu miasta, gdzie zlokalizowane było miasteczko biegowe, a planowany w tym miejscu był także start i meta. Spędzając na placu troszkę czasu odebrałem pakiet i skierowałem się w stronę położonego tuż nieopodal hostelu. Na znajdujące się w centrum miasta atrakcje turystyczne jedynie rzuciłem okiem. Będę miał wystarczająco czasu, aby już na spokojnie obejrzeć sobie wszystko po biegu. Zwłaszcza, że zaczęło trochę padać.

      Z hostelem trafiłem idealnie. Miałem tu wszystko czego mi było potrzeba. Dużo przestrzeni. Do tego, czysto, schludnie, cicho i blisko na bieg. Gdy tylko się zameldowałem rozpakowałem się i poszedłem spać. Trzeba było w końcu odespać bezsenną noc na lotnisku. Po jakimś czasie obudziła mnie rozmowa po polsku. To był Wiktor i Asia z Krakowa, którzy kontynuowali swoją podróż po Włoszech, a w Bolonii zamierzali także wziąć udział w biegu. Poza tym w naszym pokoju zamieszkało dwóch chłopaków z Wielkiej Brytanii Orran, i Rafa oraz Patricio z Meksyku, który jako jedyny z nas zamierzał pobiec pełen maraton. Co ciekawe podobno kilka lat temu przemierzał Polskę rowerem podczas swojej wyprawy Ryga-Budapeszt. Mówił, że mu się podobało, a w pamięci zapadł mu zwłaszcza Białystok. Tego popołudnia wyszedłem już tylko coś zjeść. Pizzą nigdy nie pogardzę, zwłaszcza tą prawdziwą włoską.   

      Następnego dnia w niedzielę o 9:00 start. Pogoda nawet sprzyja. Dość rześko, a zza chmur nieśmiało wygląda delikatne słońce. Jeszcze miesiąc temu powiedziałbym, że specjalnych oczekiwań co do wyniku nie mam. To przecież dopiero początek sezonu, a zimą też przecież jakoś strasznie ciężko nie trenowałem i raczej na spokojnie planowałem wejść w nowy sezon. Dopiero wizja startu w Wiązownie mocno mnie zmobilizowała, ostatni miesiąc przepracowałem naprawdę solidnie, udało się przygotować dobrą dyspozycję i żal było tej formy nie wykorzystać. Podobnie jak tydzień wcześniej ustawiłem więc zegarek na tempo na wynik godzinę i czterdzieści dwie minuty. Czy i tym razem uda się ten plan zrealizować? Już wkrótce będę wiedział, że nie.

      Od początku biegnie mi się dość ciężko i nie wiem czy bardziej to efekt zmęczenia podróżą i nieprzespaną nocą na lotnisku, czy też trasą. Pierwsze kilometry w dość dużym tłumie wiodą wąskimi wybrukowanymi uliczkami miasta. W dodatku już po kilku kilometrach na biegaczy czeka jeden z dwóch najtrudniejszych podbiegów. Weryfikacja przyszła więc naprawdę szybko i od tej pory trochę rozczarowany postanawiam po prostu pobiec dość mocno, ale bez jakiegoś wnikliwego kontrolowania tempa i zdać się na to, co ostatecznie z tego wyjdzie. Generalnie byłem trochę pogodzony, że nie ma co liczyć już na wielki sukces. Trudno. Co zrobić. Trasa dość pagórkowata, często prowadzi przez parki, wiadukty, dużo trudniejsza, niż ta w Wiązownie. Mimo tego wszystkiego udaje mi się biec w miarę szybko. Być może dlatego w pewnym momencie w głowie zakiełkowała myśl, by jednak spróbować powalczyć chociaż o najlepszy wynik, który udało mi się kiedykolwiek zrobić za granicą. Ten aktualny (1:42:42), uzyskany na Malcie ma już przecież osiem lat. Warto byłoby się z nim rozprawić, zwłaszcza, że jestem w formie i stać mnie na to. Trzymam więc mocne tempo. Dopiero koło piętnastego kilometra, gdy dobiegamy do drugiego z podbiegów zaczyna się już robić na tyle ciężko, że muszę trochę zwolnić. Trwa to kilkanaście minut. Na tyle długo by stracić wiarę, że może się udać. Co ciekawe paradoksalnie w połowie tego kilkukilometrowego wzniesienia, gdy zaczyna być jeszcze stromiej to trochę odzyskuję wigor i znowu biegnę szybciej. Ostatni kilometr prowadzący nas ponownie na Piazza Maggiore pokonuję już ile sił w nogach i wpadam na metę niesiony żywiołowym dopingiem zebranych tu licznych kibiców. W końcówce nawet nie kontrolowałem czasu. Po przekroczeniu mety z ciekawością zerkam więc na zegarek. Okazuje się, że do wyniku z Malty zabrakło mi jedynie dwadzieścia dwie sekundy. Czuję pewne rozczarowanie. Z jednej strony mam satysfakcję, że udało mi się pobiec kolejny bieg w tempie, w którym tak niedawno nie sądziłem, że kiedykolwiek będę jeszcze w stanie. Z drugiej to, że do najlepszego wyniku za granicą zabrakło tak niewiele sprawiło, że poczułem pewien niedosyt. Gdybym tylko miał większą świadomość i bardziej to wszystko kontrolował to pewnie by się udało. A tak? No cóż. Teraz jest już za późno. Nic z tym nie zrobię. Wśród pięćdziesięcioosobowej grupy Polaków, którzy pobiegli w Bolonii półmaraton to i tak czwarty wynik. Wróciłem więc do hostelu mimo wszystko zadowolony. Odświeżyłem się, chwilę odpocząłem i byłem gotowy na to, by w końcu poznać bliżej miasto już na spokojnie i zobaczyć co ma do zaoferowania z tej turystycznej strony. Pogoda do zwiedzania tego dnia już idealna. Nie pada, w miarę ciepło, a zza nielicznych chmur coraz mocniej wyłania się słońce.

      Wróciłem na Piazza Maggiore. To tu przecież zlokalizowana jest większość najważniejszych zabytków tego miasta, które zaplanowałem odwiedzić. Tutaj też można spotkać odpoczywających mieszkańców, spacerujących turystów. Tego dnia z powodu biegu było ich tu pewnie jeszcze kilka razy więcej niż zwykle. Swój tour po mieście rozpocząłem od fontanny Neptuna. Jest piękna i w końcu mogę ją sobie obejrzeć już na spokojnie. To chyba najbardziej znana bolońska rzeźba. Jest dużo większa, niż ta, którą pamiętam z Gdańska. Neptun z trójzębem w dłoni stoi tu nagi od połowy XIV wieku dumnie pokazując swoje walory, a otaczają go delfiny, syreny i inne mityczne morskie stworzenia. Tuż obok rzeźby znajduje się Ex-sala Borsa. Kiedyś była to giełda papierów wartościowych, obecnie we wnętrzach budynku znajduje się biblioteka miejska. Nie jest to jednak zwykła biblioteka. Posiada posadzkę ze szkła, pod którą zobaczyć można ruiny antycznego miasta. W zasadzie na przeciwko biblioteki odnalazłem Pałac Króla Enzo. Został wybudowany prawie osiemset lat temu i zaraz po ukończeniu stał się „rezydencją-więzieniem” wziętego do niewoli w bitwie pod Fossalta sycylijskiego króla Enzo – syna cesarza Fryderyka II. Spędził w nim dwadzieścia trzy lata, aż do swojej śmierci. Kilkadziesiąt metrów dalej odnalazłem Palazzo del Podestà. Pałac zlokalizowany w samym centrum placu był pierwszym miejscem zarządzania miastem sprawowanym przez burmistrza, jego sędziów i urzędników. Naprzeciwko stoi imponująca Bazylika Św. Petroniusza. Świątynia, której budowa rozpoczęła się pod koniec XIV wieku sprawia wrażenie niedokończonej. Po stu latach prace zostały bowiem wstrzymane na polecenia papieża, który nie chciał, by rozmiary świątyni przekroczyły wysokość rzymskiej bazyliki św. Piotra. Mimo tego to i tak jeden z największych Kościołów w Europie. Co ciekawe w 2005 roku niewiele brakowało aby stał się miejscem zamachu terrorystycznego. Atak, którego autorem mieli być islamscy fundamentaliści udaremniła włoska policja, a prawdopodobną przyczyną było przedstawienie przez autora na jednym z fresków Mahometa wśród potępionych. Znajdują się tu także najstarsze na świecie funkcjonujące organy pochodzące z XV wieku. Kilkaset metrów dalej zaplanowałem kolejny przystanek, ale widać było go już z daleka. To dwie wieże. W średniowieczu było ich tu podobno prawie dwieście. Obecnie zostały jedynie nieliczne, a dwie z nich – Due Torri są niezaprzeczalnym symbolem miasta. Ich powstanie datuje się na początek XII wieku. Mają więc ponad dziewięćset lat. Co ciekawe mówi się, że ich powstanie to tak naprawdę efekt rywalizacji między dwoma rodami, która miała pokazać, który z nich jest potężniejszy. Wyższa z nich – Torre degli Asinelli ma prawie sto metrów wysokości aktualnie odchyla się od poziomo o prawie trzy metry i jest najbardziej krzywą wieżą we Włoszech, bardziej nawet od tej w Pizie. Zrobiłem pamiątkowe zdjęcie i poszedłem dalej. Następny przystanek na mojej mapie to położona na placu o tej samej nazwie i uznawana za jedną z piękniejszych świątyń Bolonii i to nie tylko ze względu na architekturę, ale także swoją historię Bazylika Santo Stefano. Jeszcze przed wyjazdem wyczytałem, że to tak naprawdę siedem różnych kościołów, które powstawały w różnych epokach od IV do XIII wieku. Dopiero Na przełomie XIX i XX zostały złączone w jeden kompleks. Przy bazylice znajduje się interesujące muzeum, w którym zgromadzone są cenne przedmioty religijne oraz dzieła sztuki ze wszystkich siedmiu kościołów. Moją uwagę przykuły zwłaszcza piękne malowidła, czy też pastorał i mitra papieska z XIV wieku. Idąc dalej dotarłem do historycznej siedziby uniwersytetu Palazzo dell’Archiginnasio. Uniwersytet boloński to najstarsza uczelnia cywilizacji zachodniej, która powstała już w 1088 roku. Co ciekawe studiowali tu także wybitni Polacy, chociażby Jan Kochanowski, Wincenty Kadłubek, czy też Mikołaj Kopernik, a ten ostatni także tu wykładał. Na sam koniec zostawiłem sobie miejsce nazywane „Małą Wenecją” Nie wiedziałem o tym wcześniej i dowiedziałem się dopiero przed wyjazdem, że Bolonia była kiedyś miastem kanałów, które łączyły ją z portem. Z biegiem lat i rozwojem miasta, kanały zostały ukryte, ale jest miejsce, które jest małą pamiątką tamtych czasów. Tą pamiątką jest małe okienko w ścianie jednego z budynków i to wszystko, co zanim się kryje. Gdy tylko dotarłem w tę okolicę i zobaczyłem kilkunastometrową kolejkę na pierwszy rzut oka donikąd wiedziałem już, że jestem na miejscu. Po kilku minutach czekania przyszła moja kolej i mogłem i rzucić okiem na „Małą Wenecję”. Widok jest naprawdę piękny i nic dziwnego, że tak wielu turystów chce go zobaczyć. To był mój ostatni zaplanowany na ten dzień punkt. Mogłem już powoli wracać do hostelu. Przemierzając przez cały dzień bolońskie uliczki na każdym kroku mogłem podziwiać piękne arkady, które tutaj są w zasadzie wszechobecne. W całym mieście jest ich podobno około kilkadziesiąt kilometrów, co jest ewenementem na skalę światową wpisanym na listę UNESCO. Geneza ich powstania jest całkiem prozaiczna, a w zasadzie pragmatyczna. Gdy w średniowieczu nastąpił nagły rozwój miasta i  przyjeżdżało coraz więcej ludzi zaczęło brakować powierzchni mieszkalnych. Postanowiono rozbudowywać budynki, ale chcąc zachować przestrzeń komunikacyjną robiono to dopiero od pierwszego piętra w górę zachowując pierwotną szerokość chodników i ulic. Niewątpliwie dodaje to miastu uroku i jest bardzo praktyczne. W sobotę, gdy padał deszcz mogłem spokojnie spacerować nie przejmując się wcale, że zmoknę.

      W poniedziałek czekała mnie ponownie wczesna pobudka. Plan na te dzień przewidywał bowiem wyprawę do jednego najmniejszych państw w Europie – San Marino. Mniejsze są tylko Watykan i Monaco. Co ciekawe San Marino jest podobno także najstarszą nadal istniejącą republiką na świecie. Powstało pod koniec XIII wieku. Niestety nie ma bezpośredniego połączenia z Bolonii. Dlatego też pierwszy etap mojej podróży to pociąg, a następnie autobus do stolicy państwa o tej samej nazwie. Po półtorej godziny jazdy dotarłem do Rimini. To średniej wielkości miasto to jedno z najpopularniejszych ośrodków turystyczno-wypoczynkowych nad północnym Adriatykiem. Za wiele czasu na poznanie miasta nie miałem. Półtorej godziny oczekiwania na autobus wystarczyło jedynie na spacer po porcie i promenadą wzdłuż morza. Więcej czasu będzie w drodze powrotnej, gdy uda się zobaczyć wszystkie największe atrakcje miasta, w tym te dwie najbardziej znane: Most Ś. Tyberiusza, czyli mający dwa tysiące lat jeden z najstarszych mostów na świecie, oraz Łuk Św. Augusta, który został wybudowany kilka lat później jako dar ludu rzymskiego dla Cezara Oktawiana, syna Juliusza. 

      Po godzinie jazdy autobusem dojechaliśmy do San Marino. Po wyjściu z autobusu już tylko krótki spacer dzielił mnie od pierwszego punktu mojej wycieczki, czyli bramy św. Franciszka (Porta San Francesco). Po przejściu przez bramę moim oczom ukazała się historyczna zabudowa tego miasta, a ponieważ znajduje się na wzgórzu to był to także pierwszy punkt widokowy na okolicę. Już chwilę po przekroczeniu bramy odnalazłem kolejny punkt na swojej liście – Kościół św. Franciszka. Ten wybudowany na przełomie XIV i XV wieku obiekt nie rzuca się w oczy, ponieważ zlewa się z przylegającymi do niego innymi kamienicami. Nie jest być może zbyt imponujący, ale cieszę się, że mogłem go zobaczyć, bo to najstarsza świątynia w San Marino. Idąc dalej dotarłem pod Pałac Rządowy, zwany Palazzo Pubblico. To jeden z najważniejszych symboli tego niewielkiego kraju. Budynek, będący siedzibą parlamentu i rządu San Marino został wybudowany w połowie XIX wieku, a jego konstrukcja nawiązuje do poprzedniej średniowiecznej budowli stojącej wcześniej w tym miejscu. Przed pałacem rozciąga się Plac Wolności, a w jego centralnym punkcie stoi Statua, też wolności. Kierując się jeszcze wyżej dotarłem do Bazyliki św. Maryna, będącej najważniejszym kościołem w mieście. Obecna neoklasycystyczna świątynia została wybudowana w pierwszej połowie XIX wieku w miejscu stojącej tu wcześniej średniowiecznej budowli. W budynku spoczywają relikwie św. Maryna, założyciela San Marino. Według legendy  to właśnie on na początku IV wieku założył pierwszą osadę na tym terenie. Do ówczesnego Imperium Rzymskiego przybył z wyspy Arbe i pracował w porcie w Rimini, po czym był zmuszony uciekać przed prześladowaniami Chrześcijan i ukrył się na wzgórzu Monte Titano, gdzie niedługo potem zaczęła powstawać wspólnota będąca zalążkiem współczesnego państwa. Dalsza przechadzka staromiejskimi uliczkami doprowadziła mnie do bardzo charakterystycznego placu, będącego jednym z najlepszych punktów obserwacyjnych San Marino zwanego Il Cantone. Widok stąd na panoramę włoskiego regionu Emilia-Romania jest naprawdę przepiękny. Dookoła rozlewają się malownicze wzgórza, a przy wyjątkowo dobrej pogodzie widać stąd podobno nawet wybrzeże Adriatyku. Nie tym razem.

      Na sam koniec zostawiłem sobie zdecydowanie najważniejszy zabytek San Marino – wznoszący się na samym szczycie wzgórza Monte Titano zamek La Rocca o Guaita, który przez setki lat bronił wolności mieszkańców republiki i nigdy nie został zdobyty. Obiekt ten tworzą między innymi trzy twierdze-wieże: Guaita, Cesta i Montale.  Pierwsza z nich jest najstarszą, największą i najbardziej imponującą częścią zamku. Powstała ona około X lub XI wieku, w całej swojej historii była kilkukrotnie restaurowana, a jeszcze w latach 60-tych mieściło się w niej więzienie. Cesta, powstała w pierwszej połowie XIII wieku. Montale natomiast wznosi się osamotniona nieco na uboczu. Nie robi ona tak dużego wrażenia jak dwie poprzednie. Po czterech godzinach zwiedzania wróciłem w miejsce od którego zacząłem swoją wędrówkę uliczkami San Marino. Jeszcze tylko godzinka czekania na autobus do Rimini, kolejny spacer ulicami miasta, pociąg do Bolonii i droga z dworca do hostelu. Gdy tam dotarłem zrobiło się już późno, a ja byłem naprawdę zmęczony.

      Ostatni dzień mojego pobytu to w końcu wycieczka do miejsca dla którego w zasadzie przecież tu przyjechałem, czyli na Polski Cmentarz Wojskowy II Polskiego Korpusu gen. Andersa. Przypomniało mi się trochę Monte Cassino i wróciły wspomnienia sprzed ponad dekady. Cmentarz znajduje się z dala od centrum. Po godzinie przeciskania się przez miasto autobusem dotarłem na miejsce. Gdy wszedłem bramą na jego teren zaskoczył mnie trochę swoimi rozmiarami. To największa nekropolia z czterech polskich cmentarzy znajdujących się na terenie Włoch. Powstał tuż po wojnie z inicjatywy gen. Andersa. Spoczywa tu prawie półtora tysiąca żołnierzy poległych w walkach na Linii Gotów, w Apeninie Emiliańskim i w bitwie o Bolonię. To wyjątkowe dla polskiej pamięci historycznej miejsce wielokrotnie odwiedzały ważne osobistości polskiego życia. Ks. Karol Wojtyła, był tu dwukrotnie jeszcze jako kardynał, a potem już jako papież Jan Paweł II. Cmentarz w Bolonii odwiedził też Prymas Polski ks. kard. Stefan Wyszyński. Jeszcze przed przyjazdem do Włoch przejrzałem listę pochowanych tutaj żołnierzy chcąc sprawdzić, czy jest ktoś z mojego miasta lub okolic. Udało mi się odnaleźć na liście kilku z byłego województwa siedleckiego, a także jednego z wioski Emilianówka położonej tuż pod Siedlcami. Był to Kanonier 1 Pułku Artylerii Lekkiej Konstanty Turski. Zginął 15 lutego 1945 roku w wieku 22 lat. Niedawno minęło więc niemalże dokładnie osiemdziesiąt lat. Postanowiłem odnaleźć Jego grób i to właśnie tam symbolicznie pomodlić się za tych wszystkich, którzy oddali życie za wolną Polskę. Miałem już powoli wracać do centrum, gdy moją uwagę przykuł drugi mniejszy cmentarz, o którym kompletnie nie wiedziałem, a który znajdował się tuż obok. Był to cmentarz na którym spoczęło około dwustu żołnierzy Armii Zjednoczonego Królestwa, w tym Brytyjczyków, Australijczyków, Nowozelandczyków, Kanadyjczyków, Hindusów oraz Afrykanerów Południowych. Wszedłem na jego teren, a spacerując między grobami mój wzrok przyciągnął i poruszył zwłaszcza ten Josepha Cawlaya, który zginął w wieku 31 lat, a na którym ktoś zostawił Jego zdjęcie i czerwony mak. W krajach anglosaskich to symbol pamięci o bohaterach wojennych, ale mi się mocno kojarzy także z Monte Cassino.

      Z jednej strony poruszony tym co zobaczyłem, z drugiej usatysfakcjonowany, że tak jak jedenaście lat temu po biegu na Monte Cassino tak i tym razem udało mi się wypełnić swoją misję by oddać hołd naszym bohaterom wróciłem do hostelu po swoje rzeczy. Potem już tylko autobus na lotnisko, kilka godzin oczekiwania i wieczorem powrót do domu. Tym razem już na szczęście bezpośrednim lotem. Kolejny bieg zaliczony. To cieszy. Tak samo jak cieszy forma i zdrowie. Poprzedni rok zaczynałem przecież z problemami zdrowotnymi i kontuzją pleców, a do mety kwietniowego półmaratonu w Poznaniu docierałem ledwo mieszcząc się w dwóch godzinach i zastanawiając się czy nie będę musiał zrezygnować z biegania. Dziś jestem w zupełnie innym miejscu, znowu biegam jedne ze swoich najszybszych półmaratonów w życiu i nie ukrywam, że czuję z tego powodu dużą radość.

2025.03.02 Bolonia (Włochy) RUN TUNE UP BOLOGNA HALFMARATHON – 1:43:04

Więcej zdjęć z Bolonii:

Więcej zdjęć z biegu:

Więcej zdjęć z Rimini:

Więcej zdjęć z San Marino:

Więcej zdjęć z cmentarzy:


Licencja na bieganie

      Już się w zasadzie stało kilkuletnią tradycją, że sezon półmaratoński rozpoczynam w Wiązownie pod koniec lutego. Podobnie miało być i w tym roku. Bez zbędnej zwłoki zarejestrowałem się już pierwszego dnia zapisów na początku stycznia. Jedyne co pozostało to powoli budować formę i czekać na start.  To miał być już mój sześćdziesiąty półmaraton i pewnie nie byłoby w nim nic wyjątkowego, gdyby nie fakt, że okazało się, że w tym roku w ramach tego wydarzenia miały odbyć się także oficjalne Mistrzostwa Polski na tym dystansie. Na początku nie ekscytowałem się tym za bardzo i nie wzbudzał ten fakt we mnie większych emocji. Nie było powodu. Do czasu.

      Już od wielu lat należę do klubu biegowego Yulo Run Team Siedlce. Na początku swojej biegowej przygody nie czułem potrzeby przynależności do żadnej z grup. Biegałem sam dla siebie i mi to wystarczało. Zwłaszcza, że przez lata żyłem przecież trochę w rozkroku między Siedlcami, a Warszawą nie wiedząc tak naprawdę, z którym miejscem zwiążę ostatecznie swoją przyszłość. W pewnym momencie jednak Basia koleżanka ze studiów zaczęła mnie namawiać, abym dołączył do siedleckiego klubu, którego była członkinią. Dość długo się zastanawiałem. Trudno mi było zrezygnować ze swojej pełnej niezależności i naprawdę trochę to trwało, ale w końcu się zdecydowałem. Z perspektywy czasu czuję, że w zasadzie było to chyba nawet nieuniknione i prędzej czy później i tak by się wydarzyło. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że w czasie pandemii wróciłem do Siedlec już na stałe. Miałem w tym klubie coraz więcej przyjaciół, z czasem poznawałem kolejnych. Często się spotykaliśmy przy różnych okazjach, a nasze ścieżki ciągle się krzyżowały i choć nadal nieformalnie to mentalnie czułem się już i tak częścią tej grupy. Był więc to naturalny krok, który należało wykonać. Wykonałem go, a od tego momentu przez kolejne lata przyszło mi poza sobą reprezentować także Yulo Run Team Siedlce. Gdy zbliżał się termin biegu w Wiązownie Juliusz – założyciel i Prezes zapytał, czy ktoś z naszej grupy nie chciałby wyrobić sobie licencji Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, by móc być w tych mistrzostwach sklasyfikowany deklarując przy tym pełną pomoc w przebrnięciu przez cały proces. W zasadzie w pierwszej chwili przyjąłem to dość spokojnie, dystansem i z umiarkowanym zainteresowaniem, no bo gdzie tam ja, taki zupełny amator na Mistrzostwa Polski… Nie będę się wygłupiał. Pasuję tam przecież, jak „pięść do oka”. Po chwili zastanowienia uznałem jednak, że w sumie byłaby to fajna przygoda i kolejne ciekawe doświadczenie. Na wszelki wypadek przezornie sprawdziłem wyniki z zeszłego roku i gdy okazało się, że istniała szansa, że udałoby mi się nawet kilku zawodników wyprzedzić to stwierdziłem: „Czemu nie?”

      Podstawowym wymogiem była konieczność wykonania badań lekarskich. Uznałem, że nawet gdyby ostatecznie zabrakło mi odwagi i jednak bym się wycofał to i tak warto je zrobić. Ostatni raz badałem się trzy lata temu przed wyjazdem na półmaraton do Nicei, gdzie aby wystartować też musiałem przedstawić podpisane przez lekarza zaświadczenie. Na szczęście przez te trzy lata nic się nie zmieniło, wyniki mam dobre i nadal mogę biegać. Potem symboliczna opłata za licencję i zdjęcie, którego nawet nie musiałem robić, bo zostało mi po wymianie w tym roku paszportu na nowy. Całą resztę, czyli wypełnienie wniosku na stronie związku zadeklarował się zrobić Juliusz. Pod koniec stycznia, dokładnie cztery tygodnie przez startem licencja trafiła w moje ręce, a ja stałem się oficjalnie zawodnikiem zrzeszonym w Polskim Związku Lekkiej Atletyki. Wooow… brzmi dumnie!

      Nie ukrywam, że mocno zmobilizowało mnie do treningów. Na cuda raczej nie można było liczyć. Przecież nigdy nie miałem talentu do biegania i nawet w gdybym swoim tak zwanym „prime” pobiegł swój najszybszy bieg w życiu to i tak przyszłoby mi stanowić jedynie kompletne tło i to nie tylko dla najlepszych, ale nawet średniaków. Poza tym po zimowej przerwie w intensywnych treningach zaczynałem raczej z niskiego poziomu i miałem świadomość, że trudno będzie zbudować jakąś szczytową dyspozycję, która pozwoliłaby mi powalczyć na przykład o nową życiówkę. Na początku więc nawet za bardzo o tym nie myślałem. Nie byłem zresztą przekonany, czy jeszcze stać mnie w ogóle na wyniki na swoim najwyższym poziomie. Biorąc to wszystko pod uwagę czułem się trochę jak reprezentanci afrykańskich krajów na zimowych Igrzyskach Olimpijskich dla których osiągnięciem jest już sam fakt, że mają okazję przyjechać, stanąć na starcie i wziąć udział w tej imprezie. I nie ważne, że do mety będą docierać pół godziny za najlepszymi, gdy ci będą już wracać spakowani do hotelu. Już to dawało mi sporo satysfakcji i poczucie fajnej przygody. Z drugiej strony nie chciałem też tego biegu po prostu odbębnić tylko naprawdę się postarać, aby to był godny start na miarę moich skromnych możliwości. Skoro już mam startować na Mistrzostwach Polski, to niech to jakoś chociaż wygląda. Postanowiłem więc zrobić naprawdę wiele by móc powiedzieć, że przynajmniej próbowałem sprawić, aby to był najlepszy start w moim życiu. Zabrałem się więc ostro za treningi.

      Nie sądziłem, że jeszcze kiedykolwiek będę trenował tak intensywnie. Ostatnie sezony traktowałem raczej ulgowo i nawet jak biegałem naprawdę sporo i stawiałem przed sobą jakieś sportowe cele, czy wyzwania to były one bardzo dalekie od moich najlepszych osiągnięć. Teraz czułem jednak znowu pełną mobilizację i determinację. Plan na przygotowania już miałem gotowy. Trzy lata temu sprawdził się przecież doskonale. Chciałem więc podążać znowu tą samą sprawdzoną drogą. Forma rzeczywiście zaczęła dość szybko iść w górę, ale mimo wszystko nie byłem zadowolony z postępów. Cały czas miałem wrażenie, że ciągle jestem kilka kroków dalej, niż powinienem. A to pokonywane kilometry były o te kilka sekund wolniejsze, niż trzy lata temu, a to średni krok ciągle krótszy o tych parę centymetrów. Brakowało szybkości, wytrzymałości, siły, lekkości. Każdy trening wymagał dłuższej regeneracji by ponownie „naładować baterie” przed kolejnym, a jeden czy może dwa kilogramy na wadze mniej też pewnie dawałyby większe nadzieje na pomyślność tej misji. Wiara w sukces z każdym kolejnym tygodniem po trochu bladła. Zaczęło do mnie powoli docierać, że trzy lata to jednak kawał czasu i to, co idealnie sprawdziło się wtedy teraz już niekoniecznie zagwarantuje mi realizacje planów. Czułem, że nie jestem już w stanie pokonać dokładnie tej samej treningowej ścieżki, a co za tym idzie oczekiwać podobnych rezultatów. Zacząłem zdawać sobie sprawę z tego, że choć na zdrowie i formę nadal narzekać nie mogę, to jednak ten szczyt mam już chyba za sobą i być może nigdy nie będzie już tak jak było wtedy w 2022 roku, cokolwiek bym nie robił. Nie ma się zresztą co dziwić. W końcu to już przecież czterdzieści sześć lat na karku. Gdy do tego wszystkiego na dwa tygodnie przed biegiem, a więc w najbardziej kluczowym momencie przygotowań przypałętało się ostre zapalenie zatok, które na pewien czas przywiązało mnie do łóżka i wykluczyło przez ten czas z jakichkolwiek aktywności burząc całkowicie plan przygotowań trzeba było już chyba ostatecznie przełknąć tę gorzką pigułkę prawdy. Dotarło do mnie, że pora zacząć trochę weryfikować swoje ambicje i nadzieje. Poczułem pewne rozczarowanie z jednej strony, z drugiej cały czas chciałem wycisnąć ile tylko się da, nawet jeśli miałby to nie być już ten przysłowiowy „max”. Mimo wszelkich nieprzychylności losu nadal zależało mi, aby był to chociaż jeden z tych szybszych półmaratonów w moim życiu, a po drugie nie chciałem na mecie być ostatni. To były moje dwa podstawowe cele, które przed sobą postawiłem. Czy uda się je zrealizować? Dowiem się wkrótce.

      Z niepokojem śledziłem prognozy pogody ostatnich dni przed biegiem. Po okresie, gdy w powietrzu czuło się już oznaki wiosny powróciła prawdziwa zima. Śnieg czy duży mróz nie tylko utrudniał treningi, ale też nie napawał optymizmem i mógł całkowicie pokrzyżować szyki oraz pogrzebać nadzieje na szybki bieg. Na szczęście w dniu zawodów miało być już trochę cieplej. Dobre i to, ale prognozowane zero, czy też kilka stopni na plusie to dla mnie i tak trochę za mało by poczuć się naprawdę komfortowo. Do Wiązowny podobnie jak rok wcześniej przyjechałem z kolegą Łukaszem Jego samochodem i klubowym kolegą Leszkiem. Na miejscu znajomych twarzy było jednak zdecydowanie więcej. To już tradycja, że na pierwszym półmaratonie naszego regionu roku spotykam wielu przyjaciół, których poznawałem na różnych etapach swojej biegowej przygody. Jest tu też ponad dwudziestoosobowa grupa z naszego klubu. Na dłuższe rozmowy nie ma za bardzo czasu. Niebawem przecież start. Więcej okazji będzie już po biegu. Gdy ustawiłem się już na starcie przeżywam pewne „deja vu”. Sporo mam już przecież tych biegów na koncie, a czuje się podobnie jak wtedy w 2010 roku, gdy kompletnie onieśmielony pojawiłem się na swoich pierwszych zawodach w życiu i stałem tak zastanawiając się co ja tutaj w ogóle robię.  Znając swoje skromne możliwości zwykle na starcie ustawiam się w środku stawki w swojej strefie czasowej. Tym razem jako zawodnik Mistrzostw Polski startuje w pierwszej grupie w samym przedzie w pięćdziesięcioosobowej grupie. Za mną stoi kilka tysięcy innych biegaczy bez licencji PZLA, ale w dużej mierze i tak szybszych ode mnie. Dziwnie się czuję widząc wokół siebie tak utytułowanych zawodników. Kilka metrów przede mną stoi na przykład Dominika Stelmach, jedna z najszybszych polskich biegaczek specjalizująca się w biegach ultra, czy też Mistrzyni Polski w maratonie Aleksandra Brzezińska. Tuż obok mnie w ostatnim rzędzie ustawił się Pan Tadeusz Dziekoński, medalista różnych zawodów rangi Mistrzostw Europy weteranów i najlepszy w Polsce atestator tras biegów ulicznych, prawdziwa legenda. Poznaliśmy się w 2017 roku na Malcie podczas mojego wyjazdu na półmaraton. On biegł tam pełen maraton. Krótka pogawędka pozwala delikatnie rozładować napięcie i dodaje animuszu. Mimo wszystko i tak trochę onieśmiela mnie to zacne towarzystwo. Wiem też, że fakt, że zarówno przed sobą jak i za sobą mam dużo szybszych od siebie zawodników nie ułatwi mi zadania, gdyż przynajmniej przez pierwsze kilometry wszyscy będą mnie po prostu wyprzedzać. Strasznie to podcina skrzydła. Czasami zdarzało mi się to na ostatnich kilometrach, tu zacznie się to już kilka sekund po starcie i będzie trwało niewiadomo jak długo. To zresztą to nie jedyne utrudnienie. Zwykle zwłaszcza jeśli mi zależy na dobrym wyniku biegam z muzyką w słuchawkach. Rytm pozwala mi się bardziej zmotywować do jeszcze większego wysiłku i mimo zmęczenia zapomnieć o bólu i dowieść wynik do samej mety. Tym razem muszę się obejść bez tego. Przepisy PZLA mówią jasno, że jest to zabronione. Trudno. Długo zastanawiałem się jak się ubrać. Ostatecznie nie zaryzykowałem biegu w koszulce z krótkim rękawem, ale poszedłem na kompromis i założyłem krótkie spodenki. To była dobra decyzja, bo jeszcze przed startem w słońcu zrobiło się zaskakująco ciepło. „A niech to… Można było założyć także krótką koszulkę” – pomyślałem. No cóż.. za późno. Zegarek ustawiłem sobie, by poprowadził mnie na wynik 1:42. Uznałem, że biorąc pod uwagę wszelkie okoliczności na więcej mnie nie stać, a to i tak będzie jeden z lepszych moich rezultatów w życiu i taki wynik w pełni mnie zadowoli.

      W końcu rozlega się wstrzał startera i ruszamy. Staram się nie zwracać uwagi na wszystko co się dzieje wokół i biec swoim tempem, ale się nie da. Daję się ponieść emocjom i pierwszy kilometr przebiegłem jak na swoje możliwości zdecydowanie za szybko, a i tak wszyscy mnie wyprzedzają. Już w domu na spokojnie sprawdzę w aplikacji, że najwyższe tętno, dużo wyższe od średniej z całego biegu mam już na drugim kilometrze, co w ogóle jest kuriozum i pokazuje, że naprawdę tu przesadziłem. Na szczęście udaje się wszystko w miarę ustabilizować na kolejnych. Gdzieś koło piątego kilometra wyprzedzam zawodnika z charakterystycznym żółtym numerem startowym Mistrzostw Polski. Jest to niewątpliwie moment, który tknął we mnie dużo wiary, że może mi się udać spełnić jeden z założonych celów – nie być ostatnim. Po kilku kolejnych kilometrach widzę kolejnego zawodnika z takim numerem idącego poboczem. Zszedł z trasy. Poczułem pewną ulgę, bo w tym momencie w zasadzie jestem już pewien, że jeśli tylko dobiegnę to będę mógł z czystym sumieniem powiedzieć sobie, że ostatni nie byłem. Od tej pory mogę więc się skupić bardziej na tempie biegu. Mija kilometr za kilometrem. Od czasu do czasu spotykam na trasie znajome twarze. Każde takie spotkanie kończy się krótką pogawędką i pozdrowieniami. Na trzynastym kilometrze, gdzie na biegaczy czekał drugi z podbiegów zaczynam przeżywać mały kryzys. Biegnie mi się naprawdę ciężko i z trudem udaje mi się utrzymywać swoje dotychczasowe tempo. Potem na szczęście na biegaczy czeka zbieg, gdzie można chwilę odpocząć. Kolejny podbieg dopiero na siedemnastym kilometrze, ale ten już chyba nie daje mi się tak bardzo we znaki, a może to po prostu złudzenie, bo generalnie zaczyna się już robić trudniej i komfortu nie odczuwam wcale. W głowie zaczynam coraz bardziej kalkulować, ale zegarek podpowiada mi, że cały czas mam pewien zapas. Na dwudziestym kilometrze znowu robi się ciężko. To drugi kilometr, po trzynastym, na którym moje średnie tempo wyniosło kilka sekund powyżej pięciu minut. No, ale jest już blisko więc jakoś to przetrwam. W końcu ostatni kilometr już bez żadnej kalkulacji zwłaszcza, że niesie nas doping zebranych tutaj licznych kibiców. Ostatecznie na metę wpadam z wynikiem 1:41:21. Naprawdę zadowolony! To mój piąty najszybszy półmaraton w życiu więc jest tak, jak chciałem i jak mi zależało. Dla pewności sprawdzę jeszcze klasyfikację. Gdy okaże się, że w sumie wyprzedziłem trzech zawodników, a kolejnych sześciu zeszło z trasy i nie dobiegło wiem już, że udało mi się osiągnąć wszystko to, co sobie założyłem przed startem. Niewątpliwie daje mi to ogromną radość, bo bardzo mi na tym zależało. Jedną z trzech osób, które wyprzedziłem był Pan Tadeusz. Dobiegłem do mety ponad trzy minuty szybciej od Niego i ja wiem, że On jak na weterana biegów przystało ma już przeszło 70 lat, ale mimo wszystko wygrana na takiej imprezie z takim mistrzem dla takiego amatora jak ja jest osiągnięciem i cieszy. Po biegu jeszcze miłe rozmowy z klubowymi kolegami i innymi biegowymi znajomymi, wspólne pamiątkowe zdjęcia i można wracać do domu. Cały ten miesiąc to była dla mnie niewątpliwie wspaniała przygoda, a dzisiejszy dzień to jeden z wyjątkowych momentów kilkunastu lat mojego biegania i cieszę się, że mimo wątpliwości nie wycofałem się i doprowadziłem to wszystko do końca. Z drugiej strony to dziwne i trochę smutne, że na Mistrzostwach Polski startuje tak mała garstka zawodników i wcale nie muszą to być wszyscy najlepsi. To, co trochę mnie też rozczarowało to to, że decyzją organizatorów Półmaraton Wiązowski i Mistrzostwa Polski PZLA uznano jako dwie osobne imprezy i choć biegacze rywalizowali w tym samym czasie, na tej samej trasie wśród tych samych kibiców to nie jestem w ogóle sklasyfikowany w Półmaratonie Wiązowskim co przerywa moją pewną ciągłość, bo od 2020 regularnie stawałem na starcie tej imprezy. Choć w tym roku też go przebiegłem to oficjalnie mnie tam nie było. No cóż… byłem za to na Mistrzostwach Polski. Suma summarum cieszy zdecydowanie bardziej, niż rozczarowuje.

2025.02.23 Wiązowna Półmaraton: 34. PZLA MISTRZOSTWA POLSKI W PÓŁMARATONIE – 1:41:21

Zdjęcia: własne / Fotomaraton / SportSiedlce.pl


BGBB po raz jedenasty

      Po powrocie z Kuby nie miałem zbyt dużo czasu na aklimatyzację, bo dwa dni później czekał mnie start w pierwszym etapie tegorocznych Biegów Górskich Bogdana Bali na siedleckiej Gołoborzy. O ile jeszcze w dniu powrotu wydawało się, że aura będzie raczej jesienna, o tyle już następnego dnia spadła temperatura, a wraz z nią śnieg i przyszło nam rywalizować w zimowej scenerii. Można powiedzieć, że tradycji stało się zadość, bo dokładnie tak samo wyglądały początki dwóch poprzednich edycji tej imprezy, gdy zima zaskoczyła, albo w ostatnich dniach przed startem, albo wręcz ostatniej nocy.

      Specjalnych planów co do wyniku nie miałem. Chciałem potraktować ten bieg głównie towarzysko i treningowo. Dlatego też zacząłem bardzo spokojnie. Mimo wielu zbiegów i podbiegów udawało mi się też utrzymywać względnie równe tempo. Tak też minęła mi większość dystansu, który przebiegłem głównie samotnie. Na ostatnim okrążeniu w odległości kilkudziesięciu metrów przed sobą dostrzegłem czyjąś sylwestkę. Postawiłem więc sobie za cel pogoń za ta osobą. Nie podkręcałem jednak zbytnio tempa. Miałem wrażenie, że i tak prędzej, czy później go dogonię. Kusiło mnie jednak by przyspieszyć, bo na każdych stu metrach odrabiałem jedynie po kilka metrów. Postawiłem jednak na cierpliwość i była to słuszna decyzja. Na jednym z kolejnych stromych podbiegów rywal w zasadzie stanął. Mijając go wiedziałem, że raczej uda mi się go pokonać i faktycznie do mety dobiegłem z dziewięciosekundową przewagą. Wynik osiagniety wynik dał mi siódme miejsce. Pomyślałem, że to dobry początek. Trudno porównywać, bo to zupełnie inne trasy, ale zaczynam półtorej minuty lepiej niż rok temu.

      Na drugi etap przyszło nam czekać dwa tygodnie. Po zimowej aurze nie było już śladu. Nie mając znowu szczególnych oczekiwań co do wyniku zacząłem dość ostrożnie traktując ten bieg głównie jako trening. Dodatkowo zaraz po starcie rozwiązało mi się sznurowadło. Wkrótce jeszcze raz przyszło mi się zmierzyć z tym problemem. Czołówka w tym czasie mocno mi uciekła, a mi pozostało ją gonić. Przez najbliższe kilometry przyszło więc mi jedynie wyprzedzać kolejnych zawodników i regularnie przesuwać się do przodu stawki. Większość dystansu biegłem jednak samotnie. Na ostatnim okrążeniu dostrzegłem w odległości około trzystu metrów dwóch zawodników. Postanowiłem spróbować ich dojść. Udało mi się zniwelować stratę prawie o połowę. Potem jednak wbiegliśmy w teren z wieloma zakrętami, gdzie w gąszczu drzew straciłem rywali z oczu. Nie mając ich w zasięgu wzroku moja determinacja chyba spadła i ostatecznie pościg się nie udał. Do mety dobiegłem znowu siódmy, z tym, że teraz stawka była liczniejsza, a wynik  o prawie dwie minuty szybszy.   

      Na trzeci etap nie trzeba było długo czekać, bo jedynie tydzień. Nie chciało mi się szczerze mówiąc biegać. Najchętniej zostałbym w domu, zwłaszcza że bardzo mroźna pogoda także nie zachęcała. W pewnym sensie można powiedzieć, że wygrany czułem się już na samym starcie, faktem, że udało mi się jednak zmobilizować, by nie odpuścić. Tym razem zupełnie niespodziewanie dla siebie zacząłem dość szybko. Gdy zobaczyłem tempo po kilometrze zdecydowałem się na wszelki wypadek zwolnić. Zwłaszcza, gdy sobie przypomniałem, że na końcu każdej z czterech pętli czekał na nas bardzo długi i wymagający podbieg, przewrotnie zwany „Grzesiem”. Na drugiej pętli miałem przed sobą jednego biegacza. Potraktowałem więc dogonienie go jako pewne wyzwanie. Udało się to dość szybko i potem przyszło mi biec już w zasadzie samotnie. O ile dwa pierwsze podbiegi pod „Grzesia” udało się pokonać dość sprawnie to jednak trzeci raz dał się już mocno odczuć. Na czwartym okrążeniu dostrzegłem kątem oka, że ktoś zbliża się do mnie z tyłu. Potraktowałem to jako kolejną motywację. Gdy dobiegłem do ostatniego, czwartego podbiegu i tym razem moje tempo już tu zdecydowanie spadło byłem przekonany, że niebawem zostanę dogoniony. Gdy jednak byłem już na górze, a do mety pozostawało kilkaset metrów po płaskim znowu nabrałem determinacji, by nie dać się dojść. Ostatecznie udało się, a do mety przybiegłem szybciej o kolejną minutę, niż tydzień wcześniej. Co prawda trudno do końca porównywać jeden etap do drugiego, bo trasy były inne, a i tym razem było chyba delikatnie krócej, to jednak średnie tempo wyszło szybsze i to niewątpliwie cieszy, podobnie jak po raz kolejny siódme miejsce.

      Przed czwartym etapem, który odbył się już w połowie stycznia znowu zaskoczyła pogoda. Po ciepłym wiosennym wręcz okresie nad ranem tuż przed startem spadł śnieg. Zresztą delikatny opad towarzyszył biegaczom także podczas rywalizacji. Zastanawiałem się na co mnie stać. W ostatnich tygodniach, mniej więcej od Świąt Bożego Narodzenia  zacząłem już coraz cięższe treningi przed nowym sezonem półmaratońskim i byłem ciekaw czy zobaczę już pierwsze efekty. Być może dlatego zacząłem dość szybko. Po pierwszym kilometrze mając w świadomości, że tym razem trasa miała być jeszcze trudniejsza, niż ostatnio postanowiłem jednak zwolnić. Wyprzedziło mnie dwóch zawodników, ale byłem w stanie się za nimi utrzymać. Dwa kilometry później na drugiej pętli tuż po pokonaniu wyjątkowo długiego i stromego wspomnianego już „Grzesia” znowu byłem przed nimi, ale tym razem oni nie byli już w stanie utrzymać się za mną. Samotnie przyszło mi biec już do samej mety. Gdy pokonałem „Grzesia” po raz ostatni czwarty świadomość, że to był ostatni raz sprawiła, że poczułem pewną ulgę, mimo że do mety było jeszcze przecież blisko półtora kilometra. Ostatni odcinek pokonałem dość szybko i dotarłem do mety z dość dobrym czasem bardzo zadowolony. Zarówno w drugim etapie jak i trzecim pobiegłem szybciej, ale mam wrażenie, że to trasa tego czwartego była najtrudniejsza. Trochę rozczarowujące było dla mnie miejsce. Nie kontrolując ilu zawodników miałem przed sobą byłem przekonany, że będę wyżej, niż w każdym dotychczasowym etapie. Tymczasem do mety dotarłem tym razem…  ósmy. Najwyraźniej forma rywali rośnie jeszcze szybciej niż moja. No cóż… 

      Na piątym finałowym etapie na uczestników czekała prawdziwa wiosna. Było to o tyle zaskakujące, że to przecież ciągle końcówka stycznia. Celem tym razem było znowu sprawdzenie formy. Wszakże do pierwszego półmaratonu tego roku został już jedynie niespełna miesiąc. Trasa tym razem miała być najtrudniejsza ze wszystkich dotychczasowych etapów, mimo, że tym razem bez „Grzesia”. Dodatkowo symbolicznie wydłużona o jeden kilometr. W końcu to jedenasta edycja tej imprezy. Próbując rozsądnie wyważyć postęp formy i wyzwania czekające na trasie zacząłem dość ostrożnie. Przynajmniej tak mi się wydawało. Nie było tego jednak widać w tempie pierwszego kilometra. Na początku wyprzedziło nie kilku zawodników. Od drugiego kilometra wyprzedzałem już tylko ja. Większość dystansu przyszło mi jednak biec samotnie. Dopiero na ostatnich kilku kilometrach dostrzegłem przed sobą jednego zawodnika, którego postanowiłem dogonić, choć wiedziałem, że nie będzie łatwo, bo na każdym z dotychczasowych etapów kończył przede mną.

      Tak jak było zapowiadane trasa była naprawdę wymagająca sporo podbiegów, niewiele po płaskim i kilka niebezpiecznych zbiegów, na których także trzeba było zachować czujność. Na jednym z wystających leśnych korzeniach potknąłem się. Na szczęście stało się to na płaskim przy małej prędkości i jakimś cudem udało mi się  uniknąć upadku, choć naprawdę niewiele brakowało. Kontynuując swój pościg byłem już naprawdę blisko, by zrealizować swój cel. Zostało mi może ze dwadzieścia metrów. Niestety okazało się, że dla mnie było o jeden podbieg za daleko, bo to właśnie na ostatnim podbiegu znowu sporo straciłem i ostatecznie do mety dobiegłem z kilkudziesięciometrową stratą – ponownie siódmy. Nie byłem jednak rozczarowany wcale. Średnie tempo poniżej 5 minut na kilometr, najszybsze ze wszystkich etapów pokazuje mi, że forma idzie naprawdę w dobra stronę. Cieszy. A podsumowując całą imprezę? Cztery siódme miejsca i jedno ósme (niezaliczane do klasyfikacji końcowej, bo liczą się cztery najlepsze wyniki) dało mi szóste miejsce w klasyfikacji końcowej. Nie jest źle. Była to też wspaniała okazja, by spotykać wielu biegowych przyjaciół. Kolejny start za miesiąc. Już na półmaratonie…

2025.01.25 Siedlce 11km: BIEGI GÓRSKIE BOGDANA BALI (Etap V Finał) – 54:43

2025.01.11 Siedlce 10km: BIEGI GÓRSKIE BOGDANA BALI (Etap IV ) – 51:37

2024.12.14 Siedlce 10km: BIEGI GÓRSKIE BOGDANA BALI (Etap III ) – 50:31

2024.12.07 Siedlce 10km: BIEGI GÓRSKIE BOGDANA BALI (Etap II ) – 51:28

2024.11.23 Siedlce 10km: BIEGI GÓRSKIE BOGDANA BALI (Etap I ) – 53:22

Zdjęcia: Janusz Mazurek / Dariusz Sikorski / Paweł Pietruczanis (Zabłąkany Aparat)


Wyspa jak wulkan gorąca

    W zasadzie cały czas byłem przekonany, że aby zaliczyć kolejny, piąty już kontynent Amerykę Północną będę musiał poczekać do przyszłego roku i będzie to amerykańskie Chicago. Życie napisało jednak inny scenariusz i miasto Al‘a Capone zostało ostatecznie zastąpione miejscem, gdzie pali się najlepsze cygara, litrami pije się rum, a na ulicach jeżdżą piękne klasyczne samochody z połowy poprzedniego stulecia i namiętnie tańczy się rumbę. Mówiąc w skrócie „wyspa jak wulkan gorąca” – Kuba. Nie ukrywam, że ten wyjątkowo ciekawy kraj także był gdzieś tam w moich planach, ale raczej nie zakładałem, że uda mi się go odwiedzić w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy. Sam nie wiem do końca jak to się stało, że zacząłem myśleć o tym, aby to wydarzyło się jednak już teraz. Gdy oprócz chęci udało mi się znaleźć także stosunkowo tani bilet to wiedziałem już, że nie ma co odkładać na potem. Nie była to chyba mimo wszystko do końca przemyślana decyzja. Dopiero bowiem szykując się do wyjazdu zacząłem sobie zdawać sprawę z tego, na co się tak naprawdę porywam, i że prawdopodobnie będzie to jeszcze większe wyzwanie, niż czerwcowy wyjazd do Rio.

      Przede wszystkim pogoda. Nasza jesień to na Kubie czas huraganów. Kilka poradników, które przeczytałem odradzało podróże we wrześniu i październiku. W listopadzie na szczęście miało już być raczej spokojniej. I rzeczywiście. Przeglądając listę licznych kataklizmów, które nawiedziły Kubę w ostatnich dziesięcioleciach przekonałem się, że wszystkie wydarzyły się raczej przed listopadem. Tutaj więc mogłem być trochę spokojniejszy, no ale z upałem, od którego się już trochę w tym roku odzwyczaiłem było wiadomo, że trzeba się będzie zmierzyć i tak. Kolejnym wyzwaniem było znalezienie noclegu. Amerykańskie sankcje sprawiają, że portale których do tej pory używałem do wyboru hostelu nie prowadzą działalności na terenie tego kraju. Tym razem więc musiałem do tego użyć kompletnie mi nieznanej, nie wyglądającej zresztą do końca profesjonalnie strony i nie wiedząc tak naprawdę, czy nie jest to jakaś forma zwykłego oszustwa. Dopiero, gdy udało mi się w Internecie namierzyć bezpośredni kontakt i ostatecznie potwierdzić rezerwację to nabrałem trochę spokoju. W dzisiejszych czasach trudno sobie wyobrazić też podróżowanie bez Internetu. Tym razem jednak musiałem nastawić się na pewne ograniczenia także w tej kwestii. Na Kubie, choć trochę się już pod tym względem zmieniło i jest on coraz bardziej dostępny to jednak w zasadzie wszędzie jest płatny i wymaga wykupienia specjalnej karty z kodem, który umożliwia nam połączenie przez określony dość krótki zresztą czas, najczęściej godzinę. Jakość tego połączenia oczywiście także pozostawia wiele do życzenia. Trzeba się więc było nastawić na to, że być może tym razem przyjdzie sobie radzić zupełnie bez Internetu i ostatecznie, jak się później okazało, w dużej mierzę faktycznie tak się stało. Wyzwaniem mogły okazać się również zupełnie inne, niż w Europie gniazdka elektryczne. Na wszelki wypadek, aby się przykro nie zaskoczyć zainwestowałem w uniwersalną przejściówkę. Przy starych słabej jakości gniazdkach niestety i przejściówka nie do końca gwarantowała sukces. Czasem działało, czasem nie. Trochę jak rosyjska ruletka. Na szczęście gniazdek w pokoju miałem kilka. Możliwych przerw w dostawach elektryczności w ogóle na szczęście nie odnotowałem. Kolejna kwestia: przeliczanie pieniędzy. Galopująca inflacja i fakt, że jeszcze do niedawna na Kubie funkcjonowały dwie waluty: jedna dla lokalnych mieszkańców, a druga powiązana z dolarem i euro dla turystów sprawiają że trzeba być bardzo ostrożnym by się nie pomylić, albo nie dać się oszukać. To tylko niektóre problemy, które należało wziąć pod uwagę. Na inne, na przykład konieczność wyrobienia wizy, niedogodny dojazd z i na lotnisko oraz fakt, że komunikacja w języku angielskim podobnie jak w Rio, czy Limie będzie utrudniona byłem już trochę mentalnie przygotowany. Mimo wszystkich potencjalnych trudności, z którymi się liczyłem, że mogą się pojawić na Kubę wyruszałem jednak podekscytowany licząc, że wszystko będzie dobrze. No, bo jak się tu nie ekscytować perspektywą zobaczenia tego wszystkiego co oferuje Kuba?

      Samolot miałem w piątek rano i podróż do prostych także nie należała. Pierwszy przystanek to Stambuł. Wróciłem na to lotnisko po 8 latach z dokładnością co do jednego dnia, kiedy to byłem tu w drodze do domu po przebiegniętym w tym pięknym mieście maratonie. W Stambule miało być blisko dziewięć godzin oczekiwania na kolejny lot. Przez opóźnienie zrobiło się czternaście. Całą noc przyszło mi zatem spędzić nie w samolocie, tak jak zakładałem i gdzie można byłoby się zdrzemnąć, ale na lotnisku. W przeciwieństwie do wielu innych mniejszych lotnisk, które miałem okazję zobaczyć tutaj życie w nocy nie zamarło nawet przez chwilę. Nie było więc szansy choćby zmrużyć oka. Kolejnych kilkanaście godzin już w samolocie bezpośrednio do Hawany i taksówka do centrum miasta. W sumie z dotarciem do hostelu to prawie czterdzieści godzin turystycznej udręki.

     W Hawanie zgodnie z planem miałem lądować przed ósmą rano. Ostatecznie stało się to w samo południe. Przedłużające się formalności przy odprawie paszportowej, a zwłaszcza z odbiorem bagażu jeszcze tylko bardziej potęgowały moją irytację. Dopóki wśród oczekujących widziałem znajome twarze z samolotu było jeszcze spokojnie, z każdą kolejną chwilą zaczynała mnie jednak powoli ogarniać też mała panika. Przecież miałem tam wszystkie ubrania i buty na bieg. Co będzie jeśli gdzieś po drodze wszystko to zagubili? Na miejscu raczej nie będzie szansy dokupić czegokolwiek. W końcu jednak bagaż się znalazł, a ja już spokojniejszy mogłem łapać jakąś taksówkę.

      Moim pierwszym celem było dotarcie do miejsca, gdzie musiałem odebrać pakiet startowy. Biuro zawodów mieściło się w legendarnym hotelu Habana Libre, co w wolnym tłumaczeniu oznacza „Wolna Hawana”. Przed rewolucją był to Hilton. Na otwarcie w połowie poprzedniego stulecia przybył sam milioner Conrad Hilton oraz Prezydent kraju dyktator Batista. Po zajęciu Hawany przez Fidela Castro hotel stał się główną siedzibą nowego rządu, a Fidel zamieszkał w pokoju numer 2324. Biuro zawodów odbiegało trochę od tych, które znałem z Europy. Nie było tu żadnych stoisk wystawienniczych, a numery startowe wydawały panie przy kilku biureczkach odnotowując ten fakt… na kartce… długopisem… spisując po prostu imię, nazwisko i numer. Generalnie w ciągu tych kilku dni będę miał okazję wielokrotnie przekonać się jak ważną rolę w administrowaniu czegokolwiek odgrywają tutaj nadal zwykła kartka papieru i długopis. Po odebraniu pakietu skierowałem się już pieszo do położonego niedaleko hostelu, choć tak naprawdę mimo nazwy okazał się być on prywatną kwaterą. Hostal Carmen y León to jeden z popularnych w Hawanie tak zwanych „casa particular”, co oznacza w języku polskim „dom prywatny”. Aktualnie prowadzi go córka Carmen i Leona – Tailen. Pomaga jej mąż Eduardo. To z nią miałem okazję porozmawiać jeszcze przed wyjazdem za pomocą jednej z internetowych aplikacji. Udzieliła mi także kilku podstawowych wskazówek. To co podkreślała kilkukrotnie to fakt, aby nie wymieniać pieniędzy oficjalnymi kanałami, bo się kompletnie nie opłaca. Lepsze warunki zapewnić miał mi czarny rynek, a najlepiej jakbym wymienił u Niej. Rzeczywiście. Otrzymałem kwotę dziesięciokrotnie większą, niż dostałbym w banku, ale i tak nie były to wcale atrakcyjne warunki. Pierwszy lepszy człowiek na mieście zaoferował mi wyższą stawkę, ale nie była to też na tyle duża różnica, a ja nie wymieniałem nie wiadomo ile, aby pluć sobie potem w brodę i jakoś strasznie żałować. Już na podwórku domu, w którym miałem spędzić kilka kolejnych dni czekała ma mnie niespodzianka w postaci zaparkowanego naszego poczciwego starego Malucha. Sam fakt obecności na Kubie starych samochodów, w tym czterdziesto- czy nawet pięćdziesięcioletnich Maluchów, polskich Fiatów, czy radzieckich Ład był mi dobrze znany jeszcze przed wyjazdem. Ceny samochodów są tu ogromne. Gdzieś wyczytałem, że byle jakie dwudziestoletnie auto w przeliczeniu na polskie kosztuje ponad sto tysięcy złotych. Jeśli to prawda to nic dziwnego, że ile się da wyciskają ze starych. Zresztą wszystko tutaj dostaje swoje drugie życie. Na każdym kroku spotyka się tu ludzi, którzy naprawiają stare buty, meble, sprzedają stare używane rzeczy, czy części do czegokolwiek.

      Pokój nie był tani, zwłaszcza biorąc pod uwagę warunki ekonomiczne w tym kraju, ale za to zdecydowanie spełniał moje oczekiwania i swoim standardem przewyższał wiele hosteli, w których miałem okazję nocować przez ostatnie lata. Przede wszystkim mimo, że był trzyosobowy byłem w nim sam. Dodatkowo, czysto, cicho, schludnie, przestrzennie. Miałem w nim wszystko, co było mi potrzebne przez tych kilka dni wliczając w to osobne, niczym nie ograniczone wejście bez konieczności zakłócania spokoju domowników i prywatną łazienkę. Brakowało Internetu, ale na to byłem przygotowany. Bardzo odpowiadała mi także lokalizacja. Kwatera znajdowała w dzielnicy La Habana Centro położonej miedzy luksusową dzielnicą Vedado, a turystyczną Starą Hawaną. Było to także centrum życia mieszkańców tego miasta. Można więc było podejrzeć jak wygląda ich życie na co dzień i przekonać się, że nie jest ono usłane różami. Było stąd też w miarę blisko na start biegu, co zawsze cieszy.

      Tego dnia już szczególnych planów nie miałem. Byłem zmęczony tą podróżniczą katorgą. W kolejnych dniach było wystarczająco dużo czasu, by zobaczyć wszystko to, co zaplanowałem. Postanowiłem więc trochę odespać bezsenną noc. Zwłaszcza, że bieg już przecież następnego ranka. Usnąłem bardzo szybko mimo, że było popołudnie. Obudziłem się w zasadzie sam, bez budzika w pół do czwartej rano. Nic dziwnego. W Polsce dochodziła dziesiąta. Trochę się niepokoiłem, czy uda mi się dotrzeć na start jeszcze o zmroku i często nieoświetlonymi uliczkami. Droga na szczęście okazała się być prosta i krótsza, niż się spodziewałem. Na miejsce dotarłem zdecydowanie za wcześnie. Lubię być wcześniej, aby porobić zdjęcia, czy poczuć atmosferę, ale tym razem nie było sensu. Niewiele się tu jeszcze działo i dopiero rozstawiano barierki. Skończono pół godziny przed startem, ale wiedziałem już, że tu czas płynie trochę inaczej. Czekając w kolejce do depozytu zaczął ze mną rozmowę chłopak stojący przede mną. W pewnym momencie, gdy uznał, że dystans został już wystarczająco skrócony zapytał wprost, czy po biegu nie oddałbym mu swoich butów pokazując na swoje zniszczone. Nie mogłem nawet gdybym chciał i byłoby mnie stać na takie prezenty. Były to bowiem jedyne buty, w których przyszedłem na start. Innych ze sobą nie miałem. Zrobiło mi się trochę głupio, a trochę go żal widząc z jakimi problemami musi się zmagać w swoim bieganiu i wiedząc, że nie jest tu wyjątkiem.

      Gdy startujemy o 6 rano jest jeszcze zmrok. Specjalnych planów co do wyniku nie mam. Nie jestem w najlepszej formie. Po długiej serii siedmiu półmaratonów, które pobiegłem we wrześniu i październiku, przyszło pewne rozprężenie. Po chorobie z którą wróciłem z Sofii czułem, że nie jestem już w takiej dyspozycji jak jeszcze nawet kilka tygodni wcześniej, a brakowało mi już też ostatnio trochę motywacji. Byłem zmęczony tym sezonem. Chyba nawet bardziej psychicznie, niż fizycznie. Także natłok innych obowiązków sprawił, że trochę zluzowałem bieganie. Na Kubę przyleciałem więc po prostu zaliczyć kolejny bieg i dobrze się bawić. Gdy do tego weźmiemy pod uwagę zmęczenie podróżą i warunki atmosferyczne to podstawowym celem było po prostu ukończenie poniżej dwóch godzin. Zaczynam więc bardzo ostrożnie. Gdy zegarek wskazuje przebiegnięte już tysiąc pięćset metrów na poboczu zauważyłem znacznik informujący o ukończeniu dopiero pierwszego kilometra. Trochę skołowany zaczynam się zastanawiać czy to trasa została źle zmierzona, czy też po prostu błędnie ustawiono znacznik. Z kolejnymi na szczęście jest już wszystko w porządku i mogę odetchnąć z ulgą. Trasa jest zmierzona jak należy. Po kilku kilometrach dobiegamy do El Capitolio. Podobno w poprzednich edycjach start i meta były zlokalizowane w tym miejscu. Szkoda, że to się zmieniło, bo niewątpliwie dodawało to i prestiżu i uroku całej imprezie. Budynek jest naprawdę imponujący. Jest jedną z największych atrakcji tego miasta, z którą skojarzenia nasuwają się same, bo żywo przypomina ten, który odnajdziemy podczas podróży do stolicy USA. Budowa El Capitolio rozpoczęła się w 1926 roku, kiedy Kuba była pod silnym wpływem USA. Obiekt wzniesiono na podstawie dokładnie tego samego projektu, co Kapitol z Waszyngtonu, choć wielu specjalistów upiera się nawet, że to ta wersja jest bardziej udana. Mój wzrok przykuwa zwłaszcza kopuła. Podobno ma dziewięćdziesiąt cztery metry i jest trzecią co do wielkości na świecie. Dosłownie kilkadziesiąt metrów dalej mijamy Grand Teatro de la Habana, czyli tutejszy Teatr Wielki oraz jeden z najbardziej ekskluzywnych hoteli w Hawanie Hotel Inglaterra. Wybudowano go ponad sto pięćdziesiąt lat temu, a w czasie wojny hiszpańsko-kubańskiej zatrzymywał się tu np. Winston Churchill i czy też inni znakomici goście.

      Na kolejnym kilometrze dobiegamy do Muzeum Rewolucji. Okazały budynek, który kiedyś był siedzibą dyktatora Batisty dziś przypomina historię Kuby z perspektywy rewolucji. Na placu przed wejściem można dostrzec ustawiony sprzęt wojskowy, w tym stary sowiecki czołg. Następnego dnia, gdy tu wrócę już na spokojnie będę miał okazję przeczytać z ustawionej obok tablicy, że to rzekomo z tego czołgu Komandor Fidel Castro ostrzelał amerykański okręt podczas inwazji w Zatoce Świń w 1961 roku.

      Biegnąc nawet nie wyglądam w tłumie biało-czerwonych koszulek, bo czuję, że prawdopodobnie jestem jedynym Polakiem, który przybył do Hawany na ten bieg (potem w wynikach sprawdzę, że jednak było nas dwóch: jeden w maratonie i drugi w półmaratonie). Tym bardziej nie spodziewam się tu zobaczyć żadnych polskich kibiców. Niewątpliwie czuję jednak wsparcie Kubańczyków, którzy widząc polskiego orła na mojej koszulce od czasu do czasu dają wyraz sympatii wykrzykując miłe hasła. Generalnie podczas całego pobytu odniosłem wrażenie, że na Kubie nas Polaków lubią.

     Mijają kolejne kilometry. Po siedmiu dobiegamy do Malecon. To najsłynniejszy kubański deptak, na którym toczy się życie towarzyskie. Wybudowany w 1901 roku przez amerykańską armię jest świetnym miejscem, by wyglądać swojego amerykańskiego snu za oceanem… Na Malecon spotykają się Kubańczycy późnym wieczorem na plotki, słuchanie muzyki oraz na przyglądanie się spacerującym turystom. To miejsce spotkań, randek, zabawy. Teraz jest to pusto. Wrócę tu popołudniu.

      Biegnąc tak wzdłuż oceanu w pewnym momencie zauważyłem jakiś duży pomnik. Z tabliczki mimo, że była po hiszpańsku zrozumiałem, że to pomnik poświęcony ofiarom okrętu USS Maine. Nie znałem tej historii. Już po powrocie do domu dowiem się, że to okręt, który zatonął po eksplozji tutaj u wybrzeży Kuby w 1898 roku i wydarzenie to stało się przyczyną wybuchu wojny amerykańsko-hiszpańskiej. Zginęło wówczas 260 członków załogi. Tuż obok mijamy wyróżniający się swoją nowoczesnością na tle wszystkich innych budynek amerykańskiej ambasady. Przed budynkiem ustawionych podobno kiedyś było sto trzydzieści osiem masztów. W czasie zimnej wojny, gdy Amerykanie wieszali billboardy informacyjne skierowane do Kubańczyków Fidel wieszał na masztach flagi, które skutecznie zasłaniały „wywrotowe” hasła. Dziś masztów już nie widzę. Zastąpiła je chyba jakaś pro kubańska metalowa konstrukcja w kształcie olbrzymiej jednej flagi.

      Biegnie mi się cały czas zaskakująco dobrze. Gdy minęliśmy półmetek, a ja czuję się stosunkowo mocno postanawiam przyspieszyć, z nadzieją, że może uda się złamać godzinę i pięćdziesiąt minut. Przed startem nie planując biegu na konkretny wynik nawet nie sprawdziłem profilu trasy. Zakładałem, że skoro bieg jest nad oceanem to powinno być raczej płasko. Wcale tak płasko jednak nie jest, a pagórki zaczęły się w zasadzie od samego początku. Najbardziej strome kilkudziesięciometrowe podbiegi czekają na biegaczy tutaj, od trzynastego kilometra. Dodatkowo słońce grzeje coraz mocniej, a wiatr wiejący od oceanu tylko trochę łagodzi jego skutki. Plany przyspieszenia muszę więc odłożyć przynajmniej na jakiś czas. Gdy po szesnastu kilometrach nadal nie dotknął mnie żaden kryzys nabieram już przekonania, że powinno się udać złamać godzinę i pięćdziesiąt minut. Od tej pory kontroluję już po prostu swoje tempo na aktualnym poziomie bez zbędnych szaleństw. Ostatni najszybszy ze wszystkich. Na prostej prowadzącej do mety wyciągam biało-czerwoną flagę i przebiegam z nią wyciągniętą w górę w geście triumfu. Czas to ponad dwie i pół minuty poniżej celu. Zdecydowanie mnie satysfakcjonuje, żeby nie powiedzieć raduje.

      Na mecie spędziłem jeszcze chwilę. Zrobiłem kilka zdjęć na pamiątkę. Wśród zawieszonych nad podium około trzydziestu flag krajów pochodzenia biegaczy wisi ta biało-czerwona. Skoro było nas tylko dwóch to flaga zawisła tu specjalnie dla naszej dwójki. Miło. Potem szybki powrót na kwaterę. Prysznic, przebranie się i byłem gotowy odkrywać Hawanę. Postanowiłem jednak trochę zmienić plany. Z powodu braku Internetu nie mogłem udostępnić w telefonie swojej lokalizacji, a co za tym idzie żadna z aplikacji z mapami nie działała. W takiej sytuacji najbardziej intensywne zwiedzanie postanowiłem przełożyć na następny dzień, a tego dnia skupić się na miejscach, do których drogę już mniej więcej znałem bez mapy.

      Podążając w stronę swojego pierwszego celu po drodze raz jeszcze dotarłem na metę maratonu. Akurat zaczynała się dekoracja najlepszych maratończyków i półmaratończyków. Postanowiłem więc zostać chwilę. Przypadkowo spotkanych ludzi poprosiłem o jeszcze jedno zdjęcie z mety. Okazało się, że to pracownicy Czeskiej Ambasady, którzy przyszli kibicować swoim rodakom. Porozmawialiśmy miło chwilę nawzajem zaskoczeni swoją obecnością tutaj i poszedłem dalej. Niebawem dotarłem do Placu Rewolucji. To szczególne miejsce w Hawanie, swoisty ołtarz Ojczyzny i miejsce najważniejszych wydarzeń związanych z obchodami świąt narodowych kraju. To plac, na którym co roku świętowano urodziny przywódcy Fidela Castro. To także jedno z najsłynniejszych miejsc w Hawanie, w którym centralne miejsce zajmuje pomnik pisarza Jose Martiego. Na znajdujących się tu budynkach ministerstw można także odnaleźć podobizny Che Guevary wraz z jego słynnym powiedzeniem „Hasta la victoria, siempre” i Camila Cienfuegosa, który po wybuchu rewolucji często przemawiał z Fidelem. Po jakimś czasie jego osoba wzbudzała większą ekscytację wśród tłumu niż sam Castro, któremu najwyraźniej się to nie spodobało. Camilo zaginął w niewyjaśnionej katastrofie lotniczej. Co ciekawe, nie odnaleziono wraku samolotu… Siedemdziesiąt dwa tysiące metrów kwadratowych placu robi wrażenie. Tak samo jak zaparkowanych na nim kilkanaście starych klasycznych amerykańskich samochodów z lat pięćdziesiątych. Przejażdżka takim autem to jedna z największych atrakcji na Kubie, która przyciąga turystów. Ilość takich aut jest tutaj ogromna i są naprawdę przepiękne. Kontynuując swój marsz skierowałem się w stronę znanego mi już Hotelu Habana Libre. Po drodze minąłem budynek Uniwersytetu. Universidad de la Habana jest najstarszą uczelnią Kuby i co ciekawe jedną z pierwszą w obu Amerykach. To tutaj prawo studiował Fidel Castro, a gdy do władzy doszedł Batista, teren uczelni był miejscem protestów antyrządowych. Potem protestowano tu już także przeciwko rządom Castro. Tuż nieopodal odnalazłem znany Hotel Capri. Jeszcze przed wyjazdem wyczytałem, że w 1955 r. prezydent Batista uchwalił ustawę, na mocy której każdy kto zdecydował się budować hotel, otrzymywał specjalne ulgi podatkowe, pożyczki i licencję hazardową. Hotel Capri był pierwszym, który został wybudowany zgodnie z tym nowym rozporządzeniem. Otwarty w 1957 r. gościł największe gwiazdy Hollywood.

      Gdy dotarłem do położonego kilkaset metrów dalej Hotelu Habana Libre dowiedziałem się, że w jest tu możliwość wykupienia dostępu do WIFI w hotelowym holu. Godzina kosztuje jedno euro. Zdecydowałem się bez wahania. Dzięki temu mogłem sprawdzić co słychać w kraju, a przede wszystkim rozwiązać problem z niedziałającymi mapami. Od tej pory będę przychodził tutaj codziennie na godzinkę popołudniami. Przypomniały mi się trochę czasy końca lat 90, gdy aby skorzystać z Internetu biegało się do kafejek internetowych. Jak to się trochę niegrzecznie mówi „gimby nie znajo”.

      Wracając już powoli na kwaterę zajrzałem do Callejon de la Hamel. Bez krzty przesady można powiedzieć, że ta skromna mała uliczka to epicentrum kultury kubańskiej w tym mieście. Rzeźby, murale, wielobarwne budynki wyróżniają się na i tak kolorowych ulicach Hawany. Wyczytałem, że wiele się tu dzieje zwłaszcza w niedzielne popołudnia. Faktycznie. Akurat trwał uliczny koncert jakiegoś lokalnego zespołu. Muzycy grali, śpiewali, tańczyli do kubańskiej muzyki skutecznie zapraszając do tego zebranych wokół ludzi. Jednym słowem mini-karnawał.

      Po południu, gdy trochę odpocząłem raz jeszcze wybrałem się na Malecon. Tym razem już na spokojnie. Spacerując wzdłuż oceanu doszedłem do znanego mi już pomnika. Widok załatwiającego bez skrępowania na pomniku swoje potrzeby i to te większego, drugiego kalibru młodego Kubańczyka pozostałby pewnie ze mną na długo, gdyby nie przebił go następnego dnia widok kompletnie nagiego starszego mężczyzny wykrzykującego jakieś hasła i paradującego środkiem jednej z głównych ulic między mijającymi go samochodami. Poza mną nie wzbudzał raczej szerszego zainteresowania jakby działo się to wszystko na porządku dziennym. Hmm… Mimo tego typu dość ekstrawaganckich, trzeba przyznać, ekscesów oraz generalnie biedy i ubóstwa, co jak wiadomo zawsze podnosi poziom przestępczości muszę przyznać, że podczas całego pobytu czułem się naprawdę bezpiecznie. W sumie nic dziwnego. Jeszcze przed wyjazdem wyczytałem, że na wyspie, która w dużej mierze żyje z turystyki ataki na turystów są karane surowo, na równi z morderstwem. To wiele tłumaczy. Trudno powiedzieć, czy przewidziane są jakieś kary za paradowanie w nagim przyrodzeniem środkiem ulicy. Nie sprawdzałem.

      Wracając do pokoju w końcu natknąłem się na normalny sklep. Nie jest to częsty widok. Małych sklepów spożywczych tu w zasadzie chyba za bardzo nie ma. To, co widziałem do tej pory to jakieś małe punkty w pomieszczeniach przypominających bardziej jakieś komórki, czy garaże, gdzie ze stolika można kupić jedynie kilka, co najwyżej kilkanaście podstawowych produktów. Widok normalnego sklepu bardzo mnie ucieszył choć słowo „normalność” jest tutaj zdecydowanie na wyrost. Pustki na półkach, a ceny często zdecydowanie wyższe, niż u nas. Nie wiem jak ci ludzie tutaj żyją. Pierwszy raz w podróż zabrałem ze sobą chleb z Polski i była to naprawdę dobra decyzja.

      W nocy bardzo źle spałem. Budziłem się w zasadzie co godzinę. Dokuczał mi okropny katar i potworny ból głowy. Przeziębiłem się siedząc godzinę w mocno klimatyzowanym holu hotelu Habana Libre poprzedniego dnia. Rano, choć nadal czułem się mocno osłabiony na szczęście było już zdecydowanie lepiej. To dobra wiadomość. Przede mną przecież perspektywa całodziennego zwiedzania.

    Swoje pierwsze kroki skierowałem do Chinatown. Mało kto wie, że niegdyś na Kubie mieszkała całkiem spora społeczność chińska. Pozostałością po przybyszach z Chin jest właśnie ta okolica. Jeszcze przed wyjazdem przeczytałem, że z uwagi na to, że większość z nich wyemigrowała już do Stanów Zjednoczonych, nie poczuje się już w pełni atmosfery, która panowała tutaj przed rewolucją kubańską. Mimo to byłem troszkę rozczarowany. Liczyłem na więcej, niż tak naprawdę jedna uliczka w pełni w chińskim stylu.

      Podążając dalej już chwilę potem, jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki zobaczyłem kompletnie inną Hawanę. Czystą, zadbaną, piękną. To tutaj zaczyna się turystyczne serce miasta – dzielnica Havana Vieja, czyli po prostu Stara Hawana, a ja mogłem zacząć odkrywać jej najpiękniejsze tajemnice. El Capitolio, Grand Teatro de la Habana, czy hotel Inglaterra już znałem, teraz mogłem podziwiać je na spokojnie. Niebawem dotarłem do Museo Nacional de Bellas Artes, czyli Muzeum Sztuk Pięknych, które może pochwalić się jedną z najbardziej okazałych kolekcji w całej Ameryce Łacińskiej. W zasadzie wystarczyło się obrócić na pięcie, a moim oczom ukazał się kolejny mój cel, a mianowicie słynny bar El Floridita. Muszę uczciwie przyznać, że dopiero dzięki temu wyjazdowi dowiedziałem się o bardzo bliskich związkach Ernesta Hemingwaya z tą wyspą. Pisarz uwielbiał Kubańczyków. Sam o sobie mawiał, że jest Kubańczykiem z krwi i kości. Spędził tutaj dwadzieścia lat swojego życia, tutaj też powstały jego największe powieści. Gdy nie pisał prowadził bujne życie towarzyskie, był też niestety alkoholikiem. Jego maksyma brzmiała „skończyć pracę do południa, a picie do trzeciej”. To właśnie w słynnym barze El Floridita w Hawanie pisarz popijał daiquiri, na które zachodzą dziś tutaj turyści z całego świata. Niestety nie wszedłem do środka. O tej porze było jeszcze zamknięte. Niedaleko można odnaleźć także wybudowany dokładnie sto lat temu hotel Ambos Mundos. Pisarz zatrzymywał się tutaj przez kilka lat, a jego pokój nr 511 na piątym piętrze można zwiedzać do dziś. Podążając dalej dotarłem do budynku Bacardi z symbolicznym nietoperzem na czubku. Nazwa nie jest przypadkowa. Kiedyś była to główna siedziba firmy dopóki nie został znacjonalizowany przez rząd Castro, rodzina Bacardi wyemigrowała, a produkcja przeniesiona zagranicę. Na skwerze przy znanym mi już Muzeum Rewolucji zrobiłem krótką przerwę na odpoczynek. Znając wrażliwość komunistów w stosunku do obiektów o charakterze militarnym na wszelki wypadek pilnującego terenu żołnierza zapytałem, czy mogę robić zdjęcia. Nie było problemu. Kierując się dalej dotarłem do tutejszej katedry San Cristobal. To tutaj przez ponad wiek spoczywały szczątki Krzysztofa Kolumba, które potem zostały przeniesione do Sevilli. Zbliżając się już powoli do końca swojej wycieczki dotarłem do Placu Św. Franciszka, znajduje się u także wybudowany w XVI wieku Kościół tego samego patrona. Świątynia jest częścią dawnego klasztoru franciszkanów. Dziś mieści się w nim muzeum, w którym znajdują się liczne wartości historyczne i religijne. Na placu odnalazłem także Fryderyka Chopina, który siedział zadumany na ławeczce. Nie było to dla mnie zaskoczeniem. Przed wyjazdem wyczytałem bowiem, że ustawiono tu jego figurę kilka lat temu. W zasadzie to przyszedłem tu głównie dla niego. Przysiadłem na chwilę obok. Na koniec, można powiedzieć na deser zostawiłem sobie Plac Stary. Dawniej był miejscem egzekucji, walki byków, handlu niewolnikami. Dziś Plaza Vieja jest perełką turystyczną na szlaku zwiedzania Starej Hawany. Co ciekawe w poniedziałkowy poranek było tu wiele grup dzieciaków w wieku przedszkolnym lub wczesnoszkolnym, którzy wraz z opiekunami oddawali się tu różnym aktywnościom sportowym i zabawom z piłkami. Grali tutaj także swoja muzykę lokalni muzycy, spacerowali turyści. Generalnie wiele się działo. Zauroczony tym, co widziałem w ciągu dnia, ale i potwornie zmęczony wróciłem na kwaterę.

      Na ostatni dzień specjalnych planów już nie miałem. Rano postanowiłem wybrać się jeszcze do Starej Hawany mając w pamięci, że jest tam sporo sklepów z pamiątkami. Co ciekawe mimo bliskich relacji z Chinami nie ma tu w ogóle chińskiej tandety. Wszystko jest produkowane na miejscu, przez lokalnych mieszkańców z dostępnych tu materiałów, dzięki czemu pamiątka z Kuby jest faktycznie pamiątką z Kuby i ma swój kubański charakter. Zaopatrzony w suweniry wróciłem do pokoju chwilę odpocząć, a po południu wybrałem się ten ostatni raz na Malecon. Po drodze odnalazłem jeszcze Hotel Nacional. Przebiegałem tędy w niedzielę. Byłem też tu w poniedziałek, ale wówczas go nie rozpoznałem. Dumnie góruje na skale nad oceanem. Przed rewolucją był często odwiedzany przez gwiazdy Hollywood. Nocował tu też Churchill, czy Sinatra, a w 1946 roku odbył się tu zjazd największych amerykańskich mafiosów. Potem nie musząc już nigdzie biec, nigdzie iść, nie mając już żadnych planów i celów do zrealizowania mogłem w końcu spocząć na murku promenady Malecon. Leżąc tak beztrosko, słuchając szumu fal starałem się łapać upalne promienie słoneczne. Będą mi musiały wystarczyć na wiele miesięcy. Rozmyślałem też o tym co przez tych kilka dni przeżyłem próbując szukać naturalnych porównań do Brazylii. Mimo wszystko zdecydowanie większą ilość wrażeń i frajdy dostarczyło mi Rio. Wyjazd na Kubę dał mi jednak pewne poczucie dumy. Dumy, że zrobiłem coś wyjątkowego, bo niewątpliwie ten wyjazd i start w tym biegu był dla mnie sporym wyzwaniem. Naładowany tą energia i pozytywnymi emocjami wróciłem na kwaterę. Teraz już tylko pakowanie, a jutro z samego rana jeszcze o zmroku jedna z niewielu rzeczy w tym swoim podróżowaniu, których naprawdę i szczerzę nie lubię. Powroty…. Tym razem już na szczęście bez opóźnień i szybciej mimo, że z dodatkowym międzylądowaniem w stolicy Wenezueli Caracas. To dla mnie w zasadzie koniec tego sezonu. Kolejny półmaraton za prawie trzy miesiące, a przede mną czas odpoczynku i ostatecznego sprecyzowania planów na kolejny sezon.

2024.11.17 Hawana (Kuba) MARABANA CUBA MEDIO MARATON – 1:47:16

Więcej zdjęć z Hawany:

Więcej zdjęć z biegu: