Sezon moich startów w tym roku zbliża się już powoli do końca. Został mi jeszcze jeden bieg za granicą, ale co by się tam nie wydarzyło to już dziś mogę powiedzieć, że ten 2026 był dla mnie wyjątkowo udany. Zaplanowałem w nim aż osiemnaście półmaratonów. Zwłaszcza te wiosenne starty dały mi wiele sportowej satysfakcji i bardzo dobrych, jednych z lepszych w moim życiu wyników. Czując się w tym roku już w pełni spełnionym jesień od pewnego momentu traktowałem zdecydowanie bardziej ulgowo zarówno w treningach, jak i startach i nie dało się nie zauważyć spadku formy. Po zdobyciu tydzień temu drugiej Korony Półmaratonów Polski w Krakowie, gdzie pobiegłem bez żadnej presji na wynik ten kolejny w tym roku bieg 10 STOKROTKA PÓŁMARATON LUBELSKI też chciałem potraktować raczej jedynie jako test i rozbieganie nowych butów na kolejny sezon. Miał to być też trochę wyjazd integracyjny. Do Lublina wybrałem się bowiem w towarzystwie kolegów i koleżanek z kilku zaprzyjaźnionych podsiedleckich klubów biegowych: Grupy Biegaczy Skórzec Biega, Parkrun Skórzec oraz Wiśniew Biega i Maszeruje. Liczyłem więc bardziej na miło spędzony czas, niż na spektakularne sukcesy.

Na bieg postanowiliśmy pojechać samochodem od razu w dniu zawodów. W końcu nie jest aż tak bardzo daleko. Oczywiście i tak trzeba było wyjechać bardzo wcześnie, a brak snu mógł się przełożyć na nienajlepsze samopoczucie, no ale skoro nie nastawiałem się na żaden wynik to akurat dla mnie nie powinno mieć to większego znaczenia. Mimo dużej mgły po dwóch godzinach jazdy dotarliśmy na stadion lekkoatletyczny Start, gdzie podobnie jak rok temu, tak i tym razem zlokalizowane było biuro zawodów oraz start i meta. Dobre humory i pozytywne nastawienie mieszały się z małą niepewnością. Organizatorzy zapowiadali nową, zmienioną bardzo trudną trasę i choć czułem, że trochę przesadzają, to byliśmy ciekawi co dla nas przygotowano. Wielką niewiadomą były też dla mnie buty. Kupiłem je już z myślą o kolejnym sezonie i chciałem je po prostu przetestować. Biegałem w nich już dwa razy na treningu i miałem mieszane uczucia. Po pierwsze od samego początku dało się zauważyć, że są wyjątkowo sprężyste, co miało spore przełożenie na tempo na każdym pokonywanym kilometrze. W porównaniu do butów, w których biegałem do tej pory naprawdę od razu poczułem ogromną różnicę. Z drugiej strony wydawały się bardzo niestabilne, w dodatku niewygodne. Pierwsze moje doświadczenia z nimi związane zakończyły się mocno obtartym palcem u stopy. Mocno obciążały też dokuczające mi ostatnio trochę ścięgno Achillesa. Jeszcze na rozgrzewce biegnąc po bieżni stadionu czułem spory dyskomfort i trochę bałem się, czy ból nie okaże się być nie do zniesienia i czy w pewnym momencie nie uniemożliwi mi w ogóle dotarcie do mety. Dobra rozgrzewka w połączeniu z adrenaliną na szczęście pomogły. Gdy wybrzmiał wystrzał startera i ruszyliśmy na trasę o bólu po prostu zapomniałem.

Zegarek tym razem ustawiłem sobie, aby poprowadził mnie spokojnie na czas godzinę i pięćdziesiąt, czyli powinienem biec trochę powyżej pięciu minut na kilometr. Od samego początku jak tylko opuściliśmy stadion jest jednak zdecydowanie szybciej. Czuję, że nogi mnie po prostu niosą. Mimo, że pierwsze kilometry przyniosły nam kilka stromych wzniesień to biegnie mi się naprawdę rewelacyjnie. Co kilometr zerkam na zegarek i z każdym kolejnym mój zapas w stosunku do pierwotnego planu robi się coraz większy. Dychę przebiegłem w czterdzieści siedem minut z małym hakiem. Dawno już tak szybko nie biegałem. Boję się więc trochę, że lada moment może nadejść jakiś kryzys. Ten jednak nie nadchodzi. Delikatnie zaczyna przeszkadzać wiatr, ale nie na tyle istotnie, by całkowicie zaprzepaścić dotychczasowy wysiłek. Akurat biegnę w jakiejś małej grupce, ale nawet nie próbuję się chować za czyimiś plecami, by unikać podmuchów. Nie czuję takiej potrzeby. Ktoś z naszej grupki krzyknął, że biegniemy w tempie na wynik godzina i czterdzieści minut. Nawet do końca tego nie weryfikowałem, ale podziałało to na mnie bardzo motywująco. Do tej pory miałem przecież tylko jeden wynik poniżej tego poziomu, a dziś mimo pokonanych już kilkunastu kilometrów czuję się nadal naprawdę świetnie. Perspektywa, że może mi się to udać po raz drugi dodaje mi animuszu. Przyda się ten zastrzyk dodatkowej energii i motywacji zwłaszcza, że przed nami akurat dwunasty kilometr i najtrudniejszy fragment tego biegu z długim i stromym podbiegiem. Pamiętam go doskonale. Rok temu dał mi się mocno we znaki. Tym razem poszło dość gładko, a gdy dotarliśmy do jego szczytu i skręciliśmy w prawo wiedziałem, że wszystko, co najtrudniejsze jest już w zasadzie za nami. Wiatr od tego momentu wieje już jedynie w plecy, a ostatnie kilometry miały być przecież z górki. Coraz częściej zerkam na zegarek i zaczynam kontrolować czas. Z każdym kolejnym kilometrem wypracowany względem pierwotnego planu zapas stawał się coraz większy. Siedem minut, osiem, potem już nawet dziewięć… W końcu w ogóle przestaję już kalkulować i gnam po prostu przed siebie ile sił. Wiem już, że prawdopodobnie drugi raz w życiu złamię godzinę i czterdzieści minut, ale nie do końca mnie to urządza. Chcę więcej. Widać już stadion. Wbiegając na niego zerkam ostatni raz na zegarek. Mam około minuty na to, by pokonać niemalże całe okrążenie po bieżni i dotrzeć do mety bijąc swój dotychczasowy rekord. Czy wystarczy? Nie wiem. Czuję jednak ogromną determinację. Długo czekałem na taką chwilę nie wiedząc tak naprawdę czy kiedykolwiek ona jeszcze w ogóle nadejdzie. Tymczasem pojawiła się w najmniej oczekiwanym momencie. Kolejna szansa może się już nie powtórzyć. Zacisnąłem więc zęby i wyprzedzając na ostatniej prostej kilka kolejnych osób gnam do mety po niebieskiej bieżni stadionu. Mijając metę wyciągam dłonie w górę w geście triumfu. „Udało się! Nie wiem jak, ale się udało!” – pomyślałem czując ogromną dumę i jeszcze większe zaskoczenie. Nawet nie jestem jakoś wyjątkowo zmęczony. Delikatnie pochylony opierając dłonie na udach niczym po dobrze wykonanej ciężkiej robocie z niedowierzaniem zerkam jeszcze raz na zegarek i zastygam tak przez chwilę w bezruchu. Nadal jestem w szoku, nadal nie mogę w to uwierzyć. Trzynaście sekund, o tyle poprawiłem swój rekord życiowy. Trzynaście sekund! Cztery i pół roku oraz sześćdziesiąt osiem półmaratonów – tyle potrzebowałem, aby znowu zmierzyć się ze swoją życiówką i poprawić ją o trzynaście sekund. Chyba nie wierzyłem, że jeszcze kiedykolwiek mi się to uda. Nadal nie mogę w to uwierzyć, mimo, że to się właśnie stało. Z tego oszołomienia wyrywa mnie dopiero widok koleżanek i kolegów, którzy albo już dotarli, albo właśnie docierali do mety i od tego momentu możemy cieszyć się już wszyscy razem, wspólnie. Zdecydowana większość z nas zabiera do domu rekordy życiowe, wszyscy miłe wspomnienia. Powrót minie więc nam w znakomitych nastrojach.

Tego dnia jeszcze długo myślałem o tym biegu i o tym co się stało. W najśmielszych przypuszczeniach nie sądziłem, że może się to wydarzyć. Były różne momenty, były różne sukcesy, ale to chyba największe zaskoczenie w kikunastoletniej historii mojego biegania. Miałem świadomość, że nie jestem w szczytowej formie i w jakim tempie ostatnio biegałem. Znałem też trasę lubelskiego biegu i choć w tym roku się trochę zmieniła to od samego początku było wiadomo, że nie jest łatwa i górki wyżyny lubelskiej potrafią dać się mocno we znaki. Sprzymierzeńcem miała być za to pogoda. Jedynie kilka stopni podczas startu, niewiele więcej w dalszej części dystansu i zachmurzone niebo to warunki, które lubię. Generalnie dobrze mi się biega o tej porze roku. Przed startem też czułem się dziś znakomicie. Była więc szansa, że osiągnę dobry wynik. Zresztą w zasadzie większość naszej grupki też pobiegła jak na swoje możliwości rewelacyjnie. Być może więc nie powinienem zbytnio deprecjonować tego swojego ogromnego sukcesu, bo dało się dziś biegać szybko i być może naprawdę na niego zasłużyłem. Myślę jednak, że mimo wszystko ogromną rolę w tym wypadku, być może nawet najważniejszą odegrały buty. W zasadzie nigdy w swoim bieganiu nie przywiązywałem do nich szczególnej uwagi. Na początku w ogóle biegałem przecież jedynie w zwykłym sportowym obuwiu i dopiero przed pierwszym w swoim życiu półmaratonem kupiłem sobie prawdziwe buty do biegania. Przez kolejne długie lata też wybierałem raczej tańsze modele nie czując potrzeby na nic więcej i nie sądząc, że może mieć na moje wyniki to jakieś ogromne przełożenie. Dziś mimo, że nadal pobiegłem jedynie w butach ze średniej półki to przekonałem się jak bardzo może to być istotne, może nawet bardziej niż treningi, poświęcenie i forma. I mimo całej tej mojej dzisiejszej radości jest to dla mnie trochę rozczarowujące.

2026.10.18 Lublin 10 STOKROTKA PÓŁMARATON LUBELSKI – 1:38:15