Poza możliwością odkrywania nowych, coraz to dalszych zakątków świata i biegania tam kolejnych zawodów ważną rolę w moim podróżowaniu zajmuje historia. Bardzo się nią interesuję, często oglądam filmy dokumentalne, dużo czytam i z chęcią odwiedzam miejsca z nią związane. Nie wiem dlaczego tak się stało, ale szczególną rolę wśród moich zainteresowań odgrywają przede wszystkim te współczesne, nie aż tak bardzo odległe dzieje, a zwłaszcza II Wojna Światowa. Mówiąc o niej nie sposób zapomnieć o ważnej jej części, czyli holocauście i fabrykach śmierci, w których przez lata dokonywano eksterminacji i zgładzono miliony niewinnych ludzi. Dlatego też od dawna zależało mi na tym, aby kiedyś odwiedzić ten największy, najbardziej znany i najbardziej okrutny, będący świadkiem największego w dziejach ludzkości masowego mordu niemiecki obóz koncentracyjny Auschwitz-Birkenau. Kolejny trzeci już mój start w CRACOVIA KRÓLEWSKI PÓŁMARATON wydawał się być, co do tego okazją idealną.

Do Krakowa wybrałem się pociągiem w sobotę rano. Ponieważ to już moja kolejna wizyta w tym mieście nie planowałem tym razem żadnego zwiedzania i prosto z dworca udałem się tramwajem do znanej mi już bardzo dobrze hali Tauron Arena, gdzie podobnie, jak podczas poprzednich edycji tego biegu zlokalizowane było Expo. Po odebraniu pakietu i zrobieniu kilku pamiątkowych zdjęć skierowałem się w stronę hostelu, by w końcu odpocząć po podróży. Niewątpliwie zaletą hostelu była lokalizacja. Dwieście metrów od Starego Rynku z dogodnym dojazdem na miejsce startu to fakt, którego nie można nie docenić. Zresztą w środku też niczego mu nie brakowało i było tam wszystko, co było mi na te krótkie dwa dni tego pobytu niezbędne. Trochę zaskoczył mnie fakt, że na recepcji przywitał mnie niemowiący ani słowa po polsku Latynos. Wkrótce okazało się jednak, że może nie powinienem się, aż tak bardzo dziwić, gdyż gośćmi tego hostelu są i tak w zasadzie sami obcokrajowcy, zwłaszcza hiszpańskojęzyczni, więc znajomość polskiego i tak niewiele tu wnosi. Generalnie muszę przyznać, że mimo, że przecież tym razem nie opuszczałem kraju, to miałem trochę wrażenie jakbym był na kolejnym wyjeździe zagranicznym. Pokój tym razem przyszło mi dzielić między innymi z chłopakiem z Izraela Davidem, kontynuującym swoją podróż po Europie zaczętą w Warszawie, a którą zakończy we Włoszech. Drugim współmieszkańcem był Mauro, młody chłopak z Hiszpanii studiujący w ramach Erazmusa w Opolu, a który do Krakowa przybył podobnie jak ja, na półmaraton. To jego pierwszy. Ten zawsze wspomina się najmilej. W niedzielę już po biegu dołączy do nas Ivan, kolejny Hiszpan, który odwiedził Polskę turystycznie. Porozmawialiśmy sobie trochę o naszym kraju, trochę o Hiszpanii. Ucieszył mnie fakt, że mu się u nas w Polsce bardzo spodobało.

W Krakowie już w sobotę przywitała mnie piękna pogoda i wyższa temperatura, niż w Siedlcach. Choć w nocy trochę popadało w niedzielę było podobnie i jeśli miałem jakiekolwiek wątpliwości, czy pobiec w koszulce z krótkim, czy długim rękawem to szybko zostały one rozwiane. Stojąc na starcie szczególnych oczekiwań, co do wyniku nie mam. Najważniejsze w tym roku były dla mnie biegi na wiosnę, w tym ten w Delhi i Melbourne. Po Melbourne pobiegłem jeszcze pięć kolejnych półmaratonów, ale latem nie trenowałem już tak intensywnie, nie miałem już tak dużej motywacji i z każdym kolejnym startem czułem postępujący spadek formy. Byłem tego w pełni świadomy i taki stan rzeczy akceptowałem. Tym razem cele stawiałem sobie zupełnie inne, niż bieg na jakiś szczególny rezultat i najważniejsze było dla mnie po prostu ukończyć. Wiiedziałem, że nie tylko zrobię tym kolejny krok do swojego setnego półmaratonu, ale zagwarantuje mi to także moją drugą w życiu Koronę Półmaratonów Polski. Podobnie, jak tej pierwszej, cztery lata temu, tej również nie planowałem, ale biegając kilkanaście półmaratonów rocznie szanse, że takie osiągnięcie i tak się mimowolnie przydarzy są zawsze spore. Gdy kilka tygodni wcześniej przejrzałem listę okazało się, że kończąc bieg w Krakowie, na który już przecież i tak od dawna byłem zapisany zaliczę ten piąty, decydujący, a co za tym idzie druga Korona trafi w moje ręce i to właśnie to było tym razem dla mnie najważniejsze.

Tuż po godzinie 10:00 ruszyliśmy na trasę. Biegnie mi się od samego poczatku dość ciężko, ale udaje mi się utrzymywać tempo w okolicach pięciu minut na kilometr. Po pewnym czasie dobiegliśmy do Starego Rynku. Zebrało się tu sporo kibiców. Ich żywiołowy doping pozwala trochę zapomnieć o trudach biegu. Zresztą to dopiero początek. Na tym etapie nie jest jeszcze aż tak ciężko. Minęliśmy dobrze mi już znane Bazylikę Mariacką, Pomnik Mickiewicza oraz Sukiennice. Pewną niedogodnością jest fakt, że ten odcinek trzeba pobiec po bruku. Po kolejnych kilku kilometrach dobiegamy do Zamku na Wawelu. Tutaj czeka na nas podbieg. Mimo, że jest dość stromy to jednak udaje mi się utrzymywać tempo, w którym zacząłem i pokonuję go w całości bez większych strat. Równy rytm biegu uda mi się bez problemu zachować w zasadzie do półmetka. Niedługo potem docieramy pod Muzeum Narodowe i skręcamy w stronę krakowskich Błoni. Otwarta przestrzeń w tym miejscu sprawia, że przeszkadza trochę wiatr, ale jestem w stanie sobie z tym ciągle poradzić. Minęliśmy właśnie oba krakowskie stadiony piłkarskie. Najpierw był ten Wisły, potem Cracovii. Zawsze chętnie rzucę okiem na tego typu obiekty, mimo, że przecież już je znam. Po trzynastu kilometrach przebiegamy przez rzekę. Stromy podbieg na most sprawia, że pierwszy raz od startu tracę trochę kontrolę nad tempem i robi się tu zdecydowanie trudniej. Potem na szczeście udaje się ustabilizować sytuację i dopiero na ostatnich kilometrach, gdy mam już pewność, że złamię godzinę pięćdziesiąt minut to moje tempo znowu trochę spadnie. Finisz zlokalizowany wewnątrz Tauron Areny pokonuję po czerwonym dywanie w blasku laserów, przy głośnej muzyce i aplauzie zgromadzonych na hali kibiców. Na ostatnich metrach trochę przyspieszam, ale bez szczególnej determinacji. Czas poniżej godziny i czterdziestu ośmiu minut w pełni mnie satysfakcjonuje. Druga Korona zdobyta! Niewąpliwie cieszy, choć ta pierwsza smakowała chyba bardziej.

W poniedziałek rano czekała na mnie zorganizowana wycieczka autokarem do Auschwitz-Birkenau. Jeszcze przed wyjazdem zastanawiałem się nad tym, co przyjdzie mi tam zobaczyć i jak ogromne zrobi to na mnie wrażenie. Byłem kiedyś bardzo dawno temu na wycieczce szkolnej w Muzeum na Majdanku koło Lublina, ale po pierwsze to dużo mniejszy obóz, w znacznej mierze zniszczony, a ponadto miałem wtedy z jedenaście lat i mam wrażenie, że ze względu na młody wiek nie pokazano nam wówczas wszystkiego. Tym razem moja świadomość i rozumienie tego, gdzie jadę były na zupełnie innym poziomie. Szczerze mówiąc liczyłem, że pojedziemy tam z samego rana. Niestety, jakiś czas temu zmieniono mi godzinę na późniejszą. No trudno. Nie miałem już za bardzo wyboru i punktualnie o 10:00 stawiłem się w położonym nieopodal mojego hostelu miejscu zbiórki. Po półtorej godziny jazdy byliśmy na miejscu. Na teren Muzeum weszliśmy w towarzystwie naszej przewodniczki Pani Gosi podziemnym tunelem, w którym z głośników wyczytywane były po kolei imiona i nazwiska ofiar tego obozu. Już to robiło ogromne wrażenie, a był to przecież dopiero początek. Po wejściu na teren kompleksu i pokonaniu alejkami kilkuset metrów dotarliśmy do symbolicznej bramy z niemieckim napisem „Arbeit macht frei”. Wiedziełem doskonale co to znaczy. Chyba trudno wyobrazić sobie bardziej cyniczny napis, który mógł się pojawić właśnie w tym miejscu.

Całość terenu, a także poszczególne jego sektory ogrodzone były wysokim zbudowanym z masywnych betonowych słupów i drutów kolczastych płotem, do którego podłączono wysokie napięcie. Dla wielu więźniów, którzy nie potrafili poradzić sobie w trudnych obozowych warunkach i którzy stracili nadzieję na przetrwanie, była to jedyna ucieczka i ulga w cierpieniu. Rzucali się oni w desperacji na druty tragicznie kończąć swoje życie. Podążając dalej w głąb kompleksu minęliśmy miejsce, gdzie zwykle grała obozowa orkiestra. Nie była to jednak forma kultury, czy umilania życia obozowej społeczności, a raczej narzędzie kontroli i dyscypliny. Jej zadaniem było przede wszystkim usprawniać przejście i przeliczanie więźniów wychodzących do pracy, a następnie wracających z niej do obozu. Tuż nieopodal mój wzrok przykuła pewna tablica. Można z niej było wyczytać, że jeśli ktoś uciekł to Niemcy aresztowali jego bliskich, a następnie ustawiano ich w tym miejscu z napisem, że będą stali tu tak długo, dopóki uciekinier nie zostanie ujęty. Miała to być przestroga dla innych więźniów.

Niebawem dotarliśmy do Bloku 4. Na ścianie przy wejściu można od razu przeczytać cytat z George’a Santayany: „Kto nie pamięta historii skazany jest na jej ponowne przeżycie”. Przygotowane wewnątrz ekspozycje przedstawiają początki obozu, deportacje, proces selekcji i dowody masowej eksterminacji. Ściany zdobią zdjęcia przybywających do obozu i prowadzonych na śmierć ludzi, często w kilka godzin od momentu przybycia transportu. Ogromne wrażenie robią przede wszystkim stosy zużytych puszek po gazie Cyklon B i włosy, tony ludzkich włosów… Pokój w którym zostały one zgromadzone ze względu na szacunek dla ofiar jest obok celi głodowej jednym z dwóch pomieszczeń, w których nie można robić zdjęć. Wsłuchując się w milczeniu w tragiczne opowieści Pani Przewodnik poruszeni przemaszerowaliśmy do Bloku numer 5. W tym miejscu zgromadzono przede wszystkim mienie odebrane ofiarom, w tym setki walizek, tysiące butów, okularów, dziesiątki kul i protez ludzkich kończyn. Szczególne wrażenie robią rzeczy należące do najmłodszych mieszkańców obozu… dzieci. Kolejnymi blokami, które przyszło nam odwiedzić były te oznaczone numerami 8 i 9. Tutaj zgromadzono wszystko to, co przypominało, jak wyglądało codzienne życie więźniów. Można tu zobaczyć warunki sanitarne w jakich mieszkali osadzeni, jak wyglądał proces Ich rejestracji, tatuowanie numerów, czy golenie głów. Ściany korytarzy zdobią setki, a może i tysiące zdjęć więzniów, karty ich zdrowia, oraz listy i spisywane relacje. Szczególne wrażenie robi stos obozowych garnków i naczyń. Podążając dalej dotarliśmy do Bloku 10. W tym budynku można zobaczyć jak wyglądały narzędzia tortur, a także sale więźniów funkcyjnych, ich wyposażenie, pomieszczenie dyżurne, w którym służbę pełnił esesman, sala sądu doraźnego gestapo, gdzie wymierzano kary śmierci, a także pomieszczenia, gdzie przed rozstrzelaniem rozbierano więźniów. Do dziś wiszą tam pozostawione obozowe ubrania, jakby nadal czekały na swoich właścicieli.

Sąsiedni Blok 11 to tak zwany „Blok śmierci”. Właśnie w jednym z jego sal w styczniu 1945 roku żołnierze radzieccy znaleźli stos ciał więźniów zamordowanych w ostatnich dniach istnienia obozu, tuż przed jego wyzwoleniem. Są tu też cele stojące oraz cela głodowa, w której umierali więźniowie skazani na śmierć głodową, w rezultacie stosowania odpowiedzialności zbiorowej za ucieczkę innych. W podziemiach tego bloku we wrześniu 1941 przeprowadzono także pierwszą próbę masowego zabiajnia ludzi przy użyciu gazu Cyklon B. Zginęło wówczas sześciuset radzieckich jeńców wojennych i dwustu pięćdziesieciu Polaków wyselekcjonowanych z obozowego szpitala. Przed bydynkiem znajdowała się również ściana śmierci, pod którą rostrzeliwano więźniów. Ginęli tu przede wszystkim polscy więźniowie polityczni, członkowie i przywódcy organizacji konspiracyjnych oraz ruchu oporu. Wykonywano tu także karę chłosty, czy karę słupka polegajacą na wieszaniu więzniów za wykręcone do tyłu ręce. Podążając dalej dotarliśmy pod plac apelowy. W tym miejscu esesman prowadzący apel przyjmował meldunki o stanie liczbowym więzniów. W przypadku stwierdzenia braku któregoś z nich pozostali byli karani długotrwałym, często kilkunastogodzinnym staniem na baczność niezależnie od warunków atmosferycznych. To w tym miejscu podczas apelu wystąpił z szeregu ojciec Maksymilian Kolbe, by zamienić się z innym więźniem i potem oddać za niego życie w celi głodowej, o czym przypomina stosowna tablica. Tuż obok placu stoi długa szubiennica dla więźniów, na której wykonywano publiczne egzekucje w celu zastraszania innych. Największa z nich miała miejsce w lipcu 1943, gdy powieszono dwunastu Polaków podejrzanych o udzielenie pomocy w zorganizownaiu ucieczki trzech innych więźniów oraz utrzymywanie kontaktów z okoliczną ludnością. Kierując się już powoli w stronę wyjścia dotarliśmy do krematorium. Gdy palenie zwłok przeniesiono do Brzezinki Niemcy rozebrali piece oraz kominy i przerobili na magazyn, a otwory, przez które wrzucano wcześniej gaz po prostu zamurowano. Po wojnie konstrukcję odtworzono z oryginalnych elementów i można ją oglądać w pierwotnym kształcie do dziś. Wizytę w Auschwitz zakończyliśmy przed budynkiem, w którym wraz z żoną i pięciorgiem dzieci mieszkał główny komendant obozu Rudolf Hess. Przed budynkiem w miejscu, gdzie był barak obozowego gestapo stoi szubiennica. Dwa lata po wojnie został na niej powieszony. To tu zakończyła się też pierwsza część naszej wycieczki po fabryce śmierci.

Na drugą część pojechaliśmy naszym autokarem do położonej kilka kilometrów dalej Brzezinki. Przed wojną na tym terenie były wsie, ale niemieccy okupanci wypędzili stąd Polaków, a w miejscu zburzonych lub zajętych budynków założyli obóz zagłady Birkenau. Główną bramę do której prowadziły tory dostrzec można było już z daleka. Po jej przekroczeniu naszym oczom ukazała się rampa kolejowa. Po jednej stronie niekończące się murowane baraki, po drugiej wystające z ziemii setki kominów. To pozostałości po barakach drewnianych. Po wojnie rozberano je. Powody były różne: stan techniczny i zniszczenia, warunki sanitarne, a także ze względu na materiał, który później wykorzystywano do odbudowy powojennej Polski. Obie strony od rampy odziela sznur wieżyczek strażniczych, w których zwykle siedzieli esesmani z bronią. Na środku rampy stał wagon. W każdym z takich bydlęcych wagonów przewożono nawet do osiemdziesięciu osób. Wiele z nich nie było w stanie przetrwać w takich warunkach często nawet kilkunastogodzinnej podróży i umierali w środku zanim dotarli do obozu. Ci, którym się to udawało byli często mordowani w komorach gazowych w ciągu kilku najbliższych godzin od transportu. Na końcu linii kolejowej znajdują się ruiny dwóch krematoriów. Pod koniec wojny probując zacierać ślady władze obozowe zarządziły ich rozbiorkę. To, czego nie zdążono rozebrać zostało wysadzone w powietrze. W miejscu, gdzie wysypywano prochy spalonych ciał znajdują się pamiątkowe tablice. Koniec tej swoistej ścieżki śmierci wieńczy imponujący kamienny pomnik z ułożonymi u jego stóp płytami z przesłaniem dla kolejnych pokoleń: „Niechaj na wieki będzie krzykiem rozpaczy i przestrogą dla ludzkości to miejsce, w którym hitlerowcy wymordowali około półtora miliona mężczyzn, kobiet i dzieci, głównie Żydów z różnych krajów Europy, Auschwitz‑Birkenau 1940-1945” . Płyty wykonano w 23 językach. Dokładnie w tylu językach mówiły ofiary tego obozu.

Nie ukrywam, że ta wycieczka zrobiła na mnie ogromne wrażenie i mocno mną poruszyła. Wydawało mi się, że jestem na taką wizytę gotowy, ale normalny człowiek chyba nigdy na takie miejsca nie jest w pełni przygotowany. Cztery godziny spacerów, opowieści i widoków, które poruszają serca i duszę potrafi dotknąć każdego, nawet największego twardziela i trudno wyobrazić sobie, że te wszystkie okrucieństwa mogły wydarzyć się naprawdę i człowiek człowiekowi mógł zgotować tak okrutny los. Większe wrażenie, mimo mniejszej skali zrobiło na mnie chyba Auschwitz. Tragiczna historia tego miejsca poprzez fotografie, zdjęcia, dokumenty często sprowadzona jest do historii pojedynczego człowieka i rzeczy, które towarzyszą mu na codzień, co sprawia, że dokonane tu okrucieństwo i tragicze losy tych ludzi łatwiej sobie zobrazować. Birkenau pokazuje raczej ogromną skalę. Niekończące się tereny, przestrzenie, setki baraków, w których żyli i ginęli masowo ludzie… niczym w fabryce śmierci. Ta perspektywa jest już zupełnie inna, chyba mniej dla człowieka wyobrażalna. Na koniec chciałbym zostawić tylko taką refleksję, że nie możemy dać sobie wmówić, że histora nie ma znaczenia i powinno liczyć się tylko to, co przed nami, gdyż trudno budować dobrą przyszłość nie mając rozliczonej przeszłości i Ci co jej nie pamiętają skazani są w przyszłości na popełnianie ciągle tych samych błędów.

2026.10.11 Kraków 12 CRACOVIA KRÓLEWSKI PÓŁMARATON – 1:47:47
Więcej zdjęć z Auschwitz-Birkenau




































































































