Drugie podejście

    Poprzedni sezon mimo, że we Włoszech już kiedyś byłem chciałem zacząć od półmaratonu w Bolonii, a przy okazji ze względu na bliską odległość połączyć ten wyjazd z wyprawą do kolejnego kraju – San Marino. W 2014 roku wracając z Monte Cassino do Polski przejeżdżaliśmy przez to włoskie miasto. Wówczas z perspektywy okna naszego autokaru miałem okazję zobaczyć mury zlokalizowanego tam Polskiego Cmentarza Wojskowego. Ponieważ w zeszłym roku przypadała osiemdziesiąta rocznica bitwy przymierzałem się by niemalże dokładnie po dziesięciu latach wrócić i go odwiedzić już w pełnym tego słowa znaczeniu. Niestety komplikacje wynikające chociażby z terminów lotów, czy znalezieniem noclegu sprawiły, że Bolonię musiałem przesunąć o co najmniej rok. Ten rok właśnie minął i przyszła pora na drugie podejście do tego, by ten plan w końcu zrealizować.

      Lot miał się odbyć w sobotę nad ranem. Noc zatem po raz kolejny przyszło mi spędzić na lotnisku. Na szczęście bez żadnych komplikacji do Bolonii dotarłem przed południem, a chwilę potem siedziałem już w autobusie w kierunku Piazza Maggiore, czyli głównego placu miasta, gdzie zlokalizowane było miasteczko biegowe, a planowany w tym miejscu był także start i meta. Spędzając na placu troszkę czasu odebrałem pakiet i skierowałem się w stronę położonego tuż nieopodal hostelu. Na znajdujące się w centrum miasta atrakcje turystyczne jedynie rzuciłem okiem. Będę miał wystarczająco czasu, aby już na spokojnie obejrzeć sobie wszystko po biegu. Zwłaszcza, że zaczęło trochę padać.

      Z hostelem trafiłem idealnie. Miałem tu wszystko czego mi było potrzeba. Dużo przestrzeni. Do tego, czysto, schludnie, cicho i blisko na bieg. Gdy tylko się zameldowałem rozpakowałem się i poszedłem spać. Trzeba było w końcu odespać bezsenną noc na lotnisku. Po jakimś czasie obudziła mnie rozmowa po polsku. To był Wiktor i Asia z Krakowa, którzy kontynuowali swoją podróż po Włoszech, a w Bolonii zamierzali także wziąć udział w biegu. Poza tym w naszym pokoju zamieszkało dwóch chłopaków z Wielkiej Brytanii Orran, i Rafa oraz Patricio z Meksyku, który jako jedyny z nas zamierzał pobiec pełen maraton. Co ciekawe podobno kilka lat temu przemierzał Polskę rowerem podczas swojej wyprawy Ryga-Budapeszt. Mówił, że mu się podobało, a w pamięci zapadł mu zwłaszcza Białystok. Tego popołudnia wyszedłem już tylko coś zjeść. Pizzą nigdy nie pogardzę, zwłaszcza tą prawdziwą włoską.   

      Następnego dnia w niedzielę o 9:00 start. Pogoda nawet sprzyja. Dość rześko, a zza chmur nieśmiało wygląda delikatne słońce. Jeszcze miesiąc temu powiedziałbym, że specjalnych oczekiwań co do wyniku nie mam. To przecież dopiero początek sezonu, a zimą też przecież jakoś strasznie ciężko nie trenowałem i raczej na spokojnie planowałem wejść w nowy sezon. Dopiero wizja startu w Wiązownie mocno mnie zmobilizowała, ostatni miesiąc przepracowałem naprawdę solidnie, udało się przygotować dobrą dyspozycję i żal było tej formy nie wykorzystać. Podobnie jak tydzień wcześniej ustawiłem więc zegarek na tempo na wynik godzinę i czterdzieści dwie minuty. Czy i tym razem uda się ten plan zrealizować? Już wkrótce będę wiedział, że nie.

      Od początku biegnie mi się dość ciężko i nie wiem czy bardziej to efekt zmęczenia podróżą i nieprzespaną nocą na lotnisku, czy też trasą. Pierwsze kilometry w dość dużym tłumie wiodą wąskimi wybrukowanymi uliczkami miasta. W dodatku już po kilku kilometrach na biegaczy czeka jeden z dwóch najtrudniejszych podbiegów. Weryfikacja przyszła więc naprawdę szybko i od tej pory trochę rozczarowany postanawiam po prostu pobiec dość mocno, ale bez jakiegoś wnikliwego kontrolowania tempa i zdać się na to, co ostatecznie z tego wyjdzie. Generalnie byłem trochę pogodzony, że nie ma co liczyć już na wielki sukces. Trudno. Co zrobić. Trasa dość pagórkowata, często prowadzi przez parki, wiadukty, dużo trudniejsza, niż ta w Wiązownie. Mimo tego wszystkiego udaje mi się biec w miarę szybko. Być może dlatego w pewnym momencie w głowie zakiełkowała myśl, by jednak spróbować powalczyć chociaż o najlepszy wynik, który udało mi się kiedykolwiek zrobić za granicą. Ten aktualny (1:42:42), uzyskany na Malcie ma już przecież osiem lat. Warto byłoby się z nim rozprawić, zwłaszcza, że jestem w formie i stać mnie na to. Trzymam więc mocne tempo. Dopiero koło piętnastego kilometra, gdy dobiegamy do drugiego z podbiegów zaczyna się już robić na tyle ciężko, że muszę trochę zwolnić. Trwa to kilkanaście minut. Na tyle długo by stracić wiarę, że może się udać. Co ciekawe paradoksalnie w połowie tego kilkukilometrowego wzniesienia, gdy zaczyna być jeszcze stromiej to trochę odzyskuję wigor i znowu biegnę szybciej. Ostatni kilometr prowadzący nas ponownie na Piazza Maggiore pokonuję już ile sił w nogach i wpadam na metę niesiony żywiołowym dopingiem zebranych tu licznych kibiców. W końcówce nawet nie kontrolowałem czasu. Po przekroczeniu mety z ciekawością zerkam więc na zegarek. Okazuje się, że do wyniku z Malty zabrakło mi jedynie dwadzieścia dwie sekundy. Czuję pewne rozczarowanie. Z jednej strony mam satysfakcję, że udało mi się pobiec kolejny bieg w tempie, w którym tak niedawno nie sądziłem, że kiedykolwiek będę jeszcze w stanie. Z drugiej to, że do najlepszego wyniku za granicą zabrakło tak niewiele sprawiło, że poczułem pewien niedosyt. Gdybym tylko miał większą świadomość i bardziej to wszystko kontrolował to pewnie by się udało. A tak? No cóż. Teraz jest już za późno. Nic z tym nie zrobię. Wśród pięćdziesięcioosobowej grupy Polaków, którzy pobiegli w Bolonii półmaraton to i tak czwarty wynik. Wróciłem więc do hostelu mimo wszystko zadowolony. Odświeżyłem się, chwilę odpocząłem i byłem gotowy na to, by w końcu poznać bliżej miasto już na spokojnie i zobaczyć co ma do zaoferowania z tej turystycznej strony. Pogoda do zwiedzania tego dnia już idealna. Nie pada, w miarę ciepło, a zza nielicznych chmur coraz mocniej wyłania się słońce.

      Wróciłem na Piazza Maggiore. To tu przecież zlokalizowana jest większość najważniejszych zabytków tego miasta, które zaplanowałem odwiedzić. Tutaj też można spotkać odpoczywających mieszkańców, spacerujących turystów. Tego dnia z powodu biegu było ich tu pewnie jeszcze kilka razy więcej niż zwykle. Swój tour po mieście rozpocząłem od fontanny Neptuna. Jest piękna i w końcu mogę ją sobie obejrzeć już na spokojnie. To chyba najbardziej znana bolońska rzeźba. Jest dużo większa, niż ta, którą pamiętam z Gdańska. Neptun z trójzębem w dłoni stoi tu nagi od połowy XIV wieku dumnie pokazując swoje walory, a otaczają go delfiny, syreny i inne mityczne morskie stworzenia. Tuż obok rzeźby znajduje się Ex-sala Borsa. Kiedyś była to giełda papierów wartościowych, obecnie we wnętrzach budynku znajduje się biblioteka miejska. Nie jest to jednak zwykła biblioteka. Posiada posadzkę ze szkła, pod którą zobaczyć można ruiny antycznego miasta. W zasadzie na przeciwko biblioteki odnalazłem Pałac Króla Enzo. Został wybudowany prawie osiemset lat temu i zaraz po ukończeniu stał się „rezydencją-więzieniem” wziętego do niewoli w bitwie pod Fossalta sycylijskiego króla Enzo – syna cesarza Fryderyka II. Spędził w nim dwadzieścia trzy lata, aż do swojej śmierci. Kilkadziesiąt metrów dalej odnalazłem Palazzo del Podestà. Pałac zlokalizowany w samym centrum placu był pierwszym miejscem zarządzania miastem sprawowanym przez burmistrza, jego sędziów i urzędników. Naprzeciwko stoi imponująca Bazylika Św. Petroniusza. Świątynia, której budowa rozpoczęła się pod koniec XIV wieku sprawia wrażenie niedokończonej. Po stu latach prace zostały bowiem wstrzymane na polecenia papieża, który nie chciał, by rozmiary świątyni przekroczyły wysokość rzymskiej bazyliki św. Piotra. Mimo tego to i tak jeden z największych Kościołów w Europie. Co ciekawe w 2005 roku niewiele brakowało aby stał się miejscem zamachu terrorystycznego. Atak, którego autorem mieli być islamscy fundamentaliści udaremniła włoska policja, a prawdopodobną przyczyną było przedstawienie przez autora na jednym z fresków Mahometa wśród potępionych. Znajdują się tu także najstarsze na świecie funkcjonujące organy pochodzące z XV wieku. Kilkaset metrów dalej zaplanowałem kolejny przystanek, ale widać było go już z daleka. To dwie wieże. W średniowieczu było ich tu podobno prawie dwieście. Obecnie zostały jedynie nieliczne, a dwie z nich – Due Torri są niezaprzeczalnym symbolem miasta. Ich powstanie datuje się na początek XII wieku. Mają więc ponad dziewięćset lat. Co ciekawe mówi się, że ich powstanie to tak naprawdę efekt rywalizacji między dwoma rodami, która miała pokazać, który z nich jest potężniejszy. Wyższa z nich – Torre degli Asinelli ma prawie sto metrów wysokości aktualnie odchyla się od poziomo o prawie trzy metry i jest najbardziej krzywą wieżą we Włoszech, bardziej nawet od tej w Pizie. Zrobiłem pamiątkowe zdjęcie i poszedłem dalej. Następny przystanek na mojej mapie to położona na placu o tej samej nazwie i uznawana za jedną z piękniejszych świątyń Bolonii i to nie tylko ze względu na architekturę, ale także swoją historię Bazylika Santo Stefano. Jeszcze przed wyjazdem wyczytałem, że to tak naprawdę siedem różnych kościołów, które powstawały w różnych epokach od IV do XIII wieku. Dopiero Na przełomie XIX i XX zostały złączone w jeden kompleks. Przy bazylice znajduje się interesujące muzeum, w którym zgromadzone są cenne przedmioty religijne oraz dzieła sztuki ze wszystkich siedmiu kościołów. Moją uwagę przykuły zwłaszcza piękne malowidła, czy też pastorał i mitra papieska z XIV wieku. Idąc dalej dotarłem do historycznej siedziby uniwersytetu Palazzo dell’Archiginnasio. Uniwersytet boloński to najstarsza uczelnia cywilizacji zachodniej, która powstała już w 1088 roku. Co ciekawe studiowali tu także wybitni Polacy, chociażby Jan Kochanowski, Wincenty Kadłubek, czy też Mikołaj Kopernik, a ten ostatni także tu wykładał. Na sam koniec zostawiłem sobie miejsce nazywane „Małą Wenecją” Nie wiedziałem o tym wcześniej i dowiedziałem się dopiero przed wyjazdem, że Bolonia była kiedyś miastem kanałów, które łączyły ją z portem. Z biegiem lat i rozwojem miasta, kanały zostały ukryte, ale jest miejsce, które jest małą pamiątką tamtych czasów. Tą pamiątką jest małe okienko w ścianie jednego z budynków i to wszystko, co zanim się kryje. Gdy tylko dotarłem w tę okolicę i zobaczyłem kilkunastometrową kolejkę na pierwszy rzut oka donikąd wiedziałem już, że jestem na miejscu. Po kilku minutach czekania przyszła moja kolej i mogłem i rzucić okiem na „Małą Wenecję”. Widok jest naprawdę piękny i nic dziwnego, że tak wielu turystów chce go zobaczyć. To był mój ostatni zaplanowany na ten dzień punkt. Mogłem już powoli wracać do hostelu. Przemierzając przez cały dzień bolońskie uliczki na każdym kroku mogłem podziwiać piękne arkady, które tutaj są w zasadzie wszechobecne. W całym mieście jest ich podobno około kilkadziesiąt kilometrów, co jest ewenementem na skalę światową wpisanym na listę UNESCO. Geneza ich powstania jest całkiem prozaiczna, a w zasadzie pragmatyczna. Gdy w średniowieczu nastąpił nagły rozwój miasta i  przyjeżdżało coraz więcej ludzi zaczęło brakować powierzchni mieszkalnych. Postanowiono rozbudowywać budynki, ale chcąc zachować przestrzeń komunikacyjną robiono to dopiero od pierwszego piętra w górę zachowując pierwotną szerokość chodników i ulic. Niewątpliwie dodaje to miastu uroku i jest bardzo praktyczne. W sobotę, gdy padał deszcz mogłem spokojnie spacerować nie przejmując się wcale, że zmoknę.

      W poniedziałek czekała mnie ponownie wczesna pobudka. Plan na te dzień przewidywał bowiem wyprawę do jednego najmniejszych państw w Europie – San Marino. Mniejsze są tylko Watykan i Monaco. Co ciekawe San Marino jest podobno także najstarszą nadal istniejącą republiką na świecie. Powstało pod koniec XIII wieku. Niestety nie ma bezpośredniego połączenia z Bolonii. Dlatego też pierwszy etap mojej podróży to pociąg, a następnie autobus do stolicy państwa o tej samej nazwie. Po półtorej godziny jazdy dotarłem do Rimini. To średniej wielkości miasto to jedno z najpopularniejszych ośrodków turystyczno-wypoczynkowych nad północnym Adriatykiem. Za wiele czasu na poznanie miasta nie miałem. Półtorej godziny oczekiwania na autobus wystarczyło jedynie na spacer po porcie i promenadą wzdłuż morza. Więcej czasu będzie w drodze powrotnej, gdy uda się zobaczyć wszystkie największe atrakcje miasta, w tym te dwie najbardziej znane: Most Ś. Tyberiusza, czyli mający dwa tysiące lat jeden z najstarszych mostów na świecie, oraz Łuk Św. Augusta, który został wybudowany kilka lat później jako dar ludu rzymskiego dla Cezara Oktawiana, syna Juliusza. 

      Po godzinie jazdy autobusem dojechaliśmy do San Marino. Po wyjściu z autobusu już tylko krótki spacer dzielił mnie od pierwszego punktu mojej wycieczki, czyli bramy św. Franciszka (Porta San Francesco). Po przejściu przez bramę moim oczom ukazała się historyczna zabudowa tego miasta, a ponieważ znajduje się na wzgórzu to był to także pierwszy punkt widokowy na okolicę. Już chwilę po przekroczeniu bramy odnalazłem kolejny punkt na swojej liście – Kościół św. Franciszka. Ten wybudowany na przełomie XIV i XV wieku obiekt nie rzuca się w oczy, ponieważ zlewa się z przylegającymi do niego innymi kamienicami. Nie jest być może zbyt imponujący, ale cieszę się, że mogłem go zobaczyć, bo to najstarsza świątynia w San Marino. Idąc dalej dotarłem pod Pałac Rządowy, zwany Palazzo Pubblico. To jeden z najważniejszych symboli tego niewielkiego kraju. Budynek, będący siedzibą parlamentu i rządu San Marino został wybudowany w połowie XIX wieku, a jego konstrukcja nawiązuje do poprzedniej średniowiecznej budowli stojącej wcześniej w tym miejscu. Przed pałacem rozciąga się Plac Wolności, a w jego centralnym punkcie stoi Statua, też wolności. Kierując się jeszcze wyżej dotarłem do Bazyliki św. Maryna, będącej najważniejszym kościołem w mieście. Obecna neoklasycystyczna świątynia została wybudowana w pierwszej połowie XIX wieku w miejscu stojącej tu wcześniej średniowiecznej budowli. W budynku spoczywają relikwie św. Maryna, założyciela San Marino. Według legendy  to właśnie on na początku IV wieku założył pierwszą osadę na tym terenie. Do ówczesnego Imperium Rzymskiego przybył z wyspy Arbe i pracował w porcie w Rimini, po czym był zmuszony uciekać przed prześladowaniami Chrześcijan i ukrył się na wzgórzu Monte Titano, gdzie niedługo potem zaczęła powstawać wspólnota będąca zalążkiem współczesnego państwa. Dalsza przechadzka staromiejskimi uliczkami doprowadziła mnie do bardzo charakterystycznego placu, będącego jednym z najlepszych punktów obserwacyjnych San Marino zwanego Il Cantone. Widok stąd na panoramę włoskiego regionu Emilia-Romania jest naprawdę przepiękny. Dookoła rozlewają się malownicze wzgórza, a przy wyjątkowo dobrej pogodzie widać stąd podobno nawet wybrzeże Adriatyku. Nie tym razem.

      Na sam koniec zostawiłem sobie zdecydowanie najważniejszy zabytek San Marino – wznoszący się na samym szczycie wzgórza Monte Titano zamek La Rocca o Guaita, który przez setki lat bronił wolności mieszkańców republiki i nigdy nie został zdobyty. Obiekt ten tworzą między innymi trzy twierdze-wieże: Guaita, Cesta i Montale.  Pierwsza z nich jest najstarszą, największą i najbardziej imponującą częścią zamku. Powstała ona około X lub XI wieku, w całej swojej historii była kilkukrotnie restaurowana, a jeszcze w latach 60-tych mieściło się w niej więzienie. Cesta, powstała w pierwszej połowie XIII wieku. Montale natomiast wznosi się osamotniona nieco na uboczu. Nie robi ona tak dużego wrażenia jak dwie poprzednie. Po czterech godzinach zwiedzania wróciłem w miejsce od którego zacząłem swoją wędrówkę uliczkami San Marino. Jeszcze tylko godzinka czekania na autobus do Rimini, kolejny spacer ulicami miasta, pociąg do Bolonii i droga z dworca do hostelu. Gdy tam dotarłem zrobiło się już późno, a ja byłem naprawdę zmęczony.

      Ostatni dzień mojego pobytu to w końcu wycieczka do miejsca dla którego w zasadzie przecież tu przyjechałem, czyli na Polski Cmentarz Wojskowy II Polskiego Korpusu gen. Andersa. Przypomniało mi się trochę Monte Cassino i wróciły wspomnienia sprzed ponad dekady. Cmentarz znajduje się z dala od centrum. Po godzinie przeciskania się przez miasto autobusem dotarłem na miejsce. Gdy wszedłem bramą na jego teren zaskoczył mnie trochę swoimi rozmiarami. To największa nekropolia z czterech polskich cmentarzy znajdujących się na terenie Włoch. Powstał tuż po wojnie z inicjatywy gen. Andersa. Spoczywa tu prawie półtora tysiąca żołnierzy poległych w walkach na Linii Gotów, w Apeninie Emiliańskim i w bitwie o Bolonię. To wyjątkowe dla polskiej pamięci historycznej miejsce wielokrotnie odwiedzały ważne osobistości polskiego życia. Ks. Karol Wojtyła, był tu dwukrotnie jeszcze jako kardynał, a potem już jako papież Jan Paweł II. Cmentarz w Bolonii odwiedził też Prymas Polski ks. kard. Stefan Wyszyński. Jeszcze przed przyjazdem do Włoch przejrzałem listę pochowanych tutaj żołnierzy chcąc sprawdzić, czy jest ktoś z mojego miasta lub okolic. Udało mi się odnaleźć na liście kilku z byłego województwa siedleckiego, a także jednego z wioski Emilianówka położonej tuż pod Siedlcami. Był to Kanonier 1 Pułku Artylerii Lekkiej Konstanty Turski. Zginął 15 lutego 1945 roku w wieku 22 lat. Niedawno minęło więc niemalże dokładnie osiemdziesiąt lat. Postanowiłem odnaleźć Jego grób i to właśnie tam symbolicznie pomodlić się za tych wszystkich, którzy oddali życie za wolną Polskę. Miałem już powoli wracać do centrum, gdy moją uwagę przykuł drugi mniejszy cmentarz, o którym kompletnie nie wiedziałem, a który znajdował się tuż obok. Był to cmentarz na którym spoczęło około dwustu żołnierzy Armii Zjednoczonego Królestwa, w tym Brytyjczyków, Australijczyków, Nowozelandczyków, Kanadyjczyków, Hindusów oraz Afrykanerów Południowych. Wszedłem na jego teren, a spacerując między grobami mój wzrok przyciągnął i poruszył zwłaszcza ten Josepha Cawlaya, który zginął w wieku 31 lat, a na którym ktoś zostawił Jego zdjęcie i czerwony mak. W krajach anglosaskich to symbol pamięci o bohaterach wojennych, ale mi się mocno kojarzy także z Monte Cassino.

      Z jednej strony poruszony tym co zobaczyłem, z drugiej usatysfakcjonowany, że tak jak jedenaście lat temu po biegu na Monte Cassino tak i tym razem udało mi się wypełnić swoją misję by oddać hołd naszym bohaterom wróciłem do hostelu po swoje rzeczy. Potem już tylko autobus na lotnisko, kilka godzin oczekiwania i wieczorem powrót do domu. Tym razem już na szczęście bezpośrednim lotem. Kolejny bieg zaliczony. To cieszy. Tak samo jak cieszy forma i zdrowie. Poprzedni rok zaczynałem przecież z problemami zdrowotnymi i kontuzją pleców, a do mety kwietniowego półmaratonu w Poznaniu docierałem ledwo mieszcząc się w dwóch godzinach i zastanawiając się czy nie będę musiał zrezygnować z biegania. Dziś jestem w zupełnie innym miejscu, znowu biegam jedne ze swoich najszybszych półmaratonów w życiu i nie ukrywam, że czuję z tego powodu dużą radość.

2025.03.02 Bolonia (Włochy) RUN TUNE UP BOLOGNA HALFMARATHON – 1:43:04

Więcej zdjęć z Bolonii:

Więcej zdjęć z biegu:

Więcej zdjęć z Rimini:

Więcej zdjęć z San Marino:

Więcej zdjęć z cmentarzy:


Licencja na bieganie

      Już się w zasadzie stało kilkuletnią tradycją, że sezon półmaratoński rozpoczynam w Wiązownie pod koniec lutego. Podobnie miało być i w tym roku. Bez zbędnej zwłoki zarejestrowałem się już pierwszego dnia zapisów na początku stycznia. Jedyne co pozostało to powoli budować formę i czekać na start.  To miał być już mój sześćdziesiąty półmaraton i pewnie nie byłoby w nim nic wyjątkowego, gdyby nie fakt, że okazało się, że w tym roku w ramach tego wydarzenia miały odbyć się także oficjalne Mistrzostwa Polski na tym dystansie. Na początku nie ekscytowałem się tym za bardzo i nie wzbudzał ten fakt we mnie większych emocji. Nie było powodu. Do czasu.

      Już od wielu lat należę do klubu biegowego Yulo Run Team Siedlce. Na początku swojej biegowej przygody nie czułem potrzeby przynależności do żadnej z grup. Biegałem sam dla siebie i mi to wystarczało. Zwłaszcza, że przez lata żyłem przecież trochę w rozkroku między Siedlcami, a Warszawą nie wiedząc tak naprawdę, z którym miejscem zwiążę ostatecznie swoją przyszłość. W pewnym momencie jednak Basia koleżanka ze studiów zaczęła mnie namawiać, abym dołączył do siedleckiego klubu, którego była członkinią. Dość długo się zastanawiałem. Trudno mi było zrezygnować ze swojej pełnej niezależności i naprawdę trochę to trwało, ale w końcu się zdecydowałem. Z perspektywy czasu czuję, że w zasadzie było to chyba nawet nieuniknione i prędzej czy później i tak by się wydarzyło. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że w czasie pandemii wróciłem do Siedlec już na stałe. Miałem w tym klubie coraz więcej przyjaciół, z czasem poznawałem kolejnych. Często się spotykaliśmy przy różnych okazjach, a nasze ścieżki ciągle się krzyżowały i choć nadal nieformalnie to mentalnie czułem się już i tak częścią tej grupy. Był więc to naturalny krok, który należało wykonać. Wykonałem go, a od tego momentu przez kolejne lata przyszło mi poza sobą reprezentować także Yulo Run Team Siedlce. Gdy zbliżał się termin biegu w Wiązownie Juliusz – założyciel i Prezes zapytał, czy ktoś z naszej grupy nie chciałby wyrobić sobie licencji Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, by móc być w tych mistrzostwach sklasyfikowany deklarując przy tym pełną pomoc w przebrnięciu przez cały proces. W zasadzie w pierwszej chwili przyjąłem to dość spokojnie, dystansem i z umiarkowanym zainteresowaniem, no bo gdzie tam ja, taki zupełny amator na Mistrzostwa Polski… Nie będę się wygłupiał. Pasuję tam przecież, jak „pięść do oka”. Po chwili zastanowienia uznałem jednak, że w sumie byłaby to fajna przygoda i kolejne ciekawe doświadczenie. Na wszelki wypadek przezornie sprawdziłem wyniki z zeszłego roku i gdy okazało się, że istniała szansa, że udałoby mi się nawet kilku zawodników wyprzedzić to stwierdziłem: „Czemu nie?”

      Podstawowym wymogiem była konieczność wykonania badań lekarskich. Uznałem, że nawet gdyby ostatecznie zabrakło mi odwagi i jednak bym się wycofał to i tak warto je zrobić. Ostatni raz badałem się trzy lata temu przed wyjazdem na półmaraton do Nicei, gdzie aby wystartować też musiałem przedstawić podpisane przez lekarza zaświadczenie. Na szczęście przez te trzy lata nic się nie zmieniło, wyniki mam dobre i nadal mogę biegać. Potem symboliczna opłata za licencję i zdjęcie, którego nawet nie musiałem robić, bo zostało mi po wymianie w tym roku paszportu na nowy. Całą resztę, czyli wypełnienie wniosku na stronie związku zadeklarował się zrobić Juliusz. Pod koniec stycznia, dokładnie cztery tygodnie przez startem licencja trafiła w moje ręce, a ja stałem się oficjalnie zawodnikiem zrzeszonym w Polskim Związku Lekkiej Atletyki. Wooow… brzmi dumnie!

      Nie ukrywam, że mocno zmobilizowało mnie do treningów. Na cuda raczej nie można było liczyć. Przecież nigdy nie miałem talentu do biegania i nawet w gdybym swoim tak zwanym „prime” pobiegł swój najszybszy bieg w życiu to i tak przyszłoby mi stanowić jedynie kompletne tło i to nie tylko dla najlepszych, ale nawet średniaków. Poza tym po zimowej przerwie w intensywnych treningach zaczynałem raczej z niskiego poziomu i miałem świadomość, że trudno będzie zbudować jakąś szczytową dyspozycję, która pozwoliłaby mi powalczyć na przykład o nową życiówkę. Na początku więc nawet za bardzo o tym nie myślałem. Nie byłem zresztą przekonany, czy jeszcze stać mnie w ogóle na wyniki na swoim najwyższym poziomie. Biorąc to wszystko pod uwagę czułem się trochę jak reprezentanci afrykańskich krajów na zimowych Igrzyskach Olimpijskich dla których osiągnięciem jest już sam fakt, że mają okazję przyjechać, stanąć na starcie i wziąć udział w tej imprezie. I nie ważne, że do mety będą docierać pół godziny za najlepszymi, gdy ci będą już wracać spakowani do hotelu. Już to dawało mi sporo satysfakcji i poczucie fajnej przygody. Z drugiej strony nie chciałem też tego biegu po prostu odbębnić tylko naprawdę się postarać, aby to był godny start na miarę moich skromnych możliwości. Skoro już mam startować na Mistrzostwach Polski, to niech to jakoś chociaż wygląda. Postanowiłem więc zrobić naprawdę wiele by móc powiedzieć, że przynajmniej próbowałem sprawić, aby to był najlepszy start w moim życiu. Zabrałem się więc ostro za treningi.

      Nie sądziłem, że jeszcze kiedykolwiek będę trenował tak intensywnie. Ostatnie sezony traktowałem raczej ulgowo i nawet jak biegałem naprawdę sporo i stawiałem przed sobą jakieś sportowe cele, czy wyzwania to były one bardzo dalekie od moich najlepszych osiągnięć. Teraz czułem jednak znowu pełną mobilizację i determinację. Plan na przygotowania już miałem gotowy. Trzy lata temu sprawdził się przecież doskonale. Chciałem więc podążać znowu tą samą sprawdzoną drogą. Forma rzeczywiście zaczęła dość szybko iść w górę, ale mimo wszystko nie byłem zadowolony z postępów. Cały czas miałem wrażenie, że ciągle jestem kilka kroków dalej, niż powinienem. A to pokonywane kilometry były o te kilka sekund wolniejsze, niż trzy lata temu, a to średni krok ciągle krótszy o tych parę centymetrów. Brakowało szybkości, wytrzymałości, siły, lekkości. Każdy trening wymagał dłuższej regeneracji by ponownie „naładować baterie” przed kolejnym, a jeden czy może dwa kilogramy na wadze mniej też pewnie dawałyby większe nadzieje na pomyślność tej misji. Wiara w sukces z każdym kolejnym tygodniem po trochu bladła. Zaczęło do mnie powoli docierać, że trzy lata to jednak kawał czasu i to, co idealnie sprawdziło się wtedy teraz już niekoniecznie zagwarantuje mi realizacje planów. Czułem, że nie jestem już w stanie pokonać dokładnie tej samej treningowej ścieżki, a co za tym idzie oczekiwać podobnych rezultatów. Zacząłem zdawać sobie sprawę z tego, że choć na zdrowie i formę nadal narzekać nie mogę, to jednak ten szczyt mam już chyba za sobą i być może nigdy nie będzie już tak jak było wtedy w 2022 roku, cokolwiek bym nie robił. Nie ma się zresztą co dziwić. W końcu to już przecież czterdzieści sześć lat na karku. Gdy do tego wszystkiego na dwa tygodnie przed biegiem, a więc w najbardziej kluczowym momencie przygotowań przypałętało się ostre zapalenie zatok, które na pewien czas przywiązało mnie do łóżka i wykluczyło przez ten czas z jakichkolwiek aktywności burząc całkowicie plan przygotowań trzeba było już chyba ostatecznie przełknąć tę gorzką pigułkę prawdy. Dotarło do mnie, że pora zacząć trochę weryfikować swoje ambicje i nadzieje. Poczułem pewne rozczarowanie z jednej strony, z drugiej cały czas chciałem wycisnąć ile tylko się da, nawet jeśli miałby to nie być już ten przysłowiowy „max”. Mimo wszelkich nieprzychylności losu nadal zależało mi, aby był to chociaż jeden z tych szybszych półmaratonów w moim życiu, a po drugie nie chciałem na mecie być ostatni. To były moje dwa podstawowe cele, które przed sobą postawiłem. Czy uda się je zrealizować? Dowiem się wkrótce.

      Z niepokojem śledziłem prognozy pogody ostatnich dni przed biegiem. Po okresie, gdy w powietrzu czuło się już oznaki wiosny powróciła prawdziwa zima. Śnieg czy duży mróz nie tylko utrudniał treningi, ale też nie napawał optymizmem i mógł całkowicie pokrzyżować szyki oraz pogrzebać nadzieje na szybki bieg. Na szczęście w dniu zawodów miało być już trochę cieplej. Dobre i to, ale prognozowane zero, czy też kilka stopni na plusie to dla mnie i tak trochę za mało by poczuć się naprawdę komfortowo. Do Wiązowny podobnie jak rok wcześniej przyjechałem z kolegą Łukaszem Jego samochodem i klubowym kolegą Leszkiem. Na miejscu znajomych twarzy było jednak zdecydowanie więcej. To już tradycja, że na pierwszym półmaratonie naszego regionu roku spotykam wielu przyjaciół, których poznawałem na różnych etapach swojej biegowej przygody. Jest tu też ponad dwudziestoosobowa grupa z naszego klubu. Na dłuższe rozmowy nie ma za bardzo czasu. Niebawem przecież start. Więcej okazji będzie już po biegu. Gdy ustawiłem się już na starcie przeżywam pewne „deja vu”. Sporo mam już przecież tych biegów na koncie, a czuje się podobnie jak wtedy w 2010 roku, gdy kompletnie onieśmielony pojawiłem się na swoich pierwszych zawodach w życiu i stałem tak zastanawiając się co ja tutaj w ogóle robię.  Znając swoje skromne możliwości zwykle na starcie ustawiam się w środku stawki w swojej strefie czasowej. Tym razem jako zawodnik Mistrzostw Polski startuje w pierwszej grupie w samym przedzie w pięćdziesięcioosobowej grupie. Za mną stoi kilka tysięcy innych biegaczy bez licencji PZLA, ale w dużej mierze i tak szybszych ode mnie. Dziwnie się czuję widząc wokół siebie tak utytułowanych zawodników. Kilka metrów przede mną stoi na przykład Dominika Stelmach, jedna z najszybszych polskich biegaczek specjalizująca się w biegach ultra, czy też Mistrzyni Polski w maratonie Aleksandra Brzezińska. Tuż obok mnie w ostatnim rzędzie ustawił się Pan Tadeusz Dziekoński, medalista różnych zawodów rangi Mistrzostw Europy weteranów i najlepszy w Polsce atestator tras biegów ulicznych, prawdziwa legenda. Poznaliśmy się w 2017 roku na Malcie podczas mojego wyjazdu na półmaraton. On biegł tam pełen maraton. Krótka pogawędka pozwala delikatnie rozładować napięcie i dodaje animuszu. Mimo wszystko i tak trochę onieśmiela mnie to zacne towarzystwo. Wiem też, że fakt, że zarówno przed sobą jak i za sobą mam dużo szybszych od siebie zawodników nie ułatwi mi zadania, gdyż przynajmniej przez pierwsze kilometry wszyscy będą mnie po prostu wyprzedzać. Strasznie to podcina skrzydła. Czasami zdarzało mi się to na ostatnich kilometrach, tu zacznie się to już kilka sekund po starcie i będzie trwało niewiadomo jak długo. To zresztą to nie jedyne utrudnienie. Zwykle zwłaszcza jeśli mi zależy na dobrym wyniku biegam z muzyką w słuchawkach. Rytm pozwala mi się bardziej zmotywować do jeszcze większego wysiłku i mimo zmęczenia zapomnieć o bólu i dowieść wynik do samej mety. Tym razem muszę się obejść bez tego. Przepisy PZLA mówią jasno, że jest to zabronione. Trudno. Długo zastanawiałem się jak się ubrać. Ostatecznie nie zaryzykowałem biegu w koszulce z krótkim rękawem, ale poszedłem na kompromis i założyłem krótkie spodenki. To była dobra decyzja, bo jeszcze przed startem w słońcu zrobiło się zaskakująco ciepło. „A niech to… Można było założyć także krótką koszulkę” – pomyślałem. No cóż.. za późno. Zegarek ustawiłem sobie, by poprowadził mnie na wynik 1:42. Uznałem, że biorąc pod uwagę wszelkie okoliczności na więcej mnie nie stać, a to i tak będzie jeden z lepszych moich rezultatów w życiu i taki wynik w pełni mnie zadowoli.

      W końcu rozlega się wstrzał startera i ruszamy. Staram się nie zwracać uwagi na wszystko co się dzieje wokół i biec swoim tempem, ale się nie da. Daję się ponieść emocjom i pierwszy kilometr przebiegłem jak na swoje możliwości zdecydowanie za szybko, a i tak wszyscy mnie wyprzedzają. Już w domu na spokojnie sprawdzę w aplikacji, że najwyższe tętno, dużo wyższe od średniej z całego biegu mam już na drugim kilometrze, co w ogóle jest kuriozum i pokazuje, że naprawdę tu przesadziłem. Na szczęście udaje się wszystko w miarę ustabilizować na kolejnych. Gdzieś koło piątego kilometra wyprzedzam zawodnika z charakterystycznym żółtym numerem startowym Mistrzostw Polski. Jest to niewątpliwie moment, który tknął we mnie dużo wiary, że może mi się udać spełnić jeden z założonych celów – nie być ostatnim. Po kilku kolejnych kilometrach widzę kolejnego zawodnika z takim numerem idącego poboczem. Zszedł z trasy. Poczułem pewną ulgę, bo w tym momencie w zasadzie jestem już pewien, że jeśli tylko dobiegnę to będę mógł z czystym sumieniem powiedzieć sobie, że ostatni nie byłem. Od tej pory mogę więc się skupić bardziej na tempie biegu. Mija kilometr za kilometrem. Od czasu do czasu spotykam na trasie znajome twarze. Każde takie spotkanie kończy się krótką pogawędką i pozdrowieniami. Na trzynastym kilometrze, gdzie na biegaczy czekał drugi z podbiegów zaczynam przeżywać mały kryzys. Biegnie mi się naprawdę ciężko i z trudem udaje mi się utrzymywać swoje dotychczasowe tempo. Potem na szczęście na biegaczy czeka zbieg, gdzie można chwilę odpocząć. Kolejny podbieg dopiero na siedemnastym kilometrze, ale ten już chyba nie daje mi się tak bardzo we znaki, a może to po prostu złudzenie, bo generalnie zaczyna się już robić trudniej i komfortu nie odczuwam wcale. W głowie zaczynam coraz bardziej kalkulować, ale zegarek podpowiada mi, że cały czas mam pewien zapas. Na dwudziestym kilometrze znowu robi się ciężko. To drugi kilometr, po trzynastym, na którym moje średnie tempo wyniosło kilka sekund powyżej pięciu minut. No, ale jest już blisko więc jakoś to przetrwam. W końcu ostatni kilometr już bez żadnej kalkulacji zwłaszcza, że niesie nas doping zebranych tutaj licznych kibiców. Ostatecznie na metę wpadam z wynikiem 1:41:21. Naprawdę zadowolony! To mój piąty najszybszy półmaraton w życiu więc jest tak, jak chciałem i jak mi zależało. Dla pewności sprawdzę jeszcze klasyfikację. Gdy okaże się, że w sumie wyprzedziłem trzech zawodników, a kolejnych sześciu zeszło z trasy i nie dobiegło wiem już, że udało mi się osiągnąć wszystko to, co sobie założyłem przed startem. Niewątpliwie daje mi to ogromną radość, bo bardzo mi na tym zależało. Jedną z trzech osób, które wyprzedziłem był Pan Tadeusz. Dobiegłem do mety ponad trzy minuty szybciej od Niego i ja wiem, że On jak na weterana biegów przystało ma już przeszło 70 lat, ale mimo wszystko wygrana na takiej imprezie z takim mistrzem dla takiego amatora jak ja jest osiągnięciem i cieszy. Po biegu jeszcze miłe rozmowy z klubowymi kolegami i innymi biegowymi znajomymi, wspólne pamiątkowe zdjęcia i można wracać do domu. Cały ten miesiąc to była dla mnie niewątpliwie wspaniała przygoda, a dzisiejszy dzień to jeden z wyjątkowych momentów kilkunastu lat mojego biegania i cieszę się, że mimo wątpliwości nie wycofałem się i doprowadziłem to wszystko do końca. Z drugiej strony to dziwne i trochę smutne, że na Mistrzostwach Polski startuje tak mała garstka zawodników i wcale nie muszą to być wszyscy najlepsi. To, co trochę mnie też rozczarowało to to, że decyzją organizatorów Półmaraton Wiązowski i Mistrzostwa Polski PZLA uznano jako dwie osobne imprezy i choć biegacze rywalizowali w tym samym czasie, na tej samej trasie wśród tych samych kibiców to nie jestem w ogóle sklasyfikowany w Półmaratonie Wiązowskim co przerywa moją pewną ciągłość, bo od 2020 regularnie stawałem na starcie tej imprezy. Choć w tym roku też go przebiegłem to oficjalnie mnie tam nie było. No cóż… byłem za to na Mistrzostwach Polski. Suma summarum cieszy zdecydowanie bardziej, niż rozczarowuje.

2025.02.23 Wiązowna Półmaraton: 34. PZLA MISTRZOSTWA POLSKI W PÓŁMARATONIE – 1:41:21

Zdjęcia: własne / Fotomaraton / SportSiedlce.pl


BGBB po raz jedenasty

      Po powrocie z Kuby nie miałem zbyt dużo czasu na aklimatyzację, bo dwa dni później czekał mnie start w pierwszym etapie tegorocznych Biegów Górskich Bogdana Bali na siedleckiej Gołoborzy. O ile jeszcze w dniu powrotu wydawało się, że aura będzie raczej jesienna, o tyle już następnego dnia spadła temperatura, a wraz z nią śnieg i przyszło nam rywalizować w zimowej scenerii. Można powiedzieć, że tradycji stało się zadość, bo dokładnie tak samo wyglądały początki dwóch poprzednich edycji tej imprezy, gdy zima zaskoczyła, albo w ostatnich dniach przed startem, albo wręcz ostatniej nocy.

      Specjalnych planów co do wyniku nie miałem. Chciałem potraktować ten bieg głównie towarzysko i treningowo. Dlatego też zacząłem bardzo spokojnie. Mimo wielu zbiegów i podbiegów udawało mi się też utrzymywać względnie równe tempo. Tak też minęła mi większość dystansu, który przebiegłem głównie samotnie. Na ostatnim okrążeniu w odległości kilkudziesięciu metrów przed sobą dostrzegłem czyjąś sylwestkę. Postawiłem więc sobie za cel pogoń za ta osobą. Nie podkręcałem jednak zbytnio tempa. Miałem wrażenie, że i tak prędzej, czy później go dogonię. Kusiło mnie jednak by przyspieszyć, bo na każdych stu metrach odrabiałem jedynie po kilka metrów. Postawiłem jednak na cierpliwość i była to słuszna decyzja. Na jednym z kolejnych stromych podbiegów rywal w zasadzie stanął. Mijając go wiedziałem, że raczej uda mi się go pokonać i faktycznie do mety dobiegłem z dziewięciosekundową przewagą. Wynik osiagniety wynik dał mi siódme miejsce. Pomyślałem, że to dobry początek. Trudno porównywać, bo to zupełnie inne trasy, ale zaczynam półtorej minuty lepiej niż rok temu.

      Na drugi etap przyszło nam czekać dwa tygodnie. Po zimowej aurze nie było już śladu. Nie mając znowu szczególnych oczekiwań co do wyniku zacząłem dość ostrożnie traktując ten bieg głównie jako trening. Dodatkowo zaraz po starcie rozwiązało mi się sznurowadło. Wkrótce jeszcze raz przyszło mi się zmierzyć z tym problemem. Czołówka w tym czasie mocno mi uciekła, a mi pozostało ją gonić. Przez najbliższe kilometry przyszło więc mi jedynie wyprzedzać kolejnych zawodników i regularnie przesuwać się do przodu stawki. Większość dystansu biegłem jednak samotnie. Na ostatnim okrążeniu dostrzegłem w odległości około trzystu metrów dwóch zawodników. Postanowiłem spróbować ich dojść. Udało mi się zniwelować stratę prawie o połowę. Potem jednak wbiegliśmy w teren z wieloma zakrętami, gdzie w gąszczu drzew straciłem rywali z oczu. Nie mając ich w zasięgu wzroku moja determinacja chyba spadła i ostatecznie pościg się nie udał. Do mety dobiegłem znowu siódmy, z tym, że teraz stawka była liczniejsza, a wynik  o prawie dwie minuty szybszy.   

      Na trzeci etap nie trzeba było długo czekać, bo jedynie tydzień. Nie chciało mi się szczerze mówiąc biegać. Najchętniej zostałbym w domu, zwłaszcza że bardzo mroźna pogoda także nie zachęcała. W pewnym sensie można powiedzieć, że wygrany czułem się już na samym starcie, faktem, że udało mi się jednak zmobilizować, by nie odpuścić. Tym razem zupełnie niespodziewanie dla siebie zacząłem dość szybko. Gdy zobaczyłem tempo po kilometrze zdecydowałem się na wszelki wypadek zwolnić. Zwłaszcza, gdy sobie przypomniałem, że na końcu każdej z czterech pętli czekał na nas bardzo długi i wymagający podbieg, przewrotnie zwany „Grzesiem”. Na drugiej pętli miałem przed sobą jednego biegacza. Potraktowałem więc dogonienie go jako pewne wyzwanie. Udało się to dość szybko i potem przyszło mi biec już w zasadzie samotnie. O ile dwa pierwsze podbiegi pod „Grzesia” udało się pokonać dość sprawnie to jednak trzeci raz dał się już mocno odczuć. Na czwartym okrążeniu dostrzegłem kątem oka, że ktoś zbliża się do mnie z tyłu. Potraktowałem to jako kolejną motywację. Gdy dobiegłem do ostatniego, czwartego podbiegu i tym razem moje tempo już tu zdecydowanie spadło byłem przekonany, że niebawem zostanę dogoniony. Gdy jednak byłem już na górze, a do mety pozostawało kilkaset metrów po płaskim znowu nabrałem determinacji, by nie dać się dojść. Ostatecznie udało się, a do mety przybiegłem szybciej o kolejną minutę, niż tydzień wcześniej. Co prawda trudno do końca porównywać jeden etap do drugiego, bo trasy były inne, a i tym razem było chyba delikatnie krócej, to jednak średnie tempo wyszło szybsze i to niewątpliwie cieszy, podobnie jak po raz kolejny siódme miejsce.

      Przed czwartym etapem, który odbył się już w połowie stycznia znowu zaskoczyła pogoda. Po ciepłym wiosennym wręcz okresie nad ranem tuż przed startem spadł śnieg. Zresztą delikatny opad towarzyszył biegaczom także podczas rywalizacji. Zastanawiałem się na co mnie stać. W ostatnich tygodniach, mniej więcej od Świąt Bożego Narodzenia  zacząłem już coraz cięższe treningi przed nowym sezonem półmaratońskim i byłem ciekaw czy zobaczę już pierwsze efekty. Być może dlatego zacząłem dość szybko. Po pierwszym kilometrze mając w świadomości, że tym razem trasa miała być jeszcze trudniejsza, niż ostatnio postanowiłem jednak zwolnić. Wyprzedziło mnie dwóch zawodników, ale byłem w stanie się za nimi utrzymać. Dwa kilometry później na drugiej pętli tuż po pokonaniu wyjątkowo długiego i stromego wspomnianego już „Grzesia” znowu byłem przed nimi, ale tym razem oni nie byli już w stanie utrzymać się za mną. Samotnie przyszło mi biec już do samej mety. Gdy pokonałem „Grzesia” po raz ostatni czwarty świadomość, że to był ostatni raz sprawiła, że poczułem pewną ulgę, mimo że do mety było jeszcze przecież blisko półtora kilometra. Ostatni odcinek pokonałem dość szybko i dotarłem do mety z dość dobrym czasem bardzo zadowolony. Zarówno w drugim etapie jak i trzecim pobiegłem szybciej, ale mam wrażenie, że to trasa tego czwartego była najtrudniejsza. Trochę rozczarowujące było dla mnie miejsce. Nie kontrolując ilu zawodników miałem przed sobą byłem przekonany, że będę wyżej, niż w każdym dotychczasowym etapie. Tymczasem do mety dotarłem tym razem…  ósmy. Najwyraźniej forma rywali rośnie jeszcze szybciej niż moja. No cóż… 

      Na piątym finałowym etapie na uczestników czekała prawdziwa wiosna. Było to o tyle zaskakujące, że to przecież ciągle końcówka stycznia. Celem tym razem było znowu sprawdzenie formy. Wszakże do pierwszego półmaratonu tego roku został już jedynie niespełna miesiąc. Trasa tym razem miała być najtrudniejsza ze wszystkich dotychczasowych etapów, mimo, że tym razem bez „Grzesia”. Dodatkowo symbolicznie wydłużona o jeden kilometr. W końcu to jedenasta edycja tej imprezy. Próbując rozsądnie wyważyć postęp formy i wyzwania czekające na trasie zacząłem dość ostrożnie. Przynajmniej tak mi się wydawało. Nie było tego jednak widać w tempie pierwszego kilometra. Na początku wyprzedziło nie kilku zawodników. Od drugiego kilometra wyprzedzałem już tylko ja. Większość dystansu przyszło mi jednak biec samotnie. Dopiero na ostatnich kilku kilometrach dostrzegłem przed sobą jednego zawodnika, którego postanowiłem dogonić, choć wiedziałem, że nie będzie łatwo, bo na każdym z dotychczasowych etapów kończył przede mną.

      Tak jak było zapowiadane trasa była naprawdę wymagająca sporo podbiegów, niewiele po płaskim i kilka niebezpiecznych zbiegów, na których także trzeba było zachować czujność. Na jednym z wystających leśnych korzeniach potknąłem się. Na szczęście stało się to na płaskim przy małej prędkości i jakimś cudem udało mi się  uniknąć upadku, choć naprawdę niewiele brakowało. Kontynuując swój pościg byłem już naprawdę blisko, by zrealizować swój cel. Zostało mi może ze dwadzieścia metrów. Niestety okazało się, że dla mnie było o jeden podbieg za daleko, bo to właśnie na ostatnim podbiegu znowu sporo straciłem i ostatecznie do mety dobiegłem z kilkudziesięciometrową stratą – ponownie siódmy. Nie byłem jednak rozczarowany wcale. Średnie tempo poniżej 5 minut na kilometr, najszybsze ze wszystkich etapów pokazuje mi, że forma idzie naprawdę w dobra stronę. Cieszy. A podsumowując całą imprezę? Cztery siódme miejsca i jedno ósme (niezaliczane do klasyfikacji końcowej, bo liczą się cztery najlepsze wyniki) dało mi szóste miejsce w klasyfikacji końcowej. Nie jest źle. Była to też wspaniała okazja, by spotykać wielu biegowych przyjaciół. Kolejny start za miesiąc. Już na półmaratonie…

2025.01.25 Siedlce 11km: BIEGI GÓRSKIE BOGDANA BALI (Etap V Finał) – 54:43

2025.01.11 Siedlce 10km: BIEGI GÓRSKIE BOGDANA BALI (Etap IV ) – 51:37

2024.12.14 Siedlce 10km: BIEGI GÓRSKIE BOGDANA BALI (Etap III ) – 50:31

2024.12.07 Siedlce 10km: BIEGI GÓRSKIE BOGDANA BALI (Etap II ) – 51:28

2024.11.23 Siedlce 10km: BIEGI GÓRSKIE BOGDANA BALI (Etap I ) – 53:22

Zdjęcia: Janusz Mazurek / Dariusz Sikorski / Paweł Pietruczanis (Zabłąkany Aparat)