Archiwum kategorii: Bieganie

Czerwone maki Cz. II

     Nie opadły jeszcze emocje i nie zdążyłem nacieszyć się wspólnie z kolegami sukcesem w Accreo Ekiden, w którym ostatecznie w klasyfikacji sztafet firmowych zajęliśmy świetne 7 miejsce, a tu pora na kolejne wyzwanie. Tym razem z biegiem połączone są podróże, zwiedzanie i odkrywanie nowych fantastycznych miejsc…, a także misja – misja polegająca na oddaniu hołdu i czci tym, którzy polegli w walce o wolną i niepodległą ojczyznę i przypomnienie ich ofiary. To także spełnienie ich prośby „przechodniu powiedz Polsce, żeśmy polegli wierni w jej służbie”

     Gdy tylko zobaczyłem informację o tym biegu zaczęły się gorączkowe poszukiwania dogodnego dojazdu w rozsądnej cenie. Nie było łatwo, ale się udało. Potem badania – we Włoszech w przeciwieństwie do polskich biegów podstawowym wymogiem startowym jest certyfikat medyczny podpisany przez lekarza. Mając w pamięci wydarzenia z października, kiedy to na trasie, a właściwie tuż za metą Biegnij Warszawo zmarł jeden z uczestników wydaje się to być słuszne. Przy okazji dowiedziałem, że nie ma żadnych przeciwskazań bym biegał, a moje serce bije w wyjątkowo wolnym tempie, co jest typowe dla wszystkich osób uprawiających sport. Na przykład taki Miguel Indurain hiszpański kolarz przez lata najlepszy na świecie ma serce, które bije w rytmie tylko 29 uderzeń na minutę, co w ogóle jest ewenementem. Niewiele szybsze serce ma na przykład Justyna Kowalczyk. Ale wracając do biegu – 2014 uczestników, w tym 1052 z Polski – dokładnie tylu, ilu polskich żołnierzy zostało tu na zawsze na tej włoskiej ziemi splamionej krwią i usłanej czerwonymi makami i ta góra z którą przyjdzie się zmierzyć. Każdy polski uczestnik miał pobiec w intencji jednego z poległych żołnierzy by na szczycie góry oddać mu hołd.

     Swoją przygodę rozpoczęliśmy od zakwaterowania w hali sportowej w Cassino, z dala od hotelowych luksusów, a potem poznania miasta na każdym kroku czując sympatię pozdrawiających nas Włochów. Następnego dnia wycieczka do Rzymu, Watykanu, by popołudniu po raz pierwszy zapoznać się z tą niesamowitą górą. Marsz na sam szczyt, by dopingować kolarzy na finiszu jednego z etapów tegorocznego Giro di Italia pokazał, że można się zmęczyć wchodząc tam, a przecież już niebawem mieliśmy tam wbiegać. Następnego dnia nie mniej atrakcji: wycieczka do Neapolu, zupełnie innego niż Rzym, wspinaczka na szczyt Wezuwiusza – jednego z sześciu najbardziej niebezpiecznych wulkanów na świecie i jedynego aktywnego w kontynentalnej części Europy. W końcu sobota i start. Biegniemy popołudniu, ale już od rana wyczuwa się napięcie i emocje. Pewne obawy, bo w nogach czuć jeszcze mocno intensywne wielogodzinne spacery rzymskimi czy neapolitańskimi uliczkami, marsz na sam szczyt Monte Cassino by dopingować kolarzy, czy też wspinaczkę na Wezuwiusza z poprzednich dni. Zapowiada się raczej delikatne słońce, ale bez upału. W ostatniej chwili rezygnuję z cieplejszego stroju, czego później pożałuję. Ostatnie przygotowania i nasza grupa z biało-czerwonymi flagami wspólnie wyrusza na start, gdzie zbiera się coraz więcej biegaczy i publiczności. Tuż przed samym startem rozpętuje się ulewa. Leje niemiłosiernie, co jakiś czas w oddali słychać symboliczne uderzenia piorunów, jak działa artyleryjskie sprzed lat ostrzeliwujące wzgórze. Leje, zimno, ale nikt nie mówił , że będzie łatwo. Może to nawet i lepiej. Satysfakcja będzie większa, a i los tych co polegli wymaga poświęceń. Oni nie zatrzymali się mimo niebezpieczeństw, niedogodnych warunków i znoju. Wytrwali w swym zadaniu do samego końca. Jeszcze tylko odśpiewanie hymnów obu państw: Polski i Włoch i start.

     Zacząłem powoli. Poznałem tą trasę dwa dni wcześniej maszerując na sam szczyt i wiedziałem, że szybki start byłby samobójstwem. To nie jest zwykłe 10 kilometrów, które biegam kilka razy w tygodniu. To 8 kilometrów wspinaczki krętymi górskimi drogami, gdzie różnica wzniesień wynosi ponad 500 metrów i tylko dwa pierwsze kilometry po płaskim w mieście. Mija kilometr, po kilometrze, deszcz nieustanie leje co jakiś czas przechodząc w mżawkę. W słuchawkach całą trasę „Czerwone maki”. Prawdziwy kryzys przyszedł między 7, a 8 kilometrem. Zacząłem czuć się jakby ktoś zaczął odłączać mi prąd. Baton, którego nie wiem czemu zabrałem ze sobą na trasę (nigdy tego nie robię) okazuje się być zbawienny, pozwala odzyskać wigor i siły. Jeszcze tylko kawałeczek i meta. Na ostatnich kilkuset metrach wykrzesuję z siebie jeszcze resztki sił by zafiniszować w ładnym stylu. Publiczność to docenia nagradzając, jak zresztą każdego mijającego linię mety biegacza gromkimi brawami. Dziś brawa należą się nam jak nigdy – stroma góra, nieustający deszcz i przenikliwe zimno. Medal na szyi już wisi, zanim jednak będzie można przysiąść, przebrać się, ogrzać i odpocząć jedna rzecz została nam do zrobienia. Wspólnie z kolegami wybieramy się na pobliski cmentarz by do końca wypełnić swoją misję i choć na chwilę spocząć na grobie żołnierza dla którego się biegło. Ja biegłem dla sierżanta Poczykowskiego, dla mnie więc dziś meta jest przy jego grobie. Zmęczony, zziębnięty, ale bardzo szczęśliwy mogłem wrócić do naszej hali.

     To był naprawdę ciężki bieg. Nawet po maratonie nie czułem się tak zmęczony . Czas nie był najlepszy, ale nie był też najważniejszy. Najważniejsza była misja, która została ostatecznie wypełniona. Wspólnie ze mną swą misję wypełniło wielu utytułowanych sportowców, takich jak Bogdan Mamiński (srebrny medalista MŚ 1983 na 3000 m z przeszkodami), Krzysztof Kosedowski (medalista olimpijki w boksie z Moskwy 1980 roku), Romuald Krupanek (reprezentant Polski w biegach przełajowych MŚ 1986-87, Henryk Nogala złoty medalista MP 1974 na 5000 i 1000m), Paweł Januszewski (złoty medalista ME na 400 m ppł z 1998 roku), Antoni Niemczak (aktualny rekordzista Polski w biegach na 10km, były w maratonie), Anna Ksok (dziesięciokrotna medalistka MP w skoku wzwyż), nasza olimpijka z Soczi Asia Zając, dziennikarz Piotr Kraśko, gen. Dariusz Wroński pierwszy polski generał od 70 lat, który zdobył ten szczyt po gen. Andersie, oraz wielu innych mniej lub bardziej utytułowanych biegaczy. Następnego dnia jeszcze oficjalne uroczystości z okazji 70 rocznicy zwycięstwa w Bitwie pod Monte Cassino na pobliskim cmentarzu wojennym z udziałem wielu oficjeli w tym księcia Harrego i premiera RP, a przede wszystkim z ostatnimi uczestnikami tamtych wydarzeń i z poczuciem spełnionego obowiązku można wracać do domu.

 

      Reasumując fantastyczny wyjazd pełen fantastycznych momentów i przeżyć. Było to wielka lekcja historii i patriotyzmu, a przy okazji poznałem wielu świetnych i ciekawych ludzi: Pan Janusz z Polskiej Agencji Prasowej, Piotr, Daria z synem Kostkiem, Hubert z Anetą, druga Aneta, nasza olimpijka z Soczi Asia, Marta, Krzysiek z Polskiego Radia z synem Kacprem, Marek, Mariusz, Mirek, wielu innych. Dzięki nim spędziłem wiele wspaniałych chwil i momentów, które długo będzie się wspominało. Być może w przyszłości spotkamy się jeszcze na innych trasach lub być może wybierzemy się wspólnie na jakąś kolejną wyprawę… kto wie… czas pokaże.

2014.05.17 Cassino (ITA) 10km BIEG NA MONTE CASSINO w ramach XXI CORRIAMO VERSO L’ABBAZIA – 1:07:44

 Więcej zdjęć:

 

Czerwone maki Cz. I

     18 maja 1944, godzina 11.45. Na ruinach klasztoru Monte Cassino zatrzepotała polska biało-czerwona flaga. Po chwili nadleciał amerykański myśliwiec Mustang, z którego pilot zrzucił bukiet biało-czerwonych róż. W ten symboliczny sposób alianci oddali hołd poległym Polakom oraz ich męstwu, odwadze i ofiarności. W samo południe na ruinach klasztoru polski żołnierz, plutonowy Emil Czech, odegrał Hejnał Mariacki, ogłaszając zwycięstwo polskich żołnierzy. Zwycięstwo w bitwie uznawanej za jedną z najbardziej zaciętych obok walk pod Stalingradem, na Łuku Kurskim, lądowania w Normandii i powstania warszawskiego w czasie II wojny światowej.  Zwycięstwo, które utorowało drogę aliantom na Rzym, ale zarazem kosztowało życie ponad tysiąc polskich żołnierzy, których szczątki spoczęły na wybudowanym tuż po wojnie Polskim Cmentarzu Wojennym.


      Czasem w życiu bywa tak, że widzisz coś lub słyszysz o czymś pierwszy raz i po prostu już wiesz, że jest to stworzone właśnie dla Ciebie. Tak jest z tym biegiem. To wydarzenie organizowane dokładnie w 70-tą rocznicę bitwy łączy w sobie wszystko to, co kocham, czyli sport, podróże, historię, a przy okazji daję możliwość by choć odrobinę spłacić swój dług tym wszystkim polskim żołnierzom, którzy oddali tu życie, by Polska była wolna i niepodległa – po prostu musiałem tam być. 2014 uczestników, w tym 1052 z Polski – dokładnie tylu, ilu polskich żołnierzy zostało tu na zawsze na tej włoskiej ziemii splamionej krwią i usłanej czerwonymi makami.  I ta góra z którą przyjdzie się zmierzyć każdemu z polskich uczestników. Każdy z nas pobiegnie w intencji jednego z poległych żołnierzy, by potem oddać mu hołd na pobliskim cmentarzu. Mi przypadł zaszczyt by pobiec dla Bolesława Poczykowskiego – sierżanta 6 batalionu Strzelców ur. 6 września 1909 Januszkiewiczach  w powiecie Wołożyn w województwie nowogrodzkim poległego 4 maja 1944 roku. Piękna idea, piękna sprawa… Ten bieg to patriotyczny obowiązek. To spełnienie prośby ponad tysiąca żołnierzy wyrytej na pobliskim cmentarzu: “Przechodniu powiedz Polsce, żeśmy polegli wierni w jej służbie”. Przypominam. Już się nie mogę doczekać… od kilku dni w głowie tylko jedna melodia.

      Czerwone maki na Monte Cassino to pieśń wojskowa związana z bitwą o Monte Cassino. Powstała w nocy z 17 na 18 maja 1944 roku na kilka godzin przed zdobyciem klasztoru w siedzibie Teatru Żołnierza Polskiego przy 2 Korpusie Sił Zbrojnych w Campobasso, gdzie artyści występowali dla 23 Kompanii Transportowej.  Feliks Konarski, żołnierz 2 Korpusu, znany przed wojną śpiewak operetkowy i kompozytor piosenek, zainspirowany prowadzonymi w pobliżu walkami i odgłosem dział zapowiadających drugie polskie natarcie na klasztor napisał naprędce tekst i późną nocą obudził Alfreda Schütza, kompozytora i dyrygenta, również żołnierza 2 Korpusu, który w kilka godzin napisał muzykę.

Zespołowo

     Wielu z nas, którzy lubią aktywnie spędzać czas marzy o ukończeniu maratonu. Dla niektórych jest to wyczyn w pojedynkę nieosiągalny, pozostający na zawsze w sferze marzeń. W grupie, jak z wieloma innymi rzeczami w życiu, jest dużo łatwiej. Wyzwanie to staje się być na wyciągnięcie ręki i jesteśmy w stanie poradzić sobie z nim bez większego problemu. Minęło mniej więcej trzy miesiące od momentu, gdy przeglądając jakiś newsletter biegowy zupełnie przypadkowo natknąłem się na informację o Accreo Ekiden. Dowiedziałem się wówczas, że to rywalizacja sześcioosobowych sztafet. Każda drużyna łącznie pokonuje dystans równy długości maratonu. Pierwszy zawodnik odcinek 7,195 km, dwaj następni 10 km, a trzej kolejni – po 5 km. Razem pełny maraton – 42,195 km. Tegoroczny dziesiąty już Accreo Ekiden miał być wyjątkowy, bo jubileuszowy. Nazwa „ekiden”, jak i tradycja sztafet długodystansowych, pochodzą z Japonii. Dlatego jak informował organizator w tym roku zawody miały mieć prawdziwie japoński charakter.

     Zainteresowało mnie to, aczkolwiek nie sądziłem, że ten temat jeszcze do mnie wróci. W pracy podczas wizyty w kuchni na porannej herbacie podzieliłem się tą informacją z Asią  i wspólnie pomyśleliśmy, że może by tak wystartować firmowo, nielsenowo, wspólnie. Tak się bowiem składa, że impreza ta otwarta dla wszystkich uczestników jest jednocześnie Międzynarodowymi Mistrzostwami Sztafet Firmowych. Szybko znaleźliśmy trzeciego chętnego w osobie Piotra wzbudzając przy tym zainteresowanie paru innych osób. Następnego dnia postanowiłem zaprosić do zabawy wszystkich pracowników całej firmy. Choć byłem optymistą i zakładem, że nie tylko uda nam się uzupełnić nasz skład, ale stworzyć także drugą ekipę to jednak zainteresowanie przerosło i moje oczekiwania. W ciągu kilku dni na maila odpowiedziało 27 osób, a nieśmiałych chętnych było jeszcze więcej.  Z czasem z powodu kontuzji, zmiany planów lub też innych powodów grupa zmalała, ale udało nam się zebrać trzy sześcioosobowe zespoły, które dzielnie stanęły na starcie by dobrze się bawić, miło spędzić czas i pobiec w tegorocznym X ACCREO EKIDEN. Składy dobraliśmy tak, by jedna drużyna skupiała najlepszych i walczyła o jak najlepszą lokatę i wynik. Celem dla pozostałych dwóch równorzędnych ekip miała być przede wszystkim dobra zabawa i ukończenie w limicie czasu, by móc odebrać zasłużone medale.

     W końcu przyszła pora na start. Startujemy w ostatniej niedzielnej popołudniowej grupie, ale już od soboty mały dreszczyk emocji i pewna ekscytacja. Zawsze biegam tylko dla siebie, a i tak jest adrenalina. Tym razem biegniemy w grupie, w drużynie. Większa odpowiedzialność, większe emocje, ode mnie zależy nie tylko mój wynik, ale także kolegów. Wystrzał startera. Rozpoczynam ja. Chyba ponosi mnie ambicja, albo po prostu za bardzo chciałem. Pierwsze metry zbyt szybkie. W połączeniu ze słońcem i trudną trasą ze stromym długim podbiegiem, który trzeba pokonać trzykrotnie musiało dać to o sobie znać prędzej czy później. Już wkrótce zapłacę za to cenę. Szybka zadyszka i walka z samym sobą, oddech coraz płytszy, nogi coraz cięższe i ponad 7 kilometrów walki z czasem i zmęczeniem. Od połowy dystansu jakby lepiej, ale łatwo nie jest. W końcu upragniona meta. Ostatecznie mimo problemów na trasie czas nienajgorszy. Druga zmiana Asia, potem Andrzej – nasze najmocniejsze punkty – jak zwykle nie schodzą poniżej pewnego wysokiego poziomu. Kolejne zmiany Piotrek, Kasia i z pięknym finiszem Kamil. Każdy z nich dał z siebie tyle ile mógł, a nawet więcej. I rezultat, który nie był dla nas zaskoczeniem, bo na taki liczyliśmy i na taki stać nas było “na papierze”, ale który bardzo, naprawdę bardzo nas ucieszył –  03.10.38

     Fajnie, że udało nam się zebrać dobrą, doświadczoną drużynę, która powalczyła o dobry wynik. Bardzo cieszy mnie jednak także to, że poza osobami, które regularnie biegają na bardzo dobrym poziomie do zabawy udało zaprosić się także tych, dla których była to tak naprawdę pierwsza przygoda z bieganiem i zupełny debiut. Niektórzy z nich do ostatniej chwili wahali się czy dadzą radę i podołają zadaniu. Dziś mogą być z siebie naprawdę dumni. Wśród doborowego i licznego towarzystwa zgłoszonych do biegu 767 drużyn z całej Polski nasze drużyny w kategorii Open zajęły odpowiednio 103, 621 i 728 miejsca. W dodatkowej klasyfikacji drużyn firmowych, które były jednocześnie Międzynarodowymi Mistrzostwami Polski Sztafet Firmowych, i na której zależało nam najbardziej zajęliśmy odpowiednio 9, (errata: 7 miejsce po dyskwalifikacji 2 drużyn za złamanie regulaminu), 143 i 176 miejsce. Ostatecznie z powodu złamania jednego z punktów regulaminu drużyna z 8 pozycji zostanie prawdopodobnie zdyskwalifikowana i przesuniemy się jeszcze jedno miejsce. Warto tu zaznaczyć, że drużyny chcące być sklasyfikowane w dodatkowej klasyfikacji drużyn firmowych miały utrudnione zadanie, gdyż musiały mieć w składach przynajmniej dwie kobiety. Drużyny startujące w podstawowej rywalizacji takiego wymogu nie miały. Reasumując świetna impreza, wspaniała przygoda, niezapomniane przeżycie i wynik, który cieszy i daje powody do dumy. Z drugiej strony małe rozczarowanie swoim występem, bo sam wiem, że mnie stać było na troszkę więcej i można było i należało pobiec tą minutę, pół szybciej. Ale nie ma co narzekać:) Najważniejsza była dobra zabawa i tej na pewno nie zabrakło. Fantastyczne popołudnie w japońskim klimacie i doborowym towarzystwie za nami:)

Ekiden (jap. ekiden-kyoso) – długodystansowy bieg sztafetowy. Pojęcie pochodzi z Japonii i określa długodystansowe  biegi sztafetowe niezwykle popularne w Japonii, Australii, Nowej Zelandii, Kanadzie, Hiszpanii, Holandii, Chinach, Niemczech, Francji czy też Stanach Zjednoczonych. Nazwa tego typu biegów  pochodzi od japońskiego systemu transportowego i pocztowego, przebiegającego wzdłuż szlaku Tokaido. Powstał on w XVII w. pomiędzy miastami Edo (obecnie Tokio) i Kioto, oddalonymi od siebie o ok. 500 km. System umożliwiał szybką komunikację m.in. dzięki wymianie koni na kolejnych stacjach.

2014.05.10-11  X ACCREO EKIDEN  WARSZAWA NIELSEN POLSKA A: 3:10:38, NIELSEN POLSKA B: 3:55:31, NIELSEN POLSKA C: 4:09:41

Więcej zdjęć:

 

Wiwat 3 maj

     Jeszcze nie opadły wrażenia po wczorajszym biegu, a tu pora na kolejną imprezę. Tym razem oficjalny debiut na 5km w Biegu Konstytucji – biegu organizowanym w rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 maja, która jak się powszechnie uważa była pierwszą w Europie i drugą na świecie po amerykańskiej. Gospodarzem biegu po raz kolejny Pepsi Arena. Podobnie jak wczoraj biegnę razem z Piotrkiem. Oczekiwania sportowe? Z jednej strony nadciągnięty mięsień Achillesa i 10km w nogach z wczorajszego biegu. Z drugiej strony rozjuszone apetyty wczorajszą życiówką na 10km. Pogoda nie rozpieszcza: zimno, deszcz, pełno kałuż, ślisko. Start chyba troszkę za szybki, potem długi podbieg, końcówka zdecydowanie z górki i upragniona meta. Oczekiwanie na czas i myśl, że chyba było dobrze.  Informacja o czasie i małe rozczarowanie… 23:51 w tych warunkach to jednak chyba wszystko na co było mnie stać. Liczyłem jednak, że uda się pobiec tak, jak na treningach w okolicach 23 minut. Podsumowując zdecydowanie wolę chyba jednak 10km… zdecydowanie dłużej trwa zabawa:)

2014.05.03 Warszawa 5km: XXIV BIEG KONSTYTUCJI – 23:51

 

Więcej zdjęć:

Bialo-Czerwona

     Na mocy ustawy z 2004 roku dzień 2 maja to dzień Flagi Rzeczypospolitej Polskiej. Z tego też powodu w tym właśnie dniu od zeszłego roku organizowany jest w Warszawie Bieg Flagi. Miejsce biegu szczególne – Cytadela Warszawska, twierdza wzniesiona przez cara Aleksandra po upadku powstania listopadowego, miejsce kontrolno-pacyfikacyjne na miasto Warszawę będącą ośrodkiem polskiego ruchu niepodległościowego oraz miejsce straceń i kaźni polskich działaczy narodowościowych i rewolucjonistów. Z tej też okazji imprezie towarzyszy wiele akcentów historycznych: rekonstruktorzy, eksponaty z powstania warszawskiego, stroje. A sam bieg? Tym razem biegnę z Piotrkiem, który do końca walczył z chorobą, nie dał się jednak infekcji i stanął na starcie. Pogoda dobra, choć tuż przed wystrzałem armaty rozpoczynającym bieg zaczął padać deszcz. Trasa wydaje się być dość trudna z bardzo stromym podbiegiem po bruku na każdej z trzech rund. W końcu upragniona meta. Czas? 49.06. Pięćdziesiąt minut w końcu złamane. W końcu…

2014.05.02 Warszawa 10km: II BIEG FLAGI – 49:06

Więcej zdjęć:

Biegam, bo lubię…

… w Książenicach. To kolejna impreza, w której zdecydowałem się wziąć udział. Książenice to miejscowość koło Grodziska Mazowieckiego, w której mieszka mój były szef i kolega z pracy Janek. W zeszłym roku po raz pierwszy, a w tym roku po raz drugi został zorganizowany tam bieg BIEGAM, BO LUBIĘ W KSIĄŻENICACH. Dostałem zaproszenie od Janka by razem z nim spróbować swoich sił w tym biegu i z tego zaproszenia postanowiłem skorzystać. Przy okazji namówiłem na udział paru innych kolegów z pracy. Tak więc stawiliśmy się tam w mocnym składzie nie tylko liczebnie ale i klasowo:) Ja z Jankiem i Piotrkiem startowaliśmy na 10km. Witek i Asia – specjalistka od 5km na krótszym dystansie. Trochę zimno i wiatr, ale ogólnie dobra pogoda do biegania. Nic więc dziwnego, że każdy z nas pobiegł powyżej oczekiwań, a Asia wróciła z pucharem za drugie miejsce wśród kobiet na dystansie 5km,  ja z najlepszym czasem w tym roku – 52:59, za to wszyscy ze świetnymi wrażeniami. Bardzo udana impreza z gwiazdą jako prowadzącym – Pawłem Januszewskim naszym utytułowanym lekkoatletą sprzed kilkunastu lat.

2014.04.06 Książenice 10km: II BIEGAM BO LUBIĘ W KSIĄŻENICACH – 52:59

Paweł Januszewski (ur. 1972r. w Pyrzowicach) – Mistrz Europy w biegu na 400 metrów przez płotki z Mistrzostw Europy w Budapeszcie w 1998 roku, oraz brązowy medalista na tym samym dystansie na Mistrzostwach Europy w Monachium w 2002 roku.

 

Więcej zdjęć:

Noworoczne postanowienie

     11 stycznia 2014. Pierwsze kilometry po kontuzji i dziesięciu tygodniach przerwy w jakiejkolwiek aktywności sportowej. Wynik słabiutki 57:06 (5km: 27:52) jest więc co znowu poprawiać… Jak czas i zdrowie pozwolą to cele na ten rok to wszystkie życiówki: 10km: 50:10, półmaraton: 1:53:38, maraton: 4:38:46. Może jako bonus dorzucę coś na 5km. Tego dystansu w zasadzie w ogóle nie biegałem, może więc trzeba zacząć z wysokiego C. Cel na ten rok to 22:00? Nie wiem czy nie ponosi mnie tym razem za bardzo fantazja:) Zobaczymy…

Lista startów na ten rok:

06.04 10km Książenice (POL) II Biegam, bo lubię w Książenicach
02.05 10km Warszawa (POL) Bieg Flagi
03.05 5km Warszawa (POL) XXIV Bieg Konstytucji
11.05 Maraton Warszawa (POL) X Accreo Ekiden Sztafeta maratońska
17.05 10km Cassino (ITA) Bieg na Monte Cassino w ramach XXI Corriamo Verso L’abbazia
01.06 10km lub 15km Mińsk Mazowiecki (POL) XIX Mazowiecka Piętnastka/Dziesiątka
14.06 10km Sulejówek (POL) VII Bieg Marszałka
15.06 10km Biała Podlaska (POL) III Piknik Rodzinny Biała Biega
albo
15.06 10km Garwolin (POL) V Biegnij w Garwolinie Avon kontra przemoc
21.06 5km Palmiry (POL) Bieg Pamięci w Palmirach
28.06 10km Platerów (POL) V Biegem przez Platerów – Podlaska dycha
Lipiec 10km Warszawa (POL) XXIV Bieg Powstania Warszawskiego
31.08 Półmaraton Warszawa (POL) BMW Półmaraton Praski
albo
31.08 Półmaraton Siedlce (POL) V Bieg siedleckiego Jacka
06.09 10km Warszawa (POL) Pro Touch Interrun
28.09 Maraton Warszawa (POL) 36 Maraton Warszawski
05.10 10km Warszawa (POL) Biegnij Warszawo 2014
albo
05.10 Półmaraton Bruksela (BEL) Belfius Brussels Marathon&Halfmarathon 2014
11.11 10km Warszawa (POL) XXIV Bieg Niepodległości

Czasem zdarza się i tak

     Tydzień od maratonu. W głowie jeszcze świeże wspomnienia z zeszłego weekendu, a tutaj pora na kolejny start na 10km w BIEGNIJ WARSZAWO. Tym razem gospodarzem naszych zmagań był stadion Pepsi Arena, z którego na co dzień korzysta klub Legia Warszawa, była więc w końcu okazja zobaczyć go od środka. Znakomita atmosfera, tłumy ludzi i sławni prowadzący w osobie Przemysława Babiarza i Maćka Kurzajewskiego  – specjaliści od lekkiej atletyki w TVP. Po ostrych przygotowaniach do maratonu warto byłoby powalczyć o dobry wynik. Pewność siebie mnie trochę jednak zgubiła. Zacząłem zbyt szybko i już po 3-4 kilometrach pomyślałem, że to nie jest dzień na dobry wynik. Potem z czasem jakbym odzyskał wigor, ale byłem przekonany, że biegnę na jakieś 52 minuty. Szybka końcówka, finisz i meta. Czas 50:10. Życiówka, ale przez cała zimę będę pluł sobie w brodę, że tak szybko straciłem wiarę w dobry wynik. Zabrakło znajomości trasy i świadomości, że końcówka jest łatwiejsza. Gdyby nie to, 50 minut zostałoby złamane. A tak? Trzeba poczekać do wiosny. Po powrocie do domu dowiedziałem się z telewizji, że na trasie, a zasadzie tuż za metą zasłabł, a następnie zmarł jeden z uczestników. Sadząc po czasach musiał wbiec na metę mniej więcej minutę po mnie. Nie był to biegacz przypadkowy. Była to młoda osoba, która regularnie uprawiała sport, była instruktorem sportowym, nie miała problemów ze zdrowiem. W głowie pojawiają się pozostające bez odpowiedzi pytania co się stało. No cóż… czasem zdarza się i tak. Przykro.

2013.10.06 Warszawa 10km: BIEGNIJ WARSZAWO – 50:10

 

 

Więcej zdjęć:

Biegowy raj

     Podobno nie ma nic gorszego dla organizmu, niż bieg maratoński, ale podobno też nie ma nic lepszego dla organizmu niż przygotowania do biegu maratońskiego. Dwa miesiące przygotowań, 25 treningów, łącznie z dzisiejszym biegiem 418 km na trasie, 38:51:13 walki z bólem, zmęczeniem, czasem, z zimnem i upałem, z wiatrem i deszczem. I wszystko to tylko po to by móc powiedzieć: “jestem maratończykiem” i dla tego kawałka metalu. No wiem wiem… Mądre to to nie jest:) Gdyby ktoś jeszcze trzy miesiące wcześniej powiedział “przebiegniesz maraton” choćby ten jeden jedyny raz wyśmiałbym go. Dziś się nie śmieję, dziś jestem dumny, choć jeszcze rano głowa była pełna wątpliwości, zwątpienia. Start z samego rana w zimnie, potem bieg w słońcu i upale. Kilometr połykany po kilometrze. Legendarna ściana na 32 kilometrze, ale potem wizyta w bufecie i jakby nowe siły. Im bliżej mety tym coraz większa radość i wiara w sukces. Brama Stadionu Narodowego, jeszcze tylko kilkaset metrów i będę na mecie. Jeszcze tylko sprint, meta i medal na szyi. Zrobiłem to. Jestem wielki. Nawet nie jestem zmęczony, nawet bardzo nie boli. Jeszcze trzy miesiące temu nie myślałem, że kiedykolwiek nawet spróbuję swojego szczęścia. Potem półmaraton, chwila szaleństwa i szybka decyzja o tym, że skoro dałem radę przebiec połówkę, to czemu nie miałbym dać rady choćby ten jeden raz ukończyć cały maraton. Następnego dnia w głowie i w sercu ciągle jeszcze euforia, ale już zaczęło się rozglądanie za następnym…

2013.09.29 Warszawa Maraton: 35 MARATON WARSZAWSKI – 4:38:46

 

 

Więcej zdjęć:

Pierwszy półmaraton

     Odkąd zacząłem biegać jedna myśl krążyła mi po głowie: „Fajnie byłoby kiedyś przebiec jakiś półmaraton”. Przed ostatnie dwa lata przymierzałem się do połmaratonu w Ossowie pod Radzyminem w rocznicę Cudu nad Wisłą 15 sierpnia. Zawsze jednak pojawiały się inne plany, albo po prostu brakowało mi odwagi. W tym roku okazja nadeszła sama. Tak, jak przed swoim pierwszym biegiem w życiu, tak i teraz pomyślałem, jak nie teraz to już nigdy. Tak się bowiem ułożyło, że w tym roku Bieg Jacka, od którego zaczynałem został wydłużony do dystansu półmaratońskiego, to jest 21 kilometrów i 98 metrów. Postanowiłem spróbować. Miesiąc cięższych przygotowań i nadszedł dzień startu. Niedzielny poranek, a za oknem ziąb, deszcz, wiatr, aż się nie chce wychodzić na zewnątrz. Trzeba jednak podjąć wyzwanie. Wystrzał startera i prawie dwie godziny walki z zimnem, deszczem, i zmęczeniem. Na mecie ogromna radość i poczucie dumy. Udało się, a czas zdecydowanie powyżej oczekiwań. Dwie godziny złamane. Jeszcze tego samego wieczoru myśl przeszywa głowę… „a może by tak maraton?”

2013.09.01 Siedlce Półmaraton: IV BIEG SIEDLECKIEGO JACKA – 1:53:29

Więcej zdjęć: